Lodowaty demon prędkości: w F1 kocham tylko jazdę
Inne sporty

Lodowaty demon prędkości: w F1 kocham tylko jazdę

Formuła 1 to gigantyczne pieniądze: setki sponsorów wykładają grube miliony na funkcjonowanie najdroższego sportu świata. Można odnieść wrażenie, że dla niektórych teamów, ważniejsze od tego czy dany kierowca jest szybki, jest to, czy będzie fajnie wypadał w wywiadach i reklamówkach sponsorów. Większość zawodników obowiązują bardzo sztywne zasady, muszą piekielnie uważać na każde słowo, każde zachowanie. Jest też Kimi Raikkonen, koleś z kompletnie innego świata.

Kiedy w 2007 roku wywalczył mistrzostwo świata, wraz z kolegą z „Super Expressu” przeprowadzałem z nim wywiad. Na pytanie o to, co kojarzy mu się z Polską, wypalił: „Wódka Wyborowa”! To cały Kimi. O jego zamiłowaniu do alkoholu i szalonych imprez, krążą legendy. Kiedyś kompletnie zamroczony Raikkonen został wyrzucony z jednego z nocnych klubów w Londynie. Światowe media szybko podchwyciły temat, tylko w ojczyźnie „Icemana” było o tym jakoś cicho. Zaprzyjaźniony z Kimim dziennikarz Heikki Kulta stwierdził tylko „Zachowuje się jak normalny Fin”. Coś w tym może jest. Jedno jest pewne: nie zachowuje (i nigdy się nie zachowywał) jak typowy kierowca Formuły 1.

„Nie obchodzi mnie, co ludzie o mnie sądzą. Nie jestem Michaelem Schumacherem”

Kimi Raikkonen to przykład wymierającego gatunku sportowców, którzy walą prosto z mostu i po prostu mówią to, co myślą. W przeciwieństwie do wielu innych uznanych kierowców, nigdy też nie miał potrzeby podkreślania swojej wyjątkowości. Kompletnie go interesuje to, co mają do powiedzenia na jego temat dziennikarze czy inni kierowcy. „Mam w dupie, co mówi Trulli”, „Nie interesują mnie inni”, „Coulthard może mówić co chce, nie interesuje mnie to”, i tak dalej.

Nigdy nie przejmował się również całą marketingową otoczką Formuły 1, sponsorami, reklamami. „Otoczka” to niewłaściwe słowo: współczesna F1 to gigantyczne przedsięwzięcie, opierające się właśnie na milionach od sponsorów. Szefowie teamów, spece od marketingu, rzecznicy prasowi, wreszcie sami kierowcy, muszą się nieźle napocić i nagimnastykować, żeby zadowolić tych, którzy wykładają kasę.

Rozmowy w paddocku często przypominają więc reklamową papkę. Kierowca nie mówi tego, co naprawdę sądzi, tylko wygłasza wyuczone formułki, przygotowane przez piarowców. Nieważne, czy jesteś mistrzem świata, gwiazdą, zarabiającą kilkadziesiąt milionów euro za sezon, czy debiutantem z dziwnego kraju. O ile nie jesteś Kimim Raikkonenem, to będziesz uczestniczył w tym marketingowym cyrku.

Kiedyś został zapytany o zegarki TAG-Heuer, których producent był wówczas jego głównym sponsorem. Czemu są tak wyjątkowe? Wiecie, co powiedziałby na to taki na przykład Lewis Hamilton? „Są najwyższej jakości, bo nasz team zawsze stawia na topowe produkty. Dodają mi pewności siebie i pozwalają czuć się wyjątkowo w każdej sytuacji. Jako mistrz świata… bla, bla, bla”. Co powiedział Kimi? „Są ok”. Są ok?! No rzeczywiście, świetny przekaz… Inna sprawa, że gdyby Raikkonen wygłosił pochwalną formułkę w stylu Hamiltona, brzmiałaby ona kompletnie niewiarygodnie. Na przykład tak:

„Najbardziej ekscytujący moment weekendu wyścigowego? Myślę, że zawsze start wyścigu. A najnudniejszy? Teraz”

Kimi jest uczulony nie tylko na obowiązki marketingowe i zobowiązania wobec sponsorów. Do szału doprowadzają go także idiotyczne pytania od dziennikarzy. A musicie wiedzieć, że każdy weekend Formuły 1 to dziesiątki wywiadów, spotkań, oficjalnych wystąpień. Gdy meldujesz się na podium (Kimi 84 razy) oznacza to także obowiązek przyjścia na konferencję zwycięzców. Kiedyś po zajęciu 3. miejsca wypalił, że wolałby być czwarty, byle tylko nie musieć tam przychodzić. Gdy pomnożycie to przez kilkanaście lat kariery i 20 wyścigów w sezonie, jednego możecie być pewni: Fin musiał już odpowiadać na miliony debilnych pytań.

