„Chciałem być zawodowcem, a tutaj świat się walił…” Sportowcy o stanie wojennym
Inne sporty

„Chciałem być zawodowcem, a tutaj świat się walił…” Sportowcy o stanie wojennym

– Namawiali mnie, żebym został w Norwegii i tam trenował. Ale pomyślałem sobie, po co ja mam tam zostawać, jak oni Giewontu nie mają. Gdybym się zgodził, tęskniłbym za tym Giewontem, a on za mną – mówi Józef Łuszczek wspominając czarną niedzielę 13 grudnia. 37 lat temu wprowadzono w Polsce stan wojenny.

Była godzina 6, kiedy Wojciech Jaruzelski przekazał Polakom, że „ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią”. Poinformował o wprowadzeniu w kraju stanu wojennego, chociaż już od kilku godzin czuć było, że coś się kroi. Władze komunistyczne jeszcze przed północą zaczęły bowiem polować na działaczy opozycji. Jak później wyliczono, w ogromnej akcji użyto wówczas łącznie 70 tys. żołnierzy, 30 tys. milicjantów, 1750 czołgów, 1900 wozów bojowych i 9 tys. samochodów.

13 grudnia 1981 r. rozkładany jest na czynniki pierwsze przy każdej kolejnej rocznicy. Rozprawiają o nim historycy, dawni działacze, zwykli ludzie. A jak tamten czas zapamiętały sportowe gwiazdy PRL?

Kolarz

Wojciech Jaruzelski omal nie spieprzył pięknej przygody Czesławowi Langowi. Ówczesny I sekretarz KC PZPR włożył mu kij między szprychy dokładnie w momencie, kiedy kariera 26-latka jeszcze bardziej nabierała rozpędu.

W 1981 r. Lang był już wprawdzie jedną z gwiazd polskiego sportu, bo taki status dało mu wicemistrzostwo olimpijskie w Moskwie w wyścigu ze startu wspólnego, ale później cel był już jeden – przejście na zawodowstwo. Nie tylko jako pierwszy Polak, ale jako pierwszy kolarz z całego bloku wschodniego. I to marzenie powoli się spełniało, bo 13 grudnia Czesław Lang był już we Włoszech, gdzie dopinał sprawy związane z przejściem do jednej z tamtejszych grup zawodowych. – Byłem tam na badaniach lekarskich. Przeszedłem je, Włosi przedstawiali już wstępny kontrakt. Mało tego, dostałem już rower, koszulki, jeździłem tam normalnie na treningi. Czułem się już jak zawodowiec, a tutaj nagle taka wiadomość… – opowiada w rozmowie z Weszło.

Jaruzelskiego, a później czołgi na ulicach, zobaczyłem we włoskiej telewizji, bo tamtejsze media non-stop to pokazywały. To był szok. Rodzina została w kraju, a tu wojna, pomyślałem. Od razu próbowałem nawiązać kontakt z najbliższymi, ale nie można było się połączyć. Kombinowałem więc przez konsulat, ambasadę, nawet przez Watykan! Bezskutecznie. Przez pierwsze dni jedynym źródłem informacji były więc dla mnie media we Włoszech, ale dodatkową trudnością było to, że jeszcze dość słabo znałem włoski. To była dla mnie wielka trauma. Po pierwsze, nie wiedziałem co z rodziną, po drugie, chciałem być zawodowcem, a tutaj nagle świat się walił – dodaje.

Lang był wtedy zawodnikiem wojskowej Legii Warszawa, dlatego miał obowiązek jak najszybciej wracać do kraju.

Miałem wielki dylemat, nie wiedziałem co robić. To był moment, kiedy osiągnąłem swój wielki cel i zamiast cieszyć się z sukcesu, nagle musiałem pakować się i wracać do kraju. Do kraju, w którym wprowadzono stan wojenny. Bałem się, że wszystko, co wcześniej wywalczyłem, nagle runie. Uznałem jednak, że wrócę, ale do kraju mogłem dostać się dopiero dwa tygodnie po ogłoszeniu stanu wojennego. Pamiętam jak dziś: wsiadam do samolotu, patrzę, a tu lecą może dwie-trzy osoby. Pomyślałem sobie „kurczę, co ja robię, po co ja tam wracam?”. Kiedy wylądowałem na Okęciu, czekała już na mnie żandarmeria wojskowa, która od razu zawiozła mnie do szefa klubu. Kiedy jechaliśmy przez miasto autentycznie czuć było tę szarość, beznadzieję i niepewność, co dalej – wspomina.

