Szamoobrona
Co to za sztuka dopingować, kiedy idzie dobrze?
Weszło Extra

Co to za sztuka dopingować, kiedy idzie dobrze?

Największą gwiazdą Widzewa są jego kibice, którzy zapełniają stadion na każdym trzecioligowym meczu, pobili też rekord sprzedanych karnetów. Arek „Stolar” Stolarek to jeden z nich – wieloletni widzewski gniazdowy.

Stolar trafił na czasy, gdy to do kibiców należało bronienie widzewskiego honoru. Idealną ilustracją wyjazd ponad czterech tysięcy widzewiaków na Lecha, gdzie po każdej traconej bramce – było ich sześć – Widzew tylko głośniej dopingował. Po wszystkim Piotr Reiss aż przyniósł na trybunę gości szampana.

Dlaczego na Widzewie atmosferę zrezygnowania i defetyzmu zastąpił tak wielki entuzjazm? Dlaczego środowisko kibiców jest zradykalizowane jak nigdy? Dlaczego sytuacja w polskich miastach derbowych jest gorsza niż w Moskwie czy Belgradzie? Co to jest CSI: Trybuny? Dlaczego Widzewa nie można złamać? Zapraszamy.

***

Mieszkałem przy stacji Łódź Widzew w dość biednych, ale godnych warunkach. Pierwsze wspomnienie, że istnieje coś takiego jak Widzew, mam z początku lat dziewięćdziesiątych. Wujek przyjechał do nas z biletami na mecz, zabrał mojego tatę i brata. Ja byłem za mały i zostałem w domu. Jakiś czas później, gdy Widzew szedł na mistrzostwo Polski, a ten sam wujek przyjechał z biletami, akurat grałem w piłkę na osiedlu. Wtedy już byłem zdenerwowany, że mnie nie zabrali. Doskonale pamiętam też mecz w Kopenhadze, choć nie rozumiałem jeszcze do końca, że dzieje się coś wielkiego. Ale gdy po bramce Majaka ojciec z bratem wybiegli na balkon i zaczęli śpiewać widzewskie pieśni, gdy widziałem ludzi wychodzących na ulicę, śpiewających, tańczących pod blokami… Uznałem, że to jest chyba moment, żeby popłakać się ze szczęścia razem z ojcem. Później Widzew oglądałem nawet w zakodowanym Canal+ z mrówkami na ekranie. Radzionków, pamiętne 0:5 – nie dowierzałem przez te mróweczki w wynik, dopiero telegazeta rozwiała wątpliwości.

W piłkę zacząłem grać w Starcie Łódź. Przeprowadziliśmy się na Bałuty, a każdy szanujący się bałuciarz wiedział, że tu zaczyna się przygodę z piłką. Co ciekawe w tym samym czasie trenował również Marcin Gortat, którego dobrze pamiętam z tamtych lat. Stał na bramce w starszym roczniku, bo już wtedy dłonie miał wielkości płetwy wieloryba no i wzrost ponadprzeciętny. Ja wtedy, jako 10-latek byłem ukierunkowany jako kibic Widzewa, wiedziałem, że tak trzeba, znałem z widzenia dużo starszych osób na osiedlu, które jeździły na mecze, lubiły też dodatkowe atrakcje związane z bitką z wrogiem. Kiedyś taka osiedlowa awantura odbyła się centralnie na placu pod moim balkonem, a miałem wtedy właśnie z 10-11 lat. Obserwowałem to z przerażeniem. Widziałem jak z osiedla jeździli na mecze w barwach Widzewa, więc utwierdzałem się w tym, że taki będzie mój wybór. Moim celem i marzeniem była gra w piłkę dla RTS-u.

W Starcie mieszali się łksiacy i widzewiacy, ale mimo to tworzyliśmy drużynę. Teraz, gdy wszystko się zradykalizowało w Łodzi pod kątem rywalizacji kibiców, nie wiem jak by taka szatnia Startu wyglądała. Dawniej rozejm był możliwy: około 2003 roku pojechaliśmy kadrą Łodzi na turniej na Słowację. Wtedy grałem już przy al.Piłsudskiego. Całą drużynę tworzyli tylko zawodnicy z Widzewa i ŁKS-u. Po obu stronach, jak miała pokazać przyszłość, kilku przyszłych bandziorów, ale nie było żadnych kwasów międzyklubowych, po prostu graliśmy w piłkę jako Łódź. Kilka lat później pewnie już pralibyśmy się po gębach na ulicy. Dzisiaj jeden jest mega kotem w Jiu-Jitsu, inny wciąż gra w piłkę, a trzeci siedzi w więzieniu.

Ok. 2000 roku, gdy miałem piętnaście lat, marzenie się spełniło i wziął mnie Widzew. Transakcja opiewała na ileś kompletów strojów, które musiał uszyć dla Startu Łódź mój nowy trener w Widzewie, pan Marek Grzeszczakowski, notabene do dziś szkolący widzewską młodzież. Na przetarcie, w debiucie, dostałem najtrudniejszego możliwego rywala, czyli SMS. Fakt gry w koszulce Widzewa był na tamten moment największą nobilitacją jaką mogłem otrzymać od życia. Byłem tak nabuzowany, że po starciu ze mną lewoskrzydłowy Szymczak zszedł zakrwawiony z boiska. Dostał łokciem przy główce. Nie powiem, że byłem typowym boiskowym fizolem, ale gryzłem jak Gattuso.

Długo grałeś w Widzewie?

Do zakończenia wieku juniora. W moim juniorskim Widzewie były takie osoby jak Mariusz Rachubiński, Andrzej Rybski (m.in. Lechia Gdańsk, Chojniczanka Chojnice – przyp. red.), Łukasz Matusiak (Zagłębie Sosnowiec, GKS Tychy – przyp.red.). Później zetknąłem się też z Piotrkiem Grzelczakiem, który pomimo tego, że był młodszy, to grywał ze starszymi rocznikami. Pamiętam go jako strasznie charakternego gościa. Był najmłodszy ale najbardziej zadziorny. Ja grałem niemal zawsze w pierwszym składzie, chyba, że akurat pokłóciłem się z trenerem.

O co potrafiłeś się pokłócić?

O głupoty. To taki wiek, że jeszcze nic nie wiesz, a wydaje ci się, że jesteś najmądrzejszy i powinieneś mieć ostatnie słowo. Przez kłótnie o bzdury wyrobiłem sobie łatkę osoby, która generuje problemy. Potem nawet jeśli z jakimś zajściem nie miałem nic wspólnego, i tak mi się obrywało. Przykład zgrupowania nad morzem w juniorach starszych. Chłopaki wyszli na miasto, ja, choć zazwyczaj nie broniłem się przed takimi wypadami, tym razem byłem zmęczony i zostałem w kwaterze. Około godziny 23 chłopaki wpadają do pokoju – ten zakrwawiony, tamten z rozszarpaną koszulką. Co się okazało – mieli na sobie dresy Widzewa, a na promenadzie napatoczyli się na grupę z Lecha Poznań i nie przypadli sobie do gustu. Wpada chwilę później trener Grzeszczakowski. „Co tu się dzieje?!” Ja leżę w gaciach na łóżku, trener na mnie palcem: Stolar, to na pewno ty! (śmiech). Nie mam tego za złe trenerowi, dawałem powody, by mnie wytypował.

Przez trudny charakter nie udało ci się przebić?

Widzew przez lata nie stawiał na wychowanków. Ale wtedy, za moich czasów, coś zaczęło się zmieniać. Gdy widzieliśmy jak Andrzej Rybski dostaje szansę w pierwszym zespole pracowaliśmy jeszcze mocniej. Widać było, że da się wywalczyć szansę, a droga wiodła przez dobrą grę w rezerwach. Te prowadził trener Muchiński i regularnie brał najlepszych od nas. Przebierałem nogami czekając na swoją szansę. Byłem w tak dobrej formie, że sam trener Grzeszczakowski pytał wówczas Muchińskiego, czemu nie daje mi szansy. Muchiński kręcił nosem, według mnie dlatego, że nie podobało mu się to, co już wówczas robiłem na trybunach. Chyba postrzegał to jako obniżenie własnego autorytetu w szatni, robił mi jakieś głupie uwagi o graniu na bębenkach itp. Na odczepnego wziął mnie na sparing rezerw, ale od razu widziałem, że choćbym nie wiem co zagrał, nie dostanę u niego szansy. Nie twierdzę, że byłem super zawodnikiem, bo nigdy nie byłem wybitny, ale wydaje mi się, że ambicją, ciężką pracą i charakterem byłbym w stanie coś ugrać. Zwłaszcza dla RTS-u. Uznałem – okej, nie chce mnie Widzew, spróbuję gdzie indziej i jeszcze tu wrócę. Po jednym sparingu chcieli mnie Zjednoczeni Stryków, czyli 3-4 liga. Poszedłem na rozmowę do śp. prezesa Dzieniakowskiego, ale ten nie chciał mnie puścić z klubu. Widzew zażądał jakiejś horrendalnej kwoty za mój transfer. Odebrałem to jako „nie bo nie”, czyli sytuacja abstrakcyjna – nie chcieli mnie w Widzewie i blokowali transfer. Minęły wakacje, w których zacząłem wariować i po nich stwierdziłem, że skoro tak, to kończę z graniem. Z jednej strony na boisku byłem nieustępliwy, a tutaj łatwo odpuściłem. Do dziś to sobie wypominam. Gra w piłkę była całym moim życiem. Kiedyś przed ważnym meczem w Widzewie – miałem z 16 lat – specjalnie poszedłem do kościoła, żeby pomodlić się o dobry mecz.

