Szamoobrona
Nikt nas nie lubi, mamy to gdzieś
Anglia

Nikt nas nie lubi, mamy to gdzieś

Millwall. Nigdy nic wielkiego nie wygrali, a zna ich cały świat – dzięki kibolom. Twórcy kultowej przyśpiewki „No One Likes Us, We Don’t Care” mają opinię najtwardszych z najtwardszych, królów chuligańskiego podziemia. Na The Den potrafili stworzyć taką atmosferę, że rywale bali się tu wygrywać. Przez dekady zadyma była niezbędnym elementem meczowym, a bić się z ultrasami Millwall, to jak zagrać z Barceloną. Był czas, gdy Bobby Robson nawoływał, aby traktować ich miotaczami ognia. Oni sami utrzymują, że Millwall to więcej niż klub. To styl życia.

***

– Dlaczego bijesz się na meczach?
– Prowokują mnie i po prostu wpadam w gniew.
– Nie musisz walczyć. Dlaczego dajesz się sprowokować? Dlaczego dajesz się ponieść emocjom?
– Kim chcesz żebym był? Tchórzem?

Harry the Dog. Fragment programu „Panorama” autorstwa BBC poświęconego kibolom Millwall. 1977.

***

Fuck ’em all
Fuck ’em all,
United, West Ham, Liverpool,
Caus we are the Millwall and we are the best,
We are the Millwall so fuck all the rest…

cropped_4577140

***

Każdy chuligan w Anglii głęboko w duszy żałuje, że nie urodził się ultrasem Millwall. Każdy, kto temu zaprzeczy, jest kłamcą.

„No One Likes Us, We Don’t Care. True Stories From Millwall, Britain’s Most Notorious Football Hooligans”. Andrew Woods.

***

You’re gonna get your fucking heads kicked in (jeden kibic)
(You’regonna get your fucking heads kicked in) (cała trybuna)
You’re gonna get your fucking heads kicked in (jeden kibic)
(You’regonna get your fucking heads kicked in) (cała trybuna)

You’re going home in a London ambulance (jeden kibic)
You’re going home in a London ambulance (cała trybuna)
You’re going home in a London ambulance (jeden kibic)
You’re going home in a London ambulance (cała trybuna)

***

Isle of Dogs to dzielnica Londynu z trzech stron opływana Tamizą. Między 1680 a 1720 w jej południowo-zachodniej części zbudowano tyle wiatraków – angielskie „windmill” – że z daleka wyglądało, jakby ktoś stworzył z nich mur – angielskie „wall”.

W skrócie, Millwall.

1920-15210206662

Pod koniec XIX wieku Isle of Dogs było kolebką urbanizacji. To tu w 1858 powstał największy jak na tamte czasy parowiec świata, nazwany – a jakże – Millwall. Był klapą, nie zdołał wypłynąć z Anglii bez pierwszej katastrofy, ale mniej spektakularne statki z powodzeniem każdego dnia wyruszały stąd w dalekie rejsy. Kwitł handel, przemysł, a Isle of Dogs, liczące sobie na początku wieku sześciuset mieszkańców, wkrótce stało się tętniącym życiem kilkunastotysięcznym dokerskim miasteczkiem.

Tam też działało JT Morton produkujące puszkowaną żywność, podstawowy wikt marynarzy. Firma ze szkockim rodowodem, pochodząca z Aberdeen, przeniosła się do Londynu, czując, że to tu czekają wielkie pieniądze. W 1885 robotnicy JT Morton postanowili założyć drużynę piłkarską, szkocki rodowód uwieczniając w błękitno-białych barwach. „The Dockers”, czyli Millwall, od 1900 znani byli już jako „The Lions”.

Nowy pseudonim nie został nadany, a wypracowany. Millwall zbiło Aston Villę w FA Cup. The Villains byli Barceloną, Realem i Bayernem tamtych czasów. Na Isle of Dogs przyjeżdżali jako lider First Division i mistrz Anglii. A jednak przegrali z zakładowym zespołem nie należącym do struktur Football League. To klasyczne „giant killing”, jedno ze sławniejszych w historii brytyjskiej piłki. To po tym meczu Milwall przyjęło motto „We Fear No Foe Where E’er We Go”. Prasa pisała o „The Lions from the South”. Nie można odrzucić tak szlachetnego, w dodatku wywalczonego na murawie przydomka.

5GhOPDJ

W 1890 zakładową drużynę założyli też robotnicy Thames Ironworks and Shipbuilding Company, potężnej firmy trudniącej się budową statków. Thames Ironworks, rywal Millwall zza Tamizy, to oczywiście późniejszy West Ham. Obie drużyny w latach 1899 – 1915 mierzyły się ze sobą sześćdziesiąt razy. Zarówno piłkarze jak i kibice obu obu drużyn pochodzili z podobnego środowiska – rodzin dokerskich. Nie wiedli słodkiego, miłego życia; rutyną był znój, bieda, ciężka walka o każdego pensa, na którego dało się zarobić tylko ciężką pracą fizyczną. Ci ludzie musieli być twardzi, żeby przetrwać. Trafił swój na swego, co było widać na meczach.

