JAK CO PONIEDZIAŁEK… WUJO!
Weszło

JAK CO PONIEDZIAŁEK… WUJO!

Autorem tekstu jest osoba niezwiązana z polską piłką, podobieństwo do wszelkich faktycznie istniejących osób – przypadkowe, a fabuła – fikcyjna. Tekst ma charakter żartobliwy i w żaden sposób nie ma na celu urażenia kogokolwiek.

Dziś opowiem wam historię, która wydarzyła się w 2010 roku. Trenowałem wtedy klub Al-Nahda. Prowadziłem ich podczas Pucharu AFC, będącego azjatyckim odpowiednikiem Ligi Europy UEFA. Graliśmy tam między innymi z taką potęgą jak Al-Rayyan, najlepszym klubem z Kataru i jednym z najlepszych w całej Azji. Powiem wam jedno: liga Omanu w porównaniu do katarskiej, to jest przeskok jak z Ekstraklasy do Premier League. Mało tego, Al-Rayyan robił w tym Katarze za Chelsea Londyn! A ja, z chłopakami, których trenowałem przez miesiąc, pojechałem do tej jaskini lwa. I co? Zremisowaliśmy z tymi misiami 3:3! Trzymając się przykładu, wyobrażacie sobie że taka Jagiellonia jedzie na Stamford Bridge, i wywozi stamtąd punkt? Przecież to by było święto polskiej piłki klubowej. To była sensacja, na całym Bliskim Wschodzie mówili o tym meczu.Największa gazeta w Omanie dała mnie z drużyną na okładce, z podpisem „Wójt i jedenastu rozbójników!”. Kiedy Sułtan usłyszał o tym wyniku, to wypierdolił z kraju wszystkich imamów, bo stwierdził że „nie ma na tym świecie większego eksperta od cudów, niż Wujo”. Już chciał mi dać obywatelstwo, tytuł emira, i prywatny harem, ale stwierdziłem, że spędzenie reszty życia na środku pustyni nie jest dla mnie. Nawet jeśli ta pustynia jest bardzo ładnie urządzona.

Po tym epizodzie wróciłem do Polski, do rodzimej Warszawy, ale właściwie… tylko na lotnisko. Ledwie wysiadłem z samolotu, a już mi telefon zadzwonił. I to był telefon nie od byle kogo. Dzwonił sam Sepp Blatter.

-Słuchaj Wujo, za dwa dni mamy w Genewie zjazd podsumowujący ostatnie przygotowania do Mistrzostw Świata w Republice Południowej Afryki. Każdy związek zrzeszony w FIFA jest zaproszony. Normalnie powinienem zadzwonić do Grzecha, ale wiesz jak jest…Na ostatnim zjeździe jak zaczął gadać po angielsku, to cała sala myślała chłop się popisuje przed  działaczami z RPA i napierdala w języku Tsonga, żeby dostać więcej biletów.Dopiero na bankiecie, jak spytaliśmy południowców co on do nich mówił, to się okazało, że zrozumieli tyle co my. I jeszcze ten jego przydupas, Antoś…

-Misiu kolorowy, zrozumiałem. Nie chcesz skompromitować zarówno siebie, jak i polskiej piłki nożnej, co bardzo szanuję. Akurat jestem na lotnisku, to kupię najbliższy bilet do Szwajcarii i jutro melduję się u Ciebie.

Rozłączyłem się z Sepkiem i poszedłem kupić bilet. I tu zaczęła się zabawa… Tak się akurat złożyło, że w Warszawie wylądowałem w nocy, z 15. na 16. kwietnia. Lot do Genewy miałem o 8. rano. Jako że miałem przy sobie telefon i mogłem załatwiać wszystkie sprawy zdalnie, postanowiłem przeczekać te parę godzin na lotnisku. Konkretnie w barze. Kolejne kilka godzin upłynęło mi na butelce whisky i nagabywaniu napotkanych pilotów, żeby zagrali ze mną w makao. Opierdoliłem tych misiów do samych czapek kapitańskich. Bardzo miło spędziłem tam czas, i już miałem iść w stronę samolotu aż tu nagle… ekrany pokazujące przyloty i odloty zrobiły się czerwone jak pyzy działacza Zdzisia po kilku głębszych. Wszystkie połączenia w jednym momencie chuj strzelił! Przez chwilę się przeraziłem, że może znowu jakiegoś pojeba skusiła wizja posiadania 72. hurys za bramami raju. Zobaczyłem jak załoga ostatniego samolotu, który wylądował, wychodzi z tunelu.

