Tenisista od A do Z – Alexander Zverev dojrzał do wielkich zwycięstw
Inne sporty

Tenisista od A do Z – Alexander Zverev dojrzał do wielkich zwycięstw

Urodził się w Hamburgu, mieszka w Monte Carlo, nosi rosyjskie nazwisko i płynnie mówi po angielsku. Wyróżnia go jednak znacznie więcej niż kosmopolityczne pochodzenie, przede wszystkim – niesamowite umiejętności tenisowe. Właśnie wygrał turniej ATP Finals i zameldował się na 4. miejscu w rankingu. Wyprzedzają go już tylko trzy legendy tego sportu: Djoković, Nadal i Federer. Ale sama Wielka Trójka nie ma cienia wątpliwości, że to tylko kwestia czasu…

Na początek ustalmy kwestię mocno podstawową, czyli nazwisko. W dowodzie kandydat na największą tenisową gwiazdę kolejnych lat ma napisane „Alexander Zverev”. Ma tak napisane, dlatego, że urodził się w Hamburgu i legitymuje się niemieckim paszportem. Bo już na przykład jego ojciec urodził się w Soczi i przez lata nazywał się Aleksander Zwieriew. Żeby nie robić niepotrzebnego zamieszania, o nowym mistrzu ATP Finals będziemy jednak pisać według niemieckiej transkrypcji, jednocześnie jednak nie zapominając, że ważną rolę w jego sukcesach ma radziecka szkoła tenisa. Ale – po kolei.

Zamordystyczny system szkolenia

Aleksander Zwieriew i jego żona Irina grali w tenisa w Soczi. Potem, już jako małżeństwo, przenieśli się do Moskwy, gdzie były znacznie lepsze warunki do rozwoju. Reprezentowali barwy CSKA i byli czołowymi reprezentantami Związku Radzieckiego. On był numerem 1 w kraju, ona – numerem 4. Biorąc pod uwagę skalę – musieli naprawdę solidnie wywijać rakietami. Problem polegał na tym, że Związek Radziecki i tenis nie stanowiły najlepszego duetu. W efekcie zawodnicy nie mogli sami decydować gdzie i kiedy startują, władze rzadko zezwalały im na udział w zagranicznych turniejach, a nawet kiedy pozwoliły, to i tak kładły łapę na całej premii finansowej. W efekcie Aleksander senior, choć wielu widziało w nim zawodnika z potencjałem na światową czołówkę, nigdy nie przebił się powyżej 175. miejsca w rankingu ATP.

Kiedy wreszcie upadł Związek Radziecki, dla Zwieriewów było już za późno na poważną karierę. Irina dostała zgodę na wyjazd do Niemiec na turniej, zabrała męża, jako trenera. Na miejscu dostali propozycję pracy w klubie tenisowym w Hamburgu. Początkowo odmówili, ale drugą ofertę już przyjęli, zostawiając ojczyznę daleko za sobą. Ich syn Mischa miał 4 lata. – Pomyśleliśmy, czemu nie, spróbujemy na rok – wspominał Aleksander senior. Rok zamienił się w dwa, potem pięć, po sześciu, już w Hamburgu, na świat przyszedł Alexander junior.

Jak możecie się domyślić, Sasza wielkiego wyboru nie miał. Wychowywał się praktycznie na korcie, tym bardziej, że jego starszy brat już wtedy stawiał kolejne kroki na drodze do poważnego grania, a wkrótce stał się nadzieją niemieckiego tenisa i tamtejszym numerem 1 wśród juniorów. Drogą do coraz lepszych wyników najpierw starszego, a potem młodszego syna, były metody Zwieriewa. Metody, mówiąc wprost, zamordystyczne, wzięte wprost z radzieckiego systemu szkolenia.