Podziałało?

Nie pamiętam, ale chyba zrobiłem tak przed derbami z ŁKS-em. Na któreś derby, gdy byłem już wtedy widoczny w działalności na trybunach, z mojej inicjatywy na ŁKS wyszliśmy w kibolskich koszulkach, które sami kupiliśmy, a gdy Maciek Humerski zawiesił szalik w bramce, instruowałem go: „Maciek, musisz uważać, żeby od tyłu nikt cię nie przyatakował i go nie zabrał„. Ale Maciek był „kumaty” od zawsze, więc co chwilę zerkał czy jakiś desperat mu tam nie odwija szalika w bramce. Na takie młodzieżowe derby też przychodziło całkiem sporo kibiców, wkrótce mnie rozpoznali kibice ŁKS. Zaczęło się ubliżanie, wyzwiska, co na ich nieszczęście tylko mnie motywowało. Nie zwracałem uwagi na to, że ściągałem niebezpieczeństwo nie tylko na siebie, ale też na tatę, który jeździł na wszystkie moje mecze.

Na derbach łokcie pracowały jeszcze bardziej?

Oczywiście, ciąłem równo z murawą, ale nigdy tak, żeby zrobić krzywdę. Chciałem, żeby wiedzieli, że nikt się nie boi. Gra w Widzewie zmusza do dania z siebie więcej, a ja już wtedy prowadziłem doping. Czułem, że to mnie obliguje, by robić więcej.

Wiesz co jest ciekawe? Pamiętam cię z Championship Managera.

Dużo osób się z tego śmiało. Pisałem wtedy jako nastolatek, dla portalu „Widzewiak”, relacje z meczów juniorów. W pewnej chwili twórcy bazy do Championship Managera poprosili mnie o zrobienie statystyk Widzewa. Miałem z osiemnaście lat, myślałem: wow, super, każdy się na tej grze wychował, pewnie ,że pomogę! Jak przyszło do robienia swojego profilu, podkręciłem go na zasadzie „myślę, że na tyle mnie stać!”. Koledzy wiele razy wysyłali mi screeny, jak opchnęli mnie na zachód do jakiegoś topowego klubu. 

Jak zostaje się prowadzącym doping na Widzewie w tak młodym wieku?

W 2003 miałem osiemnaście lat. To był czas pierwszych internetowych ruchów kibiców. Powstał e-Widzew, dzięki któremu łatwiej było nawiązać znajomości. Ja do grupy nie należałem ale przed meczami zacząłem przesiadywać w ich towarzystwie, w pijalce niedaleko stadionu. Normalny klimat, najważniejsze kibicowanie, choć oczywiście były osoby, które jak spotkały kogoś z ŁKS-u, to nie pytały, tylko działały. Tam poznałem jednego z legendarnych kibiców Widzewa, Lewara. Gdy zakładaliśmy grupę ultras, Red Workers, Lewar służył nam pomocą jak to zorganizować. Dziś gdy wspominam jak funkcjonowaliśmy, to dobrze że przeżyliśmy bez większych przygód. Organizowanie się na zasadzie informacji w necie „słuchajcie, spotykam się tu i tu o 16 i zakładamy ruch ultras” nie jest najmądrzejsze, zwłaszcza w mieście derbowym (śmiech). Przy stadionie była wtedy jeszcze druga pijalka i w niektóre weekendy tam spędzaliśmy czas. Stadion był otwarty cały dzień, wystarczyło zapukać w okienko i wchodziłeś na obiekt, więc kiedyś, gdy siedzieliśmy do później nocy, weszliśmy pod Zegar. W przypływie odwagi związanej z wypiciem paru piw wszedłem na podest i intonowałem śpiewy przed kilkunastoma osobami. Lewar powiedział: ale jutro na Wiśle nie wejdziesz. Poszedł zakład.

Na widzewskich trybunach był wtedy taki okres, że nie miał kto organizować dopingu. Bliźniacy ze względu na wiek zrezygnowali, nastąpiło trudno zderzenie z rzeczywistością, nikt nie potrafił tego robić. Gdy ja wchodziłem pierwszy raz, ważyłem z 65kg – grałem w piłkę, więc byłem szczupły, chudziutkie ręce i tylko łysa głowa, chyba na dodanie sobie powagi. Generalnie na młynie posturą nie wzbudzałem respektu. Wchodzisz, patrzy na ciebie cały sektor. Już to plącze nogi. W przeszłości kogoś wygwizdali, komuś kazali spier***ać, w końcu wszedłem ja. To było krzesełko podwyższone na stelażu, skierowane w kierunku kibiców. Nogi mi się tak trzęsły, że trzymałem się, żeby nie spaść. Dosłownie dygotałem. Ale zacząłem i okazało się, że idzie. Ludzie stwierdzili: może nie wygląda groźnie, ale ma pomysł. Na następnych meczach wyciągali mnie z tłumu: ty jesteś ten, co prowadził doping na Wiśle? Chodź, bo nie ma kto tego robić. 

Delikatnie mówiąc, na złoty czas piłkarski w Widzewie nie trafiłeś. W pewnym momencie kibice Widzewa bronili honoru klubu. 

Po to już później prowadziłem doping, czując że robię to dobrze, żeby każdy mógł powiedzieć, że jak będzie Widzew, to będzie dobrze. Żeby każdy mógł powiedzieć, że Widzew to gwarancja tego, że na trybunach też mecz zostanie rozegrany, a nie przespany. Przyjedzie Widzew? To będzie ich dużo i będą fajnie dopingować. Jedziemy grać na Widzewie? Trzeba się przygotować na gorącą atmosferę. To dla mnie najważniejsze, żeby później cały ten splendor spłynął na wszystkich kibiców, by byli postrzegani jako topowi.

To się udało. Postrzeganie widzewskich kibiców nie osłabło mimo trudnych czasów.

Nie życzę żadnemu kibicowi takiego momentu, w którym nie chce ci się iść na mecz swojej drużyny, do tego stopnia, że masz świadomość, że to strata czasu. Po przyjściu na stadion będzie cię czekać ochrona, nastawiona antykibicowsko od lat, utrudniająca życie na wejściu. Nie twierdzę, że kibice byli zawsze święci, ale są inne środki reagowania niż gazowanie jako odpowiedź na wulgarne słowo, szczególnie, że to nie rola ochroniarza by decydować czy mówisz ładnie czy brzydko. Gdy w końcu wszedłeś na trybunę, oglądałeś zawodników, którzy byli na meczu ciałem, a nie duchem. Przez ani sekundę nie było po nich widać, że chcą ratować ten klub. Szedłeś ze świadomością, że mecz znowu będzie w dupę. Od momentu wejścia na stadion w łeb z każdej strony. Po wszystkim Cacek pluł ci w twarz, mówiąc, że frekwencja słabnie, bo kibice Widzewa to kibice sukcesu. Jakiego sukcesu? Tam nie było żadnego sukcesu, przychodzili ludzie tak zdeterminowani, że kierowali się… no, miłość do klubu to mało powiedziane. Tam nie było nic, co przyciągałoby normalnego człowieka. Taki mecz z Piastem Gliwice. To jest taka historia, że ciarki mnie przechodzą do dzisiaj. Na stadionie, początkowo 3-4 tysiące ludzi, nad miastem przechodzi armageddon. Ulewy jak ostatnio, prawdziwe urwanie chmury, pioruny, no świat się kończył. Mecz przerwany, boisko zalane, sędzia wygonił piłkarzy do szatni. A my, w tym deszczu, z pozostałą na stadionie już garstką kibiców, wszyscy przemoczeni niewyobrażalnie, śpiewaliśmy „na zawsze wierni ,wierni i oddani…”. A później słyszysz, że jesteś kibicem sukcesu. Chyba kibicem wiecznej nadziei.

Wyjazd do Poznania, sezon 2006/2007, gdzie pojechało ok 4 tysięcy kibiców z Łodzi – wisienka na torcie. Z Lechem mieliśmy wtedy dobre stosunki, więc udało się zająć część ich trybuny. Zawieźliśmy masę sprzętu nagłaśniającego, agregaty, okablowanie, mikrofony, oczywiście oprawy nie oprawy, wszyscy ubrani na czerwono. Reiss przyniósł nam po wszystkim na sektor szampana, bo miał wtedy jubileusz. Od zarządu Lecha, po meczu dostaliśmy oficjalne podziękowanie za to jak się zaprezentowaliśmy. Największy wpływ mieliśmy chyba wtedy na kibiców Lecha. Nie mówię tego, żeby im dopiec, ale takie wtedy były fakty. Pamiętam, że oni pod kątem dopingu, nie byli w stanie się wtedy równać do Widzewa. W necie pisały osoby nieprzypadkowe od nich, w światku kibicowskim, że pora się ogarnąć. Mogą się ze mną nie zgadzać, ale z mojej perspektywy dla nich to był moment przełomowy, po którym ostro zreorganizowali młyn i poszli w górę z dopingiem. My tamtego dnia czuliśmy się niezniszczalni. Po każdej straconej bramce – a było ich sześć – dopingowaliśmy coraz głośniej. Zrobiliśmy wszystko co mogliśmy, żeby Widzew nie został ośmieszony. 1:6, a wracasz do domu, jesteś dumny i szczęśliwy. Narracja pomeczowa w połowie dotyczyła meczu, w połowie trybun.

Wasze hasło: „to co za sztuka śpiewać głośno, kiedy idzie dobrze”.

