NBA RAPORT: Czwórka do zera, LeBron żegna frajera
Bukmacherka

NBA RAPORT: Czwórka do zera, LeBron żegna frajera

Grali jak nigdy, skończyli jak zawsze – do Toronto Raptors idealnie pasuje regułka, która przez lata towarzyszyła reprezentacji Hiszpanii w piłce nożnej. Raptors wygrali konferencję wschodnią, ale w play-offach jak zwykle  zebrali srogo w cymbał, tym razem od Cleveland Cavaliers. LeBron James nie bierze jeńców, a gdzieś w tle Golden State Warriors, Houston Rockets i Boston Celtics są już jedną nogą w finałach konferencji. Coraz więcej wiemy, ale najciekawsze – nadal przed nami. Na tradycyjne podsumowanie wydarzeń w NBA zapraszamy wraz z LV BET!

NAJGORĘTSZA SERIA

HOUSTON ROCKETS (1.) 3 – 1 UTAH JAZZ (5.)

Szczerze mówiąc – trochę rozczarowujący jest fakt, że starcie Rockets i Jazz to w zasadzie jedyne zestawienie, gdzie możemy jeszcze mówić o jakichś niewiadomych. Chociaż i tak mocno na wyrost, bo James Harden, Chris Paul i reszta ferajny są jednak na najlepszej drodze, żeby wyeliminować Jazz już w piątym meczu serii. W pierwszej rundzie było o wiele goręcej.

Pewność siebie Rakiet mógł zachwiać wyłącznie drugi mecz, przegrany przez nie na własnym parkiecie. Donovan Mitchell trafił tylko 6 z 21 swoich rzutów, ale zaliczył aż 11 asyst, natomiast skutecznością eksplodował Joe Ingles, który aż siedmiokrotnie przedziurawił obręcz zza łuku. Do tego świetnie dysponowani Crowder i Exum… Utah Jazz wygrali drugi mecz serii i przenieśli grę do Salt Lake City w bardzo korzystnej dla siebie sytuacji.

Reakcja Rockets na porażkę? Wzorowa. Udowadniająca, kto tutaj robi za ambitnego underdoga, a kto jest realnym kandydatem do mistrzostwa. Mike D’Antoni mógł kraśnieć z dumy, obserwując spektakularne popisy swoich podopiecznych w trzecim meczu. W pierwszej kwarcie Rakiety ostrzeliwały przeciwników z taką częstotliwością, że naloty dywanowe aliantów na Drezno mogły wyglądać na tym tle jak rekreacyjny przelot paralotniarzy nad miastem. Rockets rzucili w pierwszej kwarcie zupełnie niepojęte 39 punktów, notując skuteczność powyżej 60% z gry. Do przerwy było 70 – 40 dla Houston. Prawdę mówiąc, druga połowa tego meczu mogłaby się już w ogóle nie odbyć.

Donovan Mitchell wreszcie sobie w tym meczu przypomniał, że nie jest super-gwiazdą z dziesięcioletnim stażem w play-offach. W pierwszej połowie 1 celny rzut na 10 oddanych prób. Dwa punkty, tyle samo strat. Całe szczęście. Chłopak okazał się być jednak tylko człowiekiem.

UTAH JAZZ ZASKOCZĄ I POKONAJĄ HOUSTON ROCKETS? W LV BET KURS WYNOSI 6.6!

Dla porównania – stary wyga Chris Paul zanotował w tym samym czasie 12 punktów, 5 asyst i nie miał ŻADNEJ straty. Dla Paula to szczególna rywalizacja – naprawdę trudno w to uwierzyć, ale ten zawodnik jeszcze nigdy nie grał w finałach konferencji. Zawsze odpadał w przedbiegach. To niesłychane, bo Paula spokojnie można zaliczyć do ścisłego topu najwybitniejszych rozgrywających w dziejach NBA. Jednak czas płynie nieubłaganie, a sukcesów w kluczowej fazie sezonu – brak. CP3 gra w tym sezonie o swoje dziedzictwo.

