Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Dopuściłem się nie tyle nietaktu, co wręcz internetowej zbrodni. Podobno. Ja tego do końca nie czuję, ale ja wielu rzeczy nie czuję – pewnie dlatego, że jestem cyniczny i głupi. Otóż napisałem tweeta, który wywołał wzburzenie tak ogromne, że aż laptop nie nadążał z wypluwaniem kolejnych obelg pod moim adresem.

Zrzut ekranu 2018-01-29 o 22.38.05

Wysoki Sądzie, jeśli ktoś postawi mi zarzut złego „tajmingu” – przyznaję się, jestem winny. Ale poproszę o najniższy wymiar kary, ponieważ niby można to było napisać kiedy indziej, ale… w sumie kiedy? Kiedy akurat nikogo nie ma w górach i nikt nie potrzebuje transportu helikopterem? Kiedy można wyrazić swoje zdanie na temat kosztów tego rodzaju wypraw, uważanych przeze mnie – no sorry – za fanaberię?

Osoby, które są w silnych emocjach i nie są aktualnie zdolne do dyskusji na poziomie logiki i argumentów, proszone są o powrót tutaj np. za miesiąc, kiedy stan wzburzenia już minie.

*

Czy ja życzyłem Tomaszowi Mackiewiczowi źle? Nie, wręcz przeciwnie – życzyłem powodzenia akcji ratunkowej. Wyraziłem natomiast zdanie, że koszt takiej akcji powinien – po szczęśliwym zakończeniu – zostać przez niego pokryty. Czy to z własnej kieszeni, czy z kieszeni ubezpieczyciela, o ile wcześniej wykupiony został odpowiedni pakiet – nieważne. W każdym razie docelowo nie powinny być to pieniądze budżetu państwa. Nie powinno być przekazu, że cokolwiek głupiego wymyślisz, Polska pomoże ci bez względu na koszty. Nie możesz polecieć na Księżyć i nadać morsem sygnału, że nie masz jak wrócić. Po prostu nie.

– To niee były państwowe pieniądze, ty durniu!!!

Ok, wiem o internetowych zbiórkach. Państwo, owszem, dało gwarancje finansowe i to bardzo porządne zachowanie, tak właśnie powinno się działać w tego typu sytuacjach. Natomiast gdyby państwo miało tę gwarancję pokryć, to co wtedy? Czy naprawdę uważamy późniejsze żądanie wobec himalaisty za niedorzeczne? Nietaktowne? Z jakiego powodu? Bo – jak to niektórzy – chcemy porównać wezwanie helikoptera na ośmiotysięcznik w Pakistanie do wezwania karetki w Sieradzu? Do złamania nogi na wakacjach w Egipcie? Naprawdę?

Na razie wygląda na to, że za akcję zapłacą internauci, chociaż między „wygląda na to” oraz „zapłacili” jest dość duże pole do zagospodarowania. Ludziom – rzecz jasna – nie mogę zakazać zbierania pieniędzy na cokolwiek, bo przecież byli już tacy, co zbierali na nowe seicento albo godne święta Mateusza Kijowskiego. Musimy sobie jednak w tym momencie odpowiedzieć na jedno pytanie.

Czy liczba pieniędzy jest skończona? TAK/NIE

Jeśli jest nieskończona, to oczywiście, że możemy sponsorować wyprawy w Himalaje, nowe samochody pukniętym przez BOR, godne święta dla wszystkich o imieniu Mateusz, a nawet na silikonowe biusty dla kobiet z miseczką A.

Ale co się stanie, jeśli uznamy, że liczba pieniędzy jest skończona? No, wtedy zaczynają się komplikacje. Musimy zacząć wybierać. Najlepiej na chłodno.

Widziałem w internecie wpisy typu: to tylko jeden grosz od każdego Polaka, nie zbiedniejesz!

Wchodzę na siepomaga.pl i widzę mnóstwo osób, którym jeden grosz od każdego Polaka zmieniłby życie. Nie prosili o raka, brak nogi, guza mózgu, chore serce czy inne gówno, które ich dopadło. Z jakiegoś jednak powodu ministerstwo nie pokrywa kosztów ich leczenia. To znaczy ja wam powiem, z jakiego powodu – bo nie ma pieniędzy. Bardzo często pomagają zwykli ludzie, ale dla wszystkich nie starcza. Codziennie ktoś patrzy w komputer i widzi, że jego zbiórka stoi w miejscu. Umiera gapiąc się w ekran.

