Chiński zawodnik nie rozróżniał mięśni, rozróżniał jedynie nogę…
Weszło

Chiński zawodnik nie rozróżniał mięśni, rozróżniał jedynie nogę…

Ktoś kiedyś jednak powiedział, że jestem trenerem zbyt cichym, za mało agresywnym i nie potrafię tupnąć nogą. Ale czy to oznacza, że każdy ma biegać wzdłuż linii, wymachiwać marynarką, drzeć się i opieprzać zawodników? Najlepsi trenerzy na świecie mówią, że – przepraszam za słowo – opierdalanie w szatni działa raz na rundę, a częste powtarzanie tej metody jest już jak zwykła rozmowa, której piłkarze nie słuchają – mówi w rozmowie z Weszło Marek Zub, który po nieudanej pracy w GKS-ie Bełchatów wylądował niemal na końcu piłkarskiego świata, w chińskim Shenyang Urban.

Za panem pierwszy sezon pracy w Chinach – w drugiej lidze, na trzecim szczeblu rozgrywek. To był rok w pewnym sensie wstrząsający?

Absolutnie nie, choć dużym wyzwaniem było poprowadzenie zespołu w drugiej lidze. Tym bardziej, że to pierwszy zawodowy poziom w Chinach, na którym wciąż jednak jest sporo niedociągnięć i elementów amatorstwa.

Prowadził pan drużynę uniwersytecką?

Z uniwersytetem ma to tyle wspólnego, że właściciel klubu jest właścicielem uczelni, na terenie której znajdowała się nasza siedziba. A w samym zespole studenta miałem jednego. W związku z tym, że to już zawodowa liga, wszyscy mają profesjonalne kontrakty i nie pracują. Ok. 40 procent drużyny to młodzi zawodnicy – oni tutaj byli już wcześniej, wywalczyli jako ostatni awans z ligi amatorskiej. Ten sezon w drugiej lidze był dla Shenyang premierowym.

I w kadrze sami Chińczycy.

Obcokrajowców można zatrudniać dopiero od pierwszej ligi, tutaj – tylko Chińczycy.

Serwis Transfermarkt pokazuje, że ma pan u siebie 43-letniego napastnika. To prawda?

W poprzednim sezonie, w lidze amatorskiej, na boisku pojawiał się czasami właściciel klubu, były piłkarz, który jest właśnie w tym wieku. Teraz większość czasu spędzał za granicą, a ja do dyspozycji miałem jednego napastnika – dwa razy młodszego… Co do Chińczyków, to początek chciałem problemy z nimi rozwiązywać, bazując na doświadczeniach z Polski i Litwy. Nie było siły – trzeba było zapomnieć o zachowaniach i reakcjach piłkarzy, których doświadczyłem w Europie. Dopiero zrzucenie europejskiego bagażu ułatwiło dostosowanie się do nowych warunków.

Przykład?

Choćby reakcje po meczach wygranych i przegranych. Dotychczas, gdy moje zespoły zwyciężały, niewiadomą była forma i skala radości, ewentualnego uczczenia, natomiast tutaj – smutek i niezadowolenie. Nie rozumiałem, o co im chodzi. Z kolei porażkę traktowano niemal na równi z końcem świata. Spodziewać się mogłem wszystkiego: że zostanę zwolniony, że właściciel się wycofa i klub przestanie istnieć, że połowa zawodników nie przyjdzie następnego dnia na trening.

Coś z tego rzeczywiście miało miejsce?

Po pierwszej rundzie – a byliśmy przecież beniaminkiem – zajmowaliśmy pierwszą pozycję. Później, gdy przydarzyła nam się druga z kolei porażka, mówiono od razu, że nie mamy szans na play-off, jakiś trener oglądał z trybun moje spotkanie, a menedżer generalny się ze mną żegnał, bo i on odchodził. Na pierwszy pomeczowy trening nie przyszło pięciu piłkarzy, nikt nie wiedział, co się z nimi dzieje, a następnego dnia… ćwiczyli już wszyscy i jakby nic się dla nich nie wydarzyło. Ta kompletna huśtawka nastrojów, w samej szatni i klubie, utrudniała mi pracę. Nie rozumiałem ich reakcji, zachowań. W końcu pogodziłem się, że oni po prostu tacy są.