Czwarty mecz serii – trzecie zwycięstwo Houston, przebiegajace pod znakiem podkoszowej dominacji Clinta Capeli, któremu nikt w składzie Jazz nie potrafił podskoczyć. Nawet Rudy Gobert, ewidentnie przegrywający batalię w trumnie z mocarnym Capelą. Z cyklu statystyk, które nikomu nie są do niczego potrzebne – szwajcarski center zaliczył pięć bloków w trakcie trzech ostatnich minut spotkania, co jest najlepszym wynikiem w NBA od dwudziestu lat.

Czy Jazz zdołają się jeszcze postawić faworytom? Udowodnili już, że umieją zdominować Rockets na ich parkiecie, ale Harden i jego koledzy poczuli krew i raczej nie oddadzą ofiary ze swoich szponów. Skoro zawodzi Gobert, zdominowany przez Capelę, to sprawy w swoje ręce muszą koniecznie wziąć strzelcy. Czy Donovana Mitchella stać na jeszcze jeden nieziemski występ?

Chyba nie, ostatecznie zaliczył ich już w play-offach i tak nieprzyzwoicie dużo.

CO U POZOSTAŁYCH?

LeBron James jest już w finałach konferencji. Jeżeli ktokolwiek śmiał wątpić w „Króla” – a również i my przedstawialiśmy argumenty, które mogły przemawiać za Toronto Raptors w serii z Cleveland Cavaliers – to teraz musi uderzyć się w piersi i wydukać nieśmiało przeprosiny. James był w tej serii nietykalny. Sam jeden rzucił na przestrzeni czterech spotkań prawie tyle samo punktów, co duet liderów Toronto – DeMar DeRozan i Kyle Lowry – razem wzięci.

Zawiedli liderzy, nie pomógł trener, ławka rezerwowych nie zrobiła różnicy na plus – Toronto Raptors znów okazali się być projektem skrojonym wyłącznie pod sezon regularny. Gdy przyszedł czas na mężczyzn, DeRozan, od którego oczekiwano najwięcej, znów okazał się być wyłącznie chłopcem. Konkretnie – chłopcem do bicia. Raptors kompletnie pokpili sprawę w pierwszym meczu, wypuszczając zwycięstwo z rąk. Później grała już tylko Kawaleria. Nic jednak zaskakującego, że im się to zwycięstwo wyślizgnęło – koszykarzom z Kanady pocą się dłonie na sam widok LeBrona, który gra jak bóg, ale nie gra już sam – Kevin Love, JR Smith, Kyle Korver, Tristan Thompson – wszyscy dojechali na play-offy i dają wreszcie wsparcie swojemu liderowi.

New Orleans Pelicans robią wszystko co w ich mocy, żeby zaszkodzić Golden State Warriors, ale w ich mocy jest raczej niewiele. Najbardziej romantyczną historię pisze chyba Rajon Rondo, który znowu udowodnił, że jest facetem stworzonym do grania pod wielką presją. Przydomek „Play-off Rondo” z księżyca się przecież nie wziął. Mistrz NBA z 2008 roku zaliczył w trzecim meczu serii aż 21 asyst, genialnie dowodząc grą zespołu i prowadząc Pelikany do zwycięstwa na własnym parkiecie. To dla Rondo już druga taka noc w play-offach, kiedy notuje przeszło 20 asyst – więc niż raz udało się takiej sztuki dokonać tylko dwóm innym koszykarzom. To John Stockton i Magic Johnson. Cholernie zacne towarzystwo.

POWYŻEJ 228 PUNKTÓW W MECZU PELICANS – WARRIORS? KURS 1.88 W LV BET!

Jednak sam Rondo to za mało, żeby zatrzymać Warriors. Nawet Anthony Davis to za mała siła rażenia. GSW prowadzą już 3:1 i nic nie wskazuje w tej serii na sensację. Starcie Houston Rockets z Golden State Warriors zbliża się wielkimi krokami. Z jednej strony jest to na pewno przedwczesny finał, z drugiej strony – co to za finał, skoro nie gra w nim LeBron?

