34 lata temu zaczęliśmy dzielić czas na „przed” i „po Jordanie”
Inne sporty

34 lata temu zaczęliśmy dzielić czas na „przed” i „po Jordanie”

Rok 1984 na szczęście nie wyglądał jak wyjęty z książki George’a Orwella. Wręcz przeciwnie. Dał nam pierwszego Macintosha od Apple, pierwsze odcinki Miami Vice i pierwszy spacer w kosmosie bez stałego połączenia ze statkiem. Na kosmiczny poziom, za sprawą jednego człowieka, miała też wznieść się koszykówka. 34 lata temu Michael Jordan zadebiutował w NBA.

Jordan nie był już wówczas anonimowym zawodnikiem, nawet dla fanów basketu spoza USA. Na igrzyskach w Los Angeles (zbojkotowanych przez kraje socjalistyczne), niespełna trzy miesiące wcześniej, świętował zdobycie złotego medalu. W drafcie przed sezonem 1984/85 został wybrany z trzecim numerem. Dziś wydaje się to wręcz nieprawdopodobne, ale wyżej ceniono wówczas Hakeema Olajuwona i Sama Bowiego. Ten pierwszy zrobił wielką karierę, drugi nie sprostał oczekiwaniom. A Jordan? Robił swoje, w ogóle się nimi nie przejmując.

Rod Thorn, były koszykarz, w 1984 roku generalny menedżer Chicago Bulls mówił w książce „There Is No Next: NBA Legends On The Legacy Of Michael Jordan”:

Michael odpalił w czasie igrzysk. Kiedy z nich wrócił i graliśmy mecze pokazowe, gdziekolwiek byśmy się nie zjawili, ludzie czekali właśnie na niego. Kiedy wchodził na boisko, dało się zauważyć nieprawdopodobny atletyzm. Po pierwszym dniu zgrupowania dostałem wieczorny telefon od Billa Blaira, który powiedział: „Nie schrzaniłeś tego draftu. Ten gość jest naprawdę dobry”.

W Chicago jeszcze o tym nie wiedzieli, ale słowa „naprawdę dobry” w żaden sposób nie oddawały tego, czym stał się dla koszykówki Michael Jordan. To gość, który odmienił oblicze tego sportu, najprościej rzecz ujmując. Ludzie na całym świecie włączali transmisje z NBA – a w wielu miejscach wymagało to zarwania nocy – żeby oglądać właśnie jego. Kimś takim był Tiger Woods dla golfa czy, przekładając to na nasze warunki i zachowując wszelkie proporcje, Adam Małysz dla polskich skoków. Michael też był „fenomenem socjologicznym”. Tyle że na skalę światową.

We wspomnianej już książce, mówił o tym John Paxson, od 1985 do 1994 roku zawodnik Chicago Bulls:

Kiedy o tym myślę, to zdaję sobie sprawę, że on był zwykłym gościem. […] Zawsze miał jednak poczucie tego, co istotne. Mówię to z pełnym przekonaniem: to, co w Michaelu szanuję najbardziej, to fakt, że zrozumiał ludzi, którzy przychodzili na halę po to, żeby go oglądać. Potraktował to poważnie.

Ale w debiucie… nie zrobił niczego wielkiego.

Jasne, 16 punktów, sześć zbiórek i siedem asyst to i tak dobry wynik ja na gościa, który rozgrywa swój pierwszy mecz w najlepszej lidze świata. I wtedy pewnie dokładnie tak na to patrzono. Tym bardziej, że w międzyczasie Jordan zdążył jeszcze porządnie przywalić w podłogę i przez chwilę nikt nie wiedział, czy nie zakończy się to poważnym urazem. Z perspektywy czasu możemy napisać jedynie: tamten mecz to była jedynie przystawka. Zwycięska, bo Byki ograły 109-93 (czyli dokładnie szesnastoma punktami, jeśli wierzycie w znaki od losu,  to mamy tu coś dla was) ekipę Washington Bullets. Uczta rozpoczęła się w kolejnych spotkaniach – już kilka dni później Michael rzucił 33 punkty w starciu z New York Knicks.

Prawdziwe szaleństwo na Jordana rozpoczęło się, gdy w swoim debiutanckim sezonie notował średnio 28 punktów, 6,5 asysty, 5,9 zbiórki i 2,4 przechwytu na mecz. Gdy doprowadził Chicago do play-offów. Gdy wystąpił w Meczu Gwiazd. Gdy zdobył nagrodę dla pierwszoroczniaka sezonu. Nie wyhamowała go nawet poważna kontuzja, która przytrafiła mu się sezon później. Z każdym kolejnym sezonem był bliżej statusu legendy, a kiedy – niemal siedem lat po jego debiucie – w Chicago świętowano pierwszy mistrzowski tytuł w historii klubu, oczywistym stało się, że w końcu go osiągnie.

Wszystko zaczęło się jednak wcześniej. Nie w 1991 roku, wraz z mistrzowskim tytułem, a dokładnie 26 października 1984. Każdy kolejny dzień to już era „po pojawieniu się Jordana”.

 Fot. Newspix

KOMENTARZE (7)