Mieliśmy takie powiedzenie: po golu się nie liczy. Śmialiśmy się między sobą, że dobry doping na zwycięstwach to żadna sztuka. Z podestu wielokrotnie mówiłem ludziom, że w momencie, w którym tracimy bramkę, zaczyna się mecz dla nas. Z tym wiąże się historia naszej pieśni Brondby przywiezionej z Kopenhagi. Po latach doszedłem do przekonania, że ta piosenka strzela gole. Ja specjalnie nie zarzucałem Brondby zbyt często, a chowałem ją jak asa w rękawie, jak ostateczną broń trybun. Ile razy strzelaliśmy podczas tej pieśni, nawet w ostatniej rundzie – trudno zliczyć… Nie można powiedzieć, że doping nie ma wpływu. Ma ogromny wpływ. Choć teraz patrzę na tych chłopców grających dla Widzewa i czasem mają bardziej spętane nogi dopingiem na naszym stadionie niż ci, którzy tutaj przyjeżdżają.

Wielka presja wiąże nogi.

Rozumiem to, przyszłość klubu spoczywa na ich barkach, choć niektórzy mają po 19, 20 lat. Ale na meczu otwarcia przyjeżdża Motor Lubawa, z 1 pkt po połowie sezonu i gra z nami w dziada.

Od Motoru nikt niczego nie oczekiwał, od Widzewa oczekiwano wszystkiego.

To fakt, ale muszą sobie zdawać sprawę z tego gdzie są. Myślę, że trener Smuda nie da im o tym zapomnieć. Ja nie mogę tego zrozumieć – ktoś ma określone umiejętności, na poziomie drugiej, trzeciej ligi w innym klubie grał znakomicie, a u nas, choć to ten sam poziom, nie potrafi pokazać tego co wcześniej. Dziś wydaje mi się, że w dopingu nie chodzi właściwie o wspieranie piłkarzy, tylko czegoś bliżej nieokreślonego, czym jest Widzew, czy każdy inny klub w innym mieście.. Są piłkarze, którzy identyfikują się z barwami, ale sam doping nie odbywa się dla nich, tylko sławi klub, miasto. Chyba, że ktoś jest geniuszem – jakby Messi grał w Widzewie, na pewno miałby swoje pieśni. Ale ja zbyt wiele razy upatrywałem w kimś duże nadzieje, a potem się zawodziłem. Doping dla jednego zawodnika kojarzy mi się z pieśniami dla Marka Koniarka – tacy ludzie jak on czy trener Smuda zasłużyli na skandowanie ich nazwiska.

Mówiłeś, że wśród kibiców Widzewa istniały wtedy wielkie pokłady zmęczenia, defetyzmu.

Wracając do czasów u progu bankructwa Widzewa, ludzie byli zrezygnowani, a jeszcze co chwila Cacek dokładał do pieca debilnymi wypowiedziami. Ludzie szydzili z Widzewa. Taki klub, a znalazł się w miejscu, w którym wszyscy się z niego śmieją. Z kibiców też, słynne zdjęcie widzewiaków stojących na snopkach siana przy boisku w Byczynie. Nie chcieli wchodzić i płacić Cackowi, dogadali się z gospodarzem tej ziemi – normalna sprawa. Ale ktoś zrobił zdjęcie i wielka szydera, bo Widzew po wsi jeździ i na sianie stoi oglądając mecz. Ciekawe jakby zapytać tych ludzi, co powiedzą teraz, jak widzą wypełniony w trzeciej lidze stadion, piętnaście tysięcy średniej frekwencji.

Wierzyłeś, że aż tyle osób będzie chodzić na Widzew, a na trzeciej lidze padnie rekord Polski sprzedanych karnetów?

W ogóle. Kiedy byliśmy w Byczynie i klub upadał, przyznam szczerze: nie zdawałem sobie sprawy, że Widzew nadal dysponuje takim potencjałem. Chyba każdy wtedy zwątpił. Nawet teraz myślałem, że jak po pierwszym meczu utrzymamy 6-8 tysięcy frekwencji to będzie super. A jest piętnaście. Kto normalny pomyślałby, że coś takiego się wydarzy? Po rundzie chwila zwątpienia, bo brak awansu… a tu znowu poprawiony rekord kraju. To pokazuje potencjał, nie tylko w Łodzi, bo w całej Polsce przetrwały mimo upływu lat komóreczki, gdzie ludzie pamiętają sukcesy Widzewa lat 80’tych i 90’tych. Wokół nich może zbudować się nowa społeczność. Nie wiem czy dotrzemy do tylu potencjalnych odbiorców co Legia czy Lech, ale myślę, że klub powinien przyjąć strategię, żeby podkreślać naszą niezłomność. Co by się nie działo, Widzew z tego wyjdzie. Jak powiedział Boniek: Widzew to klub, którego nie można złamać. Ta narracja oddaje rzeczywistość, znikąd sie nie wzięła.

Jak mocno uderzyło w ciebie bankructwo klubu?

Ciągle myśleliśmy, że ktoś przejmie klub od Cacka i go uratuje. Ale po pierwsze Cacek odrzucał każdą możliwość pomocy czy mediacji, a po drugie tam nie było już czego ratować. Dzisiaj wg mnie błąd popełniają kibice Ruchu, brnąc dalej w istnienie klubu w obecnym kształcie, co zakończy się najpewniej tak jak było to u nas. Widzew już wtedy nie miał nic, wszystko pozamykane, pozabierane, Cacki nie zostawiły nic po sobie. Mimo wszystko szykowaliśmy się na wariant upadku i stąd powstanie TMRF, swoistego zabezpieczenia na czarną godzinę. To drugi po Wierze Lecha kibicowski klub w Polsce, dziś przekształcony w rezerwy RTS. Cały TMRF to wielka przygoda. Graliśmy z Hetmanem Łódź na głównej płycie starego stadionu, a na mecz przyszło tysiąc osób… Andrzej Pawelec przyjechał, także mój trener z juniorów, Marek Grzeszczakowski.  Dla mnie sentymentalny powrót do grania w barwach Widzewa, więc nogi się pode mną ugięły, gdy wyszedłem z szatni na murawę. Niektórzy zawodnicy potem byli poobrażani do końca przygody w TMRF-ie, z tego powodu, że nie zagrali w tym meczu. To spotkanie łączy się jeszcze u mnie z narodzinami mojej pierwszej córki. Dzień meczu to był już termin porodu i od wielu dni trenowałem z telefonem w kieszeni, żeby w razie potrzeby szybko wyjść z treningu i jechać do żony. Jednocześnie modliłem się o to, żeby poród nie uniemożliwił mi zagrania w tym wielkim dla nas meczu. Cały mecz kierownik drużyny trzymał mój telefon w kieszeni i gdyby dzwoniłamoja żona miał od razu wołać, a trener szykować zmianę. Całe szczęście, jeszcze wtedy telefon się nie odzywał. Zagrałem, a poród zaczął się na drugi dzień. Co ciekawe, zagraliśmy bardzo słabo, wymęczyliśmy 1:0.

A widzisz, presja.

Coś w tym jest, rzeczywiście, muszę wziąć to pod uwagę oceniając obecny zespół Widzewa.

Łokcie w TMRF pracowały jak za dawnych lat?

Ogółem zluzowałem trochę, ale były mecze, gdzie dowiadywaliśmy się, że gramy z zespołem, w którym jest kilku aktywnych kibiców ŁKS-u. My też ryzykowaliśmy swoim udziałem w tych meczach, w drużynie sami aktywni kibice, a przecież przez mecze wiadomo kiedy, kto i gdzie gra. Dlatego zawsze mieliśmy spore wsparcie kibiców Widzewa na wyjeździe. Raz graliśmy na Kolejarzu Łódź, a więc w parku przy Al. Unii, w dodatku dwie godziny przed meczem ŁKS. Szliśmy z kibicami w pochodzie bo nie wiadomo było czego się spodziewać na miejscu. ŁKS zebrał się pod swoim stadionem i tuż po naszym meczu poszli w naszą stronę przez park, ale było tyle policji, że do niczego nie doszło. Innym razem ŁKS rozsypał nam szkło na Łodziance. Sześć godzin do meczu, a rano dzwoni szef MOSIR-u, że szkło na boisku i nie da rady grać. Cudem udało nam się przełożyć ten mecz na inne boisko. Kontekst był taki, że ŁKS miał wtedy bardzo słabą frekwencję na meczach u siebie, nawet ok tylko 500 osób, a u nas TMRF stanowił wtedy miejsce, gdzie w opozycji do Cacka, zaczęło chodzić mnóstwo ludzi. Frekwencja po kilkaset osób co mecz na B klasie! Chyba chcieli wtedy uniknąć kompromitacji, by na B klasę nie przyszło więcej ludzi niż do nich na 3 ligę. Samego sposobu, żal komentować.