Czy tak jak wielu innych kierowców masz jakieś rytuały związane z kaskiem? – Wycieram go, by lepiej widzieć.

Kask ma specjalne znaczenie dla wielu kierowców. Jak ważny jest dla ciebie? – Chroni moją głowę.

Jak określiłbyś swoje relacje z Peterem Sauberem? – Jest moim szefem.

I tak dalej. Trochę jak Artur Boruc, który na bezsensowne, albo niewygodne pytania odpowiadał: „pomidor”.

To nie jest tak, że Kimi Raikkonen nie lubi dziennikarzy. To po prostu introwertyk, żyjący w świecie wyścigów, skupiony na nich w stu procentach. Zdaje sobie sprawę, że wielki sport wymaga obudowania medialnego, bo kibice chcą wiedzieć co myśli i czuje ich idol. Ale nie kryje, że go to nudzi i męczy. Zresztą, wyobraźcie sobie na przykład laureata nobla z dziedziny medycyny: gość całe życie spędza w laboratoriach, dokonuje przełomowych odkryć, a potem ktoś go pyta: „co pan jadł na śniadanie w dniu, kiedy odkrył pan rewolucyjną szczepionkę”, albo „czy cieszy się pan, że dostał Nobla”…

Kimi to bardzo chłodny gość, który żyje w swoim świecie. Ale bardzo podoba mi się to, że nie mówi o innych. Nie mówi dobrych rzeczy, ale nie mówi też złych o pozostałych kierowcach. Bo żyje w świecie, w którym szanuje się innych – mówi o nim Felipe Massa, były partner z Ferrari.

kimi mem

„Czemu przegapiłem ceremonię? Srałem…”

Raikkonen Nobla nie dostanie, ale w tym sezonie chce powalczyć o swój drugi tytuł mistrza świata. Od poprzedniego w tym roku minie 10 lat. W międzyczasie Fin zaliczył odejście z F1, rozwód, epizod w WRC, narodziny syna i drugi ślub. Pobił też kilka rekordów, między innymi 27. kolejnych wyścigów ukończonych na punktowanych miejscach (2012-13), jest rekordzistą prestiżowego toru w Monako, pięć razy kręcił najlepsze czasy w GP Australii, osiem razy stał na podium wyścigu o GP Bahrajnu. Może się też pochwalić tym, że jest trzecim w historii kierowcą Ferrari, który zdobył tytuł w pierwszym sezonie jazdy dla teamu z Maranello. W dodatku dokonał tego jako dopiero drugi kierowca w historii, przystępujący do ostatniego wyścigu w historii na trzecim miejscu w klasyfikacji generalnej!

To było trochę jak mecz Barcelony z PSG: wydawało się, że tej straty nie da się odrobić. We wrześniu Fernando Alonso wygrał wyścig we Włoszech. Miał 89 punktów, tracił trzy do Lewisa Hamiltona. Raikkonen miał 74 oczka i niemal zerowe szanse na tytuł (za wygrany wyścig dostawało się wtedy 10 punktów, kolejne miejsca na podium dawały po 8 i 6). Fin wygrał w Belgii, był trzeci w Japonii. Na dwa wyścigi przed końcem sezonu tracił do Hamiltona 17 punktów, przy 20 możliwych do zdobycia. Potem jednak wygrał w Chinach, a Anglik nie ukończył zawodów. Przed kończącym sezon GP Brazylii tracił jednak 7 punktów do Hamiltona i 3 do Alonso. I co? Wygrał, a Hamilton, choć ruszał z pole position, dojechał dopiero siódmy! Ostatecznie Kimi wyprzedził obu rywali o jeden punkcik. Jasne, nosi ksywkę „Iceman” i jest chłodnym gościem. Ale po wyścigu miał łzy w oczach…

„Lewis Hamilton mówi, że wygrywanie wyścigów jest lepsze niż seks? Może nigdy nie uprawiał seksu!”