Wszystko, żeby LeBron nie zagrał także w tym właściwym finale, uczynią na pewno Boston Celtics, którzy są już o krok od wyeliminowania Philadelphia 76ers. Coś nam się wydaje, że to starcie jest dopiero preludium do wielkich batalii, jakie Celtics i Sixers będą jeszcze toczyć przez długie lata. Ostatecznie obie ekipy nie wykorzystują póki co nawet połowy swojego potencjału. Celtics osiągają wręcz szokujące rezultaty, biorąc pod uwagę ich kłopoty z kontuzjami, natomiast 76ers – jakkolwiek nudno i wyświechtanie by to nie zabrzmiało – płacą frycowe i dopiero uczą się gry w play-offach.

Bostończycy dali im bolesną lekcję koszykówki, wychodząc już nawet na prowadzenie 3:0 w serii. Trzeci mecz to historia, która na pewno złamała serce niejednemu sympatykowi filadelfijskiego „Procesu”. Marco Belinelli wraz z końcową syreną oddał rzut, który – jak się mogło w pierwszej chwili wydawać – zapewnił Philly zwycięstwo i powrót do walki o awans. Niestety – weryfikacja wideo wskazała, że Belinelli minimalnie się pomylił ustawiając stopę, więc jego rzut liczył się za 2, nie zaś za 3 punkty.

Dogrywkę wygrali Celtics, a ich center, Al Horford, dał lekcję gry i pokory Joelowi Embiidowi. Horford może i bywa nudny jak flaki z olejem, ale jest zabójczo efektywny. Philadelphia odrobiła co prawda jeden mecz, nie kompromitując się tak jak Toronto, ale wiadomo, że tutaj również jest już pozamiatane.

BOHATER TYGODNIA

LEBRON JAMES (CLEVELAND CAVALIERS)

Po prostu nie sposób wybrać inaczej.

Gdy Wade i Anthony są już tylko cieniem własnego cienia, LeBron James – wchodzący do ligi w tym samym drafcie co oni – gra na poziomie, który niebezpiecznie zbliża się do jego życiówki. Ten człowiek oszukuje naturę, oszukuje czas, oszukuje prawa fizyki.

Nigdy nie będzie drugim Michaelem Jordanem. Kiedy sportowiec staje się ikoną, nie tylko dyscypliny, ale i popkultury, decydują o tym inne czynniki, niż tylko poziom czysto sportowy. Anthony Joshua może wygrać jeszcze 50 walk przez nokaut, ale nie będzie jak Muhammad Ali. Kamil Stoch może nawet zapuścić wąsy, ale nie powtórzy fenomenu małyszomanii. LeBron James może dalej szokować w play-offach, ale nie strąci z piedestału Michaela Jordana.

Czy jest jednak lepszy niż „Jego Powietrzność”? Na pewno jest cholernie blisko.

Jak już wspominaliśmy, seria z Toronto to wcale nie był teatr jednego aktora – Kevin Love się przebudził, reszta drużyny także zaczęła stanowić wsparcie. Jednak światła reflektorów i tak skupiają się przede wszystkim na Jamesie. A on już nie wymięka, tak jak w niesławnych finałach NBA przeciwko Dallas Mavericks. Wtedy – gdy dostawał piłkę w ostatnich sekundach meczu – tracił nad sobą panowanie, tracił kontrolę. Pudło, strata, złe podanie. Dzisiaj – LeBron rzuca jednego buzzer-beatera za drugim.

Boston Celtics – biorąc pod uwagę ich osłabienia – dokonują niewiarygodnych wyczynów, mają najlepszego trenera w lidze i stać ich na wiele. Ale chyba nie na to, żeby szurnąć Cavaliers, kiedy ich lider jest w takiej dyspozycji, a reszta zaczyna dotrzymywać mu kroku. Pora się zatem zastanowić, na ile LeBrona stać w finałach.

CZY BOSTON CELTICS ZAPEWNIĄ SOBIE AWANS W NASTĘPNYM MECZU? KURS 1.97 W LV BET!

Czy stać go, żeby rzucić wyzwanie Rockets, albo – przede wszystkim – Warriors?