East Ham Echo tak wspomina mecz z 17 września 1907:

Od pierwszego kopnięcia piłki jasne stało się, że na tym meczu będą kłopoty. Burza zaczęła się, kiedy Jean i Jarvis wdali się w bójkę. To wzbudziło poruszenie widzów, kibice wpadli jakby w gorączkę. Walki na trybunach wybuchały spontanicznie. Millwall kończyło mecz w dziewiątkę”. Z czasem brutalność na tych derbach stała się normą. Rywalizacja weszła na zupełnie inny poziom nienawiści, gdy w 1926 dokerzy z dzielnicy West Ham strajkowali, a dokerzy identyfikujący się z Millwall pracowali w najlepsze.

ThamesIronworksMillwallAthletic

Rysunek z programu meczowego pierwszego meczu Thames Ironworks – Millwall

Los jakby chciał dawkować kibicom perwersyjną rozkosz bezpośredniej bitwy z arcywrogiem, bo po wojnie przez całe dekady Millwall grał z West Hamem raptem parę razy. Ale to sprawiało tylko, że takie wydarzenia były przez kiboli traktowane z jeszcze większym namaszczeniem. Nawet mecz towarzyski zorganizowany na cześć Harry’ego Crippsa, byłego gracza obu drużyn, zakończył się wielką burdą i konną policją walczącą na murawie z kibolami. Tragedią skończył się mecz z 1976, kiedy fan Millwall, Ian Pratt, w trakcie bójki na stacji New Cross, wpadł pod nadjeżdżający pociąg. „Młoty” ułożyły po tym upiorną przyśpiewkę:

„West Ham boys, we’ve got brains, we throw Millwall under trains”.

Millwall cierpliwie czekali dwa lata na okazję do odwetu. Gdy ta wreszcie się nadarzyła, w całej dzielnicy rozdawano ulotki informacyjne: „Aby pomścić Iana, kibic West Ham musi umrzeć”.

Oliwy do ognia w tamtych czasach dodawał fakt, że z ultrasów rekrutowały swoich żołnierzy dwa najpotężniejsze gangi Londynu. Krays pochodzili z East End, matecznika Młotów, a Richardsonowie z rejonu Millwall. Wyjątkowo ponurą reputację mieli ci drudzy, zwani „Torture Gang„. Ludzie Richardsonów potrafili przybijać ofiary gwoździami do podłogi, wyrywać zęby obcęgami, obcinać palce szczypcami przegubowymi.

PressMontage

Niewiele jest też w historii angielskiego futbolu sławniejszych ekip chuligańskich niż F-Troop z Millwall (późniejsi Bushwackers) i Inter City Firm z West Hamu. Wieloletni szef tych drugich, Cass Pennant, powiedział kiedyś:

„Millwall i West Ham są jak bracia, ale królem może być tylko jedną. To ta sama krew, ale pozabijają się, by objąć tron. To ta sama kultura, dzieli ich tylko Tamiza”.

Czasy się zmieniły, nie ma już F-Troop, nie ma Richardsonów, a dokerski rodowód obu społeczności coraz bardziej się zaciera. Ale antagonizm przetrwał w wielkiej mocy. Czasem polega na godnym lepszej sprawy zaangażowaniu w bolesną docinkę. Gdy West Ham pod dowództwem Avrama Granta spadał z ligi w sezonie 10/11, podczas ostatniego meczu nad stadionem przeleciała awionetka ciągnąca za sobą napis „Avram Grant- Millwall Legend„. W 2006, gdy w na Canada Square w dokach oglądano na wielkich telebimach mecz Anglia – Paragwaj, doszło do jatki. Prawdziwą podróżą w czasie było jednak tzw. Upton Park Riot.

avrambannerpic-138785734

W zamieszkach, żywcem wyjętych ze złotych czasów angielskiej chuliganki, dziesiątki osób trafiły do szpitala, jeden fan Millwall dostał nożem. Był to trójstronny bój między policją i kibolami obu stron. Trzy razy przerywano mecz z powodu pitch invasion, a walki przeniosły się na ulice. Świadkowie zdarzeń – chciałoby się rzec: cywile – wspominają ganiające się po mieście bojówki, zakrwawione twarze, obrzucanie się cegłówkami, butelkami.

Na Millwall Online informację, że ktoś dostał nożem, pewien czytelnik skomentował tak:

– Kimkolwiek jest ten człowiek, módlmy się, by przeżył. Chyba, że jest z West Ham. Wtedy niech zdycha.

***

One man went to war (WAR!)
Went to war with West Ham,
One man and his baseball bat,
Went to war with West Ham.

BK9FhqlCQAIFYCM

***

Lata sześćdziesiąte i osiemdziesiąte to szczyt siły West Ham. Mieliśmy wtedy kilka fajnych bójek. W 1972 czekaliśmy na nich pod The Den. Wcześniej biliśmy się na ulicach i dostali. ICF chciało zemsty podczas meczu. Przynieśli noże, młoty i ciężkie klucze, żeby zyskać przewagę. Gdy mecz się zaczął, nawet nie zauważyliśmy piłki, liczyło się tylko to, żeby dotrzeć na trybunę ICF. Bronili się dziewięćdziesiąt minut, dziewięćdziesiąt minut piekła. Po końcowym gwizdku udało im się uciec na ulicę, a potem uciekali na stację, cały czas rozpaczliwie broniąc się przed atakami.

Po wszystkim poszliśmy na piwo do Old Kent Road.

„No One Likes Us, We Don’t Care. True Stories From Millwall, Britain’s Most Notorious Football Hooligans”. Andrew Woods.

