Image and video hosting by TinyPic
Jeśli przeżyłeś 36 godzin wyjazdu do Lublina, przeżyjesz 44 z Singapuru do Szczecina
Weszło Extra

Jeśli przeżyłeś 36 godzin wyjazdu do Lublina, przeżyjesz 44 z Singapuru do Szczecina

W gimnazjum z Grześkiem Krychowiakiem obrzucił nauczycielkę chemii dodawanymi do „Kaczora Donalda” bombami śmierdziuchowymi. Żyłkę podróżnika łapał podczas dalekich wyjazdów z Pogonią Szczecin. Nigeryjscy menadżerowie w Wietnamie prosili go o kontakt do Marcina Krzywickiego, któremu załatwiliby kontrakt. Potrafi jak Tomek Hajto wymieniać zwycięskie składy filipińskiej ligi koszykarskiej. Grał w Saigon Raiders z przyszłą gwiazdą kambodżańskiej ekstraklasy. W sportowym barze Sajgonu puścił zaskoczonym Wietnamczykom poniedziałkowy mecz Pogoń – Piast. Dlaczego w Kambodży tankuje się skuter z butelek Johny Walkera? Jak smakuje aligator, jak rekin i dlaczego mięso kangura poleca się ćwiczącym na siłowni? Dlaczego w dzisiejszych czasach by zwiedzać świat wystarczy chcieć?

Poznajcie Maćka Sobczaka i jego przygody.

1234

Pola herbaciane w Malezji. Do pracy na polach przyjeżdżają mieszkańcy Birmy i Bangladeszu

11136723_916861111699390_5967344404825386524_n (2)

Na meczu Sportingu Goa, druga liga indyjska. Z testo stadionu korzysta też drużyna ISL, Atletico

DSC01293 (1)

Birma. Najpiękniejszy zachód słońca jaki widziałem

***

Moja fascynacja podróżami zrodziła się podczas gry w Stali Szczecin. Nie chcę sie chwalić, ale byliśmy topowi w swoim roczniku. Zapewne znasz mojego kolegę z drużyny. Grzesiek Krychowiak się nazywa.

Coś kojarzę.

Chodziłem z nim też do klasy w gimnazjum.

Jakim był nastolatkiem?

Ja pochodzę z Trzebiatowa, on z Mrzeżyna. Moi dziadkowie znają rodziców Grześka. W regionie była wtedy mobilizacja by wygrywać, więc wszystkich ściągano do Stali Szczecin. Pospolite ruszenie, ale w konsekwencji każdy musiał się z nami liczyć. Grzesiek został do nas dokooptowany, wcześniej graliśmy razem w kadrze województwa zachodniopomorskiego. Zawsze super się zapowiadał. Bardzo dobrze prowadzili go rodzice, miał w sobie tę wojskową dyscyplinę.

Ale jakim był kumplem w klasie?

Grzesiek był megajajcarzem. Te żarty, które robią sobie ze Szczęsnym – wcale mnie nie dziwią. Mieliśmy klasę sportową, dwudziestu pięciu chłopaków, co jest lekko problematyczne dla nauczycieli. Czasem się rozrabiało. Chodziliśmy podglądać dziewczyny w akademiku. Byliśmy rozrywkowi, a Grzesiek nie odstawał, był wręcz prowodyrem. Pamiętam jak kiedyś w „Kaczorze Donaldzie” dodali bardzo mądrą zabawkę – bombę śmierdziuchową. Wykupiliśmy cały nakład i zaatakowaliśmy nimi nauczycielkę chemii. Ona wchodzi do klasy: co tu tak śmierdzi? Amoniak? Smród niesamowity. O niektórych historiach nie będę mówił, bo to patologia.

Blisko się trzymaliście?

Nie. Chłopaki spoza Szczecina trzymali się razem, my, stara gwardia Stali, w swojej grupie. Ale na boisku wiadomo, wszyscy walczyliśmy wspólnie. Grzesiek wkrótce został przejęty przez Michała Globisza i zaproponowany Arce.

Ty grałeś na…?

Ataku. Grzesiek był rozgrywającym.

Dobre ci dogrywał piłki?

W miarę. W naszym roczniku z różnych turniejów pamiętam jeszcze trzech wyróżniających się chłopaków. Kuba Kosecki od zawsze wykłócał się z sędziami, miał gwiazdorskie maniery. Na pewno widać było też, że Wojtek Szczęsny ma szansę zrobić wielką karierę, co nie zmienia faktu, że parę bramek mu strzeliłem. Bezapelacyjnie najlepszy był jednak Michał Janota. W roczniku 1990 najlepszy piłkarz w Polsce. Robił z piłką co chciał. Bardzo mi szkoda, że jego kariera nie potoczyła się tak, jak powinna. Przecież on debiutował w Feyenoordzie jako osiemnastolatek.

C_3K3ymXsAAmK_W.jpg large

Dlaczego ty nie zostałeś zawodowym piłkarzem?

Zabrakło pracowitości. W pewnym momencie większą frajdę sprawiało mi pójście na Pogoń. Była raz konkretna sytuacja, że olałem swój mecz, żeby iść na stadion. Na pierwszy mecz Pogoni poszedłem mając dziesięć lat. Pogoń miała wtedy ducha. Całe miasto żyło jej meczami. Mogła przegrać, ale jak stadion widział, że chłopaki walczyli, to wszyscy bili brawo. Symptomatyczny mecz z Górnikiem, przegrany lata później 1:4: cały stadion został aby otwarcie podziękować im za walkę. Były wielkie owacje, bo nasi zapierdalali, dawali z siebie dwieście procent. Za takimi piłkarzami chciało się jeździć. Wyjazd na Motor w Wielki Piątek wieczorem, noc tłuczenia się przez całą Polskę pociągiem, powrót w niedzielę o 10:30. Lubiłem i nadal to lubię. Zawsze coś się działo, pojawiała się adrenalina, że zobaczy się inne miejsce.

Wyjazdy za Pogonią to kolejny kamień węgielny pod twoje późniejsze podróże.

Jak najbardziej. Jeśli przeżyłeś trzydzieści sześć godzin wyjazdu do Lublina, przeżyjesz czterdzieści cztery godziny powrotu z Singapuru do Szczecina. Coś zaskoczyło już podczas pierwszego samodzielnego zagranicznego wyjazdu bez rodziców. Miałem dwanaście lat, wygraliśmy polski Danone Cup, a zwycięstwo w Warszawie dawało przepustkę do mistrzostw w Paryżu. Graliśmy pierwsze mecze w Clairefontaine. Faza pucharowa na murawie Parc de Princes. Coś niesamowitego przebierać się w szatni, w której na co dzień przebierał się Ronaldinho.

