Bananowa Hiszpania: Zmęczenie Luisa Enrique – honor czy przyznanie się do porażki?
Hiszpania

Bananowa Hiszpania: Zmęczenie Luisa Enrique – honor czy przyznanie się do porażki?

Koniec. Koniec Ligi Mistrzów (choć już dziś co drugim słowem w hiszpańskich mediach jest – jakżeby inaczej – „remontada”). Koniec cyklu. Koniec Luisa Enrique. C’est fini. Se acabó. Lub, jak powiedziałby Mariusz Max Kolonko – it’s over. Kibice i dziennikarze od tygodni na milion sposobów wizualizowali sobie krwawe rozstanie Barcelony z trenerem. Wyrzucali go przez okno, zakopywali żywcem pod ziemią, oblewali benzyną i rzucali zapałkami. Aż ten po wygranej 6:1 ze Sportingiem Gijón cały i zdrów wyszedł do mediów i bez zbędnego przedłużania sam powiedział: „Sorry, panowie, ale jestem zmęczony, dłużej tak nie dam rady”.

Decyzję Luisa Enrique starałem się analizować na milion sposobów, próbowałem spojrzeć na nią obierając różne punkty widzenia, ale niestety – za cholerę nie wiem, co o niej tak naprawdę sądzić. Z jednej strony w pewnym stopniu go rozumiem – czasami lepiej odejść, kiedy to ty masz dość, a nie kiedy to ciebie mają dość. Odejdziesz wówczas jako ktoś, kto nie ciągnął niczego na siłę, nie trzymał się kurczowo stołka, a po latach zamiast bycia postrzeganym jako gość, który przebył drogę od legendy do łachudry, zostaniesz zapamiętany jako facet, który wykonał swoją robotę, a następnie – gdy zdał sobie sprawę, że właśnie dobił do ściany – honorowo się pożegnał.

Z drugiej strony jednak, czy honor ma jakieś wielkie znaczenie, gdy wycofujesz się w połowie drogi? Czy tak naprawdę nie mamy do czynienia z sytuacją, w której trener, by zachować twarz, w egoistyczny sposób przedkłada dbałość o własny wizerunek ponad dobro zespołu? Czy nie było to otwarte przyznanie się do porażki w momencie, gdy do zgarnięcia jest jeszcze spora pula? Może się mylę, ale wydaje mi się, że piłkarzy coś podobnego najzwyczajniej w świecie musi mniej lub bardziej demotywować. No, chyba że rzeczywiście – jak donosi prasa – zawodnicy mieli już Luisa Enrique po dziurki w nosie.

Swoją drogą zastanawia mnie, czy Luis Enrique byłby nieco bardziej wypoczęty, gdyby miał okazję przekazać swoją decyzję po zakończeniu zremisowanego przez Real 3:3 spotkania z Las Palmas. Tak samo zresztą, jak zastanawia mnie, czy w obecnej sytuacji można już mówić o tym, że ligę hiszpańską koniec końców wygra drużyna, która będzie w tym sezonie mniej słaba. A może to reszta po prostu zrobiła postęp?

Tak czy siak, niezależnie od tego, gdzie należałoby doszukiwać się prawdy, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że teraz można już z czystym sumieniem stwierdzić, iż z perspektywy Realu Madryt brak mistrzostwa będzie absolutną katastrofą. Choć stwierdzenie, że „Los Blancos” ściskali już jedną ręką puchar dla najlepszej drużyny w kraju pewnie byłoby grubą przesadą, to jednak w ostatnich latach nie zdarzało się, by aż tyle czynników zagrało na korzyść Realu (i wcale nie mówię tu o sędziach!). Porażka w wyścigu po majstra z ekipą, której trener rezygnuje w połowie trasy, przynajmniej dla mnie byłaby bardziej bolesna niż jakiekolwiek 0:4, 0:5 czy 2:6.

Szczerze mówiąc, wcale bym się jednak nie zdziwił, gdyby cała ta szopka miała się okazać jedynie jakimś chytrym fortelem czy daleko posuniętą zagrywką psychologiczną.