W pracy trenera istotne jest kontynuowanie pracy od pewnego miejsca, na utworzonym już w fundamencie. Tu jednak był problem. Po każdym meczu, od każdego poniedziałku, szliśmy od A do Z, nie będąc w stanie zacząć od połowy alfabetu. Moja energia i praca szły w gwizdek. Kolega z Żalgirisu, który przyjechał tu ze mną, wrócił do domu wcześniej. Uznał, że życie w innej kulturze, codziennej niepewności, gdy spodziewać się można wszystkiego, to dla niego zbyt dużo.

1

Mówi pan o mentalności i chwiejnych nastrojach chińskich zawodników, a oni zawsze byli przedstawiani jako ci, dla których liczy się praca, praca i tylko praca. Jakie jest to ich codzienne podejście?

Stereotypowy Chińczyk, człowiek i piłkarz, jest bardzo pracowity, nastawiony na swój cel, ambitny. Moim zdaniem, nie do końca. I jako trener czuję tutaj rozczarowanie… W ostatnich igrzyskach olimpijskich Chińczycy odnosili bardzo niewiele sukcesów w sportach zespołowych, ale dla nich to nie było zaskoczeniem. Przytoczyli mi przysłowie: „Jeden Chińczyk potrafi rozwinąć w sobie siłę smoka, a trzech Chińczyków to tylko trzy owady”. Oni nie mają zdolności do współpracy, nie potrafią – dotyczy to nie tylko sportu – koordynować działań zespołu. Każdy chiński zawodnik potrafi biegać, skakać i kopać piłkę, lepiej lub gorzej, ale problem zaczyna się, gdy muszą zrobić coś wspólnie. Nie mają też w sobie kreatywności, którą my mamy, co wynika z wychowania – ich światopogląd, od przedszkola do posady w państwowych firmach, jest bardzo ograniczony i nakierunkowany na bardzo dobrą pracę odtwórczą.

Poza tym, trafiłem na piłkarzy bardzo słabo wyedukowanych. Miałem jednego studenta, ale reszta właściwie nie potrafiła określić, na jakim etapie zakończyła naukę. Chłopcy, którzy trafiają do akademii, gdzie mają się uczyć i grać w piłkę, szybko stawiają sobie za priorytet treningi. W młodym wieku rezygnują więc z nauki, nie wiedząc, czy tak naprawdę potrafią kopać piłkę. I mimo że Chiny to wielki kraj z ogromnym potencjałem, to mają reprezentację, która w eliminacjach do mundialu przegrywa z Syrią i Uzbekistanem.

Brak umiejętności współpracy w grupie to jedno. Polacy, którzy grali w Chinach, zwracali uwagę, że trzy-cztery wyjazdy w roku do rodziny to dla nich wystarczająco, że dzieci koszarowano, zaprowadzano do szkoły na trzy miesiące.

Nasz cały obiekt mieści się na terenie uniwersytetu. Mieszkamy w budynku, w którym znajduje się moje mieszkanie, a każdy z piłkarzy ma do dyspozycji pokój, wspólną stołówkę, salę audiowizualną. Wokół mamy stadion i boiska treningowe. Często przez cały tydzień z ośrodka nie ruszają się piłkarze, którzy w Shenyang mieszkają – tu mają zajęcia, tu dostają trzy posiłki. Ja przez cały ten czas czułem się jak na obozie – tygodniami nie opuszczałem ośrodka, który ze strażnikami na bramach zamykany jest o 21:30, a do centrum jedzie się taksówką 45 minut. Zamknięcie, ograniczenie przestrzeni jest tutaj widoczne na każdym kroku.

Dziwiło mnie to, że niektórzy mieszkają w mieście, a siedzą w ośrodku. Twierdzą, że przez Shenyang, które ma dziewięć milionów mieszkańców, przejeżdżają dwie godziny. Odległości i czas mierzone są tutaj inaczej, to też wpływa na ich zachowania i charaktery.

