Był czas, że nie miałem co do garnka włożyć. Obiady jadałem u mamy i teściowej
Inne sporty

Był czas, że nie miałem co do garnka włożyć. Obiady jadałem u mamy i teściowej

W zawodowym boksie widział wszystko: pełne hale i gale w salach gimnastycznych, sędziowskie wałki, spektakularne zwycięstwa i bolesne porażki. Widział bokserów, którzy wchodzili na szczyt, sam doszedł do tytułu mistrza Europy. Niejednokrotnie widział też puste konto i garnek, do którego nie było co włożyć. Jako trener prowadził głównie Mariusza Wacha. Teraz wchodzi w (spore) buty Andrzeja Gmitruka i ma przygotowywać Macieja Sulęckiego do walki o mistrzostwo świata. Piotr Wilczewski w programie „Ciosek na wątrobę” w Weszło FM opowiedział nam o cieniach i blaskach życia w ringu.

Przed chwilą stoczyłeś walkę pożegnalną. Skąd w ogóle taki pomysł ponad sześć lat po zawieszeniu rękawic na kołku?

Karierę zakończyłem już dawno, do ringu wychodzę tylko jako trener, robić tarczę. Wiadomo, ciągnie mnie do ringu, ale nie miałem już pomysłu na powrót. Powrót? Chodzili za mną miejscowi kibice z Dzierżoniowa, mówili: Piotrek nie pożegnałeś się z nami. To trwało sześć lat. Na każdej imprezie, zwłaszcza zakrapianiej, było suszenie głowy o to…

„Z nami się nie pożegnasz”?

Dokładnie. W końcu wpadł mi do głowy taki pomysł: mam kilku wychowanków, mistrzów Polski. Postanowiłem ściągnąć kibiców i pokazać ich szerszej publiczności przy okazji mojego pożegnania. Powiedziałem o tym żonie, tylko popatrzyła: człowieku, o czym ty mówisz, masz cztery dychy na karku! Ale postanowiłem. Chciałem bardzo dobrego rywala, ale zdrowy rozsądek podpowiadał co innego. Wziąłem solidnego zawodnika, ale nie żadnego kozaka. Wygrałem, ładnie się pożegnałem z ringiem.

Kiedyś mówiło się o twoim powrocie na walkę z Maciejem Miszkinem.

Tak, nawet wczoraj razem trenowaliśmy i wspominaliśmy ze śmiechem ten pomysł. Miała być taka walka na Polsat Boxing Night, ale do niczego nie doszło. Ja się już szykowałem, ale pojedynek został odwołany, do dziś nie do końca wiem, dlaczego.

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to zazwyczaj chodzi o kasę.

Możliwe. W każdym razie, ja już byłem gotowy, forma rosła, miałem sponsorów i chciałem walczyć. No, szkoda.

Ale za pożegnalną walkę zarobiłeś kupę pieniędzy?

Tak… dołożyłem z własnego portfela! Ale nie zawsze w życiu chodzi o pieniądze. Kasa jest ważna, ale tu co innego miało znaczenie. Wiecie, jak cudownie było wrócić? Jak pięknie było to znowu poczuć, tę adrenalinę, nerwówkę, emocje, po tylu latach. Super! Poza tym, widziałem tych ludzi i wiedziałem, że wszyscy patrzą na mnie, że to ode mnie zależy jakość tego wieczora. Przycisk był w moich rękach.

A jak trener Wilczewski ocenia zawodnika Wilczewskiego?

Brakowało dużo, głównie precyzji, kątowego zachodzenia, szachowania rywala. Dodatkowo w pierwszych dwóch rundach za dużo skakałem. Zorientowałem się: po co tyle skaczesz, marnujesz energię. Szybko wyciągnąłem wnioski i potem było coraz lepiej.

To była kropka nad i? To już koniec?

Zdecydowanie. Już przed walką myślałem: co ja robię, po co się będę ośmieszał. Ale zabrnęło to już za daleko, żeby się wycofać.

Kibice z Dzierżoniowa byli zadowoleni?

Bardzo. Wyciągnęli z szafy swoje przebrania wilka, czapki z uszami, flagi. Przypomnieli sobie stare czasy wyjazdów na moje walki. Czasem jeździły całe autokary. Mówili, że pamiętają wyjazdy, powroty już trochę gorzej (śmiech).