* * *

Zeszłotygodniowa potyczka Realu z Las Palmas po raz kolejny uświadomiła mi, że w gruncie rzeczy w piłce bardziej niż do samego wynik często większą wagę przywiązuję do całej otoczki. Jasne, 3:3 u siebie na tym etapie sezonu z zespołem, który dostał w papę w czterech poprzednich potyczkach musiało naturalnie w jakiś sposób mnie wkurzyć i zaboleć, jednak gdzieś tam w głębi duszy jedna rzecz bardzo mnie ucieszyła – świetny mecz Jesé, który po tragicznym półroczu w PSG obecnie stara się odbudować na rodzinnych Kanarach i który w środę miał okazję zaliczyć sentymentalny powrót do innego ze swoich domów – Santiago Bernabéu.

Tak jak czasami piłkarzom nie mogę przez lata wybaczyć pojedynczej akcji, nawet jeśli potem grają jak z nut (Figo i spartolony karny w półfinale Ligi Mistrzów z Juventusem czy Higuain i jego legendarny słupek z Lyonem), tak na Jesé – choć do formy sprzed kontuzji nawiązywał jedynie bardzo krótkimi chwilami – wieszać psów nie potrafiłem, nawet wówczas gdy miewał długie tygodnie, podczas których lepiej śpiewał z kumplami reggaeton niż grał w piłkę. A – żeby było jasne – śpiewać Jesé nie potrafi wcale a wcale.

Graczy, których darzyłbym bezwarunkową sympatią, choćby wadzili głowami o kolana podczas biegu, wymienić mogę trzech – Marcina Chmiesta, Kakę i właśnie Jesé. Pierwszego było mi szkoda, gdy w pierwszoligowej Arce Wojciecha Stawowego obarczano go odpowiedzialnością za wszelkie niepowodzenia, drugiego było mi żal, ponieważ w moim odczuciu był zbyt dobrym człowiekiem, by krytykować go w aż tak okrutny sposób, trzeciego zaś pamiętam głównie z jednej sytuacji – powitania, które zgotowało mu Bernabéu, kiedy po wielomiesięcznej kontuzji kolana wracał do gry i od razu przywitał się golem.

Był to prawdopodobnie jeden z najbardziej wzruszających momentów, jakie miałem okazję widzieć na żywo na stadionie. I zarazem spotkanie, które pokazało, że starcia potęg z trzecioligowcami od czasu do czasu potrafią pisać historie, które w przyszłości pamiętać będą nie tylko ci maluczcy.

* * *

Co zaś słychać w Valencii? Cóż, w Valencii wszystko powoli wraca do normy. Przynajmniej jeśli chodzi o kwestie organizacyjne. Już pal licho porażkę 0:3 z Atlético na Vicente Calderón – ta była akurat w miarę do przewidzenia. Co innego to, co stało się już po meczu. Jeśli bowiem ktoś mógł spóźnić się po spotkaniu na pociąg powrotny, a następnie przy kasie dowiedzieć się, że w następnym nie ma już wystarczającej liczby miejsc, to chyba tylko właśnie Nietoperze. Od czterech godzin w autokarze korona z głowy jednak nikomu jeszcze nie spadła. Z pewnością łatwiej przetrawić coś takiego niż 13. miejsce w tabeli.

KOMENTARZE (21)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Stanislav Levy

Enrique podjął najlepszą decyzję z możliwych. Dlaczego?
Możesz pójść do najgorszego burdelu, będącego w samym sercu Kibery, i poprosić o najgorszą szmatę, która robi wszystko za pół dolara, a i tak nie dorówna ona kurewstwu piłkarzy. Bo pod każdą szerokością geograficzną i w każdej lidze znajdzie się banda chuja, która zacznie grać na zwolnienie trenera. I nie ważne czy to Barca, Real, Leicester czy Cracovia. I ten właśnie moment wyczuł Enrique. Pewno że popełniał błędy. Każdy je popełnia. Ale jaką skończoną kurwą trzeba być, żeby zakładać koszulkę ukochanego klubu, słuchać na odprawie człowieka, który jeszcze rok temu doprowadził drużynę do sukcesu, po czym pomyśleć „pierdol się, dziś nie chce mi się biegać,a tak w ogóle to myślę że rok temu wygralibyśmy i bez Ciebie na ławce”.

