Tunezja: plaża, słońce i… największa tenisowa sensacja tygodnia
Inne sporty

Tunezja: plaża, słońce i… największa tenisowa sensacja tygodnia

Tydzień temu przyleciała do Moskwy bez wielkich nadziei. Ot, kolejny turniej, w którym trzeba powalczyć w eliminacjach, przy odrobinie szczęścia przejść rundę, albo dwie. Dziś Ons Jabeur była o kilka piłek od wygrania Pucharu Kremla, przegrała po niesamowitym finale z murowaną faworytką gospodarzy. Radzimy zapamiętać tę dziewczynę, bo zdecydowanie potrafi zaskakiwać.

No dobra, piszemy o sporcie, oglądamy setki meczów, walk, turniejów i innych zawodów. Tenis jest jednym z topowych sportów, sezon trwa od stycznia do listopada i przyznajemy bez bicia: czasem ratuje nam skórę, kiedy w innych sportach nie dzieje się nic ciekawszego. Słowem: śledzimy to, co dzieje się w rozgrywkach ATP i WTA. A jednak, z ręką na sercu musimy przyznać: o Ons Jabeur po raz pierwszy usłyszeliśmy chwilę temu.

I to nawet nie w Moskwie, gdzie 24-letnia Tunezyjka zagrała turniej życia. Wcześniej – dokładnie trzy tygodnie temu. Wtedy Jabeur przeszła kwalifikacje w Pekinie, a w pierwszej rundzie mierzyła się z liderką światowego rankingu Simoną Halep. Zamiast szybkiego lania, było jednak 6:1 w pierwszym secie. Rumunka do drugiej partii już nie wyszła, skarżąc się na kontuzję pleców. Ściemy w tym nie było, uraz okazał się na tyle poważny, że Halep musiała zrezygnować nawet z udziału w turnieju Masters. Tak czy inaczej, zakończony kontuzją mecz w Pekinie był pierwszym momentem, kiedy większość kibiców w ogóle zdała sobie sprawę, że w Tunezji także gra się w tenisa.

Ons Jabeur do turnieju w Moskwie przystępowała jako setna zawodniczka rankingu. W okolicach tej pozycji buja się zresztą od dłuższego czasu. W zawodowym tenisie oznacza to jedno – konieczność gry w eliminacjach. Reguły są brutalne: lecisz często przez pół świata, do obcego kraju, grasz jeden, dwa mecze i możesz się pakować. Ani poważnych punktów rankingowych, ani poważnych pieniędzy zarobić się tam nie da. To wszystko zaczyna się dopiero w turnieju głównym.

Sezon 2018 w wykonaniu Jabeur: najpierw 5 porażek z rzędu w pierwszych meczach, potem jedno wygrane spotkanie w kwalifikacjach w Dubaju (porażka w 2. rundzie), dalej 1. runda eliminacji w Indian Wells, 1. w Miami, porażka w 1. meczu w Charleston… Cieniutko. Tunezyjka postanowiła wtedy wrócić na chwilę do cyklu ITF. W Indian Harbour Beach dotarła do ćwierćfinału, w Cagnes-sur-mer – do półfinału, a w Manchesterze wygrała cały turniej. W międzyczasie zaliczyła 2. rundę Wimbledonu, potem przeszła eliminacje US Open, przebiła się także do wspomnianego turnieju w Pekinie, a tydzień później także w Hong Kongu. Wreszcie, bez wielkich oczekiwań, zameldowała się w Moskwie.

A tam zaczęły dziać się cuda, jakich w jej karierze nie było. W kwalifikacjach najpierw było 1:6 z Fanny Stollar (#129 WTA), ale potem Tunezyjka wygrała dwa kolejne sety. 1:6 było także w pierwszej partii kolejnego meczu, z Harriet Dart (#170), który Jabeur wygrała dopiero po tie-breaku w ostatnim secie. Do awansu do turnieju głównego potrzebowała jeszcze wygranej z Valentiną Grammatikopoulou (tak, to prawdziwe nazwisko, Greczynka jest 171. na liście WTA).

No, a potem już poszło. Jekaterina Makarowa (#61) – 6:1, 6:2! Sloane Stevens (ósma w rankingu) 6:3, 6:2! Anett Kontaveit (#21) 7:5, 6:1! Anastazja Sewastowa (#12) 6:3, 3:6, 6:3. I w ten sposób stała bywalczyni kwalifikacji nagle, po raz pierwszy w karierze, zameldowała się w finale turnieju WTA. W dodatku – naprawdę dużego turnieju, z bardzo mocną obsadą.

W finale przy decydujących piłkach trochę zabrakło jej doświadczenia. Przy prowadzeniu 6:2, 4:1 wydawało się, że nic jej nie odbierze sensacyjnego tytułu. Jej rywalka, 14. na liście WTA Daria Kasatkina, sama już nie wierzyła w zwycięstwo. Wtedy do akcji wkroczył trener Rosjanki, który zaprezentował mowę motywacyjną co najmniej w stylu Jerzego Engela. – Jeśli wydaje ci się, że ten mecz już jest przegrany, to mogę sobie szukać nowej roboty. A ja lubię moją robotę. Wracaj więc na kort i wygraj to! – apelował do swojej podopiecznej. No i cóż, trener nie będzie musiał szukać nowej posady. Kasatkina wyszarpała drugiego seta w tie-breaku, a w trzecim wykończyła ledwie żywą ze zmęczenia Tunezyjkę. Jabeur z kortu schodziła ze łzami w oczach, czując, jak blisko była życiowa szansa.

Tak, czy inaczej, za nią najlepszy tydzień w karierze. Za osiągnięcie finału zarobiła 80 tysięcy dolarów i 305 punktów rankingowych. Nie wiemy, co zrobi z kasą, ale punkty zapewnią jej skok z setnego w okolice 60. miejsca na liście najlepszych tenisistek świata. Jeśli do teraz panna Jabeur była dla was kompletnie anonimowa, to dziś musicie sobie zdać sprawę, że w rankingu jest wyżej niż jakakolwiek Polka, niestety włącznie z Agnieszką Radwańską (około 80. miejsca w poniedziałkowym notowaniu). Aha, i po moskiewskim wyczynie Tunezyjka na dobre może zapomnieć o konieczności gry w kwalifikacjach…

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
blasphemer93
FC Lahti / Stoke City

Ja rozumiem, że dla osoby tylko sporadycznie śledzącej tenis nazwisko Jabeur mogło wydać się obce, ale litości, sami napisaliście że w tym roku przeszła nawet rundę w wimbledonie. Od osoby piszącej o tenisie powinno się wymagać znajomości tenisistów z głównej drabinki wielkich szlemów… O takim Radu Albocie czy Maleku Jazirim (podpowiem też Tunezyjczyk) też autor nie słyszał?

wpDiscuz