scan-8-kopia

Kolarz wrócił do Polski, ale na stole cały czas leżał kontrakt od Włochów. Tylko zgody na wyjazd ze strony władz jeszcze nie było. – Trzeba było rozwiązać kwestię służby wojskowej, uzyskać wszystkie zgody, papierki. To było kilka miesięcy bieganiny, proszenia, szukania, tłumaczenia. Całe szczęście, że Legia była moim wyjazdem zainteresowana, bo miała dostać za mnie pieniądze, które mogła później przeznaczyć na innych w klubie. Trochę to trwało, ale krok po kroku udało mi się zrealizować marzenie i w 1982 r. byłem już zawodowym kolarzem GIS Gelati-Campagnolo.

Tenisista

Wojciech Fibak miał wtedy 29 lat, a za sobą 12 wygranych turniejów singlowych, 39 deblowych w tym Australian Open oraz finał masters. Był obywatelem świata, miał mieszkanie na Manhattanie i dom po Nowym Jorkiem. Był jednym z najbardziej rozpoznawalnych Polaków w Stanach Zjednoczonych, dlatego kiedy w ojczyźnie wprowadzono stan wojenny, reakcja amerykańskich mediów była błyskawiczna.

Przyjechały stacje NBC, CBS i ABC. Dziennikarze chcieli poznać moje spojrzenie na wydarzenia w Polsce. Opowiadałem im o polskich bohaterach, ludziach, którzy walczyli w kraju o wolność, ale zostali aresztowani. Nigdy nie ukrywałem, że moja sympatia była po stronie „Solidarności”. Kiedy przyjmowałem media, bardzo zależało mi, żeby pokazać im polski dom, kawałek naszej kultury. Dlatego dziennikarze zobaczyli dom pełen polskich obrazów, książek Mickiewicza, Słowackiego, nawet z naszymi potrawami, bo był bigos, biała kiełbasa – mówi Weszło Fibak.

Dziennik „New York Times” artykuł o nim zatytułował „Najsmutniejsze święta Fibaka”. Tenisista opowiadał w nim, jak mówił żonie, że w obliczu wydarzeń w Polsce być może nie powinni w ogóle świętować. Wyprawili jednak normalne Boże Narodzenie ze względu na dzieci. W Wigilię do polskiego tenisisty zadzwonił ze słowami otuchy m.in. Jimmy Connors. Zwycięzca turniejów wielkoszlemowych obiecał, że zapali świeczkę za Polskę.

Z kolei tuż po ogłoszeniu stanu wojennego Fibak musiał uruchomić wszystkie swoje kontakty, żeby dodzwonić się do rodziny w Polsce, ale i tak nie było to łatwe. Tym bardziej, że – jak mówi – celowo ograniczono mu kontakt z najbliższymi. Była to reakcja na bardzo krytyczne komentarze tenisisty w amerykańskich mediach. – Moi rodzice nie mogli przeze mnie wyjechać z kraju, dlatego nie widziałem się z nimi przez rok. Władzom w Polsce nie spodobała się moja postawa, dlatego byłem szykanowany nawet mimo stosunkowo dużej popularności. Chociaż oczywiście to i tak było coś zupełnie nieporównywalnego do tego, jak cierpieli ludzie w kraju. W moim przypadku to było nawet momentami groteskowe. Jakiś czas później zostałem m.in. zawieszony w barwach Olimpii Poznań, klubu gwardyjskiego, chociaż już od lat nie występowałem w żadnych rozgrywkach klubowych. Moja przynależność była jedynie formalna. Zapisałem się do tego klubu zresztą głównie po to, żeby w tamtych trudnych czasach było łatwiej dostać paszport i móc wyjeżdżać – wraca pamięcią.

FIBAK WOJCIECH - tenisista. Tenis. Fot. Mieczyslaw Swiderski --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

Kilka miesięcy po wprowadzeniu stanu wojennego Fibak kolejny raz rozzłościł partyjnych działaczy. W nabitej po brzegi paryskiej hali Stade Pierre de Coubertin zorganizował mecz pokazowy, z którego dochód został przekazany na rzecz „Solidarności”. Rywalem Polaka był Yannick Noah.