Karierę zakończyłeś dość wcześnie w wieku 34 lat. Nie myślałeś o powrocie na serio, nie ciągnęło Wilka do lasu?

Ciągnęło. Ale ja miałem 300 walk amatorskich i organizm był mocno zużyty. Kiedy koledzy wiedzieli, że nie ma walki, odpuszczali. Ja cały czas trenowałem. W wieku 34 lat czułem, że jestem już wyeksploatowany. Przy mocniejszym wysiłku zaczynały się odzywać kontuzje. Zdecydowały także finanse. Mój obóz kosztował 30 tysięcy, a ktoś mi proponował za walkę 15. I mówił: ale przecież pokazujemy cię w telewizji, to dla ciebie promocja. Jaka promocja? Żeby wyjść na plus muszę latać po sponsorach, a potem obrywam jeszcze po głowie. Ja kocham boks, ale powiedziałem: dość. Pod koniec dostałem propozycję fajnej walki, ale pieniądze się nie zgadzały. Policzyłem, że po 3 miesiącach przygotowań i opłaceniu obozu, i sparingpartnerów, zostałoby mi 5 tysięcy. Średnia stawka za trzy miesiące ostrej harówki.

Ciężko się dorobić na boksie?

Ciężko. Trzeba mieć dobrego promotora i być rozpoznawalnym. Ja nie popieram takiej wulgarnej promocji, jak stosują niektórzy. Uważam, że sport powinien wystarczyć. Niestety wielu zawodników woli pajacować, szuka sensacji. Nie uważam, żeby to był dobry sposób. Jak mam potem dzieciakowi na sali powiedzieć: bądź taki, jak ten pan, który ubliża rywalom i robi różne numery. To nie są dobre autorytety.

Ale to się sprzedaje.

Taki świat…

Patrzymy w twój rekord i zastanawiamy się, czy najwięcej zarobiłeś za walkę z Jamesem DeGale’em, czy z Arturem Abrahamem.

Za De Gale’a nie powiem ile dostałem, bo nie ma się czym chwalić. Za Abrahama zrobiła się fajna kwota. Zarobiłem 70-80 tysięcy złotych. Po kilku miesiącach dostaję telefon: walka na wyjeździe za 25 tysięcy. I słyszę: to dla ciebie przepustka. Ja na to: jasne, raz mi się udało, wygrałem przed czasem w Finlandii. Ale nie zawsze mi się uda. I co wtedy? Z 25 tysięcy zrobi się 15, a z 15 raptem 5? To mnie skłoniło do zakończenie kariery. Do tego doszły kontuzje. Prawą rękę miałem 16 razy złamaną, byłem takim jednorękim bandytą. Do dziś czasem zaboli. Mam też kilku znajomych, który próbują swoją siłę udowodnić mocnym uściskiem dłoni. Teraz po prostu podaję im lewą…

A problem jeszcze polega na tym, że nawet, jak masz w kontrakcie zapisane dobre pieniądze, to nie zawsze je dostaniesz. W twoim przypadku było tak z wielką galą organizowaną przez Bogusława Bagsika, znanego z afery Art B.

Tak było. Nie będę mówił o szczegółach. Do dziś jest około 80 tysięcy złotych zaległości, 30 tysięcy zasądził sąd. Ale nie liczę na to, że zobaczę z tego choćby złotówkę. To wirtualne pieniądze. Przykre to jest. Tak samo jak to, że czasem długo się czeka na wypłatę, dużo dłużej niż jest to zapisane w kontrakcie. Jeśli ktoś jest sam, to nie ma wielkiego problemu. A jak pięściarz ma rodzinę na utrzymaniu?

Nie każdy zarabia tak, jak Floyd Mayweather…

Dokładnie. Ludziom się wydaje, że pięściarz zgarnia kupę forsy, nie robi nic poza treningami, a po walkach leci na długie wakacje. Prawda jest taka, że dziś niektórzy moi podopieczni zarabiają mniej niż ja 12 lat temu. To jest dramat. Wiadomo, że ci najlepsi mają lepiej, ja mówię o średniakach. Bardzo mi ich szkoda, sam im mówię, że powinni iść do pracy, bo na boksie zarabiają grosze…

Czyli ile?

Na przykład za dwa miesiące przygotowań i walkę 2500 złotych. To jest śmiech na sali.

