Michalczewski: Internet wszystko spieprzył. Każdy chce tylko zrobić szybki strzał
Inne sporty

Michalczewski: Internet wszystko spieprzył. Każdy chce tylko zrobić szybki strzał

Był mistrzem świata wagi półciężkiej i junior ciężkiej, tej pierwszej przez dekadę. Przez lata boksował w niemieckich barwach, dopiero pod koniec kariery wrócił występów pod biało-czerwoną flagą. Po odwieszeniu rękawic zajął się biznesem, który znów przyniósł mu spore sukcesy. Teraz postanowił zostać promotorem i po raz kolejny mierzy wysoko. Jednocześnie bardzo krytycznie ocenia swoich młodszych kolegów po fachu. Dariusz Michalczewski w szczerej rozmowie z Weszło mówi o boksie, biznesie, alkoholu i… Piotrze Stokowcu.

Co z tym boksem? Czemu po latach twoich sukcesów, po latach medali olimpijskich i polskich mistrzów świata, dziś wygląda to tak blado?

Dziś bokserzy strasznie teoretyzują, to znaczy teoretycznie są tak dobrzy, że czapki z głów. Patrzę i się dziwię. A oni mówią, że dziś trenuje się inaczej. Okej, ale dziś boks jest na dużo niższym poziomie. Pytam: czemu chłopaki nie chcecie zrobić tak, jak ja trenowałem? Weźcie moje plany treningowe, ja przecież wygrywałem. Mam wszystkie plany od Fritza Sdunka. To były dobre przygotowania. Dziś wszyscy kombinują, trenują z jakimiś linami. Po jaką cholerę?! Przecież my nie jesteśmy lekkoatletami, sztangistami, tylko pięściarzami. My siłę robimy po to, żeby wzmocnić stawy. Boks z siłą nie ma nic wspólnego. Oni zapieprzają nad siłą, a zapominają o podstawach. Przecież lepiej zrobić walkę z cieniem. Jakieś wynalazki? Bokserzy muszą po prostu zapieprzać na sali bokserskiej. To jest prosty sport: lewa, albo prawa. Tyle. Teoretyzowanie i komplikowanie jest bez sensu, trzeba pamiętać o podstawach.

Nie chce im się?

Kłopot jest w tym, że zainteresowanie boksem jest dużo mniejsze. A przecież to jest nawet sprawa socjalna. W każdym mieście powinien być jeden, dwa, trzy kluby bokserskie. Czemu? Bo największe łobuzy najlepiej się nadają do boksu. U mnie było tak samo. Kiedyś była tylko piłka albo boks. Kiedy piłka nam się zepsuła albo zgubiła, od razu były okradane piwnice, wybijane szyby i zęby. Za dużo czasu i głupich pomysłów. Mieliśmy jedną piłkę na całe osiedle, śmieję się z tego, bo mój syn ma ze trzydzieści. A dziś dzieciaki mają dużo innych pokus, siedzą w internecie, biorą jakieś mózgotrzepy, o które bardzo łatwo.

Nie ma klubów bokserskich?

Są, ale mają bardzo trudno, potrzebują wsparcia. Są trenerzy, moi koledzy Gumowski, Kasprzak, czy Snarski. Oni chcą, ale muszą dostać pomoc od państwa. Tutaj jednym uderzeniem masz dwie muchy zabite: rozwija się sport, a w mieście jest spokój. Mi trener od dzieciaka mówił: „ty nie możesz bić ludzi na ulicy, boks to sport dla inteligentnych. Nie musisz na ulicy nic udowadniać”. Jest fajny prezydent w Poznaniu, sam boksuje i wspiera nasz sport. Oczywiście, nie każdy prezydent musi boksować, ale warto, żeby zrozumiał, że trzeba to wspierać. Przecież boks kiedyś był naszym sportem narodowym, co igrzyska był worek medali…

A tu od Barcelony mija 27 lat i medalu ani widu ani słychu.

Kto to zdobył w Barcelonie?

Wojciech Bartnik, brąz w półciężkiej.