Młody obserwował Mischę i chciał iść w jego ślady. Na tym jednak podobieństwa się kończą, bo bracia bardzo się od siebie różnili. Starszy był cichy i bardzo pracowity, młodszy – grał jeszcze w piłkę nożną i hokeja, a tenisa traktował jak zabawę. Talentu miał tak dużo, że dzieciaki z klubu lał, jak chciał. Potem jednak (jako 12-latek) został zabrany na turniej na Florydę, gdzie niespodziewanie przegrał z młodszym rywalem. – Płakał po tym i pytał mnie, jak to możliwe. Jestem najlepszy, łkał, czemu przegrałem? Powiedziałam: Sasza, przegrałeś, bo nie pracujesz na siłowni i nie trenujesz wystarczająco dużo. Od tej pory zrezygnował z hokeja i futbolu i całkowicie poświęcił się tenisowi – wspomina Irina Zwieriewa, matka tenisisty.

Ojciec miał sowiecki styl fizycznych sesji treningowych. Wysyłał nas na bieżnię i kazał robić 15 okrążeń. Potem mieliśmy sprinty i biegi na 400 metrów, a czasem na koniec treningu musieliśmy znów robić 15 okrążeń poniżej 30 minut. Nie lubiłem tego, ale widziałem, że mój brat to robi, więc myślałem, że to normalne. Sądziłem, że wszyscy tak trenują – wspomina Alexander.

Uroczy, słodki dzieciak

Mischa miał 20 lat, kiedy przebił się do pierwszej setki rankingu (najwyżej był 25.). Młodszy patrzył i chłonął. Co więcej, często jeździł bratem na turnieje, dzięki czemu miał okazję z bliska patrzeć na zawodową grę i podpatrywać najlepszych. Jeszcze gdy Mischa rywalizował w juniorach, Sasza poznał Djokovicia i Nadala. – Znam ich, od kiedy miałem 4 lata. W sumie, to oni mi tak powiedzieli, bo ja tego nie pamiętam. Oni rzucili coś w stylu: o, pamiętam ten turniej juniorów we Włoszech, graliśmy tam z tobą w mini tenisa – opowiada Alexander.

Sasza pokazał mi nasze zdjęcie z turnieju Hamburg Masters. Powiedziałem mu, że oczywiście go pamiętam, bo był takim uroczym, słodkim pięciolatkiem – wspomina Roger Federer. – Dałem mu autograf i powiedziałem, że jeśli będzie ciężko pracował, może kiedyś zagra przeciwko mnie.

Starszy ze Zwieriewów robił karierę, ale rodzice wiedzieli, że to młodszy ma większe papiery na granie. Opowiada Boris Becker, były numer 1 na świecie, który prowadził Mischę w kadrze juniorów. – Pierwszy raz zobaczyłem Saszę, kiedy miał pięć lat. Jego rodzice mi powiedzieli tak: słuchaj, Mischa jest dobry, ale Sasza będzie niesamowity – mówi.

Opierali się choćby na jego wielkiej woli walki i kompletnym braku zgody na porażkę. Każdego lata na trawniku przed domem chłopcy ustawiali siatkę i organizowali swój własny, mały Wimbledon. – Te mecze trwały w nieskończoność. Sasza nie chciał zrozumieć i zaakceptować porażki – przypomina Mischa. I dodaje, że młodszy brat żądał rewanżu tak długo, aż w końcu wygrał. W efekcie starszy musiał się podłożyć, żeby móc iść spać…

W 2012 roku 15-letni Alexander Zverev grał na Florydzie w Orange Bowl, najbardziej prestiżowym turnieju juniorów na świecie. Odpadł w drugiej rundzie, ale do Europy i tak wracał zadowolony, bo kontrakt zaproponował mu Patricio Apey, agent specjalizujący się w wyszukiwaniu młodych talentów. – Rozmawiałem z jego ojcem i bratem, dogadaliśmy warunki kontraktu. Potem spotkałem Saszę na parkingu, spojrzałem na niego i pomyślałem: cholera jasna, jeśli nie wyjdzie z tenisem, to pójdziemy do Abercrombie and Fitch! On wyglądał jak chłopak z plaży, był po prostu piękny – śmieje się Apey. Ale cóż, żeby nie przedłużać: z tenisem wyszło. I to jak!