Gdy Widzew upadł, chcieliśmy TMRF przekazać jako gotową strukturę do wskrzeszenia Widzewa, ale kwestie proceduralne sprawiły, że lepiej było zacząć od nowego podmiotu. Współpracowaliśmy jednak na tyle, na ile się dało – proponowaliśmy Widzewowi swój sprzęt, piłki, znaczniki, bo oni przecież nic nie mieli na starcie sezonu. Poleciliśmy im też jednego z naszych zawodników – Wojtka Gradeckiego, który dzięki temu przeżył piękną przygodę grając kilka miesięcy w tym pierwszym Widzewie. Trenowaniem w 4 lidze zajął się Obar, czyli Witek Obarek. Gość niemożliwy. Zdobył serca wszystkich. Chodził w dresach z 70 roku, do których jakby mógł, założyłby mokasyny. Z zewnątrz postrzegany był jako ostry gość, ale to człowiek do rany przyłóż. Do dzisiaj dzwoni do mnie na święta, zawsze ze swoim „Aruchna!”. Tworzenie czwartoligowej drużyny to była łapanka: oparto to na Mariuszu Rachubińskim i Michale Czaplarskim, którzy dzwonili do kumpli w innych drużynach z regionu łódzkiego. Zespół trzeba było sklecić w trzy tygodnie, zgłosić go, może zrobić jeden trening i wyjść na mecz. Raz Obar dzwoni do mnie, że zgłosił się taki i taki, mocno związany z ŁKS-em. Pyta tą swoją charakterystyczną chrypą, czy go chcemy. Mówię mu:

– Witek, nie żartuj, nie będę ci się wtrącał, ty wiesz jaką chcesz drużynę.

– To szczególna sytuacja, takie rzeczy z szacunku muszą być przegadane z kibicami.

Podzwoniłem, zapytałem.

– Witek, generalnie słabo.

– Dobra, poradzimy sobie bez niego.

Sam nie myślałeś, żeby spróbować wtedy wrócić do Widzewa?

Gdybym o to poprosił, to Witek Obarek na pewno by nie odmówił, ale uznałem, że nie będę się wygłupiał, a niepotrzebne mi też gadanie ludzi, że sobie załatwiłem. Poleciłem Wojtka, bo należało mu się to za swoją postawę w TMRF-ie. Myślałem też o tym, że muszę być więcej w domu, bo TMRF traktowaliśmy poważnie – cztery razy w tygodniu treningi plus mecz. Ja byłem dodatkowo kapitanem. W domu bywałem tylko wieczorami.

Na nowym stadionie z miejsca czujecie się jak w domu.

Oczywiśćie. Kibice brali czynny udział w budowie obiektu. Na przykład napis na krzesełkach projektowali kibice. Była też druga propozycja ze strony wykonawcy ale postawiliśmy na swoim i mamy dziś napis WIDZEW wzorowany na tym z Anfield Road. Na starym stadionie sami spawaliśmy podest dla gniazdowego, tutaj zrobiły to Mosty Łódź. To nic wielkiego, ale nie musieli tego robić, a jeszcze dzwonili, konsultowali. Nagłośnienie młyna też konsultowane, dzwonię do firmy ustalić szczegóły, a tam mnie człowiek zapewnia: „nie martw się, też jestem widzewiakiem, wiem o co chodzi”. Następny facet całą budowę przejeździł z flagą widzewską powiewającą na koparce.

Jak dziś się układa współpraca kibiców z władzami Widzewa?

Nie uczestniczę w spotkaniach roboczych między grupami kibiców a zarządem, patrzę na to z boku. Ale widzę, że działacze, pomni czasów Cacka, szanują zdanie kibiców. Zresztą przedstawiciele środowiska kibiców biorą udział w Walnym Zgromadzeniu, dzięki czemu środowisko kibicowskie jest poinformowane na bieżąco. Poza tym jak przychodzi ktoś taki jak Michał Sapota z Murapolu i opowiada, że jeździł na wyjazdy Widzewa i rzeczywiście są ludzie, którzy go pamiętają z mniej oficjalnej strony, to chyba nie należy się zbytnio obawiać… Krzywdy klubowi nie zrobi. Przemysław Klementowski to też osoba, która wie, że dobre relacje z kibicami to fundament budowania klubu. To jak dobrze działa Wielka Orkiestra Widzewskiej Pomocy, w ramach której zebrano już ponad 420 tysięcy złotych na klub, pokazuje drugą stronę. To regularne wpłaty z kieszeni kibiców, coś jak Socios w Górniku, ale inna struktura, bo nie generująca żadnych własnych kosztów – wszystko trafia do kasy Widzewa co kwartał i przeznaczone jest na potrzeby szkolenia młodzieży. W ten sposób kibice bezpośrednio dokładają cegiełkę i to nie małą do rozwoju RTS.

Masz w środowisku kibicowskim sygnały: „wracajcie”?

Na pewno są tacy, którzy woleliby grać z Widzewem niż Bruk-Betem, bo te mecze inaczej wyglądają i inaczej się sprzedają. Canal + też pewnie by wolał Widzew w Ekstraklasie. Ale wiadomo jak jest w świecie kibiców – każdy życzy najgorzej swojemu wrogowi. Widzew dysponuje dużym potencjałem kibicowskiego rzemiosła, więc ze światka ultrasów i aktywnego życia kibicowskiego trudno oczekiwać deklaracji „wracajcie”. Dla samego futbolu w Polsce super byłoby mieć Widzew w Ekstraklasie, ale tutaj panują daleko idące animozje, więc mało kto się tu wychyla.

Miałeś przerwę w prowadzeniu dopingu, ale wróciłeś.

Mój chwilowy powrót zbiegł się z otwarciem nowego stadionu i akcją charytatywną dla Tomka, kibica, cierpiącego na stwardnienie zanikowe boczne. Były tam określone, przeze mnie, pewne pułapy pieniężne wpłat, a w zależności ile kibice uzbierają dla Tomka, na tyle meczów miałem wrócić. Mam świadomość, że wiele osób po prostu usłyszała o chorobie Tomka i wysłała pieniądze, a jeszcze inna część wpłacała tylko po to żebym wrócił. Jeśli w ten sposób pomogłem niektórych zmotywować do wpłaty – wspaniale. Zebraliśmy ponad 40 tysięcy złotych, co uważam za duży sukces, bo prawda jest taka, że dużo trudniej zbierać na dorosłą osobę niż na dziecko. Gdy wypełniłem na gnieździe co miałem wypełnić, okazało się, że jak już się wróciło, ciężko stamtąd zejść. Człowiek od razu ma głowę pełną pomysłów, które chciałby wprowadzić, żeby było fajnie. Widzę, że jak siedzę daleko od młyna, łatwiej mi się powstrzymać. Ale jak stoję w młynie ze znajomymi, to parę razy mnie ruszyło –„nie no, idę, trzeba pomóc”. Zazwyczaj działo się to w trudnych dla drużyny momentach. Kilka świeżych fajnych pieśń już powstało, choćby widzewska pieśń na motywach „Will Griggs is on fire”, czy doping na wzór Islandii. O ile jeszcze tam kiedyś stanę, to będzie to naprawdę incydentalne.

Powiedz, jest jakaś historia za tym, że widzewiacy wychodzą do tańca Eleny?

To nie do mnie pytanie, to wyszło z klubu. Hymnu nigdy nie było na Widzewie. Według mnie są pieśni, które mogłyby pretendować do tej roli, ale może są nazbyt kibicowskie. Wydaje mi się, że lepiej już żadnego nie mieć niż wymyślać na siłę. Okej, jest taniec Eleny, ale czy to jest coś, co kojarzy się z Widzewem? Dla mnie nie, ale wielu się to podoba.

 Ładna pieśń, ale nie widzewska.

Właśnie. I tak lepiej niż za Cacka, który zatrudnił jednego z chórzystów do skomponowania pieśni. Marzyło mu się chyba coś na zasadzie „Do boju Polsko” Marka Torzewskiego. Ludzie słuchali tego przed meczem – co to w ogóle jest? Totalna sztuczność, nie wiadomo o co chodzi. Później znów Cacek wyjechał z orkiestrą genewską. Dla rozładowania żenującej atmosfery, panującej po ich wejściu na murawę, wzięliśmy od nich faceta z bębnem do siebie na gniazdo. Stał w tym swoim stroju i walił w bęben do naszych pieśni – później chyba nawet nam za to Orkiestra wysłała z Genewy jakieś podziękowania.

Powiedziałeś kiedyś „tęsknie za czasami, gdy kibice nie byli na celowniku władz, policji”.

Ogółem postrzeganie kibiców jest niesprawiedliwe. Niejednokrotnie spotkałem się z opinią: prowadzisz doping? To pewnie jesteś idiotą bez własnego zdania. Generalnie, pewnie cały dzień zajmujesz się nic nie robieniem albo chodzeniem na siłownię. A później zdziwienie, że kibic umie się wypowiedzieć. Przecież nie zajmuję się cały czas organizowaniem dopingu, nie mam podestu w domu, z którego krzyczę do żony i dzieciaków. Mam swoje życie, inne pasje i zainteresowania, każdy ma. Ale wciąż pokutuje przekonanie: kibic? To pewnie debil. Nie ma co z nim gadać. Teraz po jednej, drugiej transmisji w Widzew TV, gdzie komentuję mecze Widzewa, wiele osób jest w szoku. To on umie się wysłowić? Wie coś o piłce? Bycie kibicem to nie zawód, każdy robi coś poza tym. Ja skończyłem studia dzienne w normalnym trybie, pracowałem w poważnych firmach. W domu mam mnóstwo książek, czytam w zasadzie każdego dnia. Natomiast policja robi z ciebie kretyna i patrzy z góry, choć statystycznie u nich jest pewnie znacznie większy odsetek nieuków, zwłaszcza w prewencji. Wystarczy, że jesteś w grupie na wyjeździe, to nie masz żadnych praw, poza takim, że masz prawo dostać w łeb. Tylko czekają na jakąś iskrę. Widziałem afery, które zaczynały się od tego, że ktoś poszedł się odlać pod drzewo, wypluł gumę lub nie wrzucił butelki do kosza na śmieci. Byle powód, żeby zrobić dojazd, a najlepiej jeszcze cofnąć do pociągu i odesłać do domu. Zaznaczam, że kibice też się nie popisują zachowaniem ale i tak są na z góry straconej pozycji. Inna kwestia – race. Mało kto zdaje sobie sprawę, że po racowiskach na trybuny wchodzą funkcjonariusze z laboratoriów kryminalistycznych i robią na sektorze CSI: Trybuny. Zbieranie skrawków rac, materiałów, niedopałków, odcisków palców i Bóg wie czego jeszcze. No przerost formy nad treścią – środki nieadekwatne do zdarzenia. Kiedyś brali racę i wrzucali do śmieci, teraz śledztwo na długie tygodnie, a race nie stały się ani bardziej bezpieczne przez te lata, ani bardziej niebezpieczne.

