Chciałem, by mieli mnie za dobrego piłkarza, a nie handlarza kokainą
Weszło Extra

Chciałem, by mieli mnie za dobrego piłkarza, a nie handlarza kokainą

Czy Piotr Zieliński to James Rodriguez polskiej reprezentacji? Dlaczego nie ma lepszej dziewiątki na świecie niż Robert Lewandowski? Na co stać reprezentacje Kolumbii? O tym i o wielu innych sprawach porozmawialiśmy z legendarnym kolumbijskim napastnikiem, Faustino Asprillą.

Materiał pochodzi z magazynu ORŁY 2018, który można zakupić na stacjach ORLEN.

Przed mundialem w 1994 roku wielu typowało Kolumbię na czarnego konia imprezy, zwłaszcza po rozgromieniu w eliminacjach Argentyny 5:0, której strzelił pan dwa gole. Ostatecznie nie wyszliście z grupy, a na wasza formę wpływ miało wiele czynników – nazwijmy to – pozasportowych.

Wiedzieliśmy, że mamy najmocniejszą reprezentację od lat i na mundial jechaliśmy może nie jako faworyci – zawsze są nimi Niemcy, Brazylijczycy czy Włosi – ale na pewno celowaliśmy w więcej niż trzy mecze i szybki powrót do domu. W życiu piłkarza przychodzi czasem taki moment, w którym czujesz, że to jest twój czas, że teraz albo nigdy. I my tak mieliśmy z mundialem 1994. Przegraliśmy jednak pierwszy mecz z Rumunią i atmosfera posypała się kompletnie. Praktycznie od razu po meczu zaczęliśmy wysłuchiwać pogróżek. Chociaż to nie były pogróżki, tylko realne groźby. Przestaliśmy przywiązywać uwagę do tego, co tu i teraz.

Jak wyglądały te groźby?

Były skierowane w stronę konkretnych osób. Najbardziej zastraszani byli Gabriel Gomez i trener Francisco Maturana, ale działało to negatywnie na cała drużynę. Nikt nie myślał o boisku. Trener nie był w stanie nawet rozpracować taktycznie przeciwników, a przed samym meczem zamiast odprawy kazał nam wyjść z hotelu i zadzwonić do swoich rodzin. Co chwile sprawdzaliśmy, czy bliskim nic się nie stało i czy wciąż są pod opieka policji. Telefony przed meczem dały nam dużo i mogliśmy względnie spokojni przystąpić do spotkania z USA, chociaż o piłce wciąż nikt nie myślał – cały czas w głowie mieliśmy bezpieczeństwo rodzin, które pozostały w Kolumbii.

Ostatecznie trener Maturana musiał zrezygnować z wystawienia Garbiela Gomeza, usłyszawszy, że jeśli tylko ten znajdzie się na boisku, cała drużyna zostanie zabita.

To prawda. Gabriel Gomez, ale i również jego starszy brat, który był wówczas asystentem Maturany, byli mocno związani z Medellin, a to nie podobało się prawdopodobnie ludziom z kartelu Cali. Gabriel zagrał w pierwszym meczu, ale w następnych już na murawie się nie pojawił i wierzcie mi, nie było to podyktowane względami sportowymi. Trener się po prostu bał.

Mówiło się o tym, że kartel z Cali postawił ogromne pieniądze na wygraną Kolumbii na mundialu i stąd wzięły się te pogróżki.

Oficjalnie kartel z Cali nam nie groził, ale ludzie utożsamiający się z tym miastem już tak. Pogróżki płynęły jednak z naprawdę wielu, wielu stron. Co mogliśmy zrobić? Tylko o nich nie myśleć. Ale to nie jest takie łatwe.

Turniej życiem przypłacił świetny piłkarz, Andres Escobar, który w meczu USA strzelił bramkę samobójczą. Ludzie związani z mafią stwierdzili, że za takie zachowanie należy się odwet.