Dla trenera, którego piłkarze nie potrafią pracować jako zespół, to chyba prawdziwy dramat.

Praca trenera z zagranicy polega tutaj na wykonaniu trzech kroków do przodu i dwóch do tyłu. Ten problem wynika też z komunikacji. Ci mało wyedukowani zawodnicy nie mieli nic wspólnego z językiem angielskim, rozumieją jedynie „yes” i „no”, a ogólnoświatowego słowa „piłka” nie są w stanie po angielsku zapamiętać. Wynika to z ich barier – nie mając nigdy do czynienia z językiem obcym, odcinają się od niego. Kiedy my jedziemy na Zachód Europy i używamy czterech-pięciu słów w obcym języku, przykładowi Hiszpanie zaczynają nas motywować, uśmiechają się. Tutaj odniosłem odmienne wrażenie: gdy zaczynałem coś mówić po chińsku – a wiadomo, że nie mówiłem zbyt dobrze – nie wyczuwałem chęci pomocy. Przeciwnie, bardziej dawali mi do zrozumienia, że nie mówię poprawnie. Każda próba przekazania wiedzy, oceny ich działań to było więc ciągłe poszukiwanie właściwych form. Miałem już trzech tłumaczy – jeden nie nadążał, drugi słabo znał angielski – a i tak nie wiedziałem, co naprawdę jest tłumaczone. We wcześniejszej pracy, gdy zawodnik nie realizował danego zadania, mogłem się zastanawiać, czy np. jest za słaby. Tutaj zastanawiałem się, czy zrozumiał polecenie, czy jest w stanie je wykonać i czy w ogóle chce. Bo być może nie chce… Mam świadomość, że przychodząc z Europy zrewolucjonizowałem ich pojęcie o treningu. Dużo czasu poświęcałem tłumaczeniom i wyjaśnieniom, by zmienić ich przyzwyczajenia. Nie ukrywam: po tych dziewięciu miesiącach jestem mocno zmęczony sezonem.

A ja się zastanawiam, czy to zmęczenie sezonem, czy jednak materiałem. Musiał pan mieć świadomość, że zrobienie czegokolwiek z tymi zawodnikami to mogą być syzyfowe prace.

W takiej sytuacji przypominałem sobie, w jakim miejscu i jakich okolicznościach się znajduję. Gdybym nie brał tego pod uwagę, sam mentalnie bym się zarżnął. Tym bardziej, że oni nie są wylewni – zamykają się w sobie, nie poklepują po plecach, gdy jest dobrze. Jedynie po ich reakcjach mogłem zobaczyć, czy trening im się podobał.

Ja jestem zadowolony z pracy, nikt mnie nie pochwalił, więc proszę wybaczyć, ale muszę zrobić to sam! Najlepsze mecze rozegraliśmy w najważniejszym momencie rozgrywek – w fazie play-off. Z klubem z drugiej grupy, lepszym pod każdym względem, przegraliśmy 0:1 i 2:3, ale w rewanżu prowadziliśmy 2:1. Graliśmy z pełnym zaangażowaniem, na maksa, oczywiście z pewnymi błędami, ale ten dwumecz stanowił potwierdzenie, że wyglądamy dobrze. Mimo że byliśmy skazani na porażkę, a klub znikąd, który jeszcze rok temu był w amatorskiej lidze, nie miał właściwie prawa znaleźć się na zapleczu Super League.

Brakło niewiele, ale za cel stawiano przed panem właśnie awans.

Jadąc do Chin, rozumiałem cele, natomiast w rankingu 20 drużyn, które przystępowały do drugoligowych rozgrywek, widnieliśmy na ostatnim miejscu. Mimo to, gdy zdarzyła się niespodziewana porażka w temperaturze 40 stopni, wydawało mi się, że właściciel zdążył już sprzedać klub. To by było tutaj naprawdę normalne…

Liga kończy się teraz, w październiku, a zaczyna w kwietniu. Co w międzyczasie?

Wolne przez półtora miesiąca, a od połowy grudnia – trzymiesięczne zgrupowanie na południu kraju, gdzie jest cieