Profesor Curry zaprasza na wykład. Temat: lądowania na Księżycu nie było
Inne sporty

Profesor Curry zaprasza na wykład. Temat: lądowania na Księżycu nie było

Steph Curry to geniusz. Nie mamy co do tego wątpliwości. Niewielu jest takich jak on. Przynajmniej do momentu, gdy stoi na parkiecie i rzuca kolejne trójki z regularnością karabinu maszynowego. Poza nim wypada już znacznie gorzej. Ostatnio stwierdził, że jedno z najważniejszych wydarzeń w nowożytnej historii świata po prostu nie miało miejsca. Przyznamy, że po takiej informacji opadły nam szczęki. Ze zdumienia jego ignorancją.

Sytuacja generalnie wyglądała tak: Steph – który dopiero co wrócił do gry po kontuzji i z miejsca otrzymał nagrodę dla najlepszego zawodnika tygodnia na Zachodzie – był gościem podcastu „Winging It”. Prowadzą go Vince Carter, Kent Bazemore i Annie Finberg. Dwóch pierwszych też powinniście kojarzyć z parkietów NBA, trzecia pracuje w Atlanta Hawks. Poza Stephem gościem był też Andre Iguodala, jego kumpel z zespołu. Rozmowa się kleiła, słuchało się jej całkiem nieźle, aż tu nagle Curry postanowił wcielić się w rolę prowadzącego.

– Czy kiedykolwiek byliśmy na Księżycu? – zapytał.

Wiecie, to jedno z tych pytań, które nie wymagają ani sekundy na zastanowienie się. Odpowiadacie albo „tak”, albo skazujecie się na bombardowanie faktami. A te prezentują się następująco: w latach 1969-1972 NASA wysłała na naszego satelitę dwanaście osób, które doleciały tam w sześciu różnych misjach. Począwszy od Neila Armstronga i Buzza Aldrina (był też Michael Collins, ale nie wysiadł, żeby rozprostować nogi), którzy postawili ten „mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości”, aż do ludzi z misji Apollo 17. Jeśli chcecie doliczać loty bezzałogowe, to te wciąż trwają, choć pewnie nie o to pytał Curry.

To są fakty, zresztą dość podstawowe. Szczególnie w USA. W końcu to ten kraj wysyłał ludzi na Księżyc jako jedyny w historii. A wszyscy dobrze wiemy, jak bardzo Amerykanie lubią obnosić się z tym, czego dokonali. Tymczasem NIKT z osób, które znalazły się w studiu, nie powiedział „Steph, ale o co ty właściwie pytasz? To przecież jasne, że tam byliśmy”. Wręcz przeciwnie, zgodnie stwierdzili, że NASA robi wszystkich w balona. A Curry się z nimi zgodził, dodając, że „teraz po nas przyjdą”. Po reakcjach w social mediach widać, że miał rację. Przyszły. Fakty i głosy oburzenia ze strony naukowców. No i zaproszenie ze strony NASA.

Bylibyśmy zachwyceni, gdyby pan Curry przyjechał do naszego księżycowego laboratorium w Centrum Kosmicznym Johnsona w Houston, choćby następnym razem, gdy Rockets [zespół z Houston – przyp. red.] będą grali z Warriorsami u siebie. Mamy tu setki kilogramów kosmicznych skał i centrum kontroli misji Apollo. W czasie wizyty, mógłby zobaczyć na własne oczy, co zrobiliśmy 50 lat temu i co robimy teraz, by znów pojawić się na Księżycu w ciągu najbliższych lat – powiedziała Allard Beutel, rzeczniczka agencji.

Z naszej strony możemy tylko dodać, że rekomendujemy Stephowi, by z zaproszenia skorzystał. Sami chętnie byśmy tam pojechali, a nie gadamy przecież bzdur o tym, że to Stanley Kubrick wyreżyserował film z lądowania człowieka na Księżycu, poproszony o to przez NASA. A takie słowa też pojawiły się w podcaście. Zabrakło tylko zdania o tym, że na nagranym filmie występowali reptilianie w skafandrach kosmicznych. Od biedy można było też zarzucić coś o płaskiej Ziemi, choć to w NBA już ograny temat.

Jakiś czas temu takimi komentarzami świat zszokował bowiem Kyrie Irving (najbardziej zapewne Australijczyków, choć ci to podobno – jak dowiedzieliśmy się z części Internetu owładniętej przez płaskoziemców – opłacani przez NASA aktorzy, udający życie w kraju, który tak naprawdę nie istnieje. W sumie fajna fucha, prawda?). Gwiazdor Boston Celtics stwierdził wówczas, że Ziemia faktycznie jest dyskiem. Niestety, nie wyjaśnił, jak to dokładnie działa i czy po przypłynięciu na jego koniec się spada, czy też ląduje na skorupie gigantycznego żółwia. Irving na szczęście się ogarnął (choć zajęło mu to rok) i w końcu za swe komentarze przeprosił, tłumacząc, że był wtedy bardzo „wczytany w teorie spiskowe”. Jesteśmy ciekawi, kiedy Steph Curry powie coś podobnego. I czy w ogóle.

Kiedy jednak odłożymy na bok żarciki, zobaczymy, że to naprawdę przerażająca sprawa. Słów tego gościa słuchają przecież na całym świecie miliony dzieciaków, które wierzą we wszystko, co powie. Jest dla nich idolem i wzorem do naśladowania. Wielu, chce być jak on. Wiadomo, że sportowiec nie musi znać się na wszystkim. Nikt nie mówi, że Steph ma w wolnych chwilach słuchać muzyki klasycznej, czytać Hemingwaya i chodzić do muzeów sztuki, by podziwiać w nich obrazy van Gogha i Rembrandta. Ale wypadałoby jednak, by swoimi wypowiedziami trzymał pewien poziom. Nie musi być tak wysoki, jak ten, który prezentuje na parkiecie. Steph nie musi być też geniuszem, gdy staje przed mikrofonem. Po prostu niech nie będzie tumanem.

Bo w tej chwili obawiamy się, że gdybyście dali nam pogadać z nim przez pół godziny, bylibyśmy w stanie sprzedać mu lewoskrętną witaminę C i skutecznie zniechęcić do szczepień. A wiecie co jest najgorsze? Że w komentarzach wielu ludzi przyznaje mu rację. Steph, wycofaj się z tego, póki możesz. Dobrze radzimy.

Fot. Newspix