No i mamy himalaistę. W „Przeglądzie Sportowym” dawno temu czytałem o nim tekst. Aż odkopałem fragment, który zapadł mi w pamięć:

Mimo że w środowisku jego wyczyny są coraz bardziej cenione i czasami udziela się podczas prelekcji, dziś nie ma w zasadzie środków do życia. Na koncie dwa złote, które lada dzień zostaną zablokowane przez Urząd Skarbowy, do tego szereg długów, na głowie alimenty. Kompletna destrukcja. Jego firma, zajmująca się energią odnawialną, splajtowała na początku tego roku po tym, jak polskie prawodawstwo nie potrafiło dostosować się do unijnych dyrektyw. – W tej sekundzie mogę pojechać do Irlandii, gdzie mieszkałem cztery lata, i zarabiać tam 2,5 tysiąca euro miesięcznie. Albo na kutry do Norwegii, albo do Alaski na połów ryb, gdzie świetnie płacą. Ale na razie nie chcę. A tu przecież nie pójdę na rozmowę kwalifikacyjną, by powiedzieć potencjalnemu szefowi, że mogę działać do 11 listopada, bo później lecę w Himalaje – tłumaczy.

Facet nie miał zamiaru pracować i nawet długi alimentacyjne go do tego nie zmuszały. Miał za to obsesję, by zdobyć jedną z najtrudniejszych gór świata. W emitowanym teraz w TVN24 wywiadzie sprzed roku mówił, że jak wyrusza na wyprawę, to nie sprawdza prognozy pogody, bo uważa, że ma z tą górą – Nanga Parbat – połączenie duchowe i bez względu na warunki ta góra go poprowadzi. Ktoś mi napisał, że nie znam się na himalaizmie i dlatego nie mogę zabierać głosu, ale nie wiem, na czym konkretnie miałbym się znać, by wyrazić swoje zdanie na temat finansów publicznych i zbiórek. A na himalaizmie faktycznie się nie znam, ale ci którzy się znają nie tylko sprawdzają prognozy pogody, ale wręcz biorą ze sobą do ekipy ludzi odpowiedzialnych wyłącznie za to. Nie muszą być na miejscu, ale jest z nimi stały kontakt. Na przykład podczas wyprawy Jędrka Bargiela jednocześnie utrzymywano kontakt z dwoma meteorologami. Jednym z Austrii (Karl Gabl, uważany za najlepszego na świecie) i jednym z Polski (Rafał Fronia, który uczestniczy teraz w wyprawie na K2). Sprawdzali, jak wejść, żeby zejść.

Ale Mackiewicz „czuł połączenie z górą” i tego nie potrzebował. Potrzebował za to helikoptera, gdy się okazało, że połączenie z górą szwankuje, podobnie jak pogoda.

Chcecie mnie więc przekonać, że to ja jestem nienormalny, bo uważam, że za tak drogie fanaberie jak wyprawa w jedno z najtrudniej dostępnych miejsc na kuli ziemskiej i ewakuację stamtąd powinno się płacić z własnej kieszeni, natomiast facet bez pracy, z alimentami na karku, który nie sprawdza pogody jest całkiem OK i należy bez szemrania przelewać hajs, bo kto nie przelewa albo kwestionuje, ten bydlak.

Fajnie, że ludzie uzbierali pieniądze na akcję ratowniczą. Ja tylko uważam, że niepotrzebnie, bo zapłacić powinno państwo – a potem te pieniądze himalaista powinien odpracować. I tyle. A że doszło do skutecznej zbiórki? Dla mnie – w razie happy endu – też do odpracowania. Bo każda złotówka przelana na głupi cel jest złotówką, która nie została przelana na cel mądry. Z jakiegoś powodu całkiem dużo złotówek poszło nie tam, gdzie mogłyby pójść. Nikomu nie zabronię wpłacać na dowolny cel, ale mnie nikt nie zabroni tego oceniać.

A wiecie dlaczego oceniam i będę oceniać?

Bo codziennie piszą do mnie zrozpaczone matki i zrozpaczeni ojcowie. Nienawidzę za to swoich facebookowych skrzynek, boję się ich. Raz na tydzień ktoś zdobywa mój numer telefonu i dzwoni z błaganiami o pomoc w rozkręceniu akcji. To są koszmarne rozmowy, ciemna strona pomagania.