-Co się stało? – zapytałem.

-Jakiś wulkan na Islandii wybuchnął, Panie Trenerze – odpowiedział pilot. Dumny jak paw, że mnie rozpoznał. Niebywałe, kurwa, osiągnięcie. To tak, jakby rozpoznać na ulicy papieża w stroju służbowym.

Ale wracając do wulkanu, którego nazwę wymyślił najebany Islandczyk w trakcie puszczania pawia po wybiciu ostatniej kolejki w barze, wybuch totalnie pokrzyżował mi plany. Czy się poddałem? Powiem jedno: nie pokonały mnie leśne dziadki ani w Polsce, kiedy prowadziłem Legię, ani na Cyprze. Nie pokonały mnie różne typy spod ciemnej gwiazdy, kiedy poszukiwałem drogi do el Dorado, ani w Zatoce Perskiej, gdy rakiety z wyrzutni typu katiusza rozświetlały niebo tak, jakby bitwa toczyła się o 12. a południe, a nie o 12. w nocy. Nie pokonali mnie najlepsi pokerzyści w Las Vegas i najwytrzymalsze dupy w dzielnicy czerwonych latarni. A teraz miałby mnie pokonać byle pierd, puszczony przez matkę Ziemię? Nigdy! Wsiadłem w taxi, kierunek Warszawa Zachodnia, i po chwili siedziałem w Intercity z kursem na Genewę.

Wparowałem do kabiny maszynisty, i wołam do niego:

-No, misiu, szufluj, szufluj!

-Aa… On na węgiel już nie jeździ. Teraz wszystko jest na prąd.

-Nowy pociąg? Na prąd? To wajcha do przodu i niech zapierdala!

Powiedziałem, zakładając mu dźwignię.Wtedy dopiero ten kawał żelastwa pokazał na co go stać.

– Masz tak jechać cały czas.

Wzrok maszynisty mówił mi „zrobię wszystko, tylko nie przychodź do mojej kabiny drugi raz”. I bardzo dobrze. W ten sposób skróciłem podróż do 10. godzin,z planowanych 22. A przynajmniej tak mi się wydawało…

Przejazd przez Polskę był bardzo przyjemny. Spędziłem go na obracaniu kelnerek z Warsu. I tak spędzałem sobie miło czas, kiedy maszynista przywalił po hamulcach! I to z całej siły. Pociąg miał hamulce jak żyletki, tak że biedna kelnereczka przywaliła twarzą o mopy zawieszone w kantorku. Wtedy ten kolejarz wkurwił mnie nie na żarty. Pobiegłem do kabiny, wyważyłem drzwi, i z miejsca zacząłem na niego krzyczeć:

-Co mówiłem o zwalnianiu, patałachu?! Czy ty myślisz, że jadę na szkolną wycieczkę? Nie! Mam ważne spotkanie i gwarantuję ci, że teraz od tego czy dojadę w odpowiednim tempie będzie zależeć twoja posada!

Biedny kolejarz zbierał ode mnie joby przez bite 10 minut. A za każdym razem, kiedy próbował mi wejść w słowo, podkurwiał mnie jeszcze bardziej. W końcu, za którymś razem się przełamał i wykrzyczał:

-TORY!

-Jakie znowu „tory”?

-Tory. Nie ma torów!Przed minutą dostałem taką informację przez radio. Musiałem hamować, bo byśmy się wykoleili – odpowiedział przestraszony maszynista.

-Ja to, kurwa, sprawdzę! – Rzuciłem mu, wychodząc z lokomotywy.