To był szczytowy punkt jego kariery. Doprowadziła go tam ciężka praca i gigantyczny talent. Do elity sportu motorowego trafił po niesamowitej karierze w kartingu, gdzie robił rzeczy, które innym wydawały się niemożliwe. Ustaliliśmy już, że Kimi nienawidzi zadań marketingowych. Ale i tak z powodzeniem mógłby wystąpić w kampanii „Impossible is nothing”. Za ilustrację mógłby posłużyć obrazek 15-letniego Raikkonena w pierwszym w życiu wyścigu poza Finlandią. W Monte Carlo na jednym z zakrętów urwał kierownicę. Nie poinformował jednak o tym mechaników przez radio, tylko… pomachał im kierownicą, kiedy ich mijał!

W kartingu rywalizował z wieloma młodymi kierowcami, dysponującymi ogromnymi budżetami. Kiedy oni latali po Europie i nocowali w dobrych hotelach, Kimi jeździł z mechanikiem vanem, który zresztą służył mi za miejsce do spania.

Kalle Jokinen, jego mechanik z tamtych lat wspomina, że Kimi nigdy na nic nie narzekał. – Był idealnym gościem do podróżowania. Kiedy bogate dzieciaki po wyścigach polerowały sobie paznokcie, Kimi razem z nami składał namioty i pakował samochody do vana. Kiedy jeździł w teamie DeBruijina, szef znalazł go kiedyś śpiącego w kartonowym pudle. Dostał wtedy niewielkie kieszonkowe, na hotele i jedzenie. Ale cóż, całą kasę wydawaliśmy zawsze pierwszego dnia na miejscu, a potem i tak spaliśmy w vanie – opowiada Jokinen.

Wyboista droga doprowadziła Raikkonena na szczyt, na pozycję jednego z najlepiej zarabiających sportowców świata, z kontraktem na mniej więcej milion dolarów tygodniowo.

„Kiedy w wyścigu mam dużą przewagę, zaczynam myśleć o innych rzeczach, albo bawię się przyciskami na kierownicy”

Oczywiście, nie zawsze jest kolorowo. I nie chodzi tu tylko o trudniejsze sezony, kiedy Kimi miał do dyspozycji gorszy bolid. Sporo w jego życiu nazbierało się także różnego rodzaju wpadek. Jak na przykład w Monte Carlo, gdzie kompletnie pijany Raikkonen został nagrany na jachcie. Nic nadzwyczajnego, powiecie, przecież kiedy nie prowadzi, może się napić. Jasne, że tak. Ale czy powinien wypić aż tyle, żeby rzucać bosakiem, niczym oszczepem, a potem spadać z górnego pokładu na dolny? I tak miał sporo szczęścia, że nie wypadł za burtę…

W takich trudnych chwilach z pomocą przychodzi mu mama. Paula Raikkonen regularnie wysyła synowi esemesy i wiadomości, które mają mu dodawać otuchy. Każdy z nich kończy się zdaniem: „pamiętaj, mama cię kocha”.

No dobra, kibice też cię kochają i życzą ci naprawdę jak najlepiej. Na tle części plastikowych kierowców, Kimi wygląda jak superbohater z komiksów Marvela. Za dnia trochę playboy, trochę pijak, mruk i introwertyk, z którym ciężko porozmawiać, nie mówiąc o zaprzyjaźnieniu się. Ale kiedy wsiada za kierownicą, zamienia się w demona prędkości, zdolnego do przekraczania wszelkich granic.

Tak było na przykład w testach przed sezonem. Na torze w Barcelonie przez kolejne dni najlepsze wyniki krążyły w okolicach 1:19,300, 1:19,100. Tymczasem ostatniego dnia Kimi na super miękkich oponach wykręcił niesamowity czas 1:18,634, lepszy od drugiego najlepszego wyniku ostatniej sesji (Maxa Verstappena z Red Bulla) o ponad 0,8 sekundy!

Więcej testów przed sezonem nie będzie. Pierwszy wyścig za dwa tygodnie w Australii. Raikkonen będzie jednym z faworytów, obok Hamiltona, Vettela i Verstappena.

JAN CIOSEK

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Lodowaty demon prędkości: w F1 kocham tylko jazdę"

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Pan Wiesio

Bardzo fajny artykuł

KatarzynaProstata

Wymierający „gatunek”. Jak Ibra, czy Borubar.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY

Image and video hosting by TinyPic
Image and video hosting by TinyPic