Rozrabialiście podczas wyjazdu? Jak Grzegorz Król z chłopakami z Lechii jechali za granicę, potrafili kroić inne drużyny.

Zakwaterowali nas w jednym z najlepszych podparyskich Novoteli. My zachowywaliśmy się w miarę, ale tacy Tunezyjczycy… Jak spuszczeni ze smyczy. Wynosili ze stołówki dziesiątki jogurtów Danone’a. Potem słyszymy straszny hałas na korytarzu, okazało się, że cały pokój zmasakrowali jogurtami, rzucali nim po ścianach. Do tego porozkręcali łóżka i porobili z nich trampoliny. W ich łazienkach chlew taki, że ciężko sobie wyobrazić. Później, jak trochę pojeździłem po świecie, nie dziwiło mnie, że akurat oni tak się zachowywali.

Dlaczego akurat ty złapałeś iskrę podróżniczą? Nie każdy z twoich kolegów ze Stali Szczecin chodzi na mecze ligi wietnamskiej.

Po maturze wyjechaliśmy z moją dziewczyną – dziś już narzeczoną – do Turcji. Złapaliśmy z Martą naturalną zajawkę od pierwszego wypadu. Zaczęły nas interesować europejskie kierunki –jeździliśmy zarówno w te bardziej popularne strony, jak i ciut egzotyczne. Podczas studiów cały czas staraliśmy się pracować, a pieniądze odkładaliśmy na wyjazdy. Będąc młodym, nie mając zobowiązań, mieszkając jeszcze z rodzicami, wydawanie pieniędzy na podróże uważam za najlepszą inwestycję. Podróże otwierają umysł. Pokazują ci, że gdzie indziej może być lepiej, ale też gorzej. Czasem wizyta może skłonić do zazdrości, bo ktoś na co dzień mieszka w bajecznym miejscu, innym razem widzisz skrajne ubóstwo, nieszczęście, i zaczynasz bardziej doceniać to co masz.

Gdzie widziałeś największą biedę?

W Indiach. Miałem kilkugodzinną przesiadkę w mieście Madras. Postanowiłem nie siedzieć na lotnisku, tylko pojechać do centrum. Jestem odporny, ale już w pociągu jechało nienaturalnie wielu żebraków, inwalidów, osób ślepych, a wszyscy cały czas błagali, by dać im chociaż grosz. Gdy dotarłem do centrum, było jeszcze gorzej. Ludzie czołgający się przez plac bez kończyn. Ludzie z otwartymi ranami. Nawet same kadłubki. To było mini piekło. Już do Indii nie wrócę, choć na bardziej turystycznym Goa spędziłem też miły czas. Znam również zgoła odmienne opinie na temat tego kraju – ludzie jeżdżą i są zafascynowani.

To pewnie ta dwoistość rodem z Kuby, gdzie jest Kuba prawdziwa, ale i turystyczna, szczelnie odseparowana.

Zdecydowanie, ale i na rzeczonej Kubie nie jesteś oddzielony od wszystkiego. Moi znajomi opowiadali, że Kubańczycy są mistrzami przekrętów. Jeden taksówkarz chciał im nawet wmówić, że prędkościomierz to taksometr.

Ciebie też gdzieś próbowano przekręcić?

Mam wysoko rozwinięty instynkt samozachowawczy, poza tym zawsze dużo czytam o zagrożeniach w danym rejonie. Weźmy takie Filipiny: to miejsce, które polecam każdemu. Przepiękne. Ale też wiedziałem, że Manilla jest niebezpiecznym i tajemniczym miastem. Łapanie taksówki na ulicy jest tutaj irracjonalne. Mogą cię wywieźć do gett i ograbić. Należy podejść do recepcji hotelowej i poprosić o pomoc w zamówieniu taryfy. Taksówkarz widzi, że ktoś zanotował jego numery i wie, że taka a taka osoba o tej i o tej z nim odjechała.

W najgorszym wypadku przewiezie cię dwie przecznice więcej.

A niech mnie wozi po Filipinach ile chce, przelicznik waluty sprawia, że kosztuje nas to naprawdę bardzo, ale to bardzo tanio. W Manilli trafiliśmy do hotelu sieci Sogo, którego głównym przeznaczeniem jest wynajmowanie pokojów na godziny. Zastanawialiśmy się wcześniej – dlaczego akurat na godziny? Uznaliśmy jednak, że to dla nas optymalne, bo chcemy się tylko przespać, a pieniądze wydać w dalszej podróży. Gdy dotarliśmy na miejsce już w lobby było widać o co chodzi. Co i rusz wchodzili faceci z laskami w pełni wymalowanymi, noszącymi krótkie spódniczki. Wchodzimy do pokoju. Nie ma okien. Zapalam światło – czerwone. Włączam telewizję, jeden kanał normalny, dwanaście pornograficznych. No to nieźle. Powiedziałem Marcie: no słuchaj, Marta, musisz tu zostać, ja idę na mecz.

1062051_675727339146103_1469846941_n

12

Nie bałeś się o nią?

Kazałem jej się zamknąć na cztery spusty, nikogo nie wpuszczać i wyszedłem. Nie była specjalnie zainteresowana oglądaniem kolejnego meczu filipińskiego kosza. Standard samego hotelu był dobry – jak trzy gwiazdki. Nawet gdy opuszczałem hotel, to pani w okienku najpierw zadzwoniła do Marty poinformować ją, że jej towarzysz opuszcza budynek, a dopiero po przyzwoleniu mogłem wyjść. Podejrzewam, że mieli wcześniej problemy z kradzieżami, usypianiem kochanków. Paradoksalnie więc całkiem bezpieczne miejsce.

Tak ci zależało na tej koszykówce?

 W Manilli stacjonowaliśmy głównie po to, że miałem zajawkę na filipińską koszykówkę. Filipińczycy traktuję to i walki Manny’ego Pacqiao jako sport narodowy.

Jak się łapie zajawkę na filipińskiego kosza?

Czasem z nudów zdarzało mi się wchodzić na Youtube i oglądać streamy z wydarzeń sportowych. W weekendowe poranki zazwyczaj nie ma nic ciekawego do oglądania, ale ze względu na totalnie odmienną strefę czasową można obejrzeć na żywo bardzo dobrze opakowaną ligę filipińskiej koszykówki. Porównałbym to trochę do naszej rodzimej Ekstraklasy. Poziom nie należy do najwyższych, zaś cała otoczka jest wykonana bardzo profesjonalnie. Odpaliłem z nudów, patrzę – hala na dwadzieścia tysięcy, wszyscy gorąco kibicują. Zainteresowało mnie to, potem wkręciłem się na dobre. Widziałem pasję, widziałem ducha walki, do tego otoczkę, bo kibice są naprawdę nakręceni.