Hivth

Fajny stek domysłów, szkoda, że oparty na dość przeciętnie rozbudowanej wyobraźni, a nie jakichkolwiek faktach 😉

LE nie tylko popełniał błędy, bo to można mu wybaczyć – on nie umiał się na nich uczyć, a tego wybaczyć już nie można. Szereg jego fatalnych cech można by wymieniać godzinami, z biernością, brakiem zmian przed 60tą minutą czy przywiązaniem do nazwisk i pupilków na czele. Jakbym miał grać z Gomesem też bym zaczął grać na zwolnienie 😉

Stanislav Levy

Ty łączysz brak wyników ze stawianiem na Gomesa, i słusznie. Ja nagły powrót Barcy do formy łączę z tym, że grajki dopięli swego (choć odstawienie Gomesa na pewno też ma duży wpływ na wyniki). A tak poza tym to co? Jak zdobywali potrójną koronę a później obronili mistrzostwo to Enrique nie robił takich błędów? Mi się wydaje, że prowadził drużynę tak samo, a popatrz- wygrywali.
Ale tak na prawdę to ja nie chcę mówić konkretnie o Enrique. Bardziej o szerszym aspekcie skurwienia piłkarzy. I wiesz co? PSG nie przejdą, ale mogą wygrać po raz kolejny to mistrzostwo. Bo mentalne dziwki właśnie osiągnęły swój cel. Wiedzą, że Enrique w klubie już za chwilę nie będzie. I nagle zaczną grać jak z nut. Tak jak Leicester. Jak z Realem po Mourinho. Jak z Cracovią po Podolińskim. Jak z Legią po Hasim. Przykłady można mnożyć.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Hivth

Póki co zagrali JEDEN dobry mecz. Jak zagrają takich 20 do końca sezonu, to wrócimy do Twojej tezy 😉 Polskiej ligi nie oglądam, bo to jak napalać się na dziecięce bazgroły mając pod nosem Luwr, zatem się nie odniosę. Z Leicester też za wcześnie na cokolwiek. Poza tym dlaczego by mieli grać przeciwko Ranieremu, któremu zawdzięczają życiowy sukces – dla mnie niepojęte.

Stanislav Levy

Dla Ciebie niepojęte, a dla mnie bardzo smutne. Panowie piłkarze uwierzyli że sami wygrali mistrzostwo, a jak sympatyczny Włoch zaczął wymagać i dawać do zrozumienia „weźcie się kurwa do roboty” to była wielka obraza majestatu. Ja po prostu nie wierzę w gadki typu „nowy trener nas zmotywował” czy też tzw. efekt nowej miotły. No chyba że założymy, że stara przestała wymiatać celowo.
Akurat z polskiej ligi mam kolejny przykład- Śląsk Wrocław sezon po zdobyciu majstra zwalniający Lenczyka. Do pewnego momentu też myślałem że gra na zwolnienie trenera to nasza polska patologia, ale po tym sezonie na prawdę nic mnie nie zdziwi.

Michal Sz

To nie jest wszystko takie proste jak ci się wydaje – grają przeciwko trenerowi i już, ot znaleziona przyczyna. Czasem faktycznie tak się dzieje (Wisła i Petrescu), ale każdy przypadek trzeba rozpatrywać oddzielnie i spojrzeć na niego z różnych stron. Z Leicester np. odszedł Kante – to był dla nich bardzo ważny zawodnik, który teraz w Chelsea kontynuuje świetną grę. Dodatkowo rywale nauczyli się grać przeciwko nim, samemu Ranieriemu mogło zacząć brakować pomysłów co poprawić, piłkarze po osiągnięciu takiego wielkiego sukcesu też pewnie mają problem z motywacją.

Przyczyn może być generalnie dużo, a uznawanie, że obecne słabe wyniki to tylko efekt buntu przeciwko Ranieriemu jest płytkie i nie uwzględnia czynników o których wspomniałem. Oni nawet nie musieli się przeciwko niemu buntować – po prostu może im się zwyczajnie nie chcieć wysilać, a głowy mają zajęte czymś innym. Czyli taki przypadek jak Rocky’ego po zdobyciu mistrzostwa świata. On musiał dostać wpierdol od B.A. Baracusa żeby się obudzić, im może potrzebny jest spadek żeby wrócili na ziemię.

A co do Barcelony i Enrique bo o nich też mowa – myślisz, że takiemu Messiemu, który jest liderem całej drużyny, w ogóle mieści się w głowie granie przeciwko trenerowi? Albo Neymarowi czy Suarezowi? Goście, którzy chcą ciągle pobijać kolejne rekordy mieliby specjalnie odpuszczać mecze? Całkowicie niedorzeczne. Real po Mourinho też nie zaczął nagle grać jak z nut, ba, mistrzostwa nie zdobył ani razu po jego odejściu, więc twoja teoria nie bardzo jest zgodna z prawdą. Tak samo jak City nie zdobyło mistrzostwa po ogłoszeniu odejścia Pellegriniego w trakcie sezonu.