***

Can you hear the West Ham sing?
No, no,
Can you hear the West Ham sing?
No, no

***

Są takie sytuacje, kiedy nawet największemu wrogowi podaje się rękę. Niewiele klubów w Anglii zostało tak doświadczonych przez drugą wojnę światową, co Millwall. Przed nią byli liczącym się klubem, po niej – wybaczcie – popierdółką. W trakcie wojny hitlerowcy zbombardowali im stadion. W 1943, od niedogaszonego peta, spłonęły pozostałości trybun. West Ham był jednym z trzech klubów – jeszcze Charlton i Crystal Palace – które zaoferowały Millwall swój stadion. W rok kibice The Lions własnymi rękami od podstaw odbudowały swój piłkarski dom. Millwall z Isle of Dogs wyprowadzili się w 1910, powodem była konieczność znalezienia miejsca pod większy stadion. Przenieśli się tuż za rzekę, rzut beretem na południe, na Cold Blow Lane w New Cross.

ColdBlowLane10

***

Hello, hello,
We are the Millwall boys,
Hello, hello,
We are the Millwall boys,

And if you are a West Ham fan,
Surrender or you will die,

***

Kiedy byłem w „firmie” w latach siedemdziesiątych, na wyjazdach wszyscy się znali. Wszyscy z F-Troop regularnie spotykali się na piwie w Old Kent Road, a także mieszkali w okolicach Peckham, Walworth, Bermondsey i Deptford. To mała społeczność, ale działało to na naszą korzyść. Jeśli wychodziliśmy na kogoś, nie mogłeś uciekać, bo znałeś wszystkich. Jeśli odwróciłbyś się, zawahał, nigdy nie mógłbyś już pokazać swojej twarzy na osiedlu. Mogliśmy wyjść na ekipy cztery razy większe od nas, bo nikt nigdy nie zawrócił, nie cofnął się. To działało na wyobraźnię rywali. Czasami mieliśmy zajebiste wyniki nawet, gdy na wyjazdach była nas raptem setka. Zbiliśmy tak Oxford, Bristol Rovers, Bristol City, Blackpool, Sheffield Wednesday, Norwich i Chelsea. 

„No One Likes Us, We Don’t Care. True Stories From Millwall, Britain’s Most Notorious Football Hooligans”. Andrew Woods.

***

Od piłkarzy wymagam, żeby dawali z siebie sto procent. Dla mnie graczem, który uosabiał ducha Millwall, był Frank Neary. Grał gówno, ale zawsze dawał z siebie wszystko. Jak Neary stracił piłkę, nie przestał biegać, dopóki jej nie odzyskał.

***

Millwall_brick_held

O kibolach Millwall najlepiej powie fakt, że dali światu własną partyzancką broń. Słynna na cały świat „Millwall brick”, wymyślona przez kiboli z The Den w latach sześćdziesiątych. Sprytna odpowiedź na coraz częstsze kontrole policyjne, po których mundurowi konfiskowali wszelkie przedmioty, których można było użyć jako broń. Ale przecież kto by podejrzewał cholerną gazetę?

W „A Skinhead Bible” znajdujemy opis: „Cegła Millwall powstawała z kilku stron gazety zwiniętych ciasno na całą długość. Taką tubę odpowiednio naginano. Dodatkowym trikiem było wzmocnienie jej drobniakami. Żaden policjant nie zatrzyma cię za posiadanie Daily Mirror pod pachą i kilkoma pensami w kieszeni”. Czasami namaczano gazetę, by była twardsza. Czasem związywano sznurówką. Zdarzały się cegły Millwall wzmacniane gwoździami.

Trafiły nawet do popkultury. W 1995 zespół Bad Moon Rising nagrał płytę Millwall Brick. Taką też broń skręcił Matt Damon grając Jasona Bourne’a w The Bourne Supremacy.

Tu macie przykład cegiełki użycia w serialu gangsterskim Lilyhammer. Wzmacniana monetami, płyn utwardzający – mocz. Fachura. Od 1:50:

Ew. W części drugiej przykłady użycia.

***

– Czyli każdy, kto wchodzi na stadion, musi być gotowy na kłopoty?
– To chyba oczywiste.

Panorama BBC.

***

Kiedy wróciłem do pubu na zasłużonego drinka, opowiedziano mi, że autokar Ipswich został obrzucony cegłą, a wszyscy „Traktorzyści” zostali wdeptani w ziemię. To ich nauczy, żeby nie bić nas 6:1. Chujowy dzień dla futbolu, ale zajebisty dla bójek. Praliśmy się z wieśniakami przed meczem, na meczu i po nim, nie mówiąc o policji. Mimo wszystko byłem zaskoczony, że następnego dnia prasa pisała tylko o o nas. Bobby Robson powiedział: „Policja powinna skierować na nich miotacze ognia”. Nasz prezydent, Hebert Burnige, zrezygnował. Wszystko kurwa przez dobra bójkę z farmerami! Przesadzili. Ale wszystko zdarzyło się kilka tygodni po materiale BBC o Millwall, potem znowu pokazano nas w Match of the Day. Zły zbieg okoliczności. Nasza wina, że po tym dokumencie inne ekipy jeszcze bardziej chciały się z nami mierzyć?

***

Po Luton debata o nas trafiła nawet do parlamentu. Zupełnie inna liga. Nazwali nas „najgorszymi z najgorszych”. Zaakceptowaliśmy to. Od następnego meczu skandowaliśmy:

– we are evil… we are evil… we are evil… we are evil…

Fragment filmu „Awaydays”.