Jakie było moje zaskoczenie, kiedy po wyjściu z pociągu i przejściu 50 metrów wzdłuż trakcji, zobaczyłem że ktoś zajebał trzy metry szyny! Dobrze, że ten maszynista dostał cynk dosłownie w ostatniej chwili, bo przecież doszłoby do tragedii. Przyjrzałem się miejscu, z którego zniknęła szyna i nie mogłem w to uwierzyć. Ktoś wyciął taki kawał żelastwa za pomocą dwóch najtańszych brzeszczotów ze sklepu budowlanego. Takich bez rączki do trzymania, tylko zawiniętych w kawałek szmaty. Jeden się ułamał, więc sprawca zostawił go na miejscu akcji, a drugim pewnie dokończył robotę. Co tu robić, pomyślałem, w pobliżu nie ma żadnego lotniska, zresztą przez ten cholerny wulkan wszystkie loty i tak anulowano. Żaden pociąg nie przejedzie. Taksówkami nie jeżdżę, nie ufam ludziom prowadzącym samochody, w których siedzę. Autobus? Raz, że jest za wolny, i z nerwów po pięciu kilometrach wyrzuciłbym kierowcę przez szyberdach, a dwa, Wujo to nie RadoMatu, żeby się woził czeskim odpowiednikiem PolskiegoBusa. Pozostała tylko jedna opcja: znaleźć złodzieja i zmusić go do oddania „zguby”. Wróciłem do maszynisty, chcąc dowiedzieć się w jakim miejscu w ogóle ugrzęźliśmy. Gdy usłyszałem nazwę najbliższej miejscowości, nie miałem wątpliwości, że właśnie tam znajdę skradzioną szynę. Byliśmy zaledwie dwa kilometry od najbardziej przestępczego miasta w całej byłej Czechosłowacji. Miasta, którego ulice przeszywał zapach zbrodni i… ekskrementów. Ołomuniec, wraz ze swoją słynną mafią, Ośmiornicą. Wiedziałem, że muszę się tam udać. Przy okazji zadzwonił do mnie Blatter. Powiedziałem temu misiowi, że będę za godzinę.

Wróciłem do miejsca w którym została wycięta szyna, żeby mieć jakiś punkt zaczepienia, w którą stronę poszedł ten cwany misio. Poza pozostawionym brzeszczotem, poczułem jeszcze jedną rzecz, na którą wcześniej nie zwróciłem uwagi. Ludzie kochani, jak tam jebało dyktą! Po samym zapachu tego cholerstwa odnalazłem polną ścieżkę, którą uciekł sprawca. Tam odkryłem, że sprawców było kilku. Musieli załadować to żelastwo na jakiś wózek przymocowany do roweru o wąskich oponach z małym bieżnikiem. I tym tropem, po półgodzinnej przechadzce dotarłem do blokubudynku rudery, w której mieszkał sprawca zamieszania. Jak chciałem wejść na podwórko tej ruiny, to już zza płotu słyszałem „Lady Carneval” Karela Gotta, puszczone na cały regulator z magnetofonu szpulowego Tesla, który już bardziej trzeszczał niż grał. Otworzyłem drzwi od płotu, a tam libacja trwała w najlepsze! Jakiś wąsaty skurwiel siłował się z otwarciem jabola, a dwóch innych meneli trzymało butelkę, żeby korek wyskoczył. Towarzystwo było już nieźle zawiane. Wszyscy wyglądali na koneserów, a jednak zapomnieli że takie trunki nie posiadają korka w środku. Pod płotem stał rower Wigry 3 z przyczepionym wózkiem i łupem: trzema metrami torów, przez które mój pociąg dalej stał na tym wypizdowie.

-Joooo!!! – Zadarł się wąsaty, kiedy w końcu udało mu się otworzyć butelkę, po czym dorwał się do gwintu niczym Kowal za najlepszych czasów… do piłki.

-Pojedli, popili? To wskakujcie z powrotem na Wigry zapierdalać z tą szyną i odłożyć ją tam, gdzie jej miejsce! – Przywitałem się grzecznie z nieznajomymi.

Dopiero wtedy zwrócili na mnie uwagę.

-Stanislav, co děláme?- Gruby odezwał się do wąsatego, który chyba był hersztem tej bandy. Wąsacz patrzył przez chwilę to na mnie, to na nich, po czym krzyknął:

-Police! Utíkáme!