Z ciekawości, co czytasz?

Ostatnio kolejne z książek Elżbiety Cherezińskiej. Recenzenci nazwali jej serię, „polską wersją Gry o Tron”. To seria dotycząca m.in. Przemysła II, Władysława Łokietka, również Świętosławy córki Mieszka I, która wg różnych przekazów była Królową Anglii. Historie opowiedziane zawsze z dobudówką kreacji fabularnej. Niesamowite książki. Zakochałem się w postaci Przemysła II. Książę odrodził Królestwo po rozbiciu dzielnicowym, chciał doprowadzić do całkowitego zjednoczenia, ale na zlecenie prawdopodobnie Branderburgii został zamordowany w podróży w Rogoźnie i był królem nawet nie jeden rok. Nieprawdopodobna historia, a w szkole uczysz się o niej dwa zdania. Najlepsza jej książka, w g mnie, to „Turniej Cieni” o czasach powstania listopadowego. W szkole ci powiedzą, że nudniejszego fragmentu historii Polski nie znajdziesz, a to jest tak pięknie opisana historia, że szkoda ci przerywać czytanie. W trakcie jej lektury wielokrotnie zbierałem szczękę z ziemi. Historia Rufina Piotrowskiego,człowieka, który chciał budować ruch oporu pod zaborami, ale go złapali i wywieźli na Syberię, skąd zdołał wrócić do Francji. To jest jedna z najsłynniejszych ucieczek z Syberii, praktycznie na piechotę, a słyszałeś kiedyś co o tym? Ja też nie. Podobnie jak o innym, niesamowitym bohaterze tej książki – Janie Witkiewiczu, ale nie zdradzam już więcej tylko zachęcam do przeczytania. Mocną lekturą jest też opowieść o Brygadzie Świętokrzyskiej, pod tytułem „Legion”, książka, w sfabularyzowany sposób ukazuje dzieje Brygady, która jako antysowiecka siła znalazła się pod koniec wojny między niemieckim młotem, a rosyjskim kowadłem – to po prostu trzeba przeczytać.

Strzelam, że studiowałeś historię.

Tak, na szczęście w starym trybie pięcioletnim, bo moim zdaniem 3+2 zniszczyło trochę system edukacji. Wyprodukował masę absolwentów, którzy nie mogą się odnaleźć na rynku pracy. Magisterkę pisałem o zbrodni w Nankinie z 1937 r., preludium II wojny światowej. Nikt przede mną nie napisał pracy naukowej na ten temat, a u mnie źródła zagraniczne, kwerendy po archiwach. Nawet uczyłem się j.japońskiego przez pół roku, by skorzystać z artykułów w tym języku. Zastanawiałem się wtedy, czy nie zostać na uczelni i robić doktorat, bo zebrałem bardzo dobre opinie, ale miałem już syna, więc musiałem zarabiać. Doktorat tego nie gwarantował.

Powiedziałeś, że sytuacja w Łodzi pod względem kibicowskim się radykalizuje.

Staram się unikać pewnych sytuacji, a więc i pewnych miejsc. Żyję normalnie, wychodzę na miasto jak jest z kim i po co. Ale mam swoją rodzinę. Zmieniły się dla mnie priorytety. Żyję innym trybem niż można by sądzić. Zapytaj przeciętną osobę, kompletnie niezainteresowaną piłką, kto według niego prowadzi doping na meczach? Mogę się założyć, że powie: pewnie kogoś pobił, pewnie coś ukradł, jakiś troglodyta. A wtedy wchodzę ja, cały na biało… żartuję. Ale też kibice są sami sobie winni jak ludzie na nich patrzą, przez wyciąganie noży, maczet i inne takie historie. Wiadomo, lata temu też latali z brechami i walili się po łbach kijami, a w światku postrzegano to jako normalność. Ale pójście w taki radykalizm, że brakuje tylko, żeby ktoś wysadził się w powietrze? Przesada, w jaką poszedł świat kibicowski, sprawiła reakcję organów ścigania. Kiedyś zwykły człowiek mógł dostać w łeb za barwy. Otrzepałby się i poszedł dalej. Dzisiaj taki człowiek jest cięty ostrym narzędziem. Wszystkie historie związane z uszkodzeniami ciała, maczetami, nożami – przeginka. Poszło to w bardzo złą stronę.

Prowadziłem doping. Wiadomo było jak wyglądam. Liczyłem się z tym, że ktoś z ŁKS-u może mnie rozpoznać, że mogę zostać zaatakowany, bo w mieście derbowym tak to funkcjonuje – strefa wojny, oczy dookoła głowy. To była świadomość, którą miał i ma każdy aktywny kibic po obu stronach. Ale ta świadomość nie ciążyła tak, jak teraz, gdy wiesz, że w razie kłopotów, zamiast walki na pięści, ktoś się zamachnie w ciebie maczetą. Wtedy, jeśli zaatakowały cię trzy osoby, mogłeś podjąć walkę, jak umiałeś się bić. W tej chwili to niemożliwe. Klimat w Łodzi jest tak chory, że naprawdę nie wiem czy jest nadzieja, żeby sytuacja się uspokoiła. Idzie to w coraz gorszym kierunku.

Stałeś kiedyś na rozstaju, i gdybyś poszedł w inną stronę mogło by być z tobą różnie?

Tak. Wiele w moim życiu zmieniły narodziny syna ale nie tak szybko jak powinno się to stać. Byłem młody, miałem dwadzieścia lat. Traktuję to dziś jako pierwszy sygnał od Boga: słuchaj, weź się uspokój. Ale jeszcze nie docierało to wtedy do mnie. Tamten czas jest dla mnie z dzisiejszej perspektywy najbardziej stracony, bo miałem syna, a robiłem wszystko dookoła, tylko nie byłem z nim. Najpierw Widzew i koledzy, później reszta. Nie można powiedzieć, że nie traktowałem go jako najważniejszego w swoim życiu, ale myślałem: jeszcze będę miał czas by się nim bawić… Jest wyjazd zagraniczny, to pojadę dla przygody, podpatrzę jak się gdzie indziej dopinguje, a potem to wprowadzę u nas. Jest wyjazd na Widzew – pewnie że jadę. Wszystko odbywało się kosztem rodziny. Realizowałem swoją pasję, ale zaniedbując dom. To zbyt wysoka cena. Poznałem wielu ludzi, mam mnóstwo wspomnień, z tych wypraw i dobrych kolegów po dziś dzień na trybunach, ale chyba za dużo czasu temu w pewnej chwili poświęciłem. To był już moment, kiedy trzeba było zmieniać priorytety w życiu. Później urodziła mi się córka i powiedziałem sobie: nie ma opcji. Nie będę kiedyś żałował, że nie byłem przy niej, gdy była malutka i nie widziałem jak się rozwija.

Czasem trzeba odpuścić wiele rzeczy, nawet jeśli ktoś będzie gadał – jak jesteś młody to ci zależy, żebyś był postrzegany w odpowiedni sposób. A ludzie lubią gadać. Powiedzą: byłeś, a teraz cię nie ma. Wśród kibiców generalnie to najgorszy zarzut, jaki chyba możesz usłyszeć właśnie: byłeś, a cię nie ma. Są tacy, co to rozumieją, są tacy, co mają dzieci, a cały czas jeżdżą i angażują się maksymalnie, ale dla mnie narodziny córki, to była kolejna szansa od Boga, kolejne wskazanie: ogarnij się. Weź na wstrzymanie. Córka ma dziś trzy lata, teraz urodziła mi się druga. I teraz zupełnie już zluzowałem, nic już nikomu nie muszę udowadniać, pozbyłem się wielu negatywnych uczuć. Dużo mi w tym pomogła wiara w Boga. Nie wstydzę się o tym mówić. Dojrzewałem do tego wiele lat nie widząc wcześniej Bożej woli w moim życiu. Dziś potrafię już to dostrzec, dlatego żyję spokojnie i żyje mi się lżej. Uznałem, że niektóre wydarzenia w moim życiu nie były dziełem przypadku, nie martwię się też tym, na co nie mam wpływu.

Ktoś powie, że może jednak przez te lata nie zrobiłem aż tak wiele dla widzewskiego środowiska, ale ja uważam, że zrobiłem więcej, niż musiałem. Nikt mi żadnego rachunku wystawić nie może. Dlatego uznałem, że nigdy nic nie będę miał sobie do zarzucenia jeśli chodzi o moją obecność czy nieobecność, z tego względu, że byłem przy Widzewie gdy było dobrze i bardzo źle i w tej czy innej formie pewnie wciąż będę, ale nie kosztem innym ważnych spraw.Teraz mam możliwość bawić się w komentowanie meczów Widzewa, sprawia mi to dużo radości, ale traktuję to poważnie, ludziom się podoba, a ja mam satysfakcję, że przeszedłem drogę od zawodnika tego klubu, przez zaangażowanego kibica, aż do Widzew TV. Normalnie american dream.

