Przyszły mistrz? Miłosz Redzimski – dwunastolatek, który zadebiutował w Superlidze
Inne sporty

Przyszły mistrz? Miłosz Redzimski – dwunastolatek, który zadebiutował w Superlidze

Nigdy nie byliśmy potęgą, gdy przychodziło grać w tenisa stołowego. Jasne, był fenomenalny Andrzej Grubba, po nim sukcesy odnosił jeszcze Lucjan Błaszczyk, ale to pojedyncze przypadki. Istnieje jednak szansa, że do ich osiągnięć nawiąże za kilka(naście) lat Miłosz Redzimski. Ale spokojnie, przed nim jeszcze daleka droga.

Debiutant

Trzy sety. Tyle trwał debiut Miłosza w najwyższej polskiej klasie rozgrywkowej. Przegrał w nim z Konradem Kulpą do 5, 8 i 6 punktów. Wynik może na to nie wskazywać, ale zaprezentował się z dobrej strony. Mówi nam o tym Wojciech Osiński, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”:

– Miłosz zagrał dobry mecz, szczególnie jak na swój wiek. Nie było oczywiście mowy o tym, by nawiązał walkę w którymś z setów. Nie padały tam wyniki do jednego, dwóch czy czterech, ale nie było też gry na przewagi. Jak na pierwszy mecz to całkiem przyzwoicie. Podobało mi się, że Miłosz trzymał piłkę na stole. Potrafił przewidzieć, gdzie przeciwnik ją zagra, a akcje nie kończyły się po dwóch odbiciach. To się dobrze oglądało. Poza tym przyjemne było to, że Miłosz spokojnie traktował ten debiut. Tak to przynajmniej wyglądało. Skupiał się po prostu na tym, jak i co ma grać. Nie udzieliły mu się emocje. Wewnętrznie na pewno je czuł, ale specjalnie tego nie okazywał.

Niespokojny przed debiutem syna był za to Tomasz Redzimski, były zawodnik, dziś trener Dartom Bogorii Grodzisk Mazowiecki. Mimo wszystko zdecydował się go wstawić do składu, bo – jak mówi – Miłosz poziomem sportowym jest następny w kolejce, tuż po seniorach. A skoro złożyło się tak, że trzech zawodników nie mogło wystąpić w spotkaniu ligowym, to trzeba było dodać kogoś do składu. Naturalnym kandydatem był młodszy z Redzimskich.

– Obawy związane były z tym, czy Miłosz będzie w stanie – pomimo różnicy poziomów – zrealizować nasze podstawowe założenie. Mówi ono, że każdą akcję trzeba grać jakby było 10:10, nawet jeśli przeciwnik prowadzi np. 10:2. Rozmawiałem z nim o tym przed meczem. Miłosz miał nie patrzyć na tablicę z wynikiem, tylko cały czas starać się maksymalnie skoncentrować swoją uwagę na stole. Odczytać serwis przeciwnika, przejąć inicjatywę, zaatakować… Miłosz te założenia zrealizował, więc debiut moim zdaniem był udany. A moje inne obawy? Jestem zwolennikiem wstawiania do gry zawodników, którzy są gotowi na Superligę i prezentują odpowiedni poziom. Miłoszowi trochę jeszcze brakuje. W związku z tym była we mnie niepewność, co się wydarzy. Zakończyło się to jednak dobrze.

Wieść o utalentowanym nastolatku szybko obiegła Polskę. Bo przecież to wciąż uczeń szkoły podstawowej, który – uwaga – mógł zadebiutować w lidze dwa lata wcześniej. Sęk w tym, że władze nie zgodziły się wówczas na jego warunkowe dopuszczenie do gry (pełną kadrę zgłasza się przed sezonem i gra tylko zawodnikami, którzy w niej są) i dzieciak, którym Miłosz przecież wciąż jest, musiał swoje odczekać. Ale jak to w ogóle możliwe, że wystąpił w tym spotkaniu w takim wieku?

Lucjan Błaszczyk:

– Przepisy są takie, że można zameldować nawet pięciolatka i go wstawić. Tylko pytanie brzmi, jaki to ma sens? Wiek nie ma tu roli, zgłosić można każdego. Nie jest sensacją, że w Superlidze zagrał dwunastolatek, sensacją byłoby, jakby zagrał i wygrał. W jego zespole po prostu nie mieli pełnego składu i wstawili Miłosza. To nie jest liga, w której będzie grał regularnie. Zagrał jeden mecz, bo Panagiotis Gionis nie wrócił z Pucharu Świata i nie mieli innego zawodnika, który mógłby punktować.

Mecz Miłosza od 1:19:00.

Jak się ostatecznie okazało – Miłosz też nie zapunktował. Ale zrobiło się o nim głośno, bo choćby miał nie zagrać w Superlidze przez następne trzy lata, debiut w tak młodym wieku to już niezły wpis do statystyk kariery. Część kibiców zakodowała sobie już zapewne w głowie, że młody Redzimski to „cudowne dziecko polskiego tenisa stołowego”. Takie nastroje uspokaja jednak Zbigniew Grześlak, trener Miłosza:

– W dalszym ciągu pracujemy z Miłoszem nad tym, by każdego dnia stawał się coraz lepszym sportowcem i miał świadomość tego, co w tenisie stołowym jest bardzo ważne. Nie tylko aspekty techniczne czy podejście do treningu ogólnorozwojowego, ale też strefa mentalna. Nie robić z niego złotego dziecka, tylko spokojnie, w ciszy pracować – tak staramy się to robić. Teraz wyjeżdżamy na turniej międzynarodowy na Słowację, to dla niego kolejny sprawdzian. Z dnia na dzień staramy się, by był nie tylko coraz lepszym sportowcem, ale i człowiekiem.

Zresztą, rywalizacja z dorosłymi to dla niego nie pierwszyzna. Na co dzień występuje bowiem w rozgrywkach II ligi (trzeci poziom) i jest tam najmłodszym zawodnikiem. Co zresztą specjalnie nie dziwi. Lekkie uniesienie brwi spowodować może za to informacja, że legitymuje się pozytywnym bilansem. Choćby w ostatnim meczu – z ekipą z Olsztyna – wygrał dwa singlowe spotkania, oba w pięciu setach (przegrał za to w deblu).

W gruncie rzeczy wypadałoby jednak porównywać Miłosza do konkurencji na jego poziomie. Czyli do kadetów. I uwaga – najstarsi zawodnicy w tej kategorii mają 15 lat, trzy lata więcej od Redzimskiego. Ten zresztą mógłby grać wśród młodzików, niższej kategorii wiekowej, ale po tym jak w zeszłym roku zdobył wśród nich mistrzostwo Polski, trenerzy zdecydowali, że nie warto go tam trzymać, tylko wypadałoby przenieść wyżej. Zresztą całkiem słusznie.

Czołówka

– W tej chwili Miłosz w kategorii do 15 lat w Polsce jest w pierwszej czwórce zawodników. Na pierwszym turnieju Grand Prix kadetów przegrał w półfinale, po bardzo wyrównanym meczu, z rok starszym od siebie zawodnikiem. Jeśli chodzi o świat, to w swoich pierwszych zawodach przegrał z najlepszym Chińczykiem, który wygrał potem cały turniej. Nawiązał dość wyrównaną grę, ale jednak przewaga we wszystkich aspektach gry była po stronie starszego rywala. Na tle rówieśników – trudno powiedzieć. W Europie turniejów do lat 12 czy 13 nie ma, są do lat 15. I na tle piętnastoletnich rywali dużych różnic w tej chwili nie ma – mówi Tomasz Redzimski.

Oczywiście, Miłosz jest młodym zawodnikiem i wiele może się tu zmienić. O tym należy pamiętać. Przed nim jeszcze – najprawdopodobniej – kilka lat grania w II lidze i młodzieżowych turniejach. Jednak jeśli wszystko potoczy się zgodnie z zakładanym planem, to istnieje szansa, że kiedyś przywiezie nam do kraju medale, choćby z mistrzostw Europy. Wojciech Osiński:

– Czy będzie medalistą mistrzostw? Tego się nie da w tej chwili powiedzieć i jeśli ktoś to zrobi, to albo będzie zmyślał, albo bardzo podkoloryzuje. Tym bardziej, że jeśli Bogoria będzie miała w dalszym ciągu takie pieniądze, jakie ma – wtedy w najbliższym czasie raczej nie przebije się do pierwszego zespołu. Chyba że będą chcieli na niego mocno postawić. Natomiast regulamin ligi jest taki, że w meczu musi grać przynajmniej jeden Polak w drużynie, a Bogoria ma podpisany trzyletni kontrakt z aktualnym wicemistrzem Polski, Markiem Badowskim. To raczej jego będą wystawiać.