Stanislav Levy

Kante jest świetny, ale nie aż tak żeby jego brak z, było nie było, mistrza Anglii zrobił 17. siłę ligi. Zobaczymy jak będzie, na razie wygrali dwa mecze, więc moja teoria się sprawdza.
„Oni nawet nie musieli się przeciwko niemu buntować – po prostu może im się zwyczajnie nie chcieć wysilać, a głowy mają zajęte czymś innym.”
O to to, Panie Michale! Zdanie-klucz. Czyli masz na myśli dokładnie to samo kurewskie podejście o jakim pisałem w pierwszym komentarzu, tylko ubierasz je w ładniejsze słowa: „pierdol się, dziś nie chce mi się biegać,a tak w ogóle to myślę że rok temu wygralibyśmy i bez Ciebie na ławce”. Przy czym druga część niejako wynika z pierwszej, oraz z sodówy/ego jakie uderzyło w piłkarzy.
Szczerze, to myślę że tak. I co gorsza, o zgrozo, w niektórych przypadkach to właśnie liderzy dają sygnał do buntu. Z kim Mourinho miał największy konflikt w Realu? Z Casillasem i Ramosem. Rok po odejściu Mou Real zdobył upragnioną Decimę, to mało?
Nie rozumiem co ma do tego przypadek Pellegriniego. On przecież nie pokłócił się z piłkarzami, więc nie było takiego zdarzenia, że Ci grali na jego zwolnienie. To zarząd wywierał presję, czekał na najmniejszy błąd byleby ściągnąć Pepa. Jeszcze w 15 kolejce, tj. 5 grudnia City było liderem. Guardiola przyszedł 1. lutego. To trener ma wykonywać swoje obowiązki, skoro wie, że niezależnie od wyniku zostanie skreślony? Przy czym jest spora różnica pomiędzy byciem skreślonym w połowie sezonu, a odejściem na życzenie trenera, jak właśnie u Enrique, u Heynckessa, czy też u Guardioli z Barcelony.

Michal Sz

Pellegrini może i się nie pokłócił, a skąd wiesz czy Ranieri czy ktoś tam inny się pokłócił, żeby mieli grać na jego zwolnienie? To też takie niczym nie poparte gdybanie. Jedynie co do Mourinho w czasie jego pobytu w Realu, było wiadomo, że są konflikty z piłkarzami.

A co do tego zdania „Oni nawet nie musieli się przeciwko niemu buntować – po prostu może im się zwyczajnie nie chcieć wysilać, a głowy mają zajęte czymś innym.”, to niestety źle to pojmujesz, pominąłeś przy tym fragment o Rockym, który był do tego istotny, Nie wiem czemu nazywasz to kurewskim podejściem – to jest po prostu brak dalszej motywacji spowodowany wielkim sukcesem. Ci goście wiedzą, że już niczego równie dużego w piłce nie osiągną i trudno im się do równie wielkiego wysiłku jak w poprzednim sezonie zmobilizować. Tak się dzieje wszędzie, nie tylko w sporcie – sukces rozleniwia po prostu. Jak wygrasz w totka kilka milionów dolarów to też pewnie nie będzie ci się chciało pracować. To jest kwestia psychologii, a nie tego, że nagle Ranieriego odlubili. Myślisz, że to przypadek, że żadna drużyna nie obroniła do tej pory Ligi Mistrzów? Wypalenie zawodowe – w każdym zawodzie spotykane, w sporcie dotyczy tak samo piłkarzy, jak i trenerów.