Jakie przygody miewałeś na zagranicznych wyjazdach?

Podczas jednego z wyjazdów na mecz do Moskwy, kibice Spartaka dowiedzieli się gdzie jesteśmy zakwaterowani. Przyszli konkretną ekipą pod hotel wieczorem. Nie mieli jednak szczęścia, bo my w tym czasie byliśmy na jakiejś mega dyskotece i wróciliśmy dopiero nad ranem. O ich obecności poinformowali nas kibice chyba z Czech, którzy również przyjechali do Moskwy zobaczyć ten sam mecz. Pech chciał, że zostali wzięci za nas i dostali po głowach tego wieczoru, siedząc w ogródkach z piwem pod naszym hotelem.

W Madrycie na meczu CSKA-Real Madryt z trybuny dla przyjezdnych ledwo co widać, właściwie nic. Policja hiszpańska uchodzi wśród kibiców za jedną z najbardziej agresywnych i tak też było wtedy. Ruscy jednak nie kalkulowali i w pochodzie na stadion co chwilę toczyli bitwę z eskortującymi ich policjantami, którzy co chwilę „profilaktycznie” walili kogoś pałą przez plecy, tak dla zabawy. Wyglądało to dosyć komicznie, bo przez 15 sekund kibice tłukli się z funkcjonariuszami, by po chwili iść znów obok siebie w tym samym szyku. Po prostu strzepywali z siebie kurz i szli dalej i po chwili znów jakiś zapalnik i gromkie „DAWAAAJ”. Wyglądało to tak, że takie mordobicie z doskoku stanowiło frajdę zarówno dla kibiców CSKA jak i policjantów, bo nawet nie próbowali kogoś zatrzymać wtedy.

Raz na powrocie z meczu czy turnieju w Moskwie, w momencie gdy samolot szykował się już do odlotu, pilot wstrzymał nagle start. Siedzieliśmy w samolocie prawie godzinę, po czym okazało się, że jest uszkodzona… przednia szyba i musimy opuścić pokład. Na lotnisku okazało się, że nie ma możliwości znalezienia zastępczego lotu i musimy czekać na informację od linii lotniczych z terminem powrotu. W nagrodę zakwaterowali nas w Sheratonie na noc, niedaleko lotniska. W hotelu królewskie warunki, darmowe picie, jedzenie itp. Pierwszy raz miałem taką przygodę, więc robiło to na mnie wrażenie. Najlepsze czekało mnie rano, gdy wracając ze śniadania okazało się, że w Hotelu spała cała reprezentacja Rosji w piłce nożnej z trenerem Czerczesowem, zawodnikami takimi jak Dżagoev, Berezutski czy Akinfeev. Z tym ostatnim zamieniłem parę zdań, porobiłem zdjęcia i miałem ubaw z jego miny gdy dowiedział się skąd jestem i z którym moskiewskim klubem sympatyzuję.

Na derby Mediolanu jechałem mając już syna, ale w głowie cały czas byłem sam, wolnym ptakiem. Jechaliśmy tam bez biletów, tylko z załatwionym noclegiem. U koników nic nie udało się ogarnąć, ale patrzymy: stoi jakiś facet pod wejściem na sektory Milanu. Rozdziela bilety, ale widać, że trzyma grupę i jak z kimś rozmawiać, to z nim. Podbijamy, że przyjechaliśmy z Polski i czy jest opcja wejść na mecz. „Z jakiego klubu?”. „Z Widzewa”. Znamy, znamy. Mieliśmy stanąć z boku, a on spróbuje coś ogarnąć. W międzyczasie słyszymy z przystanku przy San Siro tumult. Wychodzi ze dwieście ultrasów i kawalkadą wpadają prosto w bramki jedne, drugie, w kołowrotki. Zaczyna się bitka z ochroniarzami. No to lecimy, wbiegliśmy bokiem, korzystając z zamieszania przyklejeni na plecach do ludzi z biletami, którzy wchodzili przez kołowrotki. Tak weszliśmy za darmo na derby Mediolanu, gdzie pojechałem typowo pod kątem kibicowskim, a zobaczyłem najlepszy mecz w swoim życiu i trybuny mało co mnie interesowały- Beckham, Ronaldinho, Nesta, kapitalne widowisko, 2:2, Milan trafia w końcówce.

Te i inne wyjazdy zagraniczne były dla mnie okazją do poznania specyfiki kibicowskiej w innych krajach. Podpatrywałem jak prowadzi się doping w różnych miejscach. Byłem na Partizanie, widziałem tego wariata z Crveny Zvezdy, Ivana Bogdanova, jak dyryguje ekipą wyjazdową na sektorze w Pradze. Legioniści czy Lechici mają możliwość co roku pojechać gdzieś do Europy za swoim klubem, pokazać się z lepszej czy gorszej strony i zobaczyć „co w trawie piszczy”. Dla nas, widzewiaków, jedyna okazja by pokazać się w Europie, to wyjazdy zaprzyjaźnionych kibiców z zagranicznych klubów. To też jest coś w rodzaju „zatknięcia flagi na maszcie” i pokazania że kibice Widzewa są i stanowią określoną siłę. Natomiast z biegiem lat zacząłem zwracać większą uwagę na pozakibicowskie sprawy związane z wyjazdem na mecz za granicę. Jak żyją ludzie, co jest wartego zobaczenia, na możliwość szlifowania języków obcych – to ostatnie to największa wartość takich wypraw. Rzecz, którą zapamiętam na zawsze, to wizyta w XVI wiecznej cerkwi pod Moskwą na prawosławnym nabożeństwie. Ludzie leżący krzyżem na ziemi, stare babuszki czyszczące Ikony na ścianach i wreszcie wejście Batiuszki do Cerkwi, niczym wejście Jezusa do Świątyni – ludzie padali na kolana przed nim, ten ich błogosławił – stałem z rozdziawioną gębą i nie wiedziałem co robić. Prawosławie ma w sobie coś wyjątkowego. Jedni jeżdżą na wymiany z Erasmusa, a ja pozwiedzałem parę miejsc przy okazji meczów. Zresztą tamci z Erasmusa robią pewnie gorsze rzeczy niż te, które zdarzają się przy meczach.

Derby na Widzewie z kibicami ŁKS czy bez?

Pewnie, że powinni być, tylko nie wiem czy stadion Widzewa daje taką możliwość, żeby zasiedli na nim kibice ŁKS-u. To obustronne ryzyko. Chciałbym, bo takie derby mają inny klimat, natomiast nie wiem czy klub uznał, że nie jest w stanie tego zabezpieczyć razem z policją? Może się bali. Ja też myślę, że byłoby ciężko na trybunach. Jak mówię – sprawy zaszły w Łodzi za daleko. Mam nadzieję, że nie dojdzie do żadnych tragedii. Mam emocjonalne podejście i przestaje się zgadzać z tym, co się dzieje. Powtarzam: w Polsce scena kibicowska jest zajebiście zradykalizowana. Na przykład nie ma opcji mieszania się kibiców jednej i drugiej drużyny, choćby to był ojciec prowadzący syna na pierwszy mecz. Zapytam cię o Belgrad: co byś powiedział, biją się tam, nie biją?

Myślę, że jest gorąco.

I to się zgadza. Tam poszło już w takim kierunku, że strzelają do siebie i niejeden zginął od broni palnej w porachunkach między Zvezdą a Partizanem. Ale co ciekawe, normalni kibice chodzą ze sobą wymieszani w dniu derbowym. Zwykli kibice jadą razem jednym tramwajem czy autobusem, czym byłem bardzo zdziwiony, bo jadąc tam byłem gotowy, że kibice mają na stanie chyba nawet RPG-y. A okazało się, że okej, rywalizacja jest, ale dotyczyokreślonych grup. Facet z dzieckiem, kobieta z szalikiem – zostawiamy ich. Nie ma tak, że ojciec do skopania, a młodemu zabieramy szalik, co zdarzyłoby się u nas w każdym mieście derbowym. Następna sprawa: Moskwa. Moim zdaniem europejska stolica pod kątem mocniejszych wrażeń okołostadionowych. Ale grupy załatwiają tam sprawy między sobą, a niezainteresowani tematem ludzie, w dniu derbowym jeżdżą razem metrem na stadion. Ale nawet w Moskwie nikt nikomu noża nie wbije, nikt nikogo nie tnie w kibicowskich awanturach. W użycie idą pięści, biorą w tym udział zainteresowane osoby, wszyscy ćwiczą przeróżne sporty walki, traktują tę rywalizację jak sport i nie mieszają w to postronnych osób. W Krakowie wyjdziesz z psem w złym miejscu, o złej porze i jest po sprawie. Jak umiesz i chcesz się bić, to się bijesz, jak ktoś cię zaatakuje, to się bronisz. A tu pojawiają się historie typu, ktoś podjeżdża i najpierw ci wali gazem w twarz, żeby być pewnym, że da ci radę.

Naprawdę takie historie mają miejsce w Łodzi?

To żadna tajemnica, każdy o tym mówi, przeczytasz o tym w Internecie i nie dotyczy to niestety tylko Łodzi. Pewnie część osób się w tym radykalizmie odnajduje, ale to jest do czasu, aż ktoś zginie. Mam tylko nadzieję, że w Łodzi do czegoś takiego nie dojdzie.

Leszek Milewski

Napisz do autora

Przeczytaj inne „Poniedziałkowe sparingi” – KLIK

sparing

KOMENTARZE (45)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
fioot

po wywiadach z dziennikarzami nadszedl czas na wywiady z kibolami? serio?