Napięta sytuacja w Polsce była też powodem, dlaczego najlepszy polski zawodnik przez pewien czas nie występował w Pucharze Davisa. Do tych rozgrywek wrócił dopiero w 1984 r. – To było po tym, jak Polskę odwiedził Jan Paweł II. Powiedziałem wtedy, że skoro papież dał sygnał, że można wrócić, to ja też tak zrobię i zagram. W Polsce niektórzy komentowali, że Fibak porównuje się do papieża, ale mi chodziło po prostu o to, że papież pokazał, że droga jest otwarta.

Tyczkarz

Władysław Kozakiewicz, który w 1980 r. podczas igrzysk w Moskwie pokazał wała sowieckiej publiczności, w grudniu 1981 r. mógł takiego pokazać co najwyżej do telewizora lub radia. Kiedy ponury Wojciech Jaruzelski czytał swoje przemówienie z kartki, mistrz olimpijski był akurat na zgrupowaniu w Zakopanem. W całej Polsce ogłuchły telefony, dlatego aby szybko wrócić do domów, uczestnicy zgrupowania otrzymali specjalne przepustki.

Kozakiewicza czekała więc długa na ponad 700 km podróż, bo z Zakopca musiał dostać się aż do Trójmiasta. Jak wspominał później na stronach swojej biografii, nigdy nie widział, żeby tamta trasa była tak pusta. Jak opowiadał, wrażenie było takie, jakby doszło do jakiejś katastrofy. Nic więc dziwnego, że jego samochód był zatrzymywany przed każdym posterunkiem wojska, chociaż przez znaną twarz mundurowi nigdy długo go nie trzymali.

Kozakiewicz w ogóle nigdy nie ukrywał, że przez wała wymierzonego wrogowi na moskiewskich Łużnikach, w codziennym życiu miał łatwiej niż inni. Może partyjnym działaczom tamten gest się nie podobał, ale zwykłym ludziom jak najbardziej. – Pamiętam jak po ogłoszeniu stanu wojennego udało mi się pewnego razu zdobyć pół świniaka. Zatrzymali mnie do kontroli. Panowie mocno się zdziwili, ale życzyli smacznego i pojechałem dalej – opowiadał tyczkarz autorowi tekstu w 2014 r. – A jak za komuny stawało się w delikatesach w kolejce długiej na jakieś dwadzieścia metrów, to nagle cała kolejka… nikła w mgnieniu oka. Dosłownie w sekundę wszyscy, trzymając w rękach te swoje numerki, stawali wokół mnie i pytali o różne śmieszne rzeczy ze sportu. Jak wspominam olimpiadę, jak było z tym moim gestem. Bardzo często mówili „panie Władku, pan pójdzie do przodu kolejki”. Zawsze odpowiadałem, że jestem jeszcze młody, mam zdrowie, więc sobie postoję. Pewnie, że miałem łatwiej niż inni.

Hochsprung, Männer: Wladyslaw Kozakiewicz (Polen) - August 1977 - 20.08.1977 LEKKA ATLETYKA LEKKOATLETYKA SKOK O TYCZCE TYCZKA FOT. ULLSTEIN BILD/NEWSPIX.PL POLAND ONLY !!! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Stan wojenny nie storpedował jego wyjazdów zagranicznych, ale dla wielu osób było nie w smak, że w kraju ledwo wiążą koniec z końcem i żyją w strachu, a on tylko pakuje walizki.

