Spełniłem marzenie. Utrzymuję się ze skautingu w zachodnim klubie
Weszło Extra

Spełniłem marzenie. Utrzymuję się ze skautingu w zachodnim klubie

Bartosz Barnaś stanowi świetny przykład, że należy walczyć o swoje marzenia i nie wolno się poddawać, gdy raz czy drugi nie wyjdzie. 30-letni Polak dopiero w czwartym klubie, dla którego pracował, znalazł to, czego szukał, czyli stałego zatrudnienia jako skaut. Pozwoliło mu to wreszcie zacząć się normalnie utrzymywać z zajęcia, które od lat było jego pasją i któremu wiele poświęcił. Barnaś jest skautem holenderskiego Willem II i bardzo sobie to chwali. W rozmowie z Weszło opowiada o drodze jaką przeszedł, a była ona dość długa, bo prowadziła przez Cracovię, Tottenham i FC Kopenhaga.

Jakie zauważył różnice w podejściu do skautingu w poszczególnych krajach? Na co najbardziej patrzą szperacze talentów? Dlaczego Duńczycy zrezygnowali z rynku polskiego, a Tottenham z Dawida Kownackiego? Czy liczby bardziej pomagają czy przeszkadzają? Kiedy wódka i śledzik na stole w Polsce były zaskoczeniem? Co łączy naszego bohatera z Weszło? Zapraszamy do lektury. 

Jak się zostaje skautem Willem II? Kto kogo znalazł?

Można powiedzieć, że to była sytuacja 50 na 50. Oni szukali kogoś, kto pracowałby na rynkach wschodnich, a ja byłem na etapie poszukiwania czegoś nowego w branży. I tak się znaleźliśmy.

Takiej roboty raczej nie dostaje się przychodząc z ulicy, musiałeś się wcześniej wykazać. Kiedy i dlaczego się to zaczęło?

Już jako nastolatek zainteresowałem się zbieraniem wszelakich informacji o piłkarzach. Oglądając mecze zawsze miałem zeszyt w ręku. Przypomina mi się teraz legendarne starcie Wisły z Schalke. Wielu moich kolegów emocjonowało się na całego. Ja oczywiście też te emocje w sobie miałem, ale jednocześnie na bieżąco notowałem różne spostrzeżenia dotyczące gry jednego czy drugiego zawodnika. Tak było też w meczach Legii z Valencią. Strasznie mnie to wciągnęło. Po pewnym czasie złapałem zajawkę na mecze bardziej nieoczywiste. W 2003 roku byłem na wakacjach u wujka w Londynie i wpadła mi w oko informacja, że w pobliskim Watford odbędzie się towarzyskie spotkanie Nigerii z Wenezuelą. Wybrałem się. Składy wyglądały zachęcająco, bo byli Okocha, Kanu, „nasz” Emmanuel Ekwueme czy Okoronkwo, którego powinni kojarzyć wszyscy fani Championship Managera. Najbardziej spodobała mi się jednak gra gościa z Wenezueli. Nazywał się Juan Arango. Wtedy jeszcze grał w Meksyku, w Europie nikt go nie kojarzył. Później zrobił karierę w RCD Mallorca i Borussii M’gladbach. Chyba podczas tamtego meczu poczułem, że wyszukiwanie piłkarzy, których szersze grono nie kojarzy, jest tym, co najbardziej mi się podoba. Wciągnąłem się też w statystyki piłkarskie, które u nas dopiero raczkowały.

Z czasem pojawiła się chęć, by zacząć robić to poważniej i zahaczyć się w jakimś klubie. Problem polegał na tym, że nie miałem żadnego punktu zaczepienia. Oczywiście chodziłem na różne kursy, wysyłałem listy czy maile, ale byłem człowiekiem totalnie z zewnątrz, nikogo nie znałem. Jak miałem naście lat, moi rodzice z powodu lepszej pracy przeprowadzili się do Warszawy. To też trochę zahamowało moją przygodę z piłką, która i tak była skromna, dość szybko zacząłem kopać w jakichś A-klasach i tyle. Przełom po części nastąpił dzięki… Weszło. Przeczytałem u was wywiad z Tomkiem Pasiecznym, gdy został dyrektorem sportowym Cracovii jesienią 2012. Opowiedział w nim swoją drogę, był wtedy jeszcze bardzo młody, nie miał nawet skończonej trzydziestki. Przeszliśmy podobną drogę, obaj byliśmy ludźmi z zewnątrz. Stwierdziłem, że skoro jemu się udało, to może mi też się uda. Poszukałem kontaktu i zadzwoniłem. Tomek był bardzo otwarty, zaprosił mnie do klubu, porozmawialiśmy. Później „testował” moje umiejętności skautingowe, dał mi do obserwacji kilku zawodników, miał materiały z nimi na płytach CD. Notabene, jednym z nich był Boban Jović, który potem grał w Wiśle Kraków i Śląsku Wrocław.