Stabwound

Liczba artykułów na temat fascynującego, 3-ligowego łódzkiego podwórka, musi się zgadzać :)

tomek3032

A Ty z jakiego podwórka jesteś, bo się nie przedstawiłeś. Pewnie jakaś poważna 1-2 Liga, albo z drużyny co ich Kazachowie zlali

Stabwound

Ekstraklapa, bez blamaży z Azjatami.

Laguna

Czekam na fotorelacje z ustawek.

tomek3032

Ukryj się w krzakach i sam zrób fotki, ale nie bo masz pełne gacie.

Laguna

Faktycznie, z przodu mam pełne gacie.

tomek3032

Mama pampersa założyła??

Laguna

Coś masz kolego duże parcie na odbytnicę. Dwie wypowiedzi o tym samym. Przypadłość skonsultuj z Janisem Zdjęcie profilowe Janis Biodro , jest jeszcze czas.

tomek3032

Wskaż gdzie w moim poście jest mowa o odbytnicy, bo ja w twoim mogę wskazać, a skoro wiesz już do kogo się udać to rezerwuj wizytę póki czas

tomek3032

Jak widać nie każdy potrafi czytać ze zrozumieniem. Kolego Floot przeczytaj to jeszcze raz od początku do końca, chociaż ten „kibol” i tak przewidział taką reakcję jak Twoja, a kto wie czy nie jest lepiej wykształcony od Ciebie.

tomek3032

Jak widać nie każdy potrafi czytać ze zrozumieniem. Kolego Floot przeczytaj to jeszcze raz od początku do końca, chociaż ten „kibol” i tak przewidział taką reakcję jak Twoja, a kto wie czy nie jest lepiej wykształcony od Ciebie.

kolor100

Dobry wywiad

Uśmiech Koali

Kiedy ktos pyta mnie: co to za sztuka dopingowac, kiedy idzie dobrze. odpowiadam, żadna 😉 a kiedy ktos pyta mnie: co to za sztuka dopingowac, kiedy idzie zle, odpowiadam, żadna 😉 Bo co to za sztuka, kiedy grupa ludzi pospiewa od czasu do czasu hymn Polski, albo pokrzyczy „POOOLSKAAAA BIALOOO-CZERWOOONNIII” albo w naszym ligowym wydaniu, ze pozwole sobie zacytowac podobno tych „najlepszych”… „CWKS LEEEEEGIAAAAAA” „NIE PODDDAAWAAAJ SIEEE, UKOOOCHAANAA MAAA….” czy tez przerobka Chalupy welcome to Zbigniewa Wodeckiego „…Legia CWKS, Ciebie po życia kres, będziemy wspierać, a wrogów jebać tylko CWKS”

Takze moim skromnym zdaniem, kibicowanie to normalna czynność, jak picie szklanki wody, a w ligowym wydaniu to czasem nawet buractwo, bo czesto doping polega glownie na prymitywnym obrzucaniu sie kurwami 😉

picioo

… Największy wpływ mieliśmy chyba wtedy na kibiców Lecha….

Hehe…Po przeczytaniu tej bzdury pomyślałem, że coś się chłopcu w główce pojebało. Ani frekwencją, ani tym bardziej dopingiem „żydki” nigdy nie imponowały. Do Kolejorza nawet nie ma startu…

tomek3032

Jak masz możliwość to sobie ten mecz obejrzyj, a potem zabierz głos. I troszkę szacunku, bo on w wywiadzie was nie obrażał, miał klasę nie to co ty

dree

Widać, że kiedy ten wspomniany mecz miał miejsce, to ty jeszcze po drabinie wchodziłeś na dywan. W tym momencie Lech rywalizuje z Legią, ale nie zawsze tak było. Kiedyś Lech to była przeciętna ekipa i od Widzewa mogli się tylko uczyć. W hierarchii zaczęli iść w górę, dopiero jak przyszły sukcesy i z każdym rokiem coraz większy stadion. Śmiem twierdzić, że gdyby sytuacja klubów była odwrotna i to Widzew od 10 lat był czołową drużyną w kraju, a Lech borykał się z problemami, aż w końcu musiał się budować od zera, to teraz nikt by nawet słowem o nich nie wspominał i nawet przez chwilę by nie doszli do poziomu porównywalnego z Legią, a Widzew pomimo ciągłych niepowodzeń i problemów, od wielu lat jest czołową ekipą w kraju

picioo

Śmieszne to co piszesz. Zacznijmy od roku 1980, kiedy oba kluby zaczęły zdobywać mistrzostwo – Widzew 4 tytuły, Lech 7. Tabela wszech czasów ligi – Widzew 1362, Lech 2016. Podobne dysproporcje dotyczą frekwencji. Tak samo potencjał kibicowski, historia i stan obecny więc skąd to przekonanie o „przeciętnej drużynie uczącej się od Widzewa” i tym podobny bełkot…
Resztę dywagacji typu, „co by było” oraz odnośnie wieku pozastawiam wybujałej wyobraźni frustrata…

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wPunkt

Genialny wywiad. O ile po autorze można się tego spodziewać, o tyle rozmówcą jestem zaskoczony. Widać, że facet ma poukładane w głowie i fajnie, że ktoś w pewnym sensie z wewnątrz kibicowskiego światka ocenia tak negatywnie jego radykalizację. Przerażające jest to, co się dzieje. Patologia zawłaszcza trybuny i ulice

Stabwound

Nie no, super ma poukładane, jak sam pisze, że po narodzinach pierwszego dzieciaka wolał sobie na wyjazdy jeździć i patrzeć, jak inni dopingują. To taki typ ogarnięcia jak przepytywany tu jakiś czas temu maniak Football Managera, który pisał, że nie jest uzależniony, bo wytrzymał kiedyś bez gry aż 2 tygodnie, na urlopie z rodziną.
Fajnie, że gość zrozumiał, że to całe kumate kibicowanie to podrzędna rozrywka dla niedocofów, ale jednak trzeba pamiętać, że wyrósł z tego dość późno i chyba jednak nie do końca.

Uśmiech Koali

kwestia perspektywy, plodzenie dzieci i ich wychowywanie tez mozna nazwac podrzedna rozrywka dla niedocofów 😉 Kwestia wartosciowania.

Stabwound

Raczej nie.
Klub piłkarski to jest po prostu firma z branży rozrywkowej i tyle. Cała ta histeryczna otoczka z jakąś wiernością i obowiązkami jest podtrzymywana przez kiboli dla kiboli, oni naprawdę myślą, że trwa jakaś inna niż boiskowa rywalizacja, że kogoś to obchodzi, czy GKS skroił Ruchowi więcej szalików niż Kamax Kańczuga Drewniarzowi Jasienica czapeczek, a kto pierwszy zaśpiewał piosenkę pod melodię Guantanamera, a czy Widzewa pojechało do Poznania 4000 czy 3741, a kto był głośniejszy w dopingu, a czy starcie było na plus, a czy najmocniejszy w Polsce jest Lech, a co by było gdyby miał zgodę z Lechią, a czy na równe liczby Raków byłby w stanie wpierdolić Stalówce…No przecież nie da się być na określonym szczeblu rozwoju i szczerze fascynować takim tematem. I nie da się tego powiązać z klubem, osoby decyzyjne w klubach, pomijając Bogusia Koralpinistę, mają wyjebane dokumentnie na to, kto ma dłuższą flagę, a kto komu ukradł bluzę na przystanku PKS w Pasikurowicach. Tym samym, jakiś Seba sobie może wkręcać, że jego działalność u./h. ma jakieś kolosalne znaczenie, że to wszystko „dla klubu”, że honor, że tradycja, że obowiązek, ale prawda jest taka, że sam sobie ten film nakręca i mało kogo poza nim ten film interesuje. Jak jakiś fan anime, który czuje że musi na kolejny konwent przebrać się za pszczółkę czy robota z ulubionej animacji – wcale nie musi, nie ma to znaczenia, ludzkość ma to w dupie, świat nie będzie lepszy.

Wracając do głównego wątku: jak ktoś sobie sam dla siebie postanawia, że zmarnuje życie na takie pierdoły, jak uznanie na forum k.net, śpiewanie piosenek i podskakiwanie do rytmu, to jest jego sprawa, bo tylko on ponosi konsekwencje. Płodzenie i wychowywanie dzieciaków to rozciągnięta w czasie inwestycja, gdzie konsekwencje ponosi nie bezpośrednio rodzic, tylko to dziecko, które samo się na świat nie pcha. To zasadnicza różnica. Jak masz grypę i nie pójdziesz na mecz, to klub sobie poradzi i jedyne przykre konsekwencje poniesiesz ty, racę sobie będziesz musiał na balkonie odpalić. Jak masz grypę i nie pójdziesz np. na imprezę urodzinową swojego dziecka, to konsekwencje poniesie głównie ono.

Uśmiech Koali

Dlatego napisalem, kwestia perspektywy, z jego punktu widzenia wyjazd byl wazniejszy od rodziny i tyle 😉 Jeśli patologiczna rodzina bierze sie za rozmnazanie to jest to dla nich swego rodzaju rozrywka, gornych lotow? Raczej nie 😉 Ty z kolei spojrzysz na taka parke i stwierdzisz, ze nie powinni sie brac za plodzenie dzieci, poniewaz to powazna sprawa i niesie za soba pewna odpowiedzialnosc, ale to tez jest Twoj punkt widzenia. Twierdzisz, ze zabawa w kibolstwo jest glupia bo „ludzkość ma to w dupie, świat nie będzie lepszy.” – prawdopodobienstwo, ze jego dziecko odmieni losy swiata nie jest wysokie, ogolnie wiekszosc ludzi sie rodzi, pracuje, umiera i swiat ma to przewaznie w dupie.