Stanislav Levy

Grali krzaka, 5 meczów z rzędu w ryj. Za Renieriego przychodzi Szekspir, i nagle dwa mecze do przodu, przy czym przejeżdżają się po mocnym w tym sezonie Liverpoolu. Oczywiście, dwa mecze do skromny materiał poznawczy, ale mimo wszystko: jak wyjaśnisz ten niespodziewany zbieg okoliczności?
Pominąłem fragment o Rockym, bo Rocky miał tylko brak motywacji, więc według mnie nie pasuje do w/w przykładów piłkarskich. Gdybym miał go porównać do piłkarza, to Rocky poza brakiem motywacji powinien powiedzieć do trenera „wiesz co, stary zgredzie? Lepiej poradzę sobie bez Ciebie” a następnie go zwolnić. To nie jest kwestia psychologii. To sodówka.
Argumentu o Lidze Mistrzów i wypaleniu zawodowym nie rozumiem. No bo tak. Real 2014- decima. 2015-wypalenie zawodowe?.. 2016-undecima. A jeszcze lepsze jazdy mieli od 1998 do 2002! Wtedy do co rok się wypalali, i „zapalali” ponownie. Ale to chyba nie jest definicja „wypalenia zawodowego”.
Nie mówiąc już o dawniejszych czasach. Milan zdobył Puchar Mistrzów w latach 89 i 90. Całe lata 70. to obrony tytułów kolejno Ajaxu, Bayernu, Liverpoolu i Nottingham Forest. To co, wtedy piłkarze nie wypalali się zawodowo, a teraz się wypalają? Nie. Po prostu gra się zmieniła na bardziej nieprzewidywalną. Choć Liga Mistrzów się zamyka, to przy dobrym dniu każda z drużyn TOP 10-15 rankingu UEFA może wygrać z każdym. Dawniej tego nie było.

FC Bazuka Bolencin

Uważam że przykład Leicester jest tutaj nietrafiony. Po jednym sezonie w którym zdobyli mistrza wypalili się? Jeżeli są profesjonalistami to wręcz odwrotnie – powinni zakasać rękawy i dalej pracować, np. by regularnie być w czwórce i grać w LM, przecież nikt nie wymaga żeby co roku zdobywali mistrza. Ale bycie nim zobowiązuje a nie że gwiazdeczkom nie chce się już grać bo oni już mistrza zdobyli to mogą już do końca kariery odcinać kupony.
Takie wypalenie o którym mówisz może wystąpić w takich klubach jak Bayern, Real, Barcelona, Juventus, PSG – zdobywają zazwyczaj mistrzostwo i/lub puchar krajowy a czasem jakiś europuchar dorzucą – w ich przypadku można mówić o wypaleniu a nie o Leicester po jednym sukcesie i to w dodatku dużo na wyrost osiągniętym.
Powiem więcej – Ranieri za to że osiągnął taki sukces z bandą drewniaków (+ Kante i Mahrez) powinien mieć w Leicester pomnik i bezterminowy kontrakt niezależnie od wyników.

FC Bazuka Bolencin

Lepiej bym tego w słowa nie ujął. Chociaż akurat w przypadku Barcelony sprawa może nie być tak jednoznaczna. W klubach z topu czasami niuanse decydują o kluczowych kwestiach. Messi jaki by nie był zmanierowany to raczej do meczów się przykładał a poza tym kryzysy każdemu się mogą zdarzyć. Żadna drużyna nie jest maszyną do wygrywania 100% meczów.
Natomiast to że piłkarze się specjalnie nie przykładają jest widoczne dla każdego normalnego odbiorcy – przypadki Leicester, Cracovii – jak najbardziej na miejscu. I przykłady można by mnożyć, znajdą się w ostatnich latach w każdej lidze. U nas w kraju jest takie modne powiedzonko – „efekt nowej miotły”.
A jak ktoś wierzy w takie cuda że banda kopaczy z dnia na dzień zapomina/przypomina sobie jak się gra w piłkę i to akurat jak się trener zmienia to życzę powodzenia.

ronnie3000

Slaba ta rozprawka na temat Enrique… Dorze zrobil, zle, honorowo, nikczemnie? Autor nie wzial pod uwage najwazniejszego, a mianowicie realiow. Konczy mu sie kontrakt i zwyczajnie musial sie okreslic zeby dac czas na znalezienie nastepcy, ktory tez potrzebowac bedzie czasu na przygotowanie presezonu, zmiany kadrowe etc. Jaka to polowa drogi skoro 80% kontraktu wypelnione? Jaka to porazka skoro pare tytulow zdobyte i wielce prawdopodobne ze jeszcze 2 do tego dojda? Uwazasz ze zostanie wbrew sobie i zmuszanie sie do pracy byloby lepsze? A moze powienien powiedziec ze nie przedluza ale temat powinien zostac w tajemnicy gabinetow? Ale po co, zeby prasa miala pozywke, zeby sie w koncu wydalo czy zeby profesjonalnym pilkarzom nie zabraklo motywacji w decydujacej fazie sezonu (to w ogole mozliwe?) Taki jakis mialki ten tekst naciagana teza i temat kompletnie nieistotny. Prosze sie podciagnac bo do poniedzialkowego sparingu sie to nie umywa.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Pornograficzny Grubas
Barcelona