Przewidywać nie będziemy więc próbować, ale napiszemy, co może okazać się kluczowe dla rozwoju Miłosza. Bo, mimo tego, że początkowo trenował też piłkę nożną, to już w wieku siedmiu lat zdecydował, że chce grać w tenisa stołowego. I od tamtej pory sport ten stał się jego życiem. Nie przesadzamy, wierzcie nam. Rozmawialiśmy z jego ojcem, trenerem i Lucjanem Błaszczykiem, u którego też czasem grywał. Wszyscy to potwierdzali. Ten ostatni mówił zresztą, że charakter to coś, co odróżnia Miłosza od reszty zawodników w jego wieku:

– W Europie jest kilku zawodników na poziomie Miłosza, ale o na pewno wyróżnia się determinacją, wolą walki. Jest zaczepny, waleczny i ambitny – myślę, że te cechy mogą go daleko doprowadzić. Granie graniem, ale najważniejsza jest psychika, właśnie to, że jest wojownikiem, zadziorą. Takim zawodnikiem, który nie lubi przegrywać i ma zawsze swoje zdanie. Jest uparty – to jest w tym sporcie bardzo dobra cecha. Bardziej upatrywałbym tutaj możliwości tego, że on zostanie dobrym zawodnikiem.

Spokojnie jednak, jeśli boicie się, że popchnie to Miłosza w niewłaściwą stronę. Bo wiemy, że było w świecie sportu wielu zawodników, którzy przez swój „charakterek” przegrywali nie tylko mecze, ale i kariery. Po pierwsze, Błaszczyk mówi, że w tenisie stołowym to cechy jak najbardziej pożądane, a po drugie Tomasz Redzimski doskonale zdaje sobie sprawę, że trenerzy pracować muszą nie tylko nad motoryką czy techniką Miłosza, ale i nad jego psychiką. Gdy pytamy, czy jego syn faktycznie tak bardzo kocha tenis stołowy, odpowiada:

– To prawda, ale jeśli do ognia palącego się w ognisku, nie będziemy dokładać drewna, to zaraz się wygasi. Tak samo jest z pasją do tenisa stołowego – cały czas trzeba ją rozbudzać. Trening jest trudniejszy wraz z czasem. Poziom motywacji, zaangażowania, który jest potrzebny do treningu na poziomie dziecięcym, często okazuje się niewystarczający już na poziomie juniora, a na pewno na poziomie seniora. Myślę, że ta sfera wymaga od nas, trenerów troski. Lucjan Błaszczyk też doskonale zdaje sobie z tego sprawę, znamy się wiele lat, obserwował Miłosza w trakcie zgrupowań i mówi o nim wiele pozytywnych rzeczy.

To nie Harimoto

Jest taki młody Japończyk – zwie się Tomokazu Harimoto. Co robi? Gra w tenisa stołowego. Dziś ma piętnaście lat, ale już trzy lata temu z powodzeniem rywalizował z zawodnikami z pierwszej pięćdziesiątki światowego rankingu. Teraz sam jest w najlepszej dziesiątce, jest mistrzem świata juniorów, zdobywał już też srebro – drużynowo – w Pucharze Świata, ale wśród seniorów. Dlaczego o nim piszemy? Żeby uświadomić wam jedno: to on jest złotym dzieckiem, nie Miłosz Redzimski. Ten drugi może zostać znakomitym zawodnikiem, ale trzeba mu dać czas i nie oczekiwać zbyt wiele już w tej chwili.

Lucjan Błaszczyk:

– Dzieciaki od dorosłych różni przede wszystkim ogromna dysproporcja w sile gry. Wiadomo, że taki dzieciak jeszcze nie ma odpowiedniej dynamiki. Doświadczenie, które starsi zawodnicy mają, setki rozegranych meczów – są dzięki temu lepiej  poukładani taktycznie. Choć zdarzają się wyjątki, jak właśnie Harimoto, który w wieku trzynastu lat dobił się do światowej czołówki. To jest jednak naprawdę jednorazowe i wyjątkowe, bo został mistrzem Japonii juniorów, seniorów i był w ćwierćfinale mistrzostw świata w wieku 14 lat. To wyniki niewiarygodne jak na ten wiek. Zdarzało się to przed nim u kobiet, ale nie w męskim tenisie stołowym.