Jak bardzo się wciągnąłeś?

Swego czasu byłem w stanie bez problemów wymienić kilkudziesięciu zawodników z tej ligi.

Zarzucisz zwycięskim składem w stylu Tomka Hajty?

Warto przypomnieć zwycięski skład zespołu Barangay Ginebra San Miguel: Caguia, S. Mercado, J. Devance, J. Aguilar, LA Tenorio. Jak w Wietnamie grałem w amatorskim klubie piłkarskim, grał z nami Filipińczyk. Dużo mi o tym klubie opowiadał, był jego wiernym kibicem: to najstarszy, najlepszy i najbardziej utytułowany zespół. Zacząłem im kibicować, a marzeniem stało się pójście na ich mecz.

Śledzisz ich ciągle?

Teraz trochę mniej. Ale jak mam wolne odpalę to zdarza mi się, że odpalę sobie meczyk.

Serio wyjazd do Filipin był aż tak podszyty marzeniem o wizycie San Miguel Ginebra?

Tak, to był potężny motywator.

Powiedziałeś dzisiejszej narzeczonej, ówczesnej dziewczynie, że chcesz jechać na Filipiny na kosza?

Tak. Jej wszystko pasowało, z wyjątkiem tego, że kilka dni trzeba będzie spędzić w Manilli. Wolałaby poświęcić ten czas na eksplorowanie innych regionów Filipin, ale w związku jak to w związku, muszą być kompromisy. Moim głównym celem był mecz, ale też zobaczenie go z perspektywy VIP-a, czyli z jednego z dwunastu miejsc tuż przy parkiecie. Za pierwszym razem zabrałem Martę, jej to nie porwało. Na drugi mecz kupiłem bilety VIP wydając około dwustu złotych. Mecze spełniły wszelkie oczekiwania – doszło nawet do dogrywki, do której zespół doprowadził buzzerbeaterem. Później oglądałem w sieci relację i było mnie widać, rzucałem się w oczy –byłem wtedy jedynym białasem w całej hali. Całe Filipiny żyją koszykówką. Później byliśmy chociażby w górach, gdzie jest trudny dostęp do internetu, telewizji, ale w barach na starych kineskopowych telewizorach wciąż królowała koszykówka. Tam miałem też okazję spędzić noc w szpitalu na prowincji. Marta się rozchorowała.

Co jej się stało?

Prawdopodobnie zjadła pierożka od przydrożnego sprzedawcy. Było z nią bardzo kiepsko, gorączka… fatalnie się czuła.

Bałeś się o nią? Nie mogłeś wiedzieć co znalazło się w pierożku, a na domiar złego  byłeś na odludziu.

Całe szczęście mieliśmy wykupione dobre ubezpieczenie podróżne. Poszliśmy do przychodni, która okazała się mini szpitalem. Okazało się, że tej nocy pacjentów było całe zero. Na miejscu jedna pielęgniarka, jeden lekarz dyżurujący. Nigdy nie spotkałem się z tak miłym przyjęciem w służbie zdrowia. Marta leżała pod kroplówką, a ja odbyłem bardzo ciekawą trzygodzinną rozmowę z doktorem. O bieżącej sytuacji w ich kraju, o tym, że potencjał Filipin jest wyjątkowo niewykorzystany, bo to przecież kraj, w którym wszyscy mówią po angielsku. Miał być pięćdziesiątym pierwszym stanem Ameryki, wszystkie kwestie urzędowe załatwia się po angielsku. Polskę oczywiście kojarzył. Najbardziej papieża Jana Pawła II, bo Filipiny to ultrakatolickie państwo.

1

DSC01539

Filipiny były waszą pierwszą azjatycką podróżą?

Nie. Po zwiedzeniu wielu krajów Europy, postanowiliśmy otworzyć etap Azji. Odbyło się to jednak dosyć spontanicznie: siedziałem w pracy, nagle informacja od Marty – zobacz Maciek, bilety za 1700 zł z Berlina do Bangkoku. Lecimy? Stwierdziłem, zże jak najbardziej.

Gdzie pracowałeś wtedy?

Jako doradca handlowy. Normalna praca, normalna pensja. Moje podróże nigdy nie były ekskluzywne, to schodzenie z kosztów wynikające z planowania wszystkiego z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Taniej dzięki temu z biletami, taniej z zakwaterowaniem.

Co zaplanowaliście?

Głównie zwiedzanie wysp. Byliśmy choćby na Phi Phi, gdzie kręcono film „Niebiańska plaża” z Leonardo di Caprio. Zwiedziliśmy też sierociniec dla słoni. Nigdy bym nie przypuszczał, że będę w stanie wydać kilkaset złotych, żeby karmić słonie i ścinać dla nich drzewa bananowca. W sierocińcu znajdowało się około dwudziestu zwierzaków. Część wyrwano z miejsc, w których „przyuczano” je do wożenia ludzi na grzbiecie, czyli odseparowywano od matki, a potem łamano w nich ducha brutalnym szkoleniem. Niektóre zostały po prostu znalezione. Dajmy na to był tam słoń, który podczas jedzenia wbił sobie gałąź w oko. Jakiś człowiek go znalazł, słonia udało się przetransportować, a potem trwa proces przywracania do zdrowia. Niektóre z tych słoni nie nadają się jednak do życia na wolności, całe życie spędzą w rezerwacie. Ale na pewno niczego im tam nie zabraknie. Mają wspaniałą opiekę, zarówno właścicieli, jak i wolontariuszy.Jeden z wolontariuszy, Szwajcar na emeryturze, siedzi tam już kilkanaście lat. Pewnego razu przyjechał i tak zaprzyjaźnił się z jednym ze słoni, że z nim został.

1d

1b

Wietnam. Trzydzieści stopni w cieniu, a mięso rozłożone po prostu na straganie. Nigdy tam nie kupiłem

Zakosztowaliście nocnego życia w Bangkoku?

Tak, szczególnie, że byliśmy świeżo po trzeciej części Kac Vegas. Na przykład na Soi Cowboy nie czujesz się w pełni komfortowo ze względu na osoby rodem z Madras: zmuszane do żebrania. To straszny widok, wszystkie mają różnego rodzaju defekty ciała. Są po prostu wykorzystywane do żebrów przez mafie. Jeśli widziałeś „Slumdog Millionaire” wiesz o co chodzi, scenarzyliści nie wzięli tego z głowy.

Czym zaskoczyła cię Birma?