To na odżywki wystarczy…

Tak, na miesiąc, może na półtora, na dwa na pewno nie. Nie chcę nikogo zniechęcać, bo to piękny sport. Ale lekko nie jest. Boks zawodowy nie jest taki piękny, jak się niektórym wydaje.

Też miałeś takie historie, że konto świeciło pustkami?

Niestety, tak. Miałem taki okres, że przez pół roku nie dostawałem pieniędzy. Miałem kredyt do spłacenia i zero złotych w kieszeni. Doszło do tego, że jednego dnia jedliśmy z żoną i córką obiady u mojej mamy, a drugiego u teściów. Było bardzo ciężko.

Ale przecież ty nie byłeś średniakiem, tylko mistrzem Europy, przez całą karierę byłeś w czołówce polskich zawodowców.

Tak było. Ale są różne sytuacje. Czasem walka była odwołana, czasem opóźniały się płatności. Niestety dochodziło do sytuacji, że nie miałem co do garnka włożyć. Dramat. Dziś mówię wielu podopiecznym, że powinni iść do roboty, bo szkoda zdrowia.

W Stanach Zjednoczonych wielu bokserów ze średniej półki normalnie pracuje, choćby znani u nas Joey Abell i Mike Mollo.

To zależy od pracy, nie każda się nadaje. Po ośmiu godzinach zasuwania na budowie ciężko jeszcze iść na trening, człowiek myśli tylko o tym, żeby odpocząć…

Kacper na przykład prowadzi jedną audycję i potem tydzień odpoczywa.

Tak, i jeszcze ogródek kupił, żeby pieniądze miał gdzie zakopywać!

Czy bycie trenerem to łatwiejszy kawałek chleba?

Powiem tak: nie wyobrażam sobie zawodnika, który wychodzi do ringu i się nie boi. Jeśli się nie boi, to znaczy, że jest szalony. Strach jest potrzebny, bo wyostrza zmysły. Ja myślałem, że gdy już będę trenerem, to nie będę tak przeżywał. Nic z tych rzeczy! Jak mam 3-4 walki, to po gali jestem jak cień człowieka, takie są emocje. Kosztuje mnie to bardzo dużo zdrowia, strasznie się denerwuję. Nie pamiętam walki, do której bym podszedł bez emocji.

A pieniądze są lepsze niż z boksowania? Da się z tego żyć na przyzwoitym poziomie?

Z żoną ruszyliśmy taki mały biznes, który przynosi pieniądze. Gdyby nie to, pewnie nie byłoby mnie stać na poświęcenie się tej dyscyplinie sportu.

Trener dostaje procent od kontraktu zawodnika?

Dokładnie. Są walki, na których się fajnie zarabia.

Dałoby się pracować przy boksie bez pasji do tego sportu?

Absolutnie nie, bez tego sobie nie wyobrażam sobie pracy.

Właśnie praca trenera to jest to, w czym się chcesz realizować?

Decyzję, że będę to robił, podjąłem 28 lat temu. Wychodzi mi raz lepiej, raz gorzej, ale to jest moja pasja. Mogę nie mieć czasu wolnego, mogę nie dostać pieniędzy, ale kocham to. Tym się różnię od innych ludzi. Teraz pracuję czasem cały dzień, zaczynam o szóstej rano, na sali jestem do 22. Nieraz tylko wyrwę się do domu, nakarmię psy i znów do pracy. Teraz wyskoczyłem do Warszawy i mogę trochę odpocząć.

IMG_20181213_200500

Jakie masz psy?

Dwa kaukazy. To znaczy, teraz mam już tylko jednego, drugi padł ze starości. Ale mam też buldożka francuskiego. To wymysł moich dziewczyn, bo ja nie toleruję psów w domu.

Ten kaukaz twojej wagi?

Teraz już jest dziadkiem, ale jak był w formie to solidna waga półśrednia. To bardzo niezależne psy, trudne w ułożeniu. Trochę bałem się o dzieci, bo potrafiły być agresywne. Niech żyje jak najdłużej, ale kolejnego kaukaza nie będę miał.

Nie myślałeś, żeby zabrać je kiedyś na konferencję przed walką, jak Artur Szpilka swoje psy?

Nie, no. Ja kocham psy, ale na konferencji mi nie pasują. Plus one źle by się tam czuły, bo kochają wolność, mróz, zimne klimaty. Na sali konferencyjnej by się nie odnalazły.