***

Kiedy pytają cię „Za kim jesteś”, a ty odpowiadasz, że za Millwall, ludzie zmieniają wyraz twarzy. Wyrażają szok, czasem grozę. To miłe uczucie nie być kibicem sukcesu Man Utd czy innego Arsenalu. Millwall to prawdziwi fani piłki. Mamy więcej pasji niż inni, bo jesteśmy gotowi walczyć za swój klub i za jego terytorium.

***

You’ll run,
And you know you will,
You’ll run,
And you know you will,
You’ll run,
And you know you will…

***

748ebf7108f8c54a814556a2c586a0fb

Własny stadion, własna twierdza. Każda drużyna chciałaby tak uważać, ale mało która ma do tego prawo. Millwall nigdy nie było i nie będzie Barceloną, Realem, Bayernem, Juventusem, Interem, Liverpoolem czy Manchesterem, czyli potęgą piłkarską, która w pewnym momencie swojego istnienia złoży taką pakę, że wyrwać jej punkty zakrawa na cud. Ale wytłumaczeniem faktu, przez który Millwall biło swego czasu rekordy Anglii jeśli chodzi o skuteczność gry u siebie, zawiera się w samej nazwie stadionu.

The Den.

Jaskinia. Legowisko. Nora.

Jama. W jamie nikt nie gości cię herbatą, ciastkiem kokosowym i wygodną kanapą. Jamę ma potwór.

Jakby tego było mało, pierwotnie The Den mieściło się przy Cold Blow Lane. Słusznie zauważyło BBC: przecież tu sam adres brzmi jak groźba. Blow up – wybuchnąć, wściec się. Blow somebody brains out – palnąć komuś w łeb. Samo blow to cios.

Czyli, łopatologicznie tłumacząc na polski, mamy do czynienia z jamą w zaułku zimnego ciosu. Jakaś turpistyczna poezja.

55c3e6eaf4d0a7619b4e8074f838227f

Gdy Plymouth Argyle w 1967 wywiozło z The Den trzy punkty, przerywając passę 59 meczów domowych Millwall bez porażki, w autokarze wybito wszystkie szyby, kibiców rywali zmieciono.

W 1978, gdy Ipswich w ćwierćfinale FA Cup rozgrywanym przy Cold Blow Lane wygrało 6:1, autokar również nadawał się do kasacji, na trybunach zaczęła się bitwa, która potem przeniosła na boisko. Menadżer Ipswich, Bobby Robson, powiedział wtedy, że policja powinna potraktować fanów Millwall miotaczami ognia. Bywalcy The Den chcieli, by rywale bali się tu wygrywać. Misję traktowali sumiennie, a obskurny obiekt pomagał stworzyć atmosferę terroru:

„Szatnia gości jest jak loch. Nie ma tam światła, nie ma okien. Łazienki są przerażające. A potem musisz wyjść i zmierzyć się z nimi, z The Lions. Będą huraganowo nacierać, a ty będziesz widział też, co się dzieje na trybunach. Większość drużyn nie daje rady, rozsypuje się psychicznie. Ale gdy tam zostajesz na dłużej, zaczynasz tę atmosferę kochać. Wiesz, że to jedna z twoich najmocniejszych stron”.

Eamon Dunphy. W Millwall w latach 65-74.

„Pamiętam, gdy pierwszy raz wychodziłem na The Den jako junior Leicester w piątej rundzie FA Cup. To miejsce przypominało jedną wielką pułapkę. Jad, jaki spotkał nas ze strony fanów Millwall, był nieprawdopodobny. Pamiętam, że przeszło mi przez myśl: może niezłym pomysłem byłoby tu nic nie strzelić”.

Gary Lineker.

„Drużyny nienawidzą przyjeżdżać na The Den. Nasi fani przyzwyczaili się do zastraszania rywali. Pamiętam, kryłem Frannie’go Lee z Boltonu, a on po pięciu minutach powiedział do mnie: jesteś popularny na trybunach, prawda? Powiedziałem: tak, ale jeśli nie zbliżysz się do mnie, powinieneś stąd wyjechać! NIe zbliżył się do mnie ani razu przez cały mecz”.

Harry Cripps. Obrońca, w Millwall grał w latach 61-74.

CJZkMbMWEAAsbmI

Do zajść dochodziło na porządku dziennym. Co tu kryć, ekipy takie jak F-Troops traktowały bójkę jako normalną część meczu, a cała Anglia znała „Millwall Roar”, czyli doping oparty na zastraszaniu piłkarzy przeciwnika. Czasami sprawy wymykały się spod kontroli: na Luton 81 osób rannych, w tym 31 policjantów. Sierżant Colin Cooke został dopadnięty na kole środkowym, skopany został tak, że przestał oddychać. Ratował go poprzez sztuczne oddychanie Phil Evans, i według źródeł, nawet podczas reanimacji dostał zabłąkanym ciosem czy kopniakiem. Luton po tym meczu na cztery lata przestało przyjmować gości.