No tak, rzeczywiście, nie wiedziałem, że to już tyle czasu minęło. Za mnie Torsten May pojechał na mistrzostwa świata do Sydney w 1991 i zdobył złoto, a potem pojechał też na igrzyska do Barcelony, gdzie także wygrał. Ale za to nie został zawodowym mistrzem świata. Mi igrzyska przeszły koło nosa. Przed Seulem uciekłem z Polski, a przed Barceloną przeszedłem na zawodowstwo.

Trochę szkoda…

Nie wiem, co to znaczy olimpiada. Zdobyłem tyle, że nie jest mi żal. Ale ciekawy jestem i zazdroszczę tym chłopakom, którzy byli na igrzyskach. Nie chodzi mi nawet o poziom sportowy, bo czasem o medal było łatwiej niż na silnie obsadzonych mistrzostwach Europy. Na igrzyskach zdarzało się, że ktoś miał dobre losowanie i brąz wpadał właściwie za darmo. Ale nie ma co dyskutować: złoto olimpijskie jest czymś wielkim.

Widzisz jakieś szanse na to, że polski boks znów będzie się liczył na igrzyskach?

Jeśli wszyscy promotorzy razem do tego usiądą, to tak – Wasilewski, Borek i tak dalej. Jeśli siądziemy razem, a w końcu do tego dojdzie, to zrobimy coś dla polskiego boksu olimpijskiego. Przecież to jest tani sport. Nie potrzebujesz skoczni, hali, stadionu. Stawiasz ring, wieszasz worki i wystarczy, żadna wielka filozofia i żadne koszty. Dresy kosztują grosze, rękawice też. Musimy to zrobić. Mi się przez lata nie chciało, ale teraz mam partnerów, którzy chcą to robić. Ja mogę pomóc z organizacją, być twarzą tego, zmotywować chłopaków do treningu.

Fakt, do motywacji nadajesz się jak mało kto.

A wiesz, który trener jako pierwszy mnie do czegoś takiego zaprosił? Piotrek Stokowiec z Lechii Gdańsk. Spytał: Darek, bardzo bym cię prosił, może przyszedłbyś do chłopaków, zrobił trening motywacyjny, ty jesteś facetem, który osiągnął sukces. Po spotkaniu piłkarze do mnie podchodzili i dziękowali z wielkim respektem i szacunkiem. Chyba pomogło, bo zapieprzają po tym, jak miło. Jeszcze mistrza z tego zrobią!

Co im powiedziałeś?

Piotrkowi powiedziałem: miło, że ktoś z trenerów mnie zaprosił. A chłopakom? Macie dzisiaj wszystko: buty na taką nawierzchnię, na inną. Ja miałem jedne buty, a dres prałem tak rzadko, że raczej był zniszczony niż wyprany. Dziś wszystko macie na tacy, czyściutkie, wyprasowane, wypastowane, pachnące. Nic, tylko wyjść i zapierdzielać. Jak ja robiłem kondycję, biegłem 9 kilometrów na trening, robiłem trening, biegłem z powrotem, a jak w lecie było jeszcze jasno, to potem grałem w piłkę. Dziś jeden z drugim zrobi jeden trening i idzie się masować. Jasne, to jest ważne, ale najpierw trzeba coś z siebie dać, a potem oczekiwać. Patrzę dziś na sportowców i się nie mogę nadziwić. Mnie nigdy nie interesowała przeciętność.

A ich interesuje?

W większości przypadków tak. Na przykład w Lechii. Pytam Piotrka: czy ty im zabraniasz podejmowania ryzyka? A on na to: Darek, każdy ma swoje 10 metrów kwadratowych i tam ma być zrobiona robota. Poza tym obszarem mogą czarować i robić, co chcą. A oni grają na alibi. Ja się nie znam tak na piłce, ale czegoś takiego nie rozumiem.

A rozumiesz takiego Arkadiusza Recę, który przez kilka pierwszych miesięcy we Włoszech nie nauczył się choćby podstaw języka?