Tomek dość szybko odszedł z klubu. Ja uznałem, że skoro wreszcie się gdzieś dostałem, to nigdzie się nie wybieram i staram się jak najlepiej pracować. Przyszedł dyrektor Piotr Burlikowski, z którym też parę miesięcy współpracowałem, tworzyłem dla niego różne raporty. Mimo że nie miałem z tego żadnych pieniędzy, czułem się, jakbym złapał Pana Boga za nogi.

W Cracovii jednak nie zabawiłeś nawet rok. Dlaczego?

Po awansie do Ekstraklasy zaoferowano mi pracę analityka taktycznego. Nie chciałem iść w tym kierunku, chciałem być skautem. To jednak dwa różne światy. Poza tym, zdążyłem już pozbierać trochę kontaktów, przede wszystkim na meczach młodzieżowych reprezentacji Polski. Poznałem tam m.in. ówczesnego szefa rekrutacji akademii Tottenhamu Davida Magrone’a. Sygnalizował już wcześniej, że szukają kogoś na rynek polski i gdybym miał chęć, to możemy spróbować. Przypomniałem mu się.

Sama nazwa Tottenham robi wrażenie, fajnie mieć ją w CV, zwłaszcza w tak młodym wieku. W praktyce natomiast była to mocno niewdzięczna robota.

W jakim sensie?

Po pierwsze, pracując dla wielkiego klubu, gdzie jesteś jednym z kilkudziesięciu skautów, efekty twojej pracy są praktycznie niedostrzegalne. Może raz na kilka lat znajdziesz zawodnika, który zahaczy się w akademii. Ale ilu z takich graczy potem przebije się do składu takiego giganta jak Tottenham?

Po drugie, nawet jeśli znajdowałem u nas bardzo utalentowanego chłopaka, to zazwyczaj David po przyjeździe mówił, że jest dobry, ale w Tottenhamie to my już chcemy „top class”. Tak odpadł chociażby 16-letni wtedy Dawid Kownacki. Trudno było o jakieś namacalne efekty mojej pracy. Nie sądzę, żebym źle selekcjonował. Kiedy jednak mieli do wyboru kogoś o podobnym profilu z Belgii, Hiszpanii czy Polski, woleli chłopaka z tamtych rynków. W sumie było to zrozumiałe, ale utrudniało mi zadanie.

Co nie znaczy, że traciłem czas. Absolutnie nie. Rozmowy z Davidem, będącym przy wielkim futbolu od dawna, to bezcenne doświadczenie. Żaden kurs skautingowy nie da ci tego, co dyskusja z człowiekiem, który wyszukiwał topowe talenty, jak np. Nabil Bentaleb. Oglądaliśmy mecze na Pucharze Syrenki, a on miał już kilka stron zapisanych na temat interesujących go chłopaków. Robiło to na mnie duże wrażenie. Często chodziło o gości, których profilu w tamtym czasie nie znalazłbyś na Transfermarkcie.

Czym ci najbardziej zaimponował jeśli chodzi o swoje podejście, spojrzenie na piłkę? Czym się różniło od twojego?

Pytałem go dosłownie o wszystko: schematy raportowania, na jakie cechy zwracają uwagę przy poszczególnych pozycjach i tak dalej. Kiedyś zapytałem go: – Co właściwie jest dla ciebie decydujące, gdy określasz, czy ktoś będzie wystarczająco dobry dla Tottenhamu? Odpowiedział, że „gut feeling”, takie przeczucie, które w pewnym momencie się pojawia podczas obserwacji piłkarza. To jest dla niego kluczowe, a jeśli nie masz stuprocentowego przekonania, to lepiej powiedzieć „nie”, nawet gdy masz 95 procent pewności.

Krótko mówiąc: analizy, liczby oczywiście tak, ale tzw. „nos” również w najlepszych klubach się liczy. 

Dokładnie, zwłaszcza właśnie przy młodych zawodnikach, gdy pewne rzeczy trudniej przewidzieć. Najczęściej i tak chłopak najpierw był zapraszany na testy i dopiero po nich podejmowano ostateczną decyzję. Paru zawodników z naszego kraju propozycję takiego przyjazdu otrzymało, ale David chyba nie był do nich aż tak przekonany, żeby zaciekle walczyć o ich pozyskanie. Temat zawsze rozbijał się o agentów i tym podobne kwestie. Więcej zamieszania niż realnej szansy dla Tottenhamu, że w przyszłości wyniknie z tego coś pozytywnego.

Pytałeś na co zwracają uwagę na poszczególnych pozycjach. Coś cię tutaj zaskoczyło? Były rzeczy, do których ty nie przywiązywałeś wagi, a oni tak?

David zawsze zwracał uwagę, czy zawodnik ma „game changer potential”, czyli czy jest w stanie odwracać losy meczu w kluczowych, najważniejszych momentach, czy potrafi zrobić różnicę wtedy, gdy jest to najbardziej potrzebne drużynie. I dotyczy to każdej pozycji: napastnika, lewego obrońcy, ale bramkarza również. Tak mocno wziąłem to sobie do serca, że do dziś podczas analizy patrzę na piłkarza także pod tym kątem. Nie wszyscy mają coś takiego i niekoniecznie musi to iść w parze z wyjątkowymi umiejętnościami. Nawet ci średnio utalentowani są w stanie prezentować jakąś wyjątkową cechę, przybliżającą ich zespół do wygranej.

Ok, ale wychodzi na to, że zakończenie współpracy z Tottenhamem nie stanowiło dla ciebie zaskoczenia, to była jedyna słuszna decyzja?

To nadal nie była moja główna praca, na co dzień zarabiałem na życie pracując w biurze, wcześniej liznąłem też trochę dziennikarstwa. David dostał propozycję pracy w sztabie Tima Sherwooda jako człowiek odpowiedzialny za rozpracowanie przeciwników. Na jego miejsce siłą rzeczy musiał przyjść ktoś inny. Nowy szef akademii miał trochę inną koncepcję, na zasadzie „mamy skautów na miejscu w Londynie i wysyłamy ich w różne miejsca”. Rozumiałem jego motywy, ale nie mogłem wtedy funkcjonować w taki sposób. Nie był to jednak dla mnie wielki cios, który skomplikował mi byt. Pracowałem w Tottenhamie za zwrot kosztów, z którego czasem zostawała jakaś górka. Wyznaję zasadę, że zawsze lepiej rozstawać się w zgodzie – a już zwłaszcza gdy chodzi o taką markę – więc podaliśmy sobie ręce, żegnaliśmy się z klasą. Jak dotąd nigdy nie odchodziłem inaczej.

barnas bartosz

Minął rok i we wrześniu 2015 zostałeś skautem FC Kopenhaga.

Mocno pracowałem w okresie między jednym klubem a drugim. Zależało mi na utrzymaniu siatki kontaktów, którą miałem już całkiem sporą. Regularnie pytałem ludzi, czy nie chcą kogoś z Polski, czy może podesłać jakiś raport. Starałem się być, jak to się ładnie mówi, proaktywny. W ten sposób zdobyłem kontakt do Ole Nielsena, który był skautem Odense i jednocześnie pracował – chyba nawet do dziś pracuje – w Leicester City. Nietypowa historia, żeby ktoś działał w dwóch klubach. Od niego dowiedziałem się, że FC Kopenhaga szuka skautów na różne kraje z Europy Wschodniej. Miałem namiary do gościa, który to koordynował. Dogadaliśmy się. Od razu mi wyjaśniono, że umowa jest na rok i jeśli po tym czasie uznają, że dany rynek jest dla nich interesujący, przedłużamy współpracę. Co miesiąc musiałem im przesyłać dwie jedenastki najlepszych zawodników na swoich pozycjach w Ekstraklasie. Mile widziane były informacje dotyczące kosztów ewentualnego zatrudnienia każdego z tych piłkarzy – ile zarabiają, ile mogłaby wynieść kwota odstępnego. Do tego ogólny opis zawodnika. Nie wymagano jakichś wielkich elaboratów, raportów na pięć stron. Jeśli ktoś wydawał się Duńczykom szczególnie interesujący, dopiero wówczas zlecali, by mu się dokładniej przyjrzeć.

Miałeś piłkarzy, których musiałeś opisać im bardziej szczegółowo?

Tak. W tamtym czasie mocno polecałem im Barry’ego Douglasa z Lecha Poznań. W Kopenhadze na lewej obronie występował wtedy Ludwik Augustinsson, dziś będący w Werderze Brema. Jeśli Szwed wypadał ze składu, to nie było dla niego zmiennika, musiał grać prawy obrońca i nie wyglądało to najlepiej. Sądziłem, że Douglas byłby tu fajnym wariantem. Sprawdzał się w fizycznej lidze jaką jest Ekstraklasa, a wcześniej grał w Szkocji. Akurat miał trudniejszy moment w Lechu, nie zawsze mógł być pewny miejsca w składzie. W moim odczuciu był wtedy do wyciągnięcia. Ostatecznie jednak postawiono na kogoś innego.

Pojawiło się też zainteresowanie Michałem Żyro, ale nie wyszło to poza gabinet naszego koordynatora skautingu. Nie raportowaliśmy do „head” skauta, tylko do „technical” skauta. A ten z Kopenhagi miał obsesję na punkcie liczb i statystyk, zresztą odnoszę wrażenie, że to ogólna cecha Skandynawów. Moneyball w FC Midtjylland z niczego się nie wzięło (śmiech). Nasz „technical” skaut przeanalizował liczby Michała i wyszło mu, że jest podobnym zawodnikiem do Nicolaia Jorgensena, który wkrótce miał zostać sprzedany. Stąd wzięto Żyro na celownik, ale ciągu dalszego nie było. Na chwilę pojawił się jeszcze temat Przemysława Frankowskiego, lecz bardziej na zasadzie „zwróć na niego uwagę, bo według statystyk w perspektywie kilku lat może być interesującym wariantem”.