Oczywiście, że gdy po kompromitacji ze Slough Town kibole Millwall zniszczyli biedne miasto Slough, prezes Alan Thorne groził zamknięciem klubu. Oczywiście, że szefostwo chciało się zapaść w ziemię, gdy ktoś podczas wyjazdowego meczu z Brentford wrzucił na boisko granat-niewypał. Dość zabawnie wyszło, gdy spiker QPR zagroził przerwaniem meczu, jeśli ktoś jeszcze wbiegnie na murawę, czym przywołał kiboli Millwall na boisko – ich ukochana drużyna przegrywała.

Ale prawda jest taka, że zastraszający rywali kibole byli faktycznym kapitałem drużyny. Ci ludzie wiedzieli jak zmrozić krew w żyłach. Jeśli są drużyny, które mają dwunastego zawodnika, to należy się czasem zastanowić: jaki jest ten dwunasty zawodnik? Tłum kiboli Millwall siłą tysięcy gardeł posyłał na boisko wyjątkowo wkurwionego Vinniego Jonesa.

C5GCLw-XAAEna8P

Jedyny w historii awans do najlepszej angielskiej klasy rozgrywkowej udał się dzięki fenomenalnej formie Tony’ego Cascarino i Teddy’ego Sheringhama, dzięki sprytnemu zarządzaniu działaczy,  zgranej i twardo grającej drużynie, ale też nie oszukujmy się: również dzięki atmosferze The Den. To był cud – przez lata śmiano się z Millwall, że są jedynym londyńskim klubem, który nigdy nie zagrał w First Division. W 1972 byli jedną nogą wyżej, ale dał o sobie znać ich słynny pech – w ostatnich sekundach wyprzedziło ich Birmingham. Ale wtedy, w sezonie 87/88, udało się.

Wśród najlepszych zabawili dwa sezony. Mieli piękne wejście, bo zaczęli z kopyta, od czterech zwycięstw i dwóch remisów, co dawało im fotel lidera. Pierwszy rok zakończyli na niezłym dziesiątym miejscu. Rok później byli bezdyskusyjnie najsłabsi. Do utrzymania brakło im aż 17 punktów. Na ironię, ostatnie bezpieczne miejsce, zajmowało Luton.

***

Let’s go smash the town up,
Let’s go smash the town up,
La la la la,
Bush!

BV0-_SdIUAAk6zk

***

Urodziłem się w rodzinie, w której wszyscy byli kibicami Millwall – wujkowie, kuzynowie, mój ojciec. Wszyscy mieszkaliśmy w okolicy Old Kent Road, Bermondsey i Peckham. To taka okolica południowego Londynu, że podobno nawet rząd USA oznaczył ją czerwoną flagą dla turystów: „unikać za wszelką cenę, niebezpiecznie jak w Gwatemali, śmierć jest tu na porządku dziennym”. Pójście na mecz z rodziną to jedno z moich pierwszych wpsomnień. Miałem sześć lat, a już byłem zabierany do pubu. Każdy mecz domowy to wizyta w Duke of Albany. Zacząłem tam pić w wieku 11 lat. Najpierw shandy, potem raz na jakiś czas mocniejsze piwo. W wieku 13 lat byłem pełnoprawnym członkiem pijącej ekipy. W wieku 17 lat byłem pełnoprawnym członkiem brutalnej, niewybaczającej ekipy Bushwackers. I kochałem to. Zadyma była zawsze częścią meczu. Zastraszaliśmy  kibiców, piłkarzy, działaczy, sędziów. Na The Den zawsze chodziło o zastraszenie.

Wydarzeniem były dla mnie zdarzenia na Kenilworth Road w marcu 1985. Wszyscy wracali z tego meczu podekscytowani. Duży mecz dla nas, ćwierćfinał FA Cup. My, trzecioligowcy, kontra pierwszoligowy Luton. Pojechaliśmy w sile dziesięciu tysięcy.  Pamiętam wszystkie pomeczowe nagłówki: chuligani, skandal! Sprawa krajowa. U nas też tygodniami był to jedyny temat, ale w innym kontekście. Opowiadaliśmy jak tam było zajebiście. Co kto robił – czy bił się z kibicami Luton, czy z policją, gdzie, jak. W szkole też wszyscy o tym mówili. Starszy brat jednego z moich kolegów tak huknął z głowy gościa z Luton, że ten wpadł w witrynę sklepową wybijając szybę. Myślałem sobie: niezła akcja.

***

F-Troop to najtwardsi z kiboli Millwall. Do tego stopnia szukają okazji do bójek, że chodzą w tym celu na mecze, w których nie gra Millwall.

Dan Atyeo. Bloods & Guts, Violence in Sports (1979).

***

– Dlaczego nie wszyscy fani innych drużyn przyjeżdżają na wasz stadion?
– Bo się boją. Tak samo bał się Tottenham.

F-Troops, nie mogąc dopaść Tottenhamu, który bał się przyjeżdżać na The Den, poszli na Charlton – Tottenham i tam sprali Spurs.

„Po trybunach krążyły niepotwierdzone plotki, że na stadionie jest Millwall, ale Spurs zbywali te pogłoski. Wkrótce zaczęły się bójki w ich sektorze, co zaskoczyło wszystkich, bo Charlton nie miał opinii chuliganów, nie mieli też żadnej ekipy ultras. Kilka tygodni później w dokumencie BBC, członkowie F-Troop przyznali, że to oni byli odpowiedzialni za rozruchy”.