Michael Jordan – od kiedy uporał się z nieznośnymi Detroit Pistons – trafiał do finałów sześciokrotnie, wygrywał za każdym razem. LeBron ma póki co o połowę mniej pierścieni, a dołożył do tego aż pięć porażek, kiedy dochodziło do ostatecznych rozstrzygnięć. I to jest chyba kluczowa różnica między tymi dwoma wielkimi postaciami amerykańskiego sportu, której LBJ nie zdoła już nigdy zatuszować.

Bo co będzie, jeżeli LeBron znowu dojdzie do finałów i znowu je przegra? Z punktu widzenia historycznego, z punktu widzenia dziedzictwa, jakie pozostawi po sobie James – lepiej by chyba było odpaść gdzieś po drodze, niż kolejny zejść z parkietu pokonanym na oczach całego świata.

Z drugiej strony, jeżeli Cavaliers pod jego wodzą zdołają pokonać triumfatora zachodu, to chyba nawet słynący z pyszałkowatości Jordan będzie musiał pochylić czoła.

KIEDYŚ TO BYŁO…

Steve Kerr mówi: „będę gotowy”.

-Ten rzut już parę razy był powtarzany w telewizji. Zawsze czuwam, żeby natychmiast zebrać rodzinę przed telewizorem i wspólnie obejrzeć powtórkę – stwierdził kiedyś Steve Kerr, z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru, na temat najsłynniejszego rzutu w swojej karierze i w ogóle jednego z najbardziej pamiętnych w całej historii play-offów.

Finały NBA w 1997 roku pomiędzy Chicago Bulls a Utah Jazz nie układały się dla Kerra zbyt pomyślnie – w drużynie z Salt Lake City grał absolutnie elitarny obrońca, John Stockton, który dość mocno ograniczał ofensywne zapędy dzisiejszego trenera Golden State Warriors, kiedy tylko ten pojawiał się na parkiecie. Nie był nigdy graczem na miarę podstawowej piątki. Raczej klasycznym zadaniowcem, który miał się pojawić na boisku i robić to, co potrafi najlepiej – rzucać trójki.

CZY KLAY THOMPSON RZUCI CO NAJMNIEJ 21 PUNTKÓW W MECZU Z PELICANS? W LV BET KURS 1.85!

Grając w zespole z Jordanem, okazji do wykazania się miał całkiem dużo. MJ nie dzielił się może piłką szczególnie chętnie, ale mimo wszystko sporo na boisku widział i kiedy przeciwnicy skutecznie go podwajali, potrafił dostrzec osamotnionego kolegę, tylko czyhającego, żeby trafić z czystej pozycji. W takiej roli Kerr sprawdzał się nieźle, chociaż jego pierwsze spotkanie z Jordanem w ogóle nie zapowiadało, że panowie lata później razem będą sięgać po mistrzowskie tytuły.

-To był mój pierwszy mecz próbny w Phoenix Suns. Jeszcze nie wiedziałem, czy utrzymam się w NBA – opowiadał Kerr. – Graliśmy z Bulls. Michael Jordan dostał piłkę przed naszą ławką rezerwowych. Ja już był przerażony na śmierć. Myślę: „Boże, mam nadzieję, że teraz nie wejdę. Nie jestem gotowy na tego gościa”. On trzyma piłkę, patrzy prosto na mnie. Ja siedzę na ławce, kompletnie zahipnotyzowany. Jordan mówi: „Patrz na to!”. Obrócił się, zaatakował i wsadził piłkę do kosza nad tuż obok Dana Majerle. Patrzyłem na to, myśląc: „Nie ma opcji, żebym kiedykolwiek zagrał w NBA…”.

Przysłuchujący się tej historii Kenny Smith zareagował błyskawicznie. – Myślałem, że kiedy trzymał tę piłkę, to powiedział: „Za dziesięć lat ci ją podam…”.

To był szósty mecz niezwykle zaciętych finałów z 1997 roku, kiedy tylko raz udało się drużynie przekroczyć barierę stu punktów. Historia rzeczywiście zatoczyła wtedy koło. Do końca meczu nie zostało nawet pół minuty. Michael Jordan przeczuwał, że jeżeli to on zdecyduje się wziąć na siebie ciężar zdobycia punktów w ostatniej akcji, rywale podwoją krycie i mogą okazać się zbyt skuteczni, a Bulls desperacko potrzebowali celnego rzutu. MJ poinformował Kerra, że ma zamiar odegrać mu piłkę, jeżeli obrońca go podwoi. Ten zapewnił, że będzie gotowy.