Przecież to jest absurd! A potem się dziwi, że nie gra? Głupi nie odniesie sukcesu w żadnej dyscyplinie, w żadnym aspekcie życia. Ja też jechałem do obcego kraju, po niemiecku mówiłem tylko „danke schoen”. Sam się nauczyłem, w każdej sytuacji pytałem o nowe słowa, „was is das, was is das”. Szybko chciałem poznać podstawy, bo jak sobie radzić bez tego?

No jasne, kontrakt ci dadzą do podpisania…

To tam ch…, też nie wiedziałem, co podpisuję! Dla mnie liczył się sukces, musiałem się zgrać z chłopakami z drużyny. Musiałem umieć się przebić. W 1991 były pierwsze mistrzostwa Europy, na których występowała drużyna po zjednoczeniu Niemiec. W mojej wadze do wyboru był mistrz świata, mistrz Europy i mistrz olimpijski. A pojechał… Dariusz Michalczewski z Polski. I wygrał. Czemu? Bo byłem sercem drużyny! Po turnieju piłem z trenerami w pokoju. Wszyscy zawodnicy pochowani w pokojach, po cichu chlali rum. A ja – whisky z trenerami. Ale dopiero po wygranej. Ja zawsze się wyróżniałem, jeździłem najlepszymi samochodami, robiłem atmosferę.

Zawsze musiałeś być najlepszy, najbardziej wyrazisty, najgłośniejszy.

Dokładnie. W Universum było tak samo: wchodziłeś na trening i od razu wiedziałeś, kto jest najlepszy. A ekipa była przecież gigantyczna: bracia Kliczko, Juan Carlos Gomez, Grigorian, Kovac i jeszcze kilku mistrzów Europy. Taki był poziom. A dziś? Dzwoni do mnie brat i mówi: jest walka o mistrzostwo świata na takim a takim programie, chyba o pas WBA. Patrzę, przyglądam się, przełączam kanały, szukam, wracam, w końcu mówię: nie, coś pokręciłeś, nie ma walki o tytuł. A on, że to właśnie ta. Nie wierzyłem. Poziom był dramatyczny. Tacy bokserzy w gymie Universum nawet na trybuny by nie weszli! To jest dramat. Tak mało trzeba, żeby zostać mistrzem, a u nas i tak nie ma. Oni tak naprawdę nie chcą być mistrzami, chcą tylko mieć lajki! Ch…jakieś lajki! Nawet nie wiem, o co chodzi! Ja w życiu nie wysłałem maila! Basia ciągle mi kupuje najnowsze modele, jakieś iPhony, dwunastki, trzynastki, czternastki. I po co? Z telefonu to ja dzwonię i tyle. Ten internet wszystko spieprzył. Każdy chce tylko zrobić szybki strzał.

W sporcie się nie da?

W żadnej dziedzinie się nie da. 99 procent tych, którzy wygrali w totolotka, wcześniej czy później plajtują. W biznesie kto zrobi szybki strzał, zaraz pójdzie siedzieć. Musi być ciężka, solidna robota. Wiem, że to nie jest proste, że bywa trudno. Ktoś powie, że mi łatwo tak mówić. Ale ja to robiłem. Ja uciekłem z Polski do Niemiec, ja uciekłem z amatorstwa na zawodowstwo. Robiłem wbrew wszystkiemu. Nie, że piękny kontrakt na Zachodzie, tylko musiałem spierdalać. Nie piękny kontrakt zawodowy, tylko musiałem kombinować. Nie piękny powrót do Polski, tylko musiałem Kohla zaszantażować, żeby walczyć pod biało-czerwoną flagą. Zawsze pod górkę, zawsze wbrew komuś. Wszystko można, tylko trzeba zapieprzać. Ja zawsze wiedziałem, że zrobię wszystko, by być najlepszym.

I nie miałeś chwil zwątpienia?

Jasne, bywało bardzo trudno. Na początkach w Niemczech zdarzało się, że nie miałem co zjeść. Samochód stał pod domem, a ja nie miałem za co zatankować, jeździłem na trening na rowerze. To była szybka szkoła życia. Pojechaliśmy do Niemiec, po pewnym czasie dostaliśmy od klubu mieszkanie. Poszliśmy do sklepu, a tam meble na raty. No to oczywiście kupiliśmy piękną kuchnię. Szybko się człowiek nauczył, że nie można żyć ponad stan, brać kredytów, że trzeba grosz szanować.