Jak na ironię, szefostwo Millwall samo zaprosiło BBC do stworzenia materiału, który stał się kamieniem węgielnym chuligańskiej opinii The Lions. W 1977 działał przy The Den młody menadżer-wizjoner, Gordon Jago, który wiedział jak ważny jest wizerunek. Robił co mógł, by ocieplić markę Millwall. Chciał nawet przemianować nazwę ulicy Cold Blow Lane na Montago Bay. Pozytywny w wymowie dokument BBC miał ostatecznie zabić mit „złego Millwall”. Odmienić los. A potem BBC przedstawiło bywalców The Den jako mających związek z faszystami zwyrodnialców. Gdy w klubie puszczono przedpremierę, działacze błagali, by zamknąć nagranie w sejfie i wyrzucić klucz. Po emisji Gordon Jago zrezygnował.

Kiboli tylko to nakręcało. Ich walki pokazywano w telewizji. Czuli się jak gwiazdy, a kibole innych drużyn zaczęli traktować Millwall z większym szacunkiem. W przewrotny sposób fakt, że rozpisywały się o nich wszystkie media, a BBC kręciło poświęcony mi dokument, było godnym zazdrości szczytowym chuligańskim osiągnięciem.

***

Luton na cztery lata przestał przyjmować ekipy wyjazdowych. „Noc, kiedy futbol się zmienił”. mówiono. „Wstyd dla piłki”, pisano.  Chłopaki w pubie tak nie myśleli, ja również. Byłem przyklejony do telewizora, gdzie na okrągło nas pokazywali. Rozpoznawałem twarze z pubu w Match of the Day! To było coś.

***

If we lose,
If we fail,
We take it out on British Rail,
Wreck the train!
Wreck the train!
Wreck the train!

***

You’ll never make the station…
You’ll never make the station…
You’ll never make the station…
You’ll never make the station…

***

0_5

Problem z kibolami Millwall był na tyle poważny, że policja próbowała to środowisko infiltrować. Udało im się tam wprowadzić swojego agenta, tajniaka, tak jak do mafii.

– Czy byłem chuliganem? Tak. Ale nigdy nie zapomniałem, że to moja praca. Były takie chwile, kiedy śmiałem się i cieszyłem, jak nigdy w życiu. Spotkałem ludzi, których chciałbym mieć jako przyjaciół na całe życie. Ale to była praca. Tworzyłem swoją role i musiałem ją żyć.

Tak wspominał James Bannon lata później przy okazji publikacji książki „Ja, kibic”. James z czasem zaczynał się wciągać i coraz bardziej fascynować nowym światem. Czy kiedyś przekroczył linię, zachwiał się?

– Raz. Z Middlesbrough w październiku 1988, kiedy policja nie reagowała, gdy oni rzucali w nas zaostrzonymi monetami i fragmentami cegłówek. Kiedy człowiek za mną został ostro raniony naostrzoną pięćdziesięciopensówką, zwróciłem uwagę policjantom. Zagrozili mi, że mnie aresztują. Po meczu policja nas eskortowała, a potem nagle się rozeszła. Patrzymy, a tu zaraz wychodzi 120 z Middlesbrough. Zupełnie, jakby policja wprowadziła nas w pułapkę. Tego dnia miałem dość. Skopałem i zbiłem tego dnia wielu ludzi. Dostałem w ramię kijem bejsbolowym. Złapałem kogoś za krtań i mało nie udusiłem.

***

– Mick, kiedy się ustatkujesz? Ożenisz? Przestaniesz priorytetowo traktować piłkę nożną i Millwall?

– Ożenek cię uwiązuje. Nie jesteś wolny, nie możesz kiedy chcesz jechać za drużyną, którą kochasz. Miałem się ożenić, miała na imię Loraine. To było kilka dni przed ślubem, mieliśmy podpisać jakieś tam niezbędne dokumenty. Po prostu nie pojechałem, choć wiedziałem, że tam czeka. Zamiast tego poszedłem na Millwall.

– Nie ma dla ciebie większej miłości.

– Nie. To jest ta jedyna.

***

You are my Millwall,
My only Millwall,
You make me happy,
When skys are grey (and when there blue),

You never notice,
How much I love you
So please don’t take my Millwall away…

***

Były prezes Millwall, Reg Burr, pewnego razu powiedział, że ten klub jest kozłem ofiarnym, a jego fama wyolbrzymiona przez media. Cóż, chciałoby się od razu powiedzieć – panie Regu, czy wyolbrzymione było Luton z 1985? Czy Slough zniszczyła Godzilla? Chyba nie.

Ale Reg Burr ma jednak rację. Nie upiera się bowiem, że jego chłopcy nawet przez ulicę przechodzą zawsze na zebrze, chodzi mu tylko o nagonkę medialną. Niesprawiedliwość w przedstawiania faktów. Przykładem sprawa Gavina Granta. Grant został oskarżony o zabicie Jahmal Moore, a w 2010 skazany na dożywocie. Grant to były skrzydłowy Grays Athletic, Wycombe, Gillingham, Bradford i Stevenage. Jak natomiast sprawę zajawiły media? „Były piłkarz Millwall idzie do więzienia” – tak napisało choćby BBC. Grant w barwach The Lions zagrał raptem cztery razy. Epizod. Wszystkie wymienione wcześniej kluby reprezentował częściej. A jednak prasa wolała wspomnieć, że to gość z Millwall. Nie ma w tym przypadku. Łatka zostaje.