Mój problem jako skauta Kopenhagi na polski rynek polegał na tym, że klub ten mógł mieć w zasadzie każdego piłkarza ze Skandynawii. I chętnie z tego korzystał, tam szukał w pierwszej kolejności. Dopiero jeśli na tych rynkach nikogo nie znalazł, otwierał się na inne kierunki, tyle że wtedy nieraz chodziło o Skandynawów odbijających się od  klubów angielskich. Tacy zawodnicy chętni szli do Kopenhagi, bo mieli dużą szansę na odbudowanie się, pogranie w pucharach i ponowne wypromowanie. Do tego, jak wiesz, podatki w krajach skandynawskich są bardzo wysokie. Dla piłkarzy, którzy mieli już swoją renomę w Ekstraklasie i zarabiali całkiem nieźle, perspektywa przenosin do Danii nie była już tak kusząca. Sportowo mimo wszystko zaliczyliby awans, finansowo jednak mogliby tego zbytnio nie odczuć po odliczeniu wszystkich kosztów.

Po niespełna roku współpracę z Duńczykami zakończyłeś.

Jak pewnie jesteś w stanie się domyślić, uznali, że rynek polski nie jest dla nich interesujący – głównie z punktu widzenia ekonomicznego. Mogłem się kopać z koniem, zaklinać rzeczywistość, ale fakty są takie, że jeśli już FC Kopenhaga kupi kogoś z tych rejonów Europy, to prędzej talent ze Słowacji czy z Czech za kwotę „x”, niż talent z Polski za kwotę trzy razy większą. Prosta kalkulacja. Najlepsi piłkarze Ekstraklasy raczej są dziś poza zasięgiem duńskich klubów, pozostali niekoniecznie byliby wystarczająco dobrzy sportowo.

Trzy kluby, trzy dość szybkie odejścia. Pojawiło się zwątpienie, czy ma to sens?

Szczerze mówiąc, pojawiło się. To wszystko fajnie brzmi, że gość był w Cracovii, a niedługo potem w Tottenhamie czy Kopenhadze. Kosztowało to jednak mnóstwo pracy – wykonywanej obok normalnego życia zawodowego. Pracy, która zabierała mi bardzo dużą część życia prywatnego, towarzyskiego. W międzyczasie pojawiła się na mojej drodze moja przyszła żona, mieliśmy poważne plany na przyszłość i trzeba było zadać sobie pytanie, czy ciągnąć dalej z tym skautingiem, czy dać sobie spokój. Miałem te rozterki przez miesiąc, może dwa. Wtedy jednak żona mocno mnie zmobilizowała, żeby jednak jeszcze spróbować i nie poddawać się. Dziś jestem jej za to bardzo wdzięczny.

Spiąłem się, dałem z siebie maksa. Na tyle, na ile miałem kontaktów, poruszyłem niebo i ziemię. Próbowałem sprawdzić, które kluby mogą być zainteresowane współpracą, powysyłałem wiele maili do koordynatorów działów skautingowych. Oczywiście to nie były maile o treści „Cześć, pracowałem tu i tu, może chcecie mnie zatrudnić?”. Przygotowałem listę zawodników, którzy mogliby być przydatni dla klubów różnego kalibru – tych topowych, średnich i najmniejszych. Jakiś odzew się pojawił, zdecydowanie najbardziej konkretny właśnie z Willem II. Jego szef Gerard Wielaert zaprosił mnie do Holandii na spotkanie.

To za jaki klub uważałeś Willem II wysyłając listę zawodników?

Klasyfikowałem ten klub jako na tyle dobry, że gdyby pojawiła się z niego oferta, to byłbym zainteresowany.

Podobno 7,5 mln euro, które Willem II ma dostać za Frenkiego de Jonga to więcej niż roczny budżet klubu.

Z tego co wiem, nie jest to prawda – w kwestii budżetu.

Ok, spotkanie w Holandii okazało się sukcesem?

Tak. Przygotowałem się na nie jak do ważnego egzaminu. Stworzyłem cały folder, przeanalizowałem wiele meczów tej drużyny, wyraziłem swoje zdanie co do aktualnej formy poszczególnych zawodników, spojrzałem na sytuację kontraktową pod kątem wakatów w najbliższym czasie i przedstawiłem, kogo ewentualnie można zaproponować do transferu. Nie jechałem tam tylko po to, żeby uścisnąć dłoń i powiedzieć: „No to jestem!”.