To jak jest piękna, ale też jak nieodkryta. Birma jest krajem, w którym wskaźnik odwiedzin przez turystów rośnie z roku na rok w piorunującym tempie. Jest to państwo pod butem wojska, dla podróżników udostępniony jest tylko niewielki jego fragment. Większość aspektów życia mieszkańców jest kontrolowana.  Zarazem niesamowite jest to, ze nigdzie spośród miejsc, w których byłem, nie ma tak szczerego i bezinteresownego uśmiechu jak tam. Większość ludzi ma całe nic, a jednak podzieli się z tobą ostatnim posiłkiem. Ludzie na każdym kroku okazują wielką serdeczność i nie jesteś w stanie wyjechać stamtąd bez miłych wspomnień.

Kambodża?

Po dziś dzień najbardziej zaminowane państwo świata. Ale Angkor Wat – niesamowite miejsce. Przeogromny kompleks, który oglądając cały czas budzi w tobie jedno palące pytanie: jak oni do cholery to wszystko zbudowali? Poza tym pamiętam, że najpopularniejszą stacją benzynową w Kambodży są przydrożne stoiska z butelkami po whisky wypełnionymi paliwem. Podjeżdżasz skuterkiem i lejesz do baku prosto z Jacka Danielsa.

1aa

1aaa

Ile wyniosła was tamta wyprawa?

Licząc wszystko, a więc również zakupy, bo kupiliśmy sobie sporo rzeczy, wydaliśmy około pięć tysięcy złotych na osobę. Kolejny raz podkreślam: wszystko rezerwowaliśmy odpowiednio wcześniej, to klucz. Czasem zdarzają się kosmiczne promocje, więc jeśli trzymasz rękę na pulsie, może się trafić lot za trzysta złotych z Warszawy do Bangkoku bądź Ho Chi Minh City w jedną stronę. Przepraszam bardzo, ale jazda Pendolino może wynieść więcej. Jak już tam dotrzesz, każdego dnia wesprze cię dobry przelicznik waluty. Za hotel, jeśli odpowiednio się postarasz możesz zapłacić równowartość dwudziestu-trzydziestu złotych, za dziesięć-dwanaście złotych w porze Happy Hour zjesz trzydaniowy obiad, w którego skład może wchodzić aligator.Ja tak zapamiętałem Kambodżę. Domyślam się jednak, że wprost proporcjonalnie do ilości napływających turystów, ceny mogły pójść do góry.

Jadłeś aligatora?

Raz, w Kambodży. Mi osobiście bardzo podpasował. Białe mięso, połączenie ryby i kurczaka. Polecam każdemu. Jadłem też rekina, który jak dla mnie nie różni się zbytnio od smaku ryb, jakie można zjeść w tamtym rejonie świata. Mięso kangurów ma bardzo dużo białka, więc w Australii jest traktowane jak dobry budulec masy mięśniowej przy trenowaniu na siłowni. W porównaniu do drobiowego, ma podobną ilość białka na gramaturę, ale mniej tłuszczu. Chrząszcze i mrówki to takie nasze chrupki. Jedyna potrawa, do której miałem obiekcje, to zgniłe jajo z kaczym zarodkiem -Balut – które spożywa się w całości, wraz z kośćmi i dziobem. Na Filipinach jest to wielkim przysmakiem, ja raczej się nie skuszę.

2

Wypad do Azji na trzy tygodnie to w gruncie rzeczy nic wyjątkowego, ale wy wkrótce pojechaliście w ten region by w nim zamieszkać.

Kupiliśmy bilet do Wietnamu w jedną stronę. Nie planowaliśmy kiedy wrócimy. Postanowiliśmy sprawdzić się i tam pomieszkać. Marta, jako że była po obronie pracy magisterskiej z filologii angielskiej, przez internet ogarnęła sobie pracę w Ho Chi Minh City jako lektor.

Niesamowite, że siedzisz w Szczecinie, a możesz stąd sobie ogarnąć nawet pracę na drugim końcu świata.

Trzeba to lubić. Niektórzy zapuszczają korzenie i nie są skłonni do przenosin – szanuję to, tak też można. My nie zawahaliśmy się ani chwili. Chcemy spełniać swoje marzenia, mamy nadzieję, że kiedyś siedząc z wnukami będzie o czym opowiadać. Wietnam okazał się państwem bezkompromisowym. Albo się go kocha, albo się go nienawidzi. Osoby spokojne, ułożone, ceniące ład i stabilizację, raczej się tam nie odnajdą. W Sajgonie, w którym mieszkaliśmy, panuje wszechobecny chaos. To dziesięciomilionowa metropolia z dziesięcioma milionami skuterów na ulicach. Samochodów prawie nie uświadczysz, stać na nie bardzo skromną  grupę obywateli. To efekt ceł i podatków narzuconych przez państwo. Podatki są tak wysokie, bo gdyby Wietnamczycy mieli samochody, zapanowałaby na ulicach totalna anarchia, nie mówiąc o zanieczyszczeniu powietrza. Już teraz większość mieszkańców jeździ po Sajgonie w maseczkach antysmogowych, przy autach powietrze można by chyba kroić nożem.

1c

1aaaaa

Birma. 130 PKB świata. Poziom piłki dramatyczny, w kraju anarchia i ubóstwo, krowy biegające po licach. A zbudowali sobie stadion, jakiego Pogoń nigdy nie będzie miała

Po czym jeszcze widać ten chaos?

Po tym, że stoisz w kolejce w banku i czekasz na podejście do okienka, ale zanim się doczekasz, trzy nowe osoby wtrącą się w kolejkę. Po takich drobiazgach uświadamiasz sobie, że wszyscy co znasz, wszystko do czego się przyzwyczaiłeś, tutaj może zostać zaburzone, względnie – będzie bezradne. Na pewno Wietnam można kochać za jedzenie. W Polsce mamy namiastkę ich kuchni, ale to co można tam znaleźć na talerzach, ze świeżymi ichniejszymi produktami, ziołami – rewelacja i to bardzo tanio. Kocham też Cafe Suada, rodzaj wietnamskiej kawy. Przyrządzana z mlekiem skondensowanym, bardzo słodka, którą po zagotowania gorącą wodą uzupełnia się kostkami lodu. Wyobraź sobie, że wychodzisz o siódmej rano, siadasz w kafejce póki jeszcze nie jest bardzo gorąco, pijesz najwyższej klasy kawę za dwa złote, a do tego jesz pyszne Banh Mi – wietnamską bagietkę z jajkiem i warzywami, która w przeliczeniu kosztuje około 1,50zł. Naprawdę fajnie tam można żyć.