Mama, tata, brat i pudel

Wyszło tak, że młodszy z braci najpierw dołączył do starszego w pierwszej setce rankingu, a potem szybko udowodnił, że rację mieli ci, którzy przewidywali, że zrobi od niego znacznie większą karierę. Został choćby pierwszym nastolatkiem w Top 10 rankingu ATP od 2008 roku, a potem pierwszym nastolatkiem od 2006 roku, który ograł Rogera Federera.

Teraz na turnieje jeździ cała rodzina. Ba, poza dwoma braćmi, mamą i tatą, na zawody podróżuje także Lovik Zverev, czyli… szary pudel, który dorobił się nawet konta na Instagramie!

lovik
Każdy w teamie ma swoje zadania. Mama zajmuje się maminymi sprawami. Lovik dba o to, żeby Sasza wstawał z łóżka w dobrym nastroju, bo kiedy widzisz swojego psa, nie możesz być w złym humorze. Tata jest trenerem. Ja jestem na miejscu, kiedy czuję, że on potrzebuje pomocy, w innych przypadkach jestem po prostu bratem – tłumaczy Mischa Zverev, dziś 69. zawodnik światowego rankingu, czyli w skali świata wciąż bardzo dobry tenisista. Ale w skali rodziny – już tylko starszy brat gwiazdy. Dość powiedzieć, że w całym bieżącym sezonie Mischa zarobił 888 tysięcy dolarów, czyli mniej więcej 3 razy mniej niż Sasza za samą wygraną w ATP Finals. Ba, w całej trwającej kilkanaście lat karierze starszy z braci podniósł z kortu mniej niż młodszy tylko w tym sezonie…

Ty pierd… kretynie!

No dobrze, sukcesy sukcesami, ale trzeba pamiętać, że nie byłoby ich w ogóle, gdyby nie piekielnie ciężka praca. W 2012 roku na Wimbledonie wspomniany wcześniej agent Apey doprowadził do spotkania Saszy z Jezem Greenem, czyli trenerem przygotowania fizycznego Andy’ego Murraya.

Był wysoki i chudy, ale kiedy znajdował się we właściwej pozycji, z odrobiną wyobraźni mogłeś sobie zdać sprawę, że jego uderzenia mogą być czymś wyjątkowym – ocenił Green, który wkrótce rozpoczął pracę z młodym Niemcem. – Wiedziałem, że trzeba będzie zmienić pewne rzeczy. Powiedziałem: zastanów się, co chcesz osiągnąć. Jeśli naprawdę chcesz dojść do Top 5 i wyżej, musisz mieć przygotowanie fizyczne, które nigdy cię nie zawiedzie. To oznaczało kompletne przemodelowanie jego ciała. Powiedziałem im, że to zajmie pięć lat.

Praca była trudna, żmudna i wymagająca poświęceń. Ale – co najważniejsze – przynosiła efekty. Zverev zaczął wygrywać z coraz mocniejszymi rywalami. Najpierw pokonał pierwszego przeciwnika z pierwszej setki rankingu, potem z pierwszej dwudziestki, co dało mu zastrzyk pewności siebie i oczywiście znaczne skoki w notowaniu ATP.

Ale wciąż Saszy zdarzają się momenty – delikatnie mówiąc – kontrowersyjne. Tak było choćby w lutym 2016 roku w Montpellier, kiedy niespełna 19-letni Sasza wybuchł w kluczowym momencie półfinału z Paulem-Henrim Mathieu. Reprezentant gospodarzy wygrał pierwszą partię w tie-breaku, a w drugiej prowadził 5:4 i serwował, będąc krok od wygrania meczu. Niemiec miał jednak piłkę na przełamanie. Mathieu zaserwował, sędzia liniowy wywołał aut. Wtedy nagle do gry włączył się sędzia główny, który uznał, że piłka była styczna z linią, co oznaczało asa serwisowego dla Francuza. Zverev popędził w jego kierunku z uprzejmym „ty pierd… kretynie” na ustach. Przyznacie sami, nie są to słowa, które szczególnie pasują do gwiazdy sportu dla dżentelmenów…

Zuchwały ruch w półfinale

Kłopoty z nastawieniem i psychiką pokazał także w styczniu tego roku na Australian Open, gdzie przegrał dramatyczny pięciosetowy mecz w trzeciej rundzie z Hyeonem Chungiem. Załamany Niemiec jeszcze długo po spotkaniu siedział ze łzami w oczach na ławce w szatni. Tam wpadł na niego Roger Federer.