Rozmowa była bardzo konkretna, ale przebiegała w naprawdę miłej atmosferze, szybko znaleźliśmy wspólny język. Na tę rozmowę przyszedł też dyrektor techniczny Willem II, Joris Mathijsen. Niedawno zakończył bardzo owocną karierę. Jest wychowankiem klubu z Tilburga, z powodzeniem grał w Alkmaar, HSV czy Feyenoordzie, 84 razy wystąpił w reprezentacji Holandii. Wywalczył wicemistrzostwo świata w 2010 roku, grał w finale z Hiszpanią. W Holandii jest to bardzo znacząca postać. Po zawieszeniu butów na kołku wrócił do Willem II.

Dostałem angaż. Przeszedłem w klubie wszystkie szczeble – od skauta na okresie próbnym, to był chyba marzec 2017, aż do miejsca, o którym zawsze marzyłem.

Czyli?

Czyli do momentu, w którym skauting jest moim jedynym zajęciem, bo mogę się z niego normalnie utrzymać. Stało się tak w czerwcu ubiegłego roku, gdy przedłużyliśmy umowę o dwa lata. Poczułem się dumny, że wreszcie się udało. Nie miałem jeszcze trzydziestu lat, a już dopiąłem swego. Nigdy nie usłyszałem w domu: „Nie próbuj, bo i tak się nie uda”. Rodzice zawsze wpajali mi, że jeśli masz jakieś marzenie, to ciężką pracą możesz wszystko osiągnąć. Taką filozofię życia w przyszłości chciałbym też wpoić moim dzieciom. Gdybyś mnie zapytał… 10 lat temu, czy z tym skautingiem może się udać, czy ja tak autentycznie w to wierzę, odpowiedziałbym, że nie. Pracą i uporem udało się jednak sprawić, że w pewnym momencie był to już realny cel. Sądzę, że każdy skaut który pojawił się w piłce jako osoba bardziej z zewnątrz, powie ci, że bardzo trudno się zahaczyć. I że jedynie praca, konsekwencja i trochę szczęścia mogą dać szansę na powodzenie.

Jak utrzymywałeś się przez te wszystkie lata? Wspominałeś o dziennikarstwie i pracy biurowej.

Głównie to właśnie, już nie chcę wchodzić w szczegóły. Żeby było jasne: „normalnej” pracy nie traktowałem jako czegoś za karę, co można robić po łebkach. Byłoby nie fair wobec moich pracodawców, gdybym im powiedział, że jestem tu tylko na chwilę, bo tak naprawdę to chcę być skautem.

Zdaje się, że kiedyś napisałeś też tekst dla Weszło.

Pojawił się kiedyś mój artykuł o Szirokowie. Z kolegami mieliśmy taką stronę CzasFutbolu. Nie wiem, czy ona jeszcze istnieje. Publikowaliśmy tam głównie dłuższe materiały dla ludzi bardziej siedzących w piłce. Nie powiem, że zupełnych hipsterów, bo taki Szirokow to nie był zupełny anonim. Opisałem jego historię na tyle ciekawie, że pojawiła się na Weszło. Jak widać, wasz portal cały czas gdzieś się u mnie przewija.

Teraz skupiasz się już tylko na Willem II. Obserwujesz głównie rynek polski?

Tak naprawdę w naszej rozmowie najmniej mogę powiedzieć właśnie o Willem II (śmiech). Polska jest jednym z rynków, który obserwuję, natomiast mam też pewną dowolność co do wyboru kierunku w danym momencie, co bardzo sobie cenię.

Czyli w klubie nie będą protestować, jeśli teraz chcesz lecieć na przykład do Francji?

Nie zawsze od razu muszę lecieć. Po tylu latach mam już rozbudowaną siatkę kontaktów. Do tego dziś masz już mnóstwo narzędzi pomocniczych: InStat, Wyscout i tak dalej. Dzięki nim możesz obejrzeć praktycznie każdy mecz, na którym obecna była kamera.

Pracujesz dla Holendrów, ale cały czas mieszkasz w Polsce?

Tak, nie muszę być tam na stałe, natomiast średnio raz na dwa miesiące jestem w Holandii. A tak to wiadomo: podróże, podróże, podróże.

Praca skauta to ciągłe życie na walizkach. 

Tak, nie jest to tylko stereotyp. Ciągłe podróżowanie mogłoby być utrudnieniem dla kogoś, kto nie do końca lubi tę pracę lub… ma niecierpliwą żonę (śmiech). Na szczęście nie jestem ani w pierwszej, ani w drugiej grupie!

Wspominałeś o tych platformach pomocniczych. Jak bardzo liczby, statystyki potrafią wypaczyć obraz gry zawodnika, jego realnej klasy? Bywa, że ktoś ma świetny InStat Index, a tak naprawdę wcale nie rozegrał dobrego meczu. 