Andres był świetnym piłkarzem i jeszcze lepszym człowiekiem. Nigdy, zarówno na boisku, jak i w życiu prywatnym, nie miał wrogów. Nie dyskutował bez potrzeby, jako piłkarz robił swoje i był podporą defensywy. Zamordowano go kilka dni po mundialu, gdy każdy z nas był już ze swoją rodziną. Każdy przeżył to na swój sposób. Straszna wiadomość. Ten dzień zapamiętam na zawsze. Po turnieju wciąż dochodziły do nas pogróżki, ale sytuacja się uspokoiła i nikt nie zakładał, że ktokolwiek posunie się aż do morderstwa. W kraju znali nas wszyscy i czuliśmy się bezpiecznie, ale jak widać było to mylne wyobrażenie. Po mundialu nie bałem się wychodzić z domu, ale większość czasu i tak spędzałem w swoim domku letniskowym. Może to i dobrze. Taki klimat Kolumbii, zresztą, nawet ostatnio pewien kolumbijski gangster groził mi śmiercią na mojej prywatnej posesji. Dostałem ochronę i dopóki policja go nie schwytała, musiałem zniknąć z normalnego życia i się schować.

Mówi się, że gdyby żył Pablo Escobar, nigdy nie dopuściłby do takiego czynu jak zabicie piłkarza.

Nie wiem, być może jest to prawda, ale tego już się dzisiaj nie dowiemy. Dużo ludzi miało szacunek do Escobara i być może osoby, które zabiły Andresa, zastanowiłyby się dwa razy wiedząc, że dopadnie ich gniew Pablo…

…który rządził też wówczas klubem, w którym grał pan z Andresem, Atletico Nacional.

Nie rządził.

Oficjalnie.

Nigdy nie widziałem Pablo Escobara w klubie. Być może chodził na mecze, ale nie udało mi się go poznać, nie dążyłem też do tego. Przyszedłem do Atletico, by grać w piłkę i się wypromować, a nie bratać się z Escobarem. Nie opłacał bieżącego funkcjonowania klubu, choć prawdą jest, że czasami robił nam prezenty. Gdy byłeś piłkarzem Atletico i strzeliłeś piękną bramkę, mogłeś spodziewać się gestu uznania od Escobara. Jednym meczem byłeś w stanie podwoić sobie roczną pensję.

Nie miał pan ochoty rzucić reprezentacji i piłki kolumbijskiej? Przecież to była patologia.

Daleko nam było do normalności, ale gra dla reprezentacji zawsze była dla mnie wielkim wyróżnieniem. Podczas mundialu w USA miałem ledwie 25 lat, a to nie jest normalny wiek na kończenie kariery reprezentacyjnej. Gdy zabito Andresa Escobara, grałem już w Europie i mogłem spokojnie odciąć się od tego zamieszania, które ogarnęło cała Kolumbie. Choć nie do końca, bo w Europie najbardziej irytowały mnie ciągłe pytania o Pablo Escobara, narkotyki, kartele. Byłem pierwszym Kolumbijczykiem w Serie A, a dla Europejczyków każdy Kolumbijczyk brał wtedy kokainę i nią handlował. Escobar w momencie zastrzelenia stał się jednym z najpopularniejszych ludzi na świecie. Motywowało mnie to, by każdy wreszcie miał mnie za dobrego piłkarza, a nie handlarza.

Dlaczego uważa pan, ze odejście z Realu to najlepsza możliwa decyzja Jamesa Rodrigueza?

To trudny temat. Do momentu przyjścia do Realu James był liderem, sam zagrzewał innych do walki, tak w reprezentacji, jak i drużynach klubowych. W Madrycie tym liderem jednak bezsprzecznie jest Cristiano Ronaldo, który czasami traktuje innych zawodników jak gówno.

Jak gówno?