Potem jednak szybko zacząłeś zarabiać kokosy.

Tak było. Kiedy podpisałem zawodowy kontrakt to było „sezamie, otwórz się”. Kohl dał mi 150 tysięcy marek na dzień dobry, plus dychę miesięcznie. Pomyślałem: taka kasa, jeszcze mi za walki płaci – jestem najbogatszym facetem na świecie! Do końca pierwszego roku stoczyłem chyba trzy walki, przychodzę do niego i mówię: dawaj kasę za walki. A on: ty normalny jesteś?! Ty jeszcze jesteś mi winny! Kontraktu nie czytałeś? No nie, przecież nie umiem po niemiecku! Trzeba było czytać! No to ja na to: to będziemy inaczej gadać!

Ale ty miałeś status…

Jaki status? Ja musiałem zapierdzielać. Byłem tylko mistrzem Europy amatorów, to nikogo nie obchodziło. Wygrywałem z klientami tak, żeby ich jak najszybciej rozwalić. Oczywiście, od razu mówiłem promotorowi: dawaj mi kozaków, chcę walczyć o mistrzostwo świata. Kiedy okazało się, że kasa w kontrakcie wygląda inaczej niż sądziłem, powiedziałem: płać mi za walki, zamiast miesięcznie. Za walkę chcę 40 tysięcy. On na to: tyle ci nie dam, dostaniesz 25, a jak nie, to przyprowadzę ci gościa, który ci wpier… Wygrałem, za następną zażądałem 100 tysięcy. „Dostaniesz 75”. A ja na to: słuchaj, przyprowadzaj, kogo chcesz, ale płać stówę. Szybko się rozeznałem na tym rynku. Wiedziałem, że jestem mu potrzebny. W tym biznesie nie możesz być leniem i nie możesz być głupi.

Polscy bokserzy dziś są głupi?

Ostatnio słyszałem, że któryś z zawodników miał boksować o tytuł, proponowali mu jakieś 295 tysięcy dolarów, potem zaoferowali 15, czy 25 tysięcy mniej. I on się nie zgodził. Przecież to walka o tytuł. Jasne, że trzeba handlować, ale takiej szansy może już nie dostać. Dla mnie to czysta głupota. Ja zawsze ostro negocjowałem, ale tytuł zawsze był ważniejszy od kasy.

Z czasem nauczyłeś się czytać kontrakty?

Dogadywaliśmy się zawsze na gębę. Kohl zawsze się rozliczał uczciwie, chociaż przy ostatniej walce mieliśmy nieporozumienie. Zawsze dostawałem kontrakt 5 tygodni przed walką. Tym razem też. Rzuciłem okiem, suma się zgadzała, nie pamiętam już 4,5, czy 4,7 miliona. Ja zresztą zawsze, poza jednym wyjątkiem, za kolejny pojedynek dostawałem więcej niż za poprzedni. W każdym razie po ostatnim sparingu, chwilę przed walką, przychodzi do mnie człowiek od promotora i mówi: kontrakt do podpisania. Co?! Przecież podpisałem! „Nie, podpisałeś przedłużenie kontraktu”. Jakie przedłużenie?! Wparowałem do Kohla do biura: dawaj, kur… ten kontrakt! Porwałem go i mówię: do godziny 17 siedzę tu i tu, jeśli nie przywieziesz nowego kontraktu i 200 tysięcy kary, to walę pierwszą lufę i sam będziesz boksował! Przywiózł.

Zrobiłbyś tę lufę, gdyby nie przywieźli? Czy to był czysty blef?

Nie wiem, pewnie bym zrobił, bo jestem charakterny. A blef był taki, że nie mogli mnie sprawdzić, to ja byłem od sprawdzania. Ale to zawsze działało w dwie strony, dla mnie słowo było święte. Znałem zawodników, którzy umawiali się powiedzmy na 2,5 miliona, a dzień przed walką mówili promotorowi: chcę 2,75. Mnie by to przez gardło nie przeszło. Czy podpisany kontrakt, czy nie – umowa to umowa. Ja mogłem ostro licytować, bo ja byłem koniem pociągowym tej grupy. Wszystkie umowy, jakie Kohl podpisywał z telewizją, były tak naprawdę podpisywane na mnie. On zarobił na mnie kupę pieniędzy, ale… ja też zarobiłem.