Zgadzam się w stu procentach, że czasami te indeksy nie do końca odzwierciedlają jakość danego zawodnika. Szczególnie widać to u piłkarzy o specyficznych profilach. Pamiętam, że niedawno był u was wywiad z Airamem Cabrerą, w którym narzekał, że jego InStat Index przeważnie jest niski, choć często jest przydatny dla drużyny. Wynika to po części z tego, że lubi grać na granicy spalonego, chwilami wybiera trudne rozwiązania, pojedynków aż tak dużo nie wygrywa. To przykład, że statystyki potrafią zamazać rzeczywisty obraz piłkarskiej jakości jakiegoś gracza.

Ale ogólnie te platformy bardziej pomagają niż mylą tropy?

Oczywiście. Wszystko, co jest używane rozsądnie i z głową, może pomóc skautowi. Podobnie uważa wielu doświadczonych kolegów, o te kwestie też ich pytałem.

W Tottenhamie nie uciekają przed braniem piłkarzy na „nos”, w Danii są fanatykami liczb. A jaki jest skauting holenderski?

Trudno go jednoznacznie zdefiniować. Inaczej wygląda on w Ajaxie czy PSV, a inaczej w przykładowej Sparcie Rotterdam. Bywa, że jakiś element to bardziej wewnętrzna filozofia klubu, nie zaś trend ogólny. Wróćmy do FC Kopenhaga. To drużyna, która ma jedną z najwyższych średnich wzrostu w Europie. Dzięki temu zwiększają się jej szanse na skuteczną obronę przy stałych fragmentach gry przeciwnika i na gola przy własnych. Trudno odmówić logiki takiemu podejściu, choć nie każdy je pochwali. FC Midtjylland ma swoje algorytmy. I tak dalej. Generalnie dziś w zasadzie wszystkie kluby korzystają z różnych platform, trudno już bez nich pracować.

Przychodząc do Willem II byłem dużo gorszym skautem niż jestem obecnie. Rozwinąłem się tak dzięki mojemu szefowi Gerardowi Wielaertowi, z którym szybko złapałem kontakt i stał się niejako moim mentorem w tym świecie. Mogę go o wszystko zapytać, co sądzi o danym zawodniku, dlaczego tak sądzi itd.. Jeżeli rozmawiasz o takich sprawach z kimś, kto ma 30 lat doświadczenia i „wynalazł” Moussę Dembele czy Tomasa Galaska, jest to bezcenne.

Są dziś w Willem II zawodnicy, których ty obserwowałeś i zarekomendowałeś? Podejrzewam, że transfer Pola Lloncha z Wisły Kraków to w dużej mierze twoja sprawka.

Nie mogę ci tu konkretnie odpowiedzieć, ale powiem inaczej. Skauci często mówią „to mój zawodnik, ten też, a ten nie mój”. Uważam, że tu tak jak na boisku, liczy się zespół. Tak mówi wielu ludzi, którzy zjedli zęby na tym zawodzie i uważam, że to bardzo sprawiedliwe podejście, bo tak jak łatwo się przyznać do piłkarzy będących transferowym sukcesem, tak dużo trudniej przyznać się do porażek. A wypada umieć. Z drugiej strony, jeśli poleciłeś zawodnika, który potem nagle doznał poważnej kontuzji i się nie przebił, to znaczy od razu, że jesteś złym skautem? Nie mówimy o czarno-białych kwestiach. Natomiast w poważnych klubach nigdy za sprowadzenie jakiegoś piłkarza nie odpowiada jedna osoba.

Zapytam inaczej: pewnie czujesz dumę patrząc dziś na grę Lloncha, który od razu stał się czołową postacią Willem II, a w kwestii odbiorów znajduje się w czołówce całej Eredivisie?

Tak, czuję dumę. Podobnie jak czuję ją, gdy Marios Vrousai strzela gola w debiucie, a Timon Wellenreuther świetnie radzi sobie w bramce na stadionie Utrechtu.

W kadrze macie też Bartłomieja Urbańskiego. Półtora roku temu przyszedł z Legii i do dziś nawet nie zadebiutował, co nie wystawia mu dobrego świadectwa. Teraz testuje go Miedź Legnica. Gdzie leży jego problem?

Nie mogę recenzować zawodników, którzy są w naszym klubie.

Powinniśmy być zaskoczeni, jeśli w najbliższym czasie do Willem II trafi ktoś z naszego kraju?

Bez komentarza.

Osłabł ruch w drugą stronę, coraz rzadziej piłkarze z Holandii przychodzą do Polski. Kilka tygodni temu szef skautów Lecha Poznań powiedział dla TVP Sport, że zawodnicy grający w lidze holenderskiej i belgijskiej słabo sprawdzają się w Ekstraklasie, że często nie radzą sobie z agresywnym i fizycznym stylem gry. Też doszedłeś do takich wniosków?