Ktoś może bronić sytuacji, mówiąc, że w epoce naciągania na kliki to jest wykroczenie naganne, ale przecież nie kłamali. Grał? Grał. Kenny Jacket, trener Millwall, zwrócił uwagę, że czasem po prostu prasa goni za sensacją. Podczas meczu z Huddersfield na The Den to jeden z kibiców gości rzucił monetą w liniowego. Gospodarze interweniowali. Złapali winowajcę i podali go policji na złotym talerzu. Tak też sprawę przedstawił The Observer. Ale już The News of the World napisało „Millwall Thugs Deck Linesman With Concrete”.

Bo przecież rzut monetą fana Huddersfield nikogo nie zagrzeje. Ale Millwall? Co też ta banda chuliganów znowu zrobiła! Ktoś powinien zrobić z nimi porządek. I z wkurwienia rodzi się życiodajny klik. Harry the Dog pewnie się nie spodziewał, że jego wyczyny kilka dekad później będą napędzać koniunkturę portali internetowych.

Zarazem nie da się ukryć, ich fama to miecz obosieczny. Z jednej strony prasa potrafi przerysować przewinę, bo to przecież zawsze szukające zwady Millwall, z drugiej chuligańska przeszłość – tożsamość? – zapewnia klubowi rozpoznawalność na całym świecie. Największe potęgi nie trafiły do tylu filmów i seriali. The Firm z 1989, Gary Oldman w roli głównej jako członek Inter City Firm, tłukącego się z bojówką Millwall. Football Factory o ultrasach Chelsea Headhunters, ale kto odgrywa rolę finałowego bossa? Oczywiście Millwall, z którym Headhunders toczą walkę na sam koniec. O Green Street nawet nie wspominam, wszyscy to widzieliście, tutaj także na koniec trzeba się lać z bywalcami The Den.

Zdarza się, że fama jest wykorzystywana w celach humorystycznych: w serialu Black Books główny bohater chce trafić do szpitala, by móc odroczyć spłatę podatków. Znajduje prosty sposób by tam trafić, mianowicie śpiewa kibolom Millwall rzewną melodię:

How does the song go? Millwall, Millwall, we’re really dreadful and all of our girlfriends are unfulfilled and alienated.

Od 1:27:

***

You’re not scary,
You’re not scary,
You’re not scary anymore,
You’re not scary anymore…

Przyśpiewka, jaką kibole innych drużyn w ostatnich latach witali Millwall. Z jednej strony tylko potwierdza, że kiedyś The Lions wzbudzali autentyczny strach. Z drugiej, bardziej ma na celu wkurwić, niż mówić prawdę. Przecież Upton Park Riot nie było fatamorganą, a play-off z Birmingham w 2002 był jatką jeszcze większą. Dość powiedzieć, że podczas walk rannych zostało nie tylko 47 policjantów, ale również… 24 konie policyjne.

***

Pojechaliśmy na północny Londyn, zatrzymaliśmy się pod The Arsenal Tavern .Nasz plan – wchodzić po trzech, czterech, a kiedy wejdziemy już wszyscy, uderzyć. Ja i dwóch kumpli weszliśmy i zaczęliśmy grać w bilard. Rozglądając się widziałem, że z Arsenalu są obecni prawie wszyscy najlepsi ich goście. Świetnie, pomyślałem, bo zaraz mieli spotkać najlepszych trzydziestu od nas. Grałem bilard, ale adrenalina w żyłach buzowała niesamowicie. Tylko czekałem. I wkrótce zaczęło się. 

– Miiilllllwall….

Ktoś rzucił szklanką z piwem za bar. Kije bilardowe wykorzystaliśmy do ataku. Uderzyłem jednego gościa w twarz, ktoś poprawił mu butelką w głowę – facet upadł. Rozejrzałem, się, po paru minutach wszędzie leżeli. Krzyczeli, ich twarze cięło leżące na podłodze szkło, a my ich kopaliśmy. Wyglądało to jak scena z saloonu na dzikim zachodzie. 

***

„Wiem, że wielu kibiców Millwall nie może znieść myśli o opuszczeniu the Den, ale czasy się zmieniają, a nowy stadion wygląda przepięknie. Myślę, że wszyscy z nas muszą się przyzwyczaić do stadionów, na których są tylko miejsca siedzące, ale w tej branży nie możesz stać w miejscu. Kto tak zrobi, umrze”.

George Graham, legendarny trener The Lions.

***

„London Calling” The Clash. No Surrender „Bruce’a Springsteena”. Town Called Malice” The Jam, „House of Fun”, z fragmentem „Welcome to the lion’s den…” Madness. Przyjemna lista przebojów stadionu Millwall.

***

maxresdefault

The New Den otwierano w 1993 z wielką pompą. Był to pierwszy w Anglii stadion wyłącznie z miejscami siedzącymi i akurat dorobili się go ci, którzy najmniej takiego chcieli! Przypadku nie ma – The Den zostało zmasakrowane w „raporcie Taylora”, który po katastrofie Hillsborough badał bezpieczeństwo na angielskich stadionach. Uczyniono z Millwall przykład – zobaczcie, da się zmienić nawet najgorszą norę. Tutaj było niebezpiecznie pod każdym względem, a teraz arena jak spod igły! Oczywiście, starzy wyjadacze woleli swoją starą dobrą trybunę z miejscami stojącymi, ale co było zrobić.

cbl

Piłkarsko Millwall po spadku z First Division wrócił tam, gdzie był przez większość swojego istnienia. Błąkał się między drugą, a trzecią ligą, tylko raz na jakiś czas dając prasie powód, by napisali o nich ze względu na boisko. W sezonie 01/02 mogli awansować do Premier League, ale przegrali play-offy z Birmingham – fani nie znieśli tego lekko, zaczęła się jatka. W 2004 wydarzeniem był rajd do finału FA Cup, gdzie The Lions polegli dopiero z Manchesterem United. Rok później mieli nawet okazję zadebiutować  w europejskich pucharach, ale przygoda trwała krótko – lepszy w pierwszej rundzie okazał się Ferenvcaros.