Tak, jak gówno. Dobrze słyszycie, a co najgorsze James teraz to samo zaczyna robić w reprezentacji w stosunku do swoich kolegów. To są złe nawyki, których nauczył się w Realu grając u boku Cristiano i musi się ich jak najszybciej oduczyć. Dlatego bardzo się ciesze, ze rok przed mundialem zdecydował się odejść. Widać, ze odzyskał świeżość. No i gra z najlepszą dziewiątką na świecie, bo za taką uważam Roberta Lewandowskiego. Prawdziwy crack.

Czyli jednak nie Falcao!

Falcao jest świetnym napastnikiem, ale trochę brakuje mu do klasy Lewandowskiego i Harry’ego Kane’a, którzy bezsprzecznie są na tej pozycji najlepsi na świecie. Musza jednak każdego dnia trenować i stawać się coraz lepsi, bo czają się za nimi Cavani, Suarez, Higuain czy własnie Falcao. Mogę wam tylko pogratulować, że doczekaliście się takiego napastnika. Regularnie śledzę Serie A i podobają mi się też wasi pomocnicy – Piotr Zieliński ma wielki talent, to taki James polskiej reprezentacji. Jestem fanem także Karola Linettego. Świetny na swojej pozycji, będziecie mieć z niego jeszcze dużo pożytku.

Która reprezentacja Kolumbii jest lepsza – ta dzisiejsza czy ta sprzed czterech lat, która zachwyciła świat podczas mundialu w Brazylii?

Dzisiejsza jest na pewno bardziej doświadczona, a obycie na wielkich imprezach jest często kluczowe. Kolumbijczycy lubią adrenalinę związaną z turniejem. Zwykle na mistrzostwach wypadamy lepiej niż w eliminacjach. Obecna reprezentacja ma jednak kilka swoich problemów, naszym najsłabszym punktem – tylko nie powtarzajcie tego waszemu selekcjonerowi! – są boki obrony. Zarówno Arias, jak i Fabra [z powodu kontuzji ostatecznie nie pojechał na mundial – przyp. red.] nie są pewni na swoich pozycjach i widzę tu duże pole do popisu dla waszych skrzydłowych. Tak czy siak wszystkie drużyny prezentują podobny, solidny poziom i na pewno nie będzie to łatwa grupa. Sądzę, że faworytem jest Kolumbia. Mamy doświadczenie wyniesione z poprzedniego mundialu, w trakcie którego dotarliśmy do ćwierćfinału i to powinno zaprocentować. Jako ze odwiedzili mnie Polacy, a nie dziennikarze z Japonii i Senegalu, życzę Polsce awansu z drugiego miejsca.

A my życzymy panu powodzenia w biznesie, bo wszedł pan po zakończeniu kariery w dość nietypowy rynek.

Produkuję prezerwatywy. Nazywają się Tino – od mojego imienia. Wszystko zaczęło się tak naprawdę w 1993 roku podczas towarzyskiego meczu z Chile w Bogocie. W trakcie spotkania podwinęły mi się spodenki, moje przyrodzenie wyszło na zewnątrz i pewien reporter zdołał je uchwycić na zdjęciu. W Kolumbii powstała ogólnonarodowa dyskusja na temat długości mojego członka. Zaczęły się pojawiać propozycje rozbieranych sesji, miałem możliwość gry w filmie porno, wtedy też podczas rozmowy z przyjaciółmi pojawił się pomysł stworzenia własnej marki prezerwatyw. Od razu stwierdziłem, że to świetny biznes. Nie są tanie, ale ludzie kupują, wiec da się nawet na tym zarobić fajne pieniądze i wykorzystać sławę, jaka pozostała po karierze piłkarskiej. Karierze, która była nie tylko bardzo udana, ale i bardzo wesoła.

Rozmawiali JAKUB BIAŁEK i MATEUSZ KOSZELA

* * *

Magazyn ORŁY 2018 pełen unikalnych wywiadów, reportaży i artykułów dostępny jest na stacjach ORLEN.

KOMENTARZE (3)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

SirMutton

Na moim blogu nowy tekst o pierwszym meczu Polaków, zapraszam Weszlacy :)

Do svidaniya Polsha!

wpDiscuz