No i teraz postanowiłeś stanąć po drugiej stronie barykady. Po co?

Przypadkiem. Mój wspólnik Przemek Szymański, namawiał mnie do wsparcia Izu Ugonoha, chciał zrobić mu walkę. Fajna gadka, że Izu to „Pantera”, ja „Tygrys”, więc pasuje idealnie. Pierwsze spotkanie, drugie, dziesiąte, dwudzieste, coś rozmawiamy, negocjujemy. A ja nagle: „okej, ale ja, jako promotor…”. Trochę mnie Przemek urobił w inteligentny sposób. No i trzeba to teraz pociągnąć.

Fajnie tak się rzucić w wir pracy?

Super. Nie mam czasu na głupoty. I tak nie miałem za dużo, bo dzieciaki, ale teraz sobie zdałem sprawę, że przez 13 lat nic nie robiłem. Tyle, że mnie czasem ktoś przekonał, zapłacił ile chciałem, więc robiłem. Żadnej satysfakcji z tego nie miałem. Odpocząłem sobie, teraz wracam do gry. Wiem, co chciałbym zrobić, na razie nie do końca wiem, czy wszystko się uda. Na razie zrobimy galę na koniec marca, będzie połączona z moim benefisem.

Gala będzie zrobiona na bogato?

No jasne, tylko tak ma to sens. Już konferencja prasowa była zrobiona na najwyższym poziomie, nie będę na to żałował pieniędzy. Telewizja mi mówi, że światła na gali kosztują 80 tysięcy, ale można też zrobić za 25. No można, ale to wygląda fatalnie, jak Kargul i Pawlak i to nie w kolorze. Trzeba wprowadzić do polskiego boksu nowy „kvalitet”. Mamy najlepsze firmy, najlepszego reżysera. Gala miała być w grudniu, będzie 30 marca. Wystąpią Nikodem Jeżewski, Kamil Łaszczyk, Izu Ugonoh, będzie lepsza karta niż miała być. Dopinamy szczegóły, ma być na bogato.

Czyli chcecie iść w kierunku KSW?

Powiem tak: jak możesz firmować swoją twarzą coś, co jest robione za jedną trzecią wartości? Przecież to wstyd. KSW jest dowodem na to, że jak więcej włożysz w biznes, to więcej wyjmiesz. Opakowali swój produkt pięknie. Ja bym chciał zrobić galę z samym boksem, bez show. Ale mam ekspertów, którzy mnie przekonali, że tak do dziś działa, tak funkcjonuje ten biznes. Kłopot w tym, że dziś sportowcy mają zbyt wygodnie i chcą zbyt dużo. Do piłkarzy na zgrupowanie przed mundialem przylatują kobiety? Co to za jaja! Ja nie na darmo dwa tygodnie przed walką wyprowadzałem się z domu. I co? Nie tęskniłem za dziećmi?! Kur…, bez bólu, bez cierpienia nie ma sukcesu. Przed walką, meczem, turniejem musisz być skoncentrowany. A jak masz się skupić na wyzwaniu, gdy siedzisz w ciepłym fotelu i bawisz się z dziećmi? To tak nie działa! Jak ja w ciągu dnia na 20 minut zapominałem o walce, to był sukces. Kładłem się spać z myślą o rywalu i budziłem się z myślą o rywalu. Dziś takiego głodu u bokserów nie widzę…

A tymczasem od promotorów słyszymy, jaki ten poziom jest super.

Przecież to bzdura. Komentatorzy nazywają prawy cep pięknym prawym krzyżowym! No jak?! Nie mogą powiedzieć, jaka jest prawda, bo wylecą z roboty, a grosik za to przecież jest. Trochę muszą cukrować, ale to jest profanacja prawdziwego boksu.

Ty nie musisz robić nic dlatego, że ktoś ci każe, albo coś wypada?