A sama akcja Szpilki jak ci się podobała?

Każdy ma swoje hobby. Nie myślałem o tym, byłem skupiony na Mariuszu. Co najważniejsze, wraca stary, dobry Wachu!

Maciej Sulęcki przed walką o mistrzostwo świata z Demetriusem Andrade właśnie ogłosił, że będziesz jego trenerem. Czy to początek długoterminowej współpracy?

Szykujemy się na Andrade. Maciej jest zadowolony, ale wszystko będzie zależało od tego, co stanie się w ringu. Na temat rozmów nic nie powiem. Nie znam szczegółów negocjacji i nawet lepiej, bo mógłbym coś chlapnąć jęzorem i ktoś mógłby mieć do mnie pretensje.

Czy Sulęcki jest w stanie wygrać z Andrade i zostać mistrzem świata?

Ja uważam, że tak. Jest bardzo dobrym zawodnikiem, można u niego wprowadzić tylko małe poprawki, jakieś detale. Od 4-5 walk boksuje na bardzo wysokim poziomie. Jest już ułożonym, ukierunkowanym zawodnikiem.

A Andrade?

Mańkut, boksujący na zakrocznej nodze, dobrze kontruje z lewej ręki. Trudno powiedzieć, jakim jest mistrzem, nie został jeszcze sprawdzony. Walczył z Culcayem, ale szału nie było. Widziałem jego trzy pojedynki.

Jakie Maciek miałby na niego argumenty?

Jest głodny, to jest najważniejsze. Ma ogromną pewność siebie. Maciek nie chce żadnych walk ze średnimi rywalami, chce najlepszych. Jest duży, jak na wagę średnią, ma czym uderzyć. Bezcenne jest też doświadczenie z walki z Jacobsem.

Z Sulęckim do tej pory pracował Andrzej Gmitruk. Po nagłej śmierci trenera, Maciej zgłosił się do ciebie. Jak to jest wchodzić w buty Andrzeja Gmitruka?

Ja nawet nie próbuję być taki, jak Andrzej, bo drugiego takiego nie ma i nie będzie. Kiedy on coś wymyślał, to albo bardzo mądrego, albo bardzo śmiesznego. Ja nie próbuję go naśladować, mam swój styl, plan i wizję, robię swoje. Wiele lat z nim pracowałem, więc jestem podobny. Ale nie taki sam. Nigdy nie będę Andrzejem Gmitrukiem. Jestem Piotr Wilczewski, myślę podobnie, ale trochę inaczej. Pracując z Maćkiem robię to, co mi podpowiada intuicja. Mam duże doświadczenie, boksowałem z mistrzami świata i olimpijskimi. Jako trener nie mam klapek na oczach, nie uważam, że jestem najmądrzejszy, słucham każdego, kto ma coś do powiedzenia.

Mądrze…

Nawet dziś na sparingu był Norbert Dąbrowski i miał fajną uwagę. To mi się podoba! Kiedyś w narożniku miałem Tomka Winiarskiego, który ma intuicję trenerską. Nie wtrącał mi się, zachował ciszę, spokój. Ale kiedy moje rady przestały działać, kiedy się zawiesiłem, on przejął inicjatywę. Potrzebuję takich ludzi.

A jak sobie radzisz z krytyką? Wiele osób cię krytykuje w internecie po walkach Mariusza Wacha.

Nie czytam opinii na mój temat w internecie. Wiecie czemu? Kiedyś znajomego pewna rodzina poprosiła o pomoc w ratowaniu chorej córki. Było kilka dni na znalezienie pieniędzy. Poświęcił swój czas, wziął urlop z pracy, jeździł, dzwonił, szukał. Udało się uzbierać kwotę na operację, dziecko przeżyło. A w internecie znalazł komentarze: „Skur…, na pewno coś ukradli”, „Dziady, nie robili tego bezinteresownie”. W boksie jest tak samo. Większość komentarzy piszą ludzie, którzy nigdy nie byli na sali. Nawet nie mają pojęcia, jaką robią krzywdę. Ja mogę mieć to w tyłku, ale czytają to moje córki. Jak ktoś odważny i ma jaja, niech przyjdzie na salę i powie mi to w twarz. Nie sądzę, żeby się ośmielił…

Nie jest łatwo być młodym trenerem. Ostatnio przez Freddy’ego Roacha mocno skrytykowany został Ben Davison, trener Tysona Fury’ego.