Czy Autor brał pod uwagę taką ewentualność, że Enrique chciał w kluczowym momencie zdjąć presję z drużyny i skupić na sobie uwagę mediów? Już od dłuższego czasu prasa w Hiszpanii spekulowała o tym, że Lucho odejdzie i typowała jego następców. Zresztą kibice Barcelony od dawna przeczuwali, że to nastąpi, bo LE był totalnie pozbawiony energii, a drużyna – jak się właśnie okazało – pod koniec jego ery grała… grała jak pod koniec ery Rijkaarda i pod koniec ery Guardioli. Każdy z tych trenerów w tej konkretnej drużynie się wypalił. Nauczony doświadczeniem wspomnianych poprzedników Enrique wycofał się w najlepszym możliwym momencie. Tyle i aż tyle. Lucho to mądry facet, wiedział że nic więcej z tych zawodników nie wykrzesa i powiedział pas. Nie wiem na ile planował (przewidywał), że drużyna po tym „wstrząsie” złapie drugi oddech i zacznie grać na miarę swoich możliwości, ale zakładam, że mógł to przewidywać.

Mariusz Bielski
Athletic Club

Chyba niepotrzebnie szukasz siódmego dnia w tej decyzji Luisa Enrique. Jest dokładnie tak jak pisałeś – poczuł, że dobił do ściany i nie chce odcinać kuponów ciągnąc klub w dół. Wizerunek trenera-egoisty nijak współgra z koniecznością prowadzenia drużyny wypełnionej tyloma gwiazdami, zwłaszcza z trudnymi charakterami jak kapryśny Messi czy wybuchowi Neymar i Suarez. Zamiast tego mamy po prostu zachowanie fair – stawiamy sprawę jasno, zamiast kręcić, dawać komuś nadzieję i tak dalej. Dzięki temu z zawodników zdjęta została presja, bo już wiedzą co się stanie w przyszłości, zaś sami działacze mają znacznie więcej czasu na odpowiednie przygotowanie klubu do następnego sezonu. Sposób postępowania Luisa Enrique w żadnym stopniu nie oznacza przyznania się do porażki – rozumiem, że masz tu na myśli coś w stylu kompromitacji. A przecież Barcelona jest jeszcze w grze o mistrzostwo Hiszpanii i na wyciągnięcie ręki (wiem, brzmi to ciut arogancko) Puchar Króla ma na wyciągnięcie ręki.

Stara zarzecznego

bananku..giermku cwEL fuJARKA :) Lepiej dostać w ryj 4-0 z PSG w Lidze Mistrzów niż 4-0 z Alcorcon (3 liga wtedy ?) w Pucharze Króla :) Twoje teksty są na poziomie dryblingu CR7…

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

gregoriusmax
Los Blancos...

Trudno tu wyrokować,przeważnie odchodzą tak trenerzy bez charyzmy(wyjątkiem J.Klopp)
Enrique wygrał wszystko,może jest jakiś konflikt jak pisze p.Stanislav..co do Ranieriego
to jest kosmos…nic tylko porażki..odszedł i od razu 2 razy po 3-1 dla Leicester…
Teraz piłkarze np. rozwalają Arsenal tzn. gwiazdy A.Sanchez śmieje się jak przegrywają,
Ozil jest nieobecny…Fakt z Wengera szydzą,mówią,ze to looser ale to on stworzył ten
klub,ale on jest za miękki i teraz go już nie szanują,ale kogo wezmą,kto tam przyjdzie
jeśli klub nie zagra w CL..wezmą jakiegoś Anglika to zrobi z Arsenalu przeciętną drużynę..
Skandalem jest postawa Valencii to jest niewytłumaczalne..Sevilla z kolei ma super trenera
ale to nie jest drużyna lepsza od Realu,Barcy czy Atletico…Cóż ‚football bloody hell’
jak się czasem mówi..
ps. Był Enrique a będzie ktoś inny np.Sampaoli bo Messi go widzi i Barca będzie grać,
może lepiej…mecz z PSG to może też była cezura..ale dobrze,wreszcie wtopa teraz krzyczą
‚Remonada’ ale nie PSG to teraz top…’Bananowa Hiszpania’ lol :)

wij

„Porażka w wyścigu po majstra z ekipą, której trener rezygnuje w połowie trasy, przynajmniej dla mnie byłaby bardziej bolesna niż jakiekolwiek 0:4, 0:5 czy 2:6”. Co za pała to pisała, ja p..lę. Żenada

wpDiscuz