Jasne, byłoby cudownie, gdyby Redzimski okazał się drugim Harimoto, przyznaje to nawet Zbigniew Grześlak, który „życzyłby sobie, by Miłosz był Harimoto, ale do tego potrzeba ciężkiej pracy. Miłosz to robi, jednak trzeba liczyć, że z każdym dniem, tygodniem i miesiącem będzie pracować jeszcze ciężej. Być może wtedy – w perspektywie kilku najbliższych lat – Harimoto będzie miał godnego przeciwnika”. Sami więc widzicie – gdy o młodego Redzimskiego chodzi, trzeba postawić na plan kilkuletni, jakkolwiek źle nie kojarzyłyby się takie w związku z naszą historią.

Tomasz Redzimski:

– Nie porównywałbym Miłosza do Harimoto, bo on rozpoczął trening w wieku dwóch lat. W wieku dwunastu lat, gdy ogrywał rywali z okolic 50. miejsca w rankingu, był już po dziesięcioletnim treningu. Indywidualnie zajmował się nim ojciec, mając też do tego odpowiednią grupę ludzi. Japonia jest też bardzo bogatym krajem, mają znakomite warunki treningowe, bogaty system i wysoką kulturę czy sportowe tradycje, znacznie wyższe niż w Polsce. My – we wszystkich tych aspektach – jesteśmy za Japonią, trochę nam brakuje.

Redzimski trenuje od mniej więcej piątego roku życia. W teorii wybija mu powoli siedem lat, więc gdyby ktoś bardzo zdał się na matematykę, mógłby napisać, że za trzy lata można będzie takie porównania tworzyć. Sęk w tym, że Japończyk to fenomen, o czym mówi jużł Lucjan Błaszczyk. Trudno stawiać obok niego kogokolwiek. Podobnie było, zmieniając nieco dyscyplinę, z Monicą Seles czy Rafaelem Nadalem – gdy zaczęli hurtowo wygrywać na tenisowych kortach, też brakowało odpowiednich porównań. Dlatego lepiej Redzimskiego porównywać tylko do… jego samego i wyników sprzed tygodnia, miesiąca czy roku. Bez przywoływania nazwisk Harimoto, Grubby czy kogokolwiek innego. Bo najprawdopodobniej jeszcze sporo czasu upłynie, zanim Miłosz zacznie regularnie grać w Superlidze, a co dopiero wygrywać mecze mistrzostw świata.

Wojciech Osiński:

– Nie spodziewam się, żeby w zespole, który walczy o mistrzostwo Polski, wystawiali chłopaka już teraz, mając do dyspozycji dobrych graczy. Na razie nie ma to sensu i nie ma się co śpieszyć z czymś takim. Chyba że Miłosz robiłby jakieś kosmiczne postępy i zaczął nawiązywać równą walkę z seniorami, przynajmniej w swoim klubie. Albo zaczął potwornie lać kadetów i juniorów [juniorzy to wyższa kategoria wiekowa, ostatnia „przed” seniorami  – przyp. red.]. Wątpię jednak, by to się miało stać w tym sezonie. O tym, czy będzie można myśleć o nim jako dobrym zawodniku w kategorii seniorów, będzie można się przekonać za jakieś trzy-cztery lata.

Ciągły rozwój

Głównym celem w przypadku Miłosza jest ciągły, systematyczny motoryczny trening. Jego debiut był jednym z kolejnych meczów, które są na jego drodze. Po prostu nadarzyła się taka okazja, więc z niej skorzystaliśmy, to był dla niego kolejny przystanek. Nie przygotowujemy go do Superligi w tak młodym wieku – mówi Zbigniew Grześlak.

Zwracamy szczególną uwagę na pierwsze zdanie: ciągły, systematyczny trening. Motoryczny przede wszystkim, ale nie tylko. Rozwój, to słowo klucz. Tak, by za kilka lat Miłosz mógł wejść z buta do rywalizacji z seniorami i zaprezentować swój wielki talent, ale już oszlifowany przez trenerów.