Jak się urządziliście pod względem mieszkaniowym?

Mieliśmy dużo szczęścia. Trafiliśmy na świetne mieszkanie w samym centrum Sajgonu, w bardzo dobrej cenie, w pełni umeblowane. 250 dolarów miesięcznie, ale to było jeszcze przed boomem nieruchomościowym. W domu nie mieliśmy kuchni, ale nie było potrzeby jej posiadania: mogłeś 3-4 razu dziennie iść do restauracji bez uszczerbku dla kieszeni. Chaos architektoniczny mógłby niejednego doprowadzić w pierwszej chwili do zawrotów głowy. Każda wolna przestrzeń jest zagospodarowywana. Mieszkałem w domu, który miał szerokość kilku metrów, a był wysoki na kilka pięter. Tak się tam buduje. Normą na naszej ulicy były biegające szczury i karaluchy. To jest kwestia do której, niestety, ale trzeba przywyknąć. Ludzie wyrzucają śmieci na ulicę i do kanałów stąd też stanowi to wielką pożywkę dla tych zwierzaków. W Wietnamie raczej nie funkcjonuje coś takiego jak śmietniki. Początkowo miałem obiekcję co do wyrzucania wszystkiego na ziemię, ale w mieście funkcjonuje armia sprzątaczy – zawodowych zamiataczy ulic, którzy są utrzymywani przez państwo. Tak walczy się z bezrobociem w komunistycznym państwie. Miałem sąsiada, śmiałem się, że był takim lokalnym osiedlowym monitoringiem. Nie wiem co robił w życiu, bo widywałem go tylko jak całymi dniami grał w badmintona.

Moja ulica w Sajgonie

Moja ulica w Sajgonie

1aaaa

Zaplecze jednej z najlepszych restauracji, w jakich jadłem. Kucharzem był genialny piętnastolatek. Sanepid nie byłby zachwycony, ale wyczucie smaku miał nieprawdopodobne

Tamtejszy sport narodowy.

Bardziej Malezji. Aczkolwiek w Wietnamie też na placach można spotkać o szóstej rano ludzi, który tłumnie uprawiają gimnastykę, tudzież grają właśnie w naszą „kometkę”. Zmierzam do tego, że tam mają inny cykl dobowy. Dzień zaczyna się wcześniej. O siódmej rano jest  już bardzo duży zgiełk na ulicy.

Twoja luba miała ogarniętą pracę. A ty co robiłeś?

Przed wyjazdem zgłosiłem się do baru sportowego, który prowadził Australijczyk. Jego ojciec miał kilka takich lokali w mieście. Steven sponsorował najstarszy zespół piłkarski expatów, czyli obcokrajowców przebywających w Sajgonie. Tak zostałem członkiem Saigon Raiders. Trenowałem z nimi, starałem się trzymać formę, grałem w piłkę zarówno z totalnymi amatorami, jak i z garstką afrykańskich zawodników, którzy sami przedstawiali siebie jako profesjonalistów. Ostatnio jeden z nich zaczepił się w lidze Kambodży.

Swego czasu wybuchła afera wokół afrykańskich zawodnikach wyjeżdżających do wschodniej Azji za chlebem, a potem traktowanych przez menadżerów jak niewolników.

Wcale bym się nie zdziwił. Kręcili się wokół nich dziwni ludzie, a oni sami mieszkali bardzo skomasowani. Nie wiem nawet z czego żyli, bo pensja w amatorskich klubach nie istniała. Poza tym nie graczami byli najwyższych lotów, jedyne co ich wyróżniało, to wysoce rozwinięte cechy motoryczne, ale tak jest zawsze z Afrykanami. Żeby było śmiesznie, ci afrykańscy menadżerowie kiedy dowiedzieli się, że jestem z Polski zrobili konkretny research na transfermarkcie. Chcieli żebym skontaktował ich z trzema graczami: Grześkiem Kmiecikiem, Markiem Wasilukiem i Marcinem Krzywickim. Jak łatwo możesz się domyślić istotne było dla nich jedno kryterium. Kryterium wzrostu. Mówili, że z takimi parametrami załatwią im klub z miejsca.

Łatwo ci się było przystosować do gry w tamtych warunkach?

Nie. Gdy pierwszy raz poszedłem grać mecz rozgrywany o 14:30 przy 31 stopniach Celcjusza, po paru minutach miałem ciemno  przed oczami. Ale później? Byłem w stanie grać przy pełnym słońcu dwa razy po czterdzieści mięć minut na regularnym boisku. Mówię – regularnym, dużym, bo poza Saigon Raiders, gdzie graliśmy po 11, grałem też w wietnamskiej lidze szóstek, najlepszej tego typu w Sajgonie.

Jaki to był poziom?

Wietnamczycy są bardzo ambicjonalni. Co mi się podoba w nich, to że idą jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Jakieś starcie? Automatycznie wszyscy się wspierają. Ale co do poziomu, to nie ma o czym gadać, wystarczy spojrzeć jak radzi sobie ich reprezentacja.

Chodziłeś też na mecze ligowe.

Byłem choćby na inauguracji ligi wietnamskiej pomiędzy Dong Nai i Ninh Binh. Namówiłem jeszcze kolegę Amerykanina, który nigdy nie widział meczu piłkarskiego i nie miał zielonego pojęcia o piłce.

To udała ci się trudna sztuka, pewnie ciężko było go namówić.

Wręcz przeciwnie. W podróży spotyka się osoby otwarte, chcące próbować nowych rzeczy. Każdy jest dla każdego inspiracją. On uznał – fajnie, coś nowego! Wzięliśmy jeszcze jednego Holendra. Stadion, delikatnie mówiąc, mocny PRL. Większość miejsc stojących, jeśli chodzi o siedzące, to siedzi się na betonowych płytach. Byliśmy wielką sensacją, trzech jedynych białasów na stadionie. Nie mogłem w pełni się skupić na meczu, bo całą pierwszą połowę poświęciłem tłumaczeniu temu Amerykaninowi zasad. Uznałem, ze skoro już udało się go wyciągnąć, to niech coś z tej wizyty wyniesie. Bilety po sześć złotych, na stadionie sześć tysięcy widzów.

1f

IMG_3633

1g

Bez szału.

Oni są strasznie zafiksowani na punkcie piłki, ale zachodniej. Co do meczu, to nawet ciekawy, bo 2:2, ale poziom…

Nie poleciłbyś nikogo do Pogoni.

Może jednego. Przypominał mi Lilo, wynalazek z zaciągu Ptaka, po którym widać było, że mu zależy.

Zacząłeś mówić, że Wietnamczycy mega interesują się europejską piłką.