Pomyślałem, że może podzielę się z nim jakąś anegdotą z mojej kariery. Przypomniałem mu, że choć mam na koncie 20 Szlemów, to potrzebowałem dużo czasu, żeby się w końcu przełamać. Wielu uważało, że mam talent, ale nigdy nie będę w stanie w pełni wykorzystać mojego potencjału – opowiadał. Zasugerował Zverevowi, że na początek powinien ustawić sobie bardziej osiągalne cele niż wygranie Wielkiego Szlema, na przykład celować w ćwierćfinał. Przypomniał mu, że ma dopiero 20 lat, a on sam miał 22 lata, gdy po raz pierwszy zameldował się w najlepszej ósemce turnieju wielkoszlemowego. – Stwierdziłem, że to może mu poprawić nastrój, siedział tam taki załamany i po prostu zrobiło mi się go szkoda.

Cóż, minęło parę miesięcy i celem Zvereva nie był już ćwierćfinał turnieju wielkoszlemowego, a finał kończącego sezon ATP Finals. Kruczek w tym, że na drodze stał mu właśnie Roger Federer. W Londynie młody Niemiec okazał się lepszy w dwóch setach, choć nie zabrakło kontrowersji. W tie-breaku drugiej partii 21-latek z Hamburga nagle podniósł rękę i przerwał wymianę. Wszystko dlatego, że chłopiec do podawania piłek upuścił piłkę na kort. Punkt został powtórzony, Niemiec zaserwował asa i zaraz potem wygrał cały mecz. Część publiczności go za to wygwizdała.

Nie kwestionuję jego sportowego podejścia w żaden sposób. Wydaje mi się, że przerwanie wymiany to był zuchwały ruch z jego strony, bo sędzia mógł powiedzieć: sorry, stary, jesteś w czasie wymiany – komentował na gorąco Szwajcar.

W finale kontrowersji już nie było. Zverev pokonał Novaka Djokovicia 6:4, 6:1, rewanżując się liderowi rankingu za porażkę w fazie grupowej (4:6, 3:6). Ograć Szwajcara i Serba w jednym turnieju to już wielka sprawa. Zgarnąć przy tym 2,5 miliona dolarów – coś wspaniałego. Ale dla Zvereva znacznie ważniejsze jest to, że udowodnił to i owo tym, którzy w niego nie wierzyli. Udowodnił, że potrafi grać i wygrywać z najlepszymi. Że potrafi wytrzymać presję decydujących meczów. Że nie paraliżuje go wielotysięczna publiczność, nawet jeśli jest nastawiona przeciwko niemu. Że może być nie tylko młodym-zdolnym, czy materiałem na gwiazdę, ale gwiazdą pełną gębą.

Nie da się być tak dobrym i nie odnieść sukcesu w Wielkim Szlemie. Jeśli się mylę, możecie do mnie przyjść o powiedzieć prosto w oczy: nie masz pojęcia o tenisie – mówi wprost Rafa Nadal.

Prawda jest taka, że Federer ma już bardzo niewiele czasu. Djoković, Nadal, Murray, Del Potro, Cilić – oni wszyscy także są po trzydziestce. Sasza dopiero niedawno skończył 21 lat. Słowem: przyszłość należy do niego. Ostatni tydzień w Londynie udowodnił, że to już jest Pan Tenisista, zawodnik kompletny, nomen omen – tenisista od A do Z.

JAN CIOSEK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (1)