Powiedzmy sobie szczerze, w czasie stanu wojennego bywało tak, że decydował o mnie jakiś magazynier albo sekretarka z Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, która mówiła, że pomoże mi, ale tylko jeśli załatwię jej jakieś koszulki czy inne drobiazgi z zawodów. O takie rzeczy chodziło! Przyjeżdżaliśmy z zawodów i od razu szliśmy do związku, żeby wszystkich obdarować i żeby nikt nie robił nam problemów. Wszystko odbywało się na zasadzie zwykłej ludzkiej zawiści. Zawsze słuchaliśmy pretensji, że my jeździliśmy po świecie, a oni za nas musieli pracować. Dlatego wszyscy wokół wymuszali na nas pewne rzeczy zwykłym terrorem. Moje zagraniczne wyjazdy bardzo często zależały od tego, czy dana osoba mnie lubi albo nie lubi. Pamiętam, że w 1983 r. ówczesny prezes Czesław Ząbecki powiedział do mnie „Władek, a co ty takiego zrobiłeś dla polskiego sportu?”. A ja całe życie oddałem, wszystko, co miałem, podporządkowałem sportowi. I to go bolało. Wtedy dla urzędników byliśmy na najniższym szczeblu drabiny. Była sprzątaczka, później magazynier, my na końcu.   

Narciarz

Stan wojenny zastał mnie podczas zawodów w Norwegii. Zobaczyliśmy w telewizji, że kraj został obstawiony czołgami. Skontaktowaliśmy się z naszą ambasadą, ale nic się nie dowiedzieliśmy. Powiedzieli, że nie mają kontaktu z Polską i tyle – mówi Józef Łuszczek, złoty i brązowy medalista narciarskich mistrzostw świata w Lahti z 1978 r., wówczas największa postać polskich sportów zimowych od czasów Wojciecha Fortuny.

luszczek

Za granicą w światku narciarskim też był bardzo ceniony, dlatego organizator norweskich zawodów – wiedząc o trwającym zamieszaniu w Polsce – zaproponował mu mieszkanie. Sam wybudował niedawno duży dom, dlatego powiedział, że może udostępnić mistrzowi nart trzy pokoje. – Pomyślałem sobie, po co mam tam zostawać, jak oni Giewontu nie mają. Gdybym się zgodził, tęsknił bym za tym Giewontem, a on za mną – śmieje się dziś Łuszczek, ale zaraz poważnieje: – Wesoło nie było, zrobiliśmy zebranie. Z tego co pamiętam, na miejscu zostały dwie osoby z naszej ekipy, reszta wsiadła do samolotu. Musieliśmy najpierw lecieć do Davos w Szwajcarii, bo tylko takie było połączenie z Polską. Trzeba było też szybko załatwiać wizy, a bilety kupił nam organizator zawodów.

Samolot wylądował w Polsce wieczorem. Łuszczkowi w pamięci najbardziej zapadł widok pustych ulic i porozstawianych koksowników, przy których ogrzewało się wojsko. – To było niewiarygodne, co się wtedy działo w Polsce. Chociaż kiedy dojechałem do Zakopanego cały ten stan wojenny już tak bardzo nie rzucał się w oczy, bo to jednak nie Warszawa czy Gdańsk. Ale jak wybiła godzina milicyjna, to po ulicach się nie włóczyłem. Pamiętam, że kiedy dwaj koledzy wyskoczyli do miasta i zaczęli śpiewać, to od razu ich zamknięto – opowiada.

Przyznaje jednak, że jako znany sportowiec i tak miał o wiele łatwiej niż statystyczny polski zjadacz chleba. Przy zakupach na kartki trudno było wprawdzie trzymać dietę i wsuwało się najczęściej po prostu to co akurat było na półkach, ale mimo wprowadzenia stanu wojennego wciąż mógł wyjeżdżać na zagraniczne zawody. Jak wspomina, podczas jednej z podróży do Wiednia w pociągu otoczyli go dziennikarze. Pytali go oczywiście o wydarzenia w Polsce, ale on łamanym niemieckim zastrzegał, że może porozmawiać, ale co najwyżej o sporcie. – Mówiłem im, że o polityce nic, bo jak wrócę do kraju, to mnie zamkną. Nie wiem czy stan wojenny był potrzebny, czy nie. Ale czasami sobie myślę, że chyba lepszy stan wojenny, niż gdyby mieli Rosjanie wkroczyć. Chociaż to i tak była tragedia.

Jak przyznaje, czasami tylko wraca pamięcią do Norwegii. Zastanawia się, co by było, gdyby 13 grudnia zdecydował się jednak zostać w Skandynawii. – Może przy znacznie lepszych warunkach treningowych moje wyniki też byłyby lepsze? Zdrowie było, wydolność też, więc kto wie?

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. Newspix.pl, czeslawlang.com

KOMENTARZE (1)