Tomasz Redzimski:

– Przede wszystkim ważny jest rozwój motoryki. Chcemy również, by rosła jego wiedza o tym, jak trzeba grać i jakie umiejętności, ruchy są potrzebne w poszczególnych uderzeniach. Musi też poszerzać wiedzę o tym, co to jest odporność psychiczna i co się na nią składa. Podobnie jest z koncentracją uwagi – jeśli zawodnik nad nią nie pracuje, to nie będzie jej miał. Od pierwszej do ostatniej minuty treningu trzeba być bardzo uważnym – Miłosz musi mieć tego świadomość. Kolejna rzecz: nauka współpracy w grupie, bo nie da się zostać mistrzem, trenując ze ścianą. Musi umieć szanować kolegów, koleżanki czy trenerów, odpowiednio się z nimi porozumiewać, wymieniać informacje. To jest niezwykle ważna sfera, choć bardzo zaniedbana w Polsce, dużo możemy pod tym względem poprawić. To są takie trzy aspekty, nad którymi Miłosz musi pracować: ciało, umysł i kultura. Sporo jest do zrobienia.

Na dziś Miłosz trenuje po 5-6 godzin dziennie. W szkole ma indywidualny tok nauczania, inaczej nie miałby na to szans. Bo to przecież nie tylko treningi, ale też wyjazdy na turnieje krajowe i międzynarodowe; zgrupowania, choćby te pod okiem Lucjana Błaszczyka; mecze ligowe i wiele innych. Jego życie to tenis stołowy, już to pisaliśmy, ale powtarzamy, bo nie ma w tym ani krzty przesady.

Trzeba też pamiętać, że Miłosz ma pewną przewagę nad częścią dzieciaków: jego ojciec sam grał, a dziś jest trenerem. Może czuwać nad ciągłym rozwojem syna i mieć nadzieję, że dzięki temu uda się go wychować na przyszłego mistrza. Ale tak po prawdzie, nad karierą Miłosza pieczę sprawuje znacznie więcej osób.

Tomasz Redzimski:

– Na pewno mam łatwiej w stosunku do tego, w jakiej sytuacji są inne dzieci, których rodzice nie grali. Ale, prawdę mówiąc, byłem przeciętnym zawodnikiem – mój największy sukces to wicemistrzostwo Polski seniorów, przegrałem wtedy w finale z Tomkiem Krzeszewskim. Nie brałem nigdy udziału w mistrzostwach Europy, świata czy igrzyskach olimpijskich. Myślę jednak, że jako trener wiem, jakich błędów nie popełniać i raczej do tej pory udało się ich uniknąć w przypadku Miłosza. Bardzo sobie cenię współpracę z Jerzym Grycanem, autorem świetnego programu szkoleniowego, który Miłosz realizuje od piątego roku życia. Dzięki temu, że Jerzy stworzył taki program, to dzieci, które taki trening podejmą – o wiele bardziej mądry, usystematyzowany i obejmujący najwyższe światowe standardy – mają większą szansę na sukces. Cenię sobie też rozmowy z Lucjanem Błaszczykiem, Tomkiem Krzeszewskim, trenerem kadry seniorów, i Michałem Dziubańskim, byłym trenerem reprezentacji seniorek. Na pewno mam łatwiej jako trener-rodzic, a z drugiej strony wolałbym nie pracować z synem za często. Bo te relacje ojciec-syn i zawodnik-trener są trudniejsze, niż w sytuacji, gdy z zawodnikami nie łączy mnie więź osobista.

Braków u Miłosza jest jeszcze sporo. To przede wszystkim wspomniana siła uderzeń – tego akurat nie nadrobi samemu, muszą mu w tym pomóc upływające lata. Inne to braki w aspekcie technicznym, choć – jak na jego wiek – tu akurat prezentuje się naprawdę dobrze. Ale jego ojciec mówi, że musi poprawić nawet serwisy. I to mimo tego, że Zbigniew Grześlak wymienia je jako najmocniejszą stronę Miłosza. Do poprawy jest też szybkość, poruszanie się na nogach, odporność psychiczna również wymaga wzmocnienia (by nie przegrywał 8:11 setów, w których prowadzi 8:7, jak to miało miejsce w superligowym debiucie). Tak samo jest z przejściem do ataku i odczytywaniem zamiarów rywala. Pamiętajmy jednak: mówimy o tym w kontekście rywalizacji z seniorami, bo wśród rówieśników Miłosz może wygrać z każdym.

I to, że dwunastolatka stawiamy naprzeciw ludzi po dwudziestce czy trzydziestce, chyba najlepiej obrazuje jego potencjał. Potencjał, który – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – może dać nam wiele radości. Tylko spokojnie, dajmy mu się rozwijać.

SEBASTIAN WARZECHA

 Fot. Dartom Bogoria Grodzisk Mazowiecki

KOMENTARZE (1)