Teraz znowu przypomnieli o sobie dzięki pucharowej przygodzie. Trzecioligowiec z The Den po drodze do ćwierćfinału z Tottenhamem wyrzucił Bournemouth, Watford, Leicester. W lidze idzie mu… ciekawie. W 2017 jeszcze nie przegrał, zaliczył też passę dziewięciu meczów bez straty bramki. Grzegorz Żmija byłby dumny.

Najważniejsze mecze Millwall toczył poza boiskiem. Chciałoby się powiedzieć: jak dawniej, ale tym razem to były wojny toczone w gabinetach. W 1997 groził im komornik, bankructwo, ale pożar został ugaszony. Ostatnio brali udział w serialu, który mógł ich pozbawić domu. Pamiętacie od czego zaczęły się problemy Wimbledonu? Od utraty Plough Lane, które przerobiono na domki jednorodzinne i supermarket. Millwall groziło to samo, bo tereny pod stadion tylko wynajmują, a pod ziemie te całe lata podchody robiła tajemnicza firma Renewal. Nawiasem mówiąc, gdy The Lions pojechali na MK Dons, skandowali „You’ve got no fucking history”, a gdy podejmowali Wimbledon, śpiewali wspólnie z kibolami gości. Jedna z niewielu ekip, dla których bywalcy The Den mają szacunek.

The Den udało się obronić, co w sumie zaskoczyło kibiców. Zdawało im się, że z korporacyjną maszyną nie da się wygrać, że spisek w urzędzie miasta i wielka kasa wygrają. Wszystko wskazywało na to, że tradycje nie wystarczą, by zatrzymać wielomilionową inwestycję. Podpisy wsparcia dawali ludzie piłki z Garym Linekerem na czele, a także brać kibicowska – nawet West Ham. Szalę zwycięstwa na rzecz Millwall przeważyło dochodzenie The Guardian, które wykryło, że Renewal jest finansową wydmuszką, przekrętem, na którym dorobić się mają… właściwi ludzie również w urzędzie, który zatwierdzał plan zagospodarowania terenu.

Obrońcy z „Defend the Den” argumentują, że klub to część duszy dzielnicy. Że to coś więcej niż paru gości kopiących w piłkę, a element lokalnej tożsamości, poza tym Millwall wielokrotnie wspierał społeczne inicjatywy – a to pomagał ratować szpital, a to organizował dzieciakom wakacje, a to rozdawał bilety w szkołach. Organizowano zajęcia dla niepełnosprawnych, tworzono programy mające przeciwdziałać przestępczości wśród młodych. Wychodzili daleko poza kopanie w weekendy i zgarnianie biletów od widzów. Chcą jednoczyć społeczność, chce dawać jej jak najwięcej, chce stanowić jej serce.

A young Millwall fan

To wielki, trochę niedoceniany sukces, który pokazuje, że w zdominowanym przez pieniądze współczesnym futbolu jest wciąż miejsce na oddolne inicjatywy, a głosu większości nie da się wyciszyć samą forsą.

***

When i was just a little boy,
I asked my mother what it would be,
Would it be Arsenal West Sham or Chelsea,
Here’s what she said to me,

Oh Millwall, Millwall, Millwall,
Millwall, Millwall, Millwall,
Millwall, Millwall, Millwall,
Oh Millwall, Millwall…

***

Kibole Millwall w czasach swojej wątpliwej chwały budzili autentyczną grozę. Wyjazd na The Den zupełnie trafnie da się określić wizytą w jaskini lwa. Wciąż jeśli chodzi o Anglię są jednymi z najniebezpieczniejszych, ale umówmy się – dzisiaj to nie jest wielka sztuka. Mecze Premier League coraz częściej odbywają się nawet nie w teatralnej, a w bibliotecznej atmosferze.

To Millwall na pewno nie grozi. Pasji do kibicowania w starym stylu nie braknie, a Millwall Roar, choć pewnie w złagodzonej wersji, która nie wywołałaby strachu Linekera, będzie donośnie niosło się po angielskich stadionach. Przyszedł też czas, gdy na swoją niejednoznaczną historię można spojrzeć z dystansem. Prawda jest taka, że choć dużo w niej krwi i połamanych kości, to stanowi kapitał.

***

We are Millwall,
We are Millwall,
We are Millwall, from the Den,
We are Millwall, super Millwall,

We are Millwall, from the Den

No one likes us, no one likes us,
No one likes us, we don’t care,
We are Millwall, super Millwall,
We are Millwall, from the Den…

Leszek Milewski

Napisz do autora

KOMENTARZE (0)

Dodaj komentarz

Powiadom o
wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY

tennis-agnieszka-radwanska-australian-open_3406817
15 sierpnia, 21:54
Szamoobrona