Tak, zgadza się.

Meczami Pogoni Szczecin również?

Śmiejesz się, ale w barze sportowym u Stevena zdarzyło się. Musisz zwrócić uwagę na przesunięcie czasowe – jak oglądałem Anglia – Polska na Wembley, będąc jedynym Polakiem wśród setki Anglików, to musiałem na to zarwać noc. Raz jednak w pubie na imprezowej ulicy w Sajgonie puściłem mecz Pogoni Szczecin. Poniedziałek, Portowcy grali z Piastem. Zapytałem Stevena czy możemy puścić na rzutnik, bo i tak nie było żadnej sensownej alternatywy. Zazwyczaj jest o to trudno, organizował głosowanie na fanpage co ma lecieć na jednym z kilku ekranów – ligi piłkarskie, NBA, NFL, NHL –  ale tego dnia akurat pustka. Wtedy powiedział: dobra! Znalazłem stream i puściłem. Ludzie na początku byli bardzo nieufni – co to jest? Tłumaczyłem: to mój klub z Polski. Robak strzelił wtedy trzy bramki do przerwy i wszyscy wciągnęli się w oglądanie typowego poniedziałku z Ekstraklasą, pomimo, że u nas był już wtorek.

Fajna fucha, sportowy bar.

Świetna. Prowadzić taki w Sajgonie… chyba  wielu by się odnalazło.

I uczyłbyś Wietnamczyków oglądać Ekstraklasę, ze szczególnym uwzględnieniem Pogoni.

Tak. Jedyny problem, to że Steven był ciągle przepracowany i miał zaburzony tryb dnia. Pracował od 20 do 6 rano, bo tak wypadały mecze. Inna ciekawostka: Wietnamczycy są strasznie zajarani na punkcie Pro Evolution  Soccer. Jest tam całkiem ciekawy pomysł na biznes. Wchodzisz do lokalu, a tam dziesięć telewizorów, dziesięć podwójnych kanap, dziesięć konsol, do tego lodówka z piwem i biurko  dla pracownika. Przychodzisz, płacisz i grasz w Pro Evo na godziny.

Na kasę?

Być może, ja nie wnikałem, grałem tylko dla przyjemności. Dla nich było atrakcją żeby zagrać z białasem, dla mnie atrakcją było zagrać w PES-a. Zawsze wszystko zadbane, na bieżąco aktualizowane wszystkie patche, update’y. Za każdym razem pytali: skąd jestem? Mówiłem: Poland. Wszyscy ciągle myśleli, że chodzi mi o Holland, więc wikłałem się w tłumaczenia. Do momentu, w którym nauczyłem się jak jest Polska po wietnamsku: „Ba Lan”. Wtedy reakcja była zgoła inna. Ba Lan? Lewandowski. Od razu. Robert to prawdziwy ambasador na całym świecie.

Ile zabawiliście wtedy w Wietnamie?

Pięć miesięcy. Za krótko.

Pojawiały się myśli, żeby tam zostać na stałe?

Tak. Za wcześnie kupiliśmy bilety powrotne. Obcokrajowcy w Sajgonie łatwo znajdą pracę jeśli znają angielski. Pierwszym z brzegu i najpopularniejszym sposobem na zarobek w tamtym regionie świata jest nauczanie języka angielskiego – niezbyt wymagające, a relatywnie opłacalne. Stawki są mniej więcej półtora razy większe niż w Polsce, a koszty życia są odpowiednio niższe. Pracując jako nauczyciel można żyć tam bardzo komfortowo. Dobrze nam tam było. Niejednokrotnie szukając rozrywki szliśmy na pętlę i wsiadaliśmy do byle jakiego autobusu. Jazda na końcowy przystanek, czasem nawet półtora godziny w jedną stronę, a potem wysiadka nie wiadomo gdzie, by eksplorować okolicę. Trafialiśmy na świetne parki…

Albo na getta.

Ja osobiście nie miałem problemów, ale często zdarzają się rabunki.

Myślisz, że mieliście szczęście?

Mieliśmy. Marta raz jadąc jako pasażerka na skuterze została zaatakowana przez dwóch jadących na skuterku obok. To częsta praktyka, trzeba mieć oczy dookoła głowy: podjeżdżają i próbują wyrwać telefon lub torebkę z ręki. Ucieczka potem jest banalna, na skuterze bez trudu wtopisz się w tłum. Na szczęście wtedy kolega, który prowadził skuter, umiejętnie wyhamował, czym zgubił napastników. Bywa, że takie rabunki kończą się tragicznie. Słyszałem o sytuacji, że Wietnamce z dobrze sytuowanej rodziny wyrwano torebkę, ale zarazem przewróciła się wraz ze swoim skuterem podczas jazdy. Upadła tak, że musiała mieć amputowaną nogę. Znam kilka takich przypadków, ale na szczęście jest tego coraz mniej, bo odpowiedzialność karna za tego typu przestępstwa jest wielka. Z karą śmierci włącznie.

Jak się czułeś, gdy wróciłeś do Polski?

Było mi zimno. Nie ukrywam, po podróżach do Azji stałem się jeszcze większym ciepłolubem. Bardzo doskwiera mi, że mamy maj, a pogoda ciągle jest tragiczna. Podoba mi się też tamtejsza otwartość i pozytywne nastawienie do ludzi.

Wiesz jak to jest z temperaturą. Czytałem badanie, według któremu tym wyższe spożycie alkoholu, im niższa średnia temperatura w regionie.

Nie trzeba być filozofem, żeby stwierdzić, że jeśli budzisz się o szóstej, a przez okno wpada ci oślepiające słońce, to wstaje się inaczej niż gdzieś, gdzie jest ciemno, szaro i pochmurno. To jest to, co nakręca. Nikt nie musi nikogo zmuszać do wstawania rano z łóżka.

Żałowałeś, że wróciłeś?

Tak. Z drugiej strony, od razu zacząłem przygotowywać następną podróż.

1a

Kuala Lumpur nocą

11

1aab

***

W Indiach byłem na meczu drugiej ligi. Za bilet do Indii zapłaciłem dziewięćset złotych. Z Berlina, w obie strony. Na miejscu złapaliśmy taksówkarza, który zawiózł nas kilkadziesiąt kilometrów do docelowego miejsca. Wzięliśmy osoby, które jechały w to samo miejsce, więc rachunek się rozłożył – kolejny sposób, by obniżać koszty. Podczas podróży zacząłem rozmawiać z nim o sporcie. Pytam go: jak to możliwe, że was, Hindusów, jest ponad miliard, a w żadnym sporcie poza krykietem nie macie wyników? Potem zapytałem go czy wie coś o Sportingu Goa. Stwierdził, że, wie gdzie jest stadion, ale że to jest badziewie i nikt na to nie chodzi. Zapytałem: zawieziesz mnie tam? Poczekasz na mnie pod stadionem, a potem odwieziesz? Jakoś ryzykowałem, bo umawiałem się na kilkudziesięciokilometrowy kurs z hinduskim kierowcą, którego widziałem pierwszy raz na oczy.