Wtedy cała trójka w pijackim amoku zaczęła spierdalać do lokalu socjalnego na pierwszym piętrze. Spokojnie poszedłem za nimi. Nie musiałem nawet wyważać drzwi, korniki już dawno wyżarły miejsce, w którym powinien trzymać się zamek. Otworzyłem drzwi, i popatrzyłem na tą zgraję. Kobieta, która prawdopodobnie była konkubiną wąsacza, siedziała w kącie zapłakana.

-Zdenek, utok!- Krzyknął wąsaty. Nagle ten grubas wyleciał na mnie z pustą butelką po dykcie! Na jego nieszczęście, mieli taki syf na swojej melinie, że misio wypierdolił się o butelki porozrzucane po podłodze i wylądował twarzą pod moimi butami.

-Stanislav, umřel jsem! Vezme mě do vězení. Uložit mě! – Darł się grubas.

Staszek tylko potrząsał wąsem, pozostając nieugięty. Nie zależy ci na koledze misiu kolorowy, pomyślałem, to już ja znajdę coś, na czym ci będzie zależało. Poszedłem pod stolik kuchenny, na którym stały trzy butelki denaturatu. Dwie schowałem za pazuchę, a ostatnią otworzyłem ostentacyjnie, i zacząłem spokojnie sobie sączyć. Wtedy dopiero Staszek zerwał się na równe nogi.

-Dejte to pryč! Je to moje fialová ambrosie!

-Twoja fioletowa ambrozja? A mój jest pociąg, który stoi tam! Na torowisku, od którego zajebałeś szyny, żeby je opędzlować na złomie! – Powiedziałem, pociągając haust.

Szamotanina wisiała w powietrzu. Po kolejnym łyku organizm Stasia nie wytrzymał nerwów. Pokój był cały w ekskrementach. Smród niemiłosierny.

-Dobře, dobře! Vyhráli jste! Jen… dajcie łyka napić się! – Misio był tak zdesperowany, że zaczął nawet dukać po polsku.

-Już byś chciał! Robimy tak: ty wsiadasz na Wigry i pedałujesz z tymi szynami na torowisko. Ja będę siedział na bagażniku twojego pojazdu. Jak się zmęczysz, to ja ci już podam odpowiedni bidon, żebyś dalej kręcił kółkami. Tylko mi się nie zapierdol po drodze, bo resztę sam wypiję – Powiedziałem, prezentując szelmowski uśmiech numer cztery.

Dwa razy nie trzeba było go przekonywać. I tak sami pojechaliśmy przez polną ścieżkę, prosto do torowiska. Po drodze trochę pogadaliśmy, Stasiu tłumaczył mi, że wziął te torybo ma taki organizm, że jak go nie nawadnia w odpowiednich ilościach, to może zasłabnąć. A za coś nawadniać trzeba. Pochwalił się też, że działa w piłce nożnej jako trener. Ale ciągle mówił że on do wszystkiego jest „levy”.Trochę żal mi się go zrobiło, więc dałem mu jeszcze butelkę bimbru na drogę powrotną, i jedną radę:

-Stachu! Skoro sprzedajesz złom, a nie trenujesz, to chyba na prawdę jesteś lewym trenerem. Ale ja tam cię polubiłem. Słuchaj, jak grałeś w Niemczech i trenowałeś w Niemczech, a w dodatku jesteś swój chłop, Czech, Słowianin, to wyślij swoje CV do Polski. W szczególności na Górny albo Dolny Śląsk. Tam na pewno ktoś to łyknie!

I tak oto mogłem kontynuować swoją podróż do Genewy. Do Seppa przyjechałem jeszcze tego samego dnia. Nie interesowałem się zanadto, co się stało z tym skądinąd sympatycznym czeskim szkoleniowcem. Ale podobno po paru latach znalazł gdzieś pracę w Polsce.

WUJO 

[Zdjęcie główne: szef Ołomunieckiej Ośmiornicy, Stanislav   (po prawej, z charakterystycznym, czerwonym nosem) otwiera kolejną butelkę ambrozji, po udanym rabunku torów kolejowych w okolicach Ołomuńca. W otwarciu pomagają mu konkubina (po lewej) oraz kolega Zdenek (po środku).]