*

W ogóle widzę, że Polska ma nowego bohatera. Dopóki żył, wszyscy mieli go gdzieś, ale jak umarł – to stał się postacią ikoniczną. Pojawiło się nawet bardzo wiele osób, którzy twierdzą, że tacy himalaiści zmieniają świat i gdyby nie oni, to dalej byśmy siedzieli w jaskiniach.

Otóż himalaiści nie zmieniają świata, tak jak nie zmieniają go Rosjanie włażący na najwyższe dźwigi, kominy czy inne instalacje. Jak chcecie to sprawdźcie – możecie przespacerować się po balkonowej barierce i gwarantuję wam, że świata nie zmienicie, chyba że – odpukać – swoim najbliższym. Możecie też po prostu iść odmrozić dupę na trawniku przed blokiem i z tego powodu nasza cywilizacja nie ruszy do przodu.

Owszem, przez tysiące lat potrzebni byli ludzie, którzy jako pierwsi zaglądali za najwyższą górę albo sprawdzali, co jest po drugiej stronie morza. Ale te czasy już minęły. Wiadomo, co jest dookoła każdej góry, zresztą latem widać lepiej niż zimą, więc jeśli włazić w takim celu – no to latem przecież. Himalaiści niczego nie odkrywają, nie są żadnymi Kolumbami XXI wieku, po prostu mają swoją pasję i swój wyścig. Ja tę pasję szanuję. To mocni ludzie, przełamują własne bariery, realizują marzenia. W porządku, naprawdę. Natomiast nie ma w tej pasji nic bardziej znaczącego dla świata niż w graniu w golfa. Też szanuję. Chociaż jeśli mam być szczery, to bardziej szanuję golfa, bo przynajmniej nie ma ryzyka, że osieroci się dzieci. No i w golfie jest jasne, że każdy płaci za siebie.

Tak czy siak – przestańcie pierniczyć o jakimś wpływie himalaizmu na losy naszej cywilizacji, bo czy ktoś wejdzie zimą na K2, czy zatrzyma się 200 metrów od szczytu, to naprawdę bez znaczenia dla naszych przyszłych lotów w kosmos.

A bohaterem można być przez 365 dni w roku tu, na miejscu. Wstając co rano i zapieprzając, żeby dzieci mogły zdrowo jeść i mądrze się uczyć. Jak jeszcze starczy nie tylko na własne dzieci, ale też na cudze – to świetnie, jeszcze większy podziw. I przepraszam z góry oburzonych, ale to jest dla mnie większe bohaterstwo niż pomachanie dzieciom na lotnisku, gdy zadłużony po uszy tata jedzie w góry. Promujemy niewłaściwe wzorce i oby nie skończyło się głupim naśladownictwem.

*

Jestem pełen podziwu dla ekipy, która ruszyła na ratunek. Bałem się o nich. Bałem się, że dopełni się jakaś koszmarna historia, w której umierają ci, którzy o tę śmierć się nie prosili. Całe szczęście, że im się to udało.

To jest materiał na hollywoodzki film. Wykolejeniec, który spokój znajduje w górach, ale nie potrafi zorganizować sobie życia na nizinie. Mniej lub bardziej szalony marzyciel, który robi wszystko po swojemu, wręcz wbrew podręcznikowi. Lekkoduch, który kupuje linę w sklepie rolniczym i rusza w Himalaje. Obsesja, która niszczy i ostatecznie zabija. Ale też odrodzenie mistrza, który rusza na ratunek i zmywa z siebie głupawe oskarżenia sprzed lat. Dramat polskiej rodziny i szczęście francuskiej. Oscarowy scenariusz.

Od razu sprzedajmy licencję Amerykanom, bo w Karkonoszach nam się ten film dobrze nie nakręci.

*

A na koniec prawdziwa historia, opowiedziana mi przez instruktora tenisa (pozdrawiam cię, Robert!).

Zgłosił się kiedyś na treningi facet koło 30. Miał dobrą pracę, zdaje się, że architekt. Z jednego treningu tygodniowo zrobiły się trzy, potem pięć, siedem. Zaczął trenować cały czas, a gdy w treningach przeszkadzała praca – rzucił pracę. Miał cel – uwaga – wygrać wielkiego szlema.

Wpadł w długi, stracił rodzinę. Zżarła go obsesja. Ktoś mi powie, że przynajmniej miał wielkie marzenia i ciekawe życie, nie to co ja, mądrala z kanapy.

A ja jednak pójdę sobie usiąść na kanapie, w ramach swojego nudnego, bezsensownego życia.

KRZYSZTOF STANOWSKI