I był gotowy. Trafił, a Bulls wygrali swój piąty tytuł w historii.

-Michael zawsze starał się przewidywać następną akcję. Więc podczas przerwy powiedział mi, że Stockton go na pewno podwoi i żebym był gotowy. Prawdę mówiąc, wyglądam podczas tego rzutu na dużo bardziej pewnego siebie, niż w rzeczywistości byłem – wspominał Kerr, który podczas swojej przemowy na mistrzowskiej fecie w Chicago przedstawił trochę inną wersję całej opowieści. – Dużo ludzi pyta mnie o ten rzut, więc wyjaśnię wszystkie wątpliwości. Kiedy wzięliśmy czas na 25 sekund przed końcem, trener powiedział Michaelowi: „Chcę, żebyś to ty oddał ostatni rzut”. Michael odpowiedział: „Wiesz co, trenerze, nie czuję się najlepiej w takich sytuacjach. Może spróbujemy kogoś innego? Może Steve?”. Pomyślałem sobie wtedy: „Widzę, że znowu muszę wyciągnąć Mike’a z kłopotów!”

TERAZ TO DOPIERO BĘDZIE…

UTAH JAZZ (5.) – HOUSTON ROCKETS (1.)

Wiadomo, że murowanymi faworytami do awansu są Rockets. Tak samo, jak murowanymi faworytami w pozostałych parach są Warriors i Celtics. Ale jest tutaj ten niesamowity Donovan Mitchell. Niby spuścił z tonu, ale może jeszcze raz wszystkich zaczaruje? Jeszcze raz zafunduje rywalom deszcz trójek i festiwal wsadów? Niespodzianek już raczej w półfinałach konferencji nie będzie, więc warto zerknąć choćby na pożegnanie tego młokosa z jego pierwszymi play-offami. Pierwszymi, ale – to pewne, jak jasna cholera – nie ostatnimi.

fot. Newspix.pl

*

LV BET ZAKŁADY BUKMACHERSKIE POSIADA ZEZWOLENIE URZĄDZANIA ZAKŁADÓW WZAJEMNYCH WYDANE PRZEZ MINISTRA FINANSÓW. UDZIAŁ W NIELEGALNYCH GRACH HAZARDOWYCH MOŻE STANOWIĆ NARUSZENIE PRZEPISÓW. HAZARD ZWIĄZANY JEST Z RYZYKIEM.

KOMENTARZE (6)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Michal Sz

Nie wierzę w to co tu widzę, aż spojrzałem na datę napisania tego tekstu. Przecież Houston i Golden State grały w nocy i obie te drużyny wygrały swoje mecze awansując dalej. Dobrze się tam czujecie?

eneene5

O tym samym pomyślałem – zdecydowanie słaby „tajming”:) Obyśmy jutro nie musieli czytać o Barcelonie, która jest jedną nogą w półfinale LM po zdemolowaniu Romy 4:1 u siebie.

Michal Sz

No cóż, szkoda że już nie można postawić nic z tych powyższych typów. Leciałbym zastawić dom znając wyniki.

ReReKumKum

„chyba nawet słynący z pyszałkowatości Jordan będzie musiał pochylić czoła.”

No chyba jednak nie. LBJ to gracz wybitny, niemniej jednak jak spojrzy w górę, to półki Jordana ze swojego miejsca nawet nie widzi.

Vooyek_Zbooyek

Jałowe porównanie. Lata 90-te to Jordan, lata 00-we to Kobe, lata 10-te to Lebron. Różnią się liczbą tytułów, finałów i czym tam jeszcze, ale są koszykarskimi ikonami dekad. Tak, z półki Lebrona bardzo dobrze widać półkę Jordana.

Clint

Jezeli półkę LBJ weźmiesz na dźwig, to będzie dobrze widział.

wpDiscuz

INNE SPORTY