Rzeczywiście. Ale ciągle mam coś do roboty. Teraz na przykład jadę na parę spotkań, pomogłem ludziom, oni w prezencie dają mi potem whisky, takie wielkie, trzylitrowe krowy. No i Basia znowu będzie zła. Mówi: „twoi koledzy są bezczelni, dają ci whisky, chcą cię do grobu wpędzić!”. A ja lubię wypić. I co gorsza, mam takich okazji kilka dziennie. A rano trzeba wstać. Dzieci do szkoły, przedszkola, syna na trening, tu spotkanie, tam spotkanie, ciągle coś.

Z tego twojego zamiłowania do zabawy miałeś poważne problemy. Ponad rok temu do waszego mieszkania weszła policja, zostałeś zatrzymany, a potem skazany na grzywnę za znieważenie żony i naruszenie jej nietykalności. Jak to było?

Nie chcę o tym mówić. Ta cała sprawa to jakiś absurd. Jesteśmy dobrym małżeństwem, kochamy się. Mamy mocne charaktery, więc czasem walczymy, ale to ja dostaję po głowie. Sąd mnie skazał, usłyszałem, że to ma być przykład dla innych. Ale jaki przykład, jak nie było żadnych dowodów na moją winę? Moich świadków sąd nawet nie przesłuchał, zamiast tego wypytywał obce osoby, które nie miały żadnej wiedzy na ten temat. Wyrok zapadł, ale ja tego tak nie zostawię. Nie chodzi o 3 tysiące grzywny, tylko o sprawiedliwość. Nie jestem taki, jak wynika z wyroku, dlatego złożyłem apelację.

Ale z Basią dalej jesteście razem?

Oczywiście, zresztą gdzieś się tu kręci. Zaraz pewnie wpadnie i powie: „znowu tylko siedzisz w restauracjach i gadasz z ludźmi”. Ona myśli, że ja nic nie robię. A to właśnie moja robota. Pytam ją: to skąd to wszystko masz? „Tigera masz, to zarabiasz”. Kasa ciągle płynie. Przecież my tego nie przejemy! Mamy na dobre życie, stać nas na wszystko. Ale nie mamy czasu wydawać. Jeździmy na drogie urlopy, ale przecież nie za często, bo dzieci chodzą do szkoły, Darek ma też obozy piłkarskie. Lecimy z nim nie do Dubaju, tylko do Zakopanego, choć nie wiem, co dzisiaj jest droższe! Jak w Ischgl płacę dużo, ale mam w tej cenie wszystko: sauny, masaże, szampany, trufle i tak dalej. A ludzie płacą tyle za Zakopane! Ja kocham polskie góry, uwielbiam Zakopane, zawsze tam trenowałem przed walkami i zawsze chętnie wracam. Ale ceny zrobiły się tam absurdalne.

Za to zawsze można liczyć na pomoc TOPRu…

Przecież to, co zrobił ostatnio Artur Szpilka to jest szczyt żenady. Co w tej głowie musi być?! Wolałbym, żeby lepiej boksował, a mniej pier… ! Ta akcja z TOPRem? Ja bym umarł ze wstydu, gdyby mnie ktoś musiał zwozić z góry z psem. W życiu bym sobie na coś takiego nie pozwolił, a już na pewno nie chwaliłbym się tym w mediach społecznościowych. No, ale lajki muszą się zgadzać…

W ringu jeszcze stać go na sukcesy?

Szpilkę? Wilder zabrał mu serce, wątrobę, nerki i wszystko inne. Kownacki jeszcze mu dołożył. Z niego już nic nie będzie. On może już tylko odnosić sukcesy w lajkach. Wilder go zabił w ringu, Kownacki go upokorzył. Przecież to nie był jakiś lucky punch, on go zlał jak psa. Adam nie ma żadnych papierów do boksowania, tylko serducho do walki. O czym my rozmawiamy?! Kownacki idealnie pokazał mu miejsce w szeregu i powiedział: chłopczyku, ty jesteś w czarnej d…!

Rozmawiał JAN CIOSEK

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (11)

WordPress Lightbox