Tak. Mogę się podpisać pod tą opinią, chociaż pamiętajmy, że do Polski nie przychodzą zawodnicy, którzy wyróżniają się w Eredivisie. Holendrom generalnie nie pasuje fizyczny styl gry, bardziej bezpośredni, oparty na walce. W Eredivisie ogromna większość drużyn stara się grać spokojnie, budować akcje od tyłu, eksponować przede wszystkim walory czysto piłkarskie. W polskiej lidze jest dokładnie na odwrót. Tylko nieliczni próbowali i próbują grać w „holenderski” sposób. Nic dziwnego, że Holendrzy często mieli problem z przestawieniem się na znacznie bardziej bezpośredni futbol.

Jednym z poważniejszych problemów holenderskiej piłki są dziś sztuczne boiska. Prawda?

Prawda. Nie jest tajemnicą, że przy długotrwałym graniu na takich murawach zwiększa się podatność na kontuzje, zwłaszcza u wyższych zawodników. Poza tym tempo gry spada, generalnie nie widzę tu żadnych korzyści poza argumentem ekonomicznym. Chociaż i tu jedna rzecz jest dla mnie niezrozumiała – taki Heracles czy Zwolle mogą zapłacić kilkaset tysięcy euro za zawodnika, a nie są w stanie zafundować sobie naturalnego boiska. Natomiast wiele klubów zdaje sobie sprawę z problemu i toczą się rozmowy na temat całkowitego zakazu gry na sztucznych murawach. Uważam to za ruch w bardzo dobrą stronę.

Holenderska piłka przeżywa od kilku lat spory kryzys, co najlepiej widać po wynikach reprezentacji. Holendrzy są tego świadomi? Jakie mają pomysły, by wyjść na prostą?

Wszyscy tu zdają sobie sprawę, że futbol się zmienił i poszedł do przodu, że Eredivisie już nie jest szóstą czy siódmą ligą w Europie, tylko znacznie słabszą. Głównie ze względów ekonomicznych nie jest już ona stacją docelową dla wielu gwiazd, a raczej atrakcyjnym przystankiem, przetarciem przed grą w topowych ligach. Natomiast w Polsce generalnie panuje dziwne przekonanie, że liga holenderska to w zasadzie poziom Ekstraklasy. Nie zgadzam się z tym i sądzę, że wynika to z niewiedzy. U nas ogólnie niewiele osób ogląda mecze Eredivisie, co najwyżej zerknie się na Ajax czy PSV.

Wracając do twojego pytania, to w jakimś stopniu Holendrzy trochę przespali też momenty zmian w szkoleniu, umknęło im, że rośnie rola aspektów fizycznych w piłce, ale wydaje mi się, że jednak finanse są ich największa przeszkodą. Zobacz, jakie pieniądze z kontraktów telewizyjnych dostają kluby już nawet nie w topowych ligach, ale takich jak Championship. Do tego pieniądze nie są dzielone równo, siłą rzeczy najwięcej dostają ci przyciągający największą publikę, czyli PSV, Ajax i Feyenoord. Reszta mocno odstaje.

Obecnie w Holandii ogromny nacisk stawia się na szkolenie trenerów i kluby duże środki przeznaczają na rozwój akademii. Pierwsze efekty już są widoczne. Obserwując mecze holenderskich drużyn i reprezentacji U-17 czy U-19, widać, że wszystko wraca na właściwe tory.

Willem II ostatnio zgarnęło sporo gotówki. Wasz Carlitos, czyli wyciągnięty z trzeciej ligi hiszpańskiej Fran Sol, odszedł do Dynama Kijów za 3,5 mln euro, a z transferu De Jonga do Barcelony twój klub zarobił 7,5 mln.

Co ciekawe, Sol to napastnik zupełnie innego typu niż Carlitos, typowy lis pola karnego. Miał świetny kontakt z kibicami, zawsze zostawiał serce dla tego klubu. I to autentycznie, bez sztucznej pozy. Ludzie doceniali jego postawę. Świetnie się u nas spisywał, przez dwa i pół roku strzelił 39 goli w Eredivisie. Trzymam za niego kciuki. Co do De Jonga – cieszę się, ale gratulować trzeba prezesom, a nie skautowi z Polski (śmiech).

Masz wizję tego, gdzie będziesz za pięć lat, masz swoje skautingowe szczyty?

Parę miesięcy temu miałem okazję poznać Pieta de Vissera. Dla skautów to człowiek-legenda, obecnie już ponad 80-letni starszy pan, który w piłce widział wszystko. Odpowiadał za sprowadzenie Ronaldo i Romario do Holandii, rekomendował De Bruyne’a czy Lukaku do Chelsea… Mistrz. Co ciekawe, jest on obecny praktycznie na każdym domowym meczu Willem II, bo mieszka w pobliżu.

Zapytałem go o to, jak po tych wszystkich latach odnajduje w sobie motywację. Powiedział mi, że najlepsza jest metoda małych kroków do przodu. Ciągła nauka i doskonalenie. Umiejętność tego, żeby przyznać się do dobrych i złych wyborów.