Łatwo krytykować, stojąc z boku. Ludzie się wymądrzają, co by zrobili. Gówno prawda, nic by nie zrobili. W narożniku by zrobili o tysiąc więcej błędów. Najłatwiej zwalić winę na trenera.

Ty też się nasłuchałeś po walce Wach – Szpilka. Co myślałeś po ostatnim gongu?

Że walka jest bliska remisu. Artur zadawał więcej ciosów, ale to nie robiło na Mariuszu żadnego wrażenia. Wyglądał po pojedynku, jakby wyszedł ze SPA. Miałem nadzieję, że nokdaun w ostatniej rundzie przechyli szalę na korzyść Wacha. Tak się nie stało. Nie tłumaczę go, bo mu się rundy pomyliły, myślał, że to 9. runda, a nie 10…

A to nie była twoja wina?

Właśnie, moja wina?! Kilka razy mu mówiłem, która jest runda. Czy powinienem mówić przed każdym starciem? Nie, Mariusz powinien robić swoje. On jest tak doświadczonym zawodnikiem, że powinien czytać walkę i widzieć, co się dzieje. Chciał zostawić siłę na dwie ostatnie rundy. Za późno ruszył. Gdyby było jeszcze jedno starcie, skończyłoby się przed czasem.

Mówi się o rewanżu. To dobry pomysł?

Lepszej walki w Polsce nie widzę. Moim zadaniem jest go przygotować jak najlepiej. Nie poznaję Mariusza. Nie ma walki, a on trenuje, to coś nowego. Robi siłę z drugim trenerem. Rewanż byłby fajny. Podobno 2 miliony widzów obejrzało pierwszy pojedynek, to świetny wynik.

Co byś zmienił w przygotowaniach do Szpilka – Wach 2?

Wystarczyłoby po drugiej rundzie powiedzieć, że to ostatnia! Idzie ku dobremu.

Szpilka was czymś zaskoczył?

Nie. Choć myślałem, że trochę bardziej zaryzykuje, pójdzie do przodu.

Kiedyś z Wachem mieliście przykrą przygodę, policja zatrzymała was z narkotykami w samochodzie.

Nie lubię o tym mówić. Ślady wskazywały na działanie osób trzecich. W końcu wszczęto postępowanie, które miało wyjaśnić, kto to podrzucił. Nikogo nie udało się znaleźć.

Cała sprawa ciągnęła się ponad rok, były badania na wariografie…

Tak, bo chcieliśmy walczyć. Powiem tak: współczuję osobom, które nie mają znajomości i pieniędzy, bo idą siedzieć. My mieliśmy szczęście. Trafiliśmy na panią prokurator, której zależało na odkryciu prawdy. Smród jednak poszedł, nikomu czegoś takiego nie życzę. Odechciewa się wszystkiego…

A sam wariograf jak wyglądał?

Stres niesamowity. Wiedziałem, że mówię prawdę, a i tak się denerwowałem niesamowicie. Gość, który mnie badał na koniec powiedział tak: wyszło na to, że mówi pan prawdę, ale jeszcze dwa pytania i przyznałby się pan do zabójstwa prezydenta Kennedy’ego! Mariusz Wach też był badany i to był jedyny raz, kiedy go widziałem i miał metr czterdzieści wzrostu!

Jakie masz ambicje jako trener?

Powiem tak: chciałbym, żeby każdy zawodnik, który ze mną trenuje nie uważał tego czasu za stracony. To się dla mnie liczy. Kiedyś z pięściarzem zeszliśmy z ringu, według sędziów przegrał, ale obaj wiedzieliśmy, że był lepszy. Powiedział: trenerze, mam to w tyłku. To jest ważne.

A Wacha zdążysz gdzieś doprowadzić? Ma już 39 lat.

Mariusz zaczął boksować w wieku 20 lat, potem miał 2 lata przerwy. Chłop się jeszcze nawet nie zmęczył! O końcu jego kariery będziemy mówić, kiedy będzie dobijał do pięćdziesiątki!

Ty też się na emeryturę nie wybierasz?

Już ustaliliśmy, że ciągnie Wilka do lasu. I trochę w tym lesie jeszcze posiedzi!

ROZMAWIALI: JAN CIOSEK, KACPER BARTOSIAK