Bargiel zjechał na nartach z K2. Niemożliwe nie istnieje
Inne sporty

Bargiel zjechał na nartach z K2. Niemożliwe nie istnieje

Na Księżycu człowiek wylądował prawie 50 lat temu. Potem dopiero zdołał opłynąć samotnie kulę ziemską bez zawijania do portów. Natomiast 22 lipca 2018 roku około godz. 15:30 Andrzej Bargiel zakończył mission imposible. Zjechał na nartach z K2.

Tempo przemieszczania się Andrzeja Bargiela jest niewiarygodne. Dawał tego próbki na początku swojej kariery górskiej, kiedy startował jeszcze w zawodach skialpinistycznych. Polska w tej materii jest zaściankiem i mimo że ta dziedzina narciarstwa wysokogórskiego (głównie w wymiarze turystki narciarskiej) rozwija się w naszym kraju bardzo szybko, wciąż do krajów alpejskich jest nam bardzo daleko. Może ta świadomość pchnęła urodzonego w Łętowni na Podhalu Bargiela w góry wyższe. Pierwszą próbkę swoich możliwości dał na Elbrusie, kiedy o 30 minut poprawił 3,5-godzinny rekord Denisa Urubki. Deklasacja. Potem na horyzoncie pojawiły się góry najwyższe. Krok po kroku udowadniał, że jest w stanie realizować cele najbardziej niewyobrażalne.

Mimo że zjazdy z ośmiotysięczników już od lat stanowią najbardziej zaawansowany poziom narciarstwa, Jędrek dodawał za każdym razem coś od siebie. W głowie uroił sobie koncepcję Hic Sunt Leones, program zdobycia wszystkich ośmiotysięczników. Tam są lwy. Tam jest terra incognita, ziemia nieznana, tereny dzikie, nieludzkie. Skrajnie nieprzyjazne człowiekowi. Gdzieś tam na jego stronie można znaleźć harmonogram podboju Himalajów i Karakorum. Rok w rok na szczycie. Na najwyższych szczytach Ziemi. Prawie w kosmosie. Absolutnie w kosmosie. W tej chwili „odhaczył” najtrudniejszy cel. K2. Górę Gór. Niedostępną, przepiękną piramidę na końcu świata. Za drugą próbą. Geniusz. Artysta. Wyższa jest tylko Mont Everest. Trudniejszej nie ma ani jednej. Od Czogori odbiło się kilku narciarzy. Nie wszyscy przeżyli. W ubiegłym roku choćby próbował wielki Słoweniec, pionier zjazdów z ośmiotysięczników, Davo Karnicar.

3

Akcja zaczęła się w czwartek. Jędrek w ekspresowym tempie wdrapał się do obozu II. Na trasie Cessena (zwanej też Drogą Basków) taktyka Jędrka już wypracowana przed rokiem, zakładała świadome pominięcie obozu I. W „dwójce” czekał na niego Janusz Gołąb i po krótkim noclegu razem wspięli się do „trójki”. Od tego momentu Bargiel już sam cisnął do góry. Najpierw „czwórka”, obóz wciśnięty w tzw. „Ramię” – miejsce w którym łączą się wszystkie drogi prowadzące na wierzchołek. Potem do pokonania jeszcze „Szyjka butelki” – 60-stopniowy kuluar. W ostatnich dniach ponad 30 osób zdobyło K2. Były więc tam poręczówki wypraw komercyjnych. Z C4 wystartował o 4:30, by na szczycie stanąć o 11:30. Siedem godzin sprintu, 600 metrów w pionie biegiem. Na wysokości ponad 8000 metrów nad poziomem morza. W strefie śmierci. W miejscu, gdzie śladowa ilość tlenu w powietrzu potrafi zabić w męczarniach. I zabijała już wielokrotnie. W głowie się nie mieści. Stanięcie na kopule szczytowej K2 to jedno z wyzwań. Pośrednie. Rok temu wcale go nie interesowało. Mógł, ale nie widział sensu, bo nie miał szans zjazdu narciarskiego.

Po zmianie strategii na zdobycie Czogori cel zbliżył się na wyciągnięcie ręki, może na odległość ciosu czekanem. Jeszcze na górze filmował go wirtuoz zdjęć z drona, młodszy brat Bartek Bargiel. Potem Górę Gór przykryły chmury. Postój w C4. Czekanie aż trochę się przetrze. Straszne czekanie. To wciąż bardzo wysoko i daleko. Trudno liczyć na jakąkolwiek pomoc. No, może Bartek mógłby mu dostarczyć lekarstwa dronem, tak jak wcześniej Januszowi. Po jakimś czasie decyzja. Jędrek jedzie dalej. Do C3. Tam czeka Janusz. Chwila odpoczynku. Może łyk herbaty, może jakaś strawa. Stąd czeka go arcytrudny fragment – Trawers Messnera, którego sam autor ponoć nie pokonał. Przebiega on pod gigantycznym serakiem, który wisi złowrogo, grożąc lodowymi zębami, że zarwie się w każdej chwili. Na nartach da się tam przemknąć w miarę szybko. Kilka minut. Tak wierzy Jędrek. Oglądał to miejsce z bliska, analizował patrząc z bazy przez lunetę niczym badacz mikroustrojów przez mikroskop. Centymetr po centymetrze. Szczelina po szczelinie. A potem warianty drogi Basków i drogi Tadeusza Piotrowskiego i Jerzego Kukuczki. Polskiej drogi. Nigdy nie powtórzonej. Dowód jakości podboju najwyższych gór świata przez Polaków. Andrzej Bargiel pod tym dowodem postawił jeszcze jedną, niezwykle ważną pieczęć. Nikt nigdy przed nim tego nie dokonał. Pytanie, czy ktoś kiedyś dokona tego później? Wydaje się, że idealny styl sportowy – alpejski, na lekko, bez dodatkowego tlenu z butli – winduje skalę tego wyczynu poza zasięg. Ktoś kto kiedyś się jeszcze przymierzy do takiej próby będzie… drugi. Będzie mógł się pochwalić pierwszym powtórzeniem. Może wyszuka nowej drogi, może wbiegnie szybciej na górę. Lecz nigdy już nikt nie będzie pierwszy. Tylko Andrzej Bargiel.

DARIUSZ URBANOWICZ

Fot. Marek Ogień