Ja też sądzę, że piłka tak się zmienia, wymaga tak dużej elastyczności, że jeśli pomyślisz sobie, że już jesteś super, to będzie pierwszy krok ku wyleceniu z branży. Skupiam się na tym, aby robić swoje, słuchać mądrych ludzi. Mam swoje cele, ale na razie zostawiam je dla siebie.

Największy moment triumfu i największa porażka?

Może cię to zaskoczy, ale niesamowicie się cieszyłem, gdy w zeszłym roku nasz zawodnik, wypożyczony z Wolfsburga Ismail Azzaoui, znalazł się wśród setki nominowanych do nagrody Golden Boy. Porażki nie wskażę. Każde niepowodzenie traktuję jako cenną lekcję.

Największe logistyczne zamieszanie, najbardziej pamiętna przygoda, którą miałeś podczas podróży?

Trochę tych przygód było… Jeden wyjazd był szczególnie wesoły. Czasy mojej pracy w Tottenhamie. Turniej młodzieżowy w centralnej Polsce, kilku interesujących zawodników w jednym miejscu. Z Anglii przyleciał David, ruszamy z Okęcia. Kiedy dojechaliśmy do celu, okazało się, że boisko jest z dala od cywilizacji. Idziemy do klubowego budynku, a tam miejscowi działacze już w „pełnym gazie”. Wódeczka, śledzik, salcesonik… Generalnie klimat jak na weselu i niezłe jaja. Brakowało tylko orkiestry. Obserwuję reakcję Davida, widzę, że nie wie o co chodzi. Ostatecznie musiał wychylić kieliszek z jednym z panów i mogliśmy iść skautować. Było wesoło! (śmiech)

Jak nasz rodzimy skauting wypada w porównaniu do tego zachodnioeuropejskiego? Mamy się czego wstydzić?

Paradoksalnie więcej mam kontaktów za granicą niż w Polsce. Nie mam pełnej wiedzy, jak wygląda sytuacja w Ekstraklasie czy I lidze, natomiast patrząc na sprowadzanych zawodników, widać postęp. Coraz częściej dostrzegam rozwagę, myśl, jakiś konkretny kierunek. Na kursach spotykam często pasjonatów z Polski, którzy też chcą się rozwijać w tym zawodzie.

Na pewno jest u nas mnóstwo ludzi, którzy po prostu czekają na szansę, chcą coś zrobić z pasji, nieraz też z miłości do swojego klubu. Ale ktoś musi przeczytać ich maila, otworzyć drzwi i powiedzieć, że na początek będą coś robić za zwrot kosztów. Gwarantuję ci, że byłaby masa chętnych.

Ludzie będący przy piłce często poświęcają jej całe życie, nieraz kosztem rodziny, czego później żałują. Miałeś taki moment, gdy zachwiałeś proporcje?

To prawda, wielu ludzi piłki tak naprawdę nie potrafi już żyć niczym innym. Dlaczego tak się dzieje? Bo piłka to gigantyczne emocje, twoja praca co weekend jest recenzowana na stadionie przez tysiące ludzi, plus nieraz miliony przed telewizorami. To wielka presja, ale i wielka ekscytacja. Gdy wszystko idzie dobrze, jest euforia, lecz w trudnych momentach człowiek potrafi być nie do życia. Co do mnie, piłka sfery prywatnej mi nie rozwala. Wielki ukłon w stronę mojej żony, która stanowi olbrzymie wsparcie. Bez niej na pewno nie byłbym tu, gdzie jestem. Podziwiam ją, że potrafi zapanować nad naszym kilkumiesięcznym brzdącem. To jest dopiero sztuka!

Nie masz poczucia, że za rzadko jesteś w domu, że tracisz coś kosztem czegoś?

Jeśli tylko mogę, a staram się móc często, jestem z żoną na miejscu, zajmuję się dzieckiem. Rodzina jest absolutnie najwyższą wartością. Jeżeli coś tu cierpi, to szersze życie towarzyskie – znajomi, wyjścia, imprezy. Tego mam mało, rzadko jest czas. Ale najmocniejsze przyjaźnie zawsze przetrwają, tacy ludzie widzą, że nie robię im na złość, tylko realizuję to, do czego wielkim wysiłkiem dążyłem.

Jesteś w stanie oglądać jeszcze piłkę jak zwykły kibic i skupić się na samych emocjach?

Chyba już nie. Nie potrafię już oglądać piłki wyłącznie dla przyjemności. Nawet gdy nasza reprezentacja grała na mundialu, śledziłem mecze przez moje skautingowe filtry. Trochę dziwnie się z tym czułem, ale tak było.

Nie zabija ci to radości z samej pracy?

Słuchaj, wstaję rano z łóżka i myślę sobie, że mam najlepszą pracę na świecie. Kilka razy w tygodniu mówię żonie, że to jest właśnie to, co chciałem zawsze robić. Absolutnie nie mam dość, jedziemy dalej.

rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK

Fot. archiwum prywatne

KOMENTARZE (5)

WordPress Lightbox