Ile koszt takiej wyprawy z nim?

Około sześćdziesiąt złotych za posiadanie szofera na siedem godzin. Przelicznik naprawdę rządzi. Umówionego dnia okazał się słowny, stawił się. Pojechaliśmy na stadion, gdzie notabene gra też Atletico Goa z ISL. Ładny trzydziestotysięcznik. Poszedłem do sklepiku klubowego, mój kierowca powiedział, że pójdzie załatwić bilety. Wrócił, powiedział, że w sumie to pójdzie na mecz ze mną. Dla mnie fajnie, przynajmniej miałem z kim porozmawiać. Na meczu może czterysta, pięćset osób, jak to na drugiej lidze indyjskiej. Grało kilku obcokrajowców, sam mecz ciekawy – 2:2 po wyrównaniu w dziewięćdziesiątej minucie. Mam takie szczęście do remisów. Gdzie nie jadę, tam remis. Przynoszę też pecha klubom. Sporting Goa… chciałem sprawdzić ostatnio co u nich. Z tego co wiem, ten klub nie istnieje.

To może na Pogoń już nie chodź.

Pogoń zawsze będzie. Nigdy nie upadnie. Nie położyli jej słabi właściciele, nie położy ich nawet moja klątwa. Z meczów, które widziałem w tamtym regionie, byłem jeszcze na Western City Wanderers.

Jak dotarłeś do Australii?

Azja jest genialnie połączona między sobą siatką lotów przewoźnika Air Asia, który notabene jest chyba sponsorem QPR. Potężna malezyjska firma, swego czasu uznana za najlepszą niskobudżetową linię lotniczą na świecie. Najpierw lecieliśmy z Polski do Malezji. Początkowo byłem średnio nastawiony, bo tam dominującą religią jest islam, ale nie spotkałem się z żadnym fanatyzmem. On oczywiście funkcjonuje, ale w takich miejscach, przed którymi cię ostrzegają – tam lepiej nie jeździć. Widziałem w Malezji piękne pola herbaciane, wspaniałe plaże, natomiast stolica czyli Kuala Lumpur jest dużym miastem jak każdym inne. W tamtym rejonie świata razem z Singapurem są najlepszymi miastami tranzytowymi. Problemem jest to, że tutaj już przestaje ci pomagać przelicznik walut, czyli jak na tamten rejon jest dosyć drogo. Z Malezji polecieliśmy do Wietnamu, by odwiedzić go po dwóch latach. Potem do Sydney na dziewięć dni. Podczas planowania wyprawy nastawiałem się na Australian Open, ale pula biletów dla ‘klasy robotniczej’ była już wyprzedana, więc odpuściliśmy.

W Australii też nie miałeś finansowego przebicia.

Ale znowu załatwialiśmy wszystko z wyprzedzeniem i nie było tak źle. Noclegi ogarnęliśmy przez portal AirBnB, przez co wynajmowaliśmy pokój u bardzo fajnej rodziny w dobrej lokalizacji. Moim zdaniem osiem noclegów w Sydney za 400 zł za osobę to naprawdę fajna cena. Skoro nie wypaliła wyprawa do Melbourne na Australian Open, poszedłem na Western City Wanderers. Atmosfera na meczu bardzo europejska. Flagi, śpiewy, doping całego stadionu. Zaskoczyło mnie nawet, że zrobili nasze „tańczymy labada”, w dodatku tyłem do murawy. Australia to w moim prywatnym rankingu państw top jeśli chodzi o warunki życiowo-bytowe.

I liczbę pająków w przeliczeniu na mieszkańca.

Byliśmy głównie w mieście, więc nie spotkałem się z nieprzyjemnościami związanymi z fauna i florą. Niesamowicie  mi się tam spodobało. Cenię ich za poczucie luzu, ale znowu, moim zdaniem głównie determinuje to też pogoda. Wychodzę o 6:30, widzę pełne siłownie, ludzie biegają, jeżdżą na rolkach. W Polsce to jeszcze nie jest tak popularne.

W wielu miesiącach wyprawa o 6:30 na rolki skończyłaby się złamaniem nóg i koniecznością faszerowania się antybiotykami.

To prawda. Z takich wypraw poza Europę byłem też w Nowym Jorku. Mam tam ciocię, więc udało się uciąć koszty. Poszedłem np. na mecz New York Yankees, czyli baseball, typowo amerykański sport. Stadion ma swój urok, ale ciężko się zakochać w tym sporcie.

Jest trudny. Ludzie biorą książki na trybuny.

Większy show robiły kiss camy na telebimach niż zagrania zawodników. Mnie osobiście uderzyło jakie porcje jedzenia są w stanie przyjąć podczas widowiska sportowego Amerykanie. Hot dogi, pizze, kebaby, wszystko w wersji XXL. Chciałem też wybrać się na US Open, kupiłem nawet bilet na kort centralny. Miał tam tego dnia grać zarówno Djoković jak i Nadal, prawdziwa gratka. Niestety, padał deszcz i po obejrzeniu czterech gemów w meczu Nadala sesja została odwołana. Zaproponowali mi zwrot pieniędzy albo bilet na tą samą rundę na przyszły rok. Niestety ta druga opcja nie mogła mnie urządzać, bardzo żałowałem.

11d

111111111

Ameryka cię porwała?

Podobało mi się tam.

Wybrałbyś Nowy Jork czy Sajgon?

Jakbym dostał intratną propozycję…

Realnie patrząc, że dzisiaj nie grozi ci zostanie prezesem banku.

W tym momencie życia wybrałbym więc Sajgon.

Szeroko się uśmiechasz wypowiadając samą nazwę miasta, wiesz?

Zawsze będę tam wracał.

Gdzie marzysz, żeby pojechać?

Chciałbym polecieć na derbowe mecz w Malezji i Indonezji. Kibice robią tam niesamowity kocioł. Chciałbym też odwiedzić Polinezję Francuską. Wiele z tych wysp niedługo może w ciągu kilkunastu, względnie kilkudziesięciu lat po prostu zniknąć, będąc pochłoniętymi przez ocean. Teraz z racji faktu, że we wrześniu bierzemy ślub, co wiąże się z wydatkami, ograniczałem się do wyjazdów za kadrą Polski.