Stabwound

No i dochodzimy do sedna. Z mojej perspektywy, jaranie się kibolskimi klimatami w wieku 20+ podpada już pod patologię, ciężką dysfunkcję społeczno-komunikacyjną, niedojrzałość emocjonalną, itd. Z jego perspektywy może nie było nic ważniejszego na świecie niż to, jaką piosenkę zaintonują kibice Widzewa w trakcie 72 minuty meczu na stadionie w Aleksandrowie Łódzkim.

Ocena tej, czy innej perspektywy jest czysto arbitralna, ale jeżeli kolega „wPunkt” pisze o tym, że gość ma, cytuję „poukładane w głowie”, no to sorry, myślę że 99% populacji powie, że o tacie, który zlewa swoje dziecko dla kolegów i zabawy, tego powiedzieć nie można. Zresztą, o czym my tu rozmawiamy, jak sam gość przyznaje, że zaniedbanie dzieciaka było błędem. OK, fajnie, że już przy trzecim dziecku dojrzał do roli ojca, ale już bez przesady z zachwytami, jaki z niego wielki myśliciel i sztywny etycznie zawodnik.

Uśmiech Koali

Ok, tu masz racje 😉

wPunkt

Z pewnością dostrzegasz różnice pomiędzy „miał”, a „ma”.

Stabwound

Pewnie, tylko że z wszystkich znanych mi teorii rozwojowych wynika, że w pewnym wieku już wewnętrznie nie jesteśmy w stanie zdobyć się na wielką metamorfozę. Jeżeli jesteś dorosły, pracujesz masz rodzinę, świeżo narodzone dziecko, a Ty wolisz pojechać z kumplami do jakiegoś Żyrardowa pokrzyczeć łołełałuu łołełuuułaaaaa, to znaczy że jesteś po prostu niedojrzały, przeciwstawiasz kwestiom fundamentalnym jakieś nic nie znaczące pierdoły, opuszczasz obowiązki kosztem wątpliwej jakości rozrywki. I jeżeli w wieku, nie wiem, 25 lat wrzucasz takie zagrywki, to nie wierzę, że za kolejnych 5 lat jesteś już innym kolesiem. OK, może faktycznie siedzisz z gówniakami na kwadracie, zamiast potrząsać płotem w klatce gości w Łomiankach, ale w środku dalej jesteś tym samym niedojrzałym egoistą.

forumbuk

vhfg

Polecam Tego Typera Również !
Dane EMAIL Jego na Stronie fotosik.pl/u/surebestone
Odpowiedzi na Email wyłącznie !
Aktualizacja Ostatnich Typów z lipca Również !
fotosik.pl/u/surebestone
Polecam Tego Typera Również !
Dane EMAIL Jego na Stronie fotosik.pl/u/surebestone
Odpowiedzi na Email wyłącznie !
Aktualizacja Ostatnich Typów z lipca Również !
fotosik.pl/u/surebestone
Polecam Tego Typera Również !
Dane EMAIL Jego na Stronie fotosik.pl/u/surebestone
Odpowiedzi na Email wyłącznie !
Aktualizacja Ostatnich Typów z lipca Również !
fotosik.pl/u/surebestone

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

N.

Życie napisało dalszą część historii – w weekend Widzewiacy pokosowali się sami pod swoim stadionem…..

tomek3032

Co ty o tym możesz wiedzieć, tyle co w gazecie przeczytasz. Jak ci tam napiszą, że gó..o jak czekolada smakuje to je zjesz??

N.

Widzewiak z emigracji zakosował młodszego kolegę z ekipy. Jak widać, nie wszystkim podoba się bałucka miłość do Wiślaków z płetwami…

The BFIYEH

Sezon 2006/07 za 10 lat to się okaże, że widzewiaków na Bułgarskiej było prawie 5 tys a za 30 lat, że więcej niż lechitów. 😀

tomek3032

Może to kibice Lecha przebrali się w barwy Widzewa, a Widzewa tam nie było??

dree

Nie problem przejrzeć archiwalne materiały i zobaczyć ile było osób. Jak poszukasz, to nawet w internecie znajdziesz relacje z tamtego meczu i bez problemu dowiesz się, że 4 tysiące to rzeczywista liczba. Kiedyś z ludźmi z innych klubów gadało się łatwiej i każdy potrafił docenić ekipę rywala, a teraz robi się wszystko aby umniejszyć to co zrobił przeciwnik. To właśnie od ludzi takich jak ty, zaraz się dowiemy, że Lech zawsze był czołówką kibicowską i to nie prawda, że przez wiele lat nic nie znaczyli

Kulturalny Komentator

Lech jest na fali wznoszącej od kilku lat ale jak widzę komentarze, że zawsze istniał w świadomości kibicowskiej jako solidna ekipa to odechciewa się czytać. Fakty pozostają faktami, niezmiennie od aktualnej buty kibiców klubów prosperujących.

Obywatel dree może tłumaczyć kulturalnie a taki lechita będzie „wiedział swoje jepiej, prawdę miał najswojszą”, zaprogramowany niczym sprzęt AGD.

Putin Wyklęty
FC Krym

Progres kibiców Lecha zbiegł się w czasie z zamianą Lecha na Amicę. Widać wronieckie otoczenie im służy.

tomek3032

„Czy obecny Lech Poznań, walczący w lidze o mistrzostwo kraju może obawiać się np. karnej degradacji do pierwszej ligi lub odebrania punktów przez PZPN? Prawnik Lecha, a jednocześnie członek zarządu PZPN Jacek Masiota uważa, że nie. – KKS Lech Poznań nie jest następcą prawnym stowarzyszenia WKP Lech Poznań i w związku z tym nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności prawnej z tytułu przewinień dyscyplinarnych popełnionych przez stowarzyszenie WKP Lech Poznań – oświadczył Masiota.

Dzisiejszy Lech to efekt przejęcia nazwy, barw i tradycji „starego” Lecha przez Amikę Wronki w 2006 r.”

Pytanie. Gdzie byście dzisiaj kibicowsko byli jak by was karnie zdegradowali??
Odpowiedź. W czarnej d.pie.

The BFIYEH

Sezon skończyliśmy chyba na 5 miejscu, a Reiss nie został skazany…więc za co mieliśmy polecieć?

Pozniej wymysle nick

zapytajcie Stanowskiego. To do pytania z tytułu. Choc po wstrzasie spowodowanym sprawa Neymara prawdopodobnie juz nigdy nie bedzie taki sam, a flaga na kiju od mopa od jakiegos czasu jakby smetniej powiewala na balkonie mieszkania w Barcelonie…

gyce

fdtaw
Polecam Tego Typera Również !
Dane EMAIL Jego na Stronie fotosik.pl/u/surebestone
Odpowiedzi na Email wyłącznie !
Aktualizacja Ostatnich Typów z lipca Również !
fotosik.pl/u/surebestone

Polecam Tego Typera Również !
Dane EMAIL Jego na Stronie fotosik.pl/u/surebestone
Odpowiedzi na Email wyłącznie !
Aktualizacja Ostatnich Typów z lipca Również !
fotosik.pl/u/surebestone

Polecam Tego Typera Również !
Dane EMAIL Jego na Stronie fotosik.pl/u/surebestone
Odpowiedzi na Email wyłącznie !
Aktualizacja Ostatnich Typów z lipca Również !
fotosik.pl/u/surebestone

Polecam Tego Typera Również !
Dane EMAIL Jego na Stronie fotosik.pl/u/surebestone
Odpowiedzi na Email wyłącznie !
Aktualizacja Ostatnich Typów z lipca Również !
fotosik.pl/u/surebestone

Polecam Tego Typera Również !
Dane EMAIL Jego na Stronie fotosik.pl/u/surebestone
Odpowiedzi na Email wyłącznie !
Aktualizacja Ostatnich Typów z lipca Również !
fotosik.pl/u/surebestone

Polecam Tego Typera Również !
Dane EMAIL Jego na Stronie fotosik.pl/u/surebestone
Odpowiedzi na Email wyłącznie !
Aktualizacja Ostatnich Typów z lipca Również !
fotosik.pl/u/surebestone

niebo

Brawo.Bardzo dobry wywiad.
Niezmiernie cieszy że osoby ze środowiska „Ultras” podobnie postrzegają problemy
drążące to środowisko jak zwykli kibice.
Jest nadzieja że kiedyś tacy ludzie złagodzą napięcia kibicowskie szczególnie
w miastach derbowych i zlikwidują patologię związaną z tak zwanym „sprzętem”.
Pozdrawiam.

gastrol

Lata lecą ale pewne sprawy się nie zmieniają. Widzewiacy myślą, że są potęgą bez względu na to jak faktycznie było/jest. Zacny Pan podaje przykład wyjazdu z przed 10 lat – nieźle. Pamiętam wtedy na mecze u siebie w Łodzi chodziło po 2, 3, 4 tys. ludzi, a sytuacja w klubie jeszcze taka zła nie była. Za 5, 10 lat zorganizują wyjazd na 4 tys. i znowuż będzie potęga, top itp.
Czytałem 2, 3 lata temu podobny tekst i wtedy jeden z kibiców Widzewa stwierdził, że wprawdzie teraz u nich gorsze czasy w klubie i na trybunach; by kilka zdań dalej powiedzieć, że mimo wszystko to krajowa, kibicowska czołówka.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY

Szamoobrona