Gdzie taka para podróżników jak wy pojedzie w podróż poślubną?

Bardzo dobre pytanie. Kiedyś zawsze powtarzałem, że na podróż poślubną chciałbym polecieć do Ameryki Południowej, na przykład do Argentyny z racji kibicowskiej zajawki. Jeździć tu od stadionu do stadionu, od San Lorenzo przez La Bombonerę po El Monumental. Myślę jednak, że wybierzemy się ponownie do Azji, żeby zamknąć tamten region świata, bo nie byliśmy wciąż w Chinach, Indonezji, Laosie i Brunei. Musimy wymyślić mądrą trasę wiodącą przez te państwa, a jakby udało się dołączyć do wyprawy Polinezję, byłoby bardzo miło.

Udowadniacie, że w dzisiejszych czasach świat tak się skurczył, że aby zwiedzić pół Azji wystarczy chcieć.

Ważniejsza od pieniędzy jest odwaga. Może czasem brakuje kogoś, kto pociągnie za rękę? Weźmie ze sobą w pierwszą podróż, pomoże złapać bakcyla podróżniczego? Ale też nie chcę nikomu narzucać swojego stylu życia. Ktoś woli pojechać na all inclusive do Grecji? Też dobrze.

Czy po tych wszystkich podróżach, Polska jest jeszcze dla ciebie ciekawa pod względem zwiedzania?

Mam za sobą ponad pięćdziesiąt wyjazdów z Pogonią. Byłem w górach, na mazurach, odwiedziłem każdy region i wszystkie miasta nadmorskie. Uważam, że mamy z czego być dumni. Nasze plaże są bardzo niedoceniane. Gdyby było u nas trochę cieplej, moglibyśmy być państwem kurortowym. Lubię czasem odpalić w celach inspiracji Youtube, wpisać dowolne miejsce na ziemi i wyświetlić filmy kręcone tam w najwyższej jakości 4K, a jak coś się spodoba, wpisujemy to na listę celów.  Raz jest to Vanuatu, Polinezja, raz Ameryka Środkowa, ale Polska – też. Uważam, że nawet samą jakością tego typu filmików bijemy wiele krajów na głowę. Polska w ujęciach wygląda przepięknie. Nie jesteśmy chyba w pełni świadomi zróżnicowanego piękna naszego państwa.

Najdziwniejsza historia ze szlaku?

Podczas powrotu z Kanchanaburi z sierocińca dla słoni, siedzieliśmy w busie wracając do Bangkoku. Koło nas siedziała matka z dzieckiem. Rozmawialiśmy z Martą po polsku, nagle ta kobieta zapytała czy jesteśmy z Rosji. To bardzo często pojawiające się pytanie, na które zawsze się obruszamy, bo nie chcemy być w żaden sposób łączeni z Rosjanami, którzy za granicą potrafią zachować się – oględnie mówiąc – bardzo średnio. Ta matka wyjaśniła, że zapytała, bo prosiło ją o to jej dziecko. Dopytałem więc: dlaczego? Wnioski z rozmowy były takie: dziecko miało trzy lata, ojciec pochodził z Niemiec, był profesorem prawa. Matka pochodziła z Ameryki Południowej i też była bardzo dobrze wykształcona, ale mieszkając w Bangkoku poświęciła się wychowaniu dziecka. Mały mówił po niemiecku i hiszpańsku dzięki rodzicom, po tajsku siłą rzeczy, bo mieszkał w Tajlandii, znał angielski, bo został posłany do międzynarodowego przedszkola. W wieku trzech lat znał cztery języki i właśnie zaczynał uczyć się rosyjskiego. Rozmawialiśmy dalej i okazało się, że ma on nieprawdopodobnie rozwiniętą wyobraźnię. Tworzył bajki po hiszpańsku, które matka spisywała.

Trzylatek?

Tak.

Ona  następnie dodawała do tego ilustracje, zgodne z jego wizją. Pokazała nam, tłumacząc oczywiście, bo my hiszpańskiego ni w ząb. Szczerze mówiąc, nawet bym nie podejrzewał, że w takim wieku można mieć tak rozwinięty zmysł wyobraźni.

Myślisz, że kiedyś „wypłynie” gdzieś na świecie i okaże się genialny?

Życzę jak najlepiej. Dla mnie wartością był sam zadziwiający fakt, że trzylatek może być zainteresowany językiem rosyjskim, podczas gdy przeciętne dziecko w tym wieku interesuję się bajkami. To było inspirujące. Ten trzylatek zostawił nas z ciekawymi pytaniami wobec świata.

Leszek Milewski

PS: Ciekawostka: podczas autoryzacji Maciek akurat wracał z wyjazdu z Pogonią do Poznania. „69 lat i nic nie wygraliśmy! Ciężki jest los kibica Pogoni Szczecin”.

Przypomnij autorowi, że nie ma to jak w domu

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

7 komentarzy do "Jeśli przeżyłeś 36 godzin wyjazdu do Lublina, przeżyjesz 44 z Singapuru do Szczecina"

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
fioot

Mięso kangurów ma bardzo dużo białka, więc w Australii jest traktowane jak dobry budulec masy mięśniowej przy trenowaniu na siłowni. W porównaniu do drobiowego, ma podobną ilość białka na gramaturę, ale mniej tłuszczu.

i po chuj sie taki typ wypowiada? lepiej mu jak pierdoli glupoty czy co?

wwwwww

„i po chuj sie taki typ wypowiada? lepiej mu jak pierdoli glupoty czy co?”

Sam siebie świetnie podsumowałeś. Teraz wracaj pakować na siłownię.

Caimanized

Bardzo ciekawa rozmowa, ale znowu Leszku – „półtora godziny” oraz masa literówek.
Chłopie, chociaż Ty trzymaj wysoki poziom, w Tobie nadzieja

desde mi punto de vista

Popieram opinię mojego przedmówcy. Jeśli chodzi o wywiady – jesteś świetny, już w tym momencie swojej kariery. W przeciwieństwie do kolegów po fachu, nawet na tym portalu, dajesz mówić swojemu rozmówcy, a Twoja rola ogranicza się do nadawania rozmowie kierunku, co wg mnie jest ogromną sztuką.. Ale na Boga.. Nie pisz więcej o Celcjuszach :)

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Maryla ostra jak na Euro

Świetna rozmowa Lechu. Aż przez chwilę miałem ochotę rzucić to wszystko i wyjechać do Wietnamu.

Kielbi

Świetnie się to czytało! Nawet nie wiem kiedy zleciała godzina, a może po prostu wolno czytam…
nooo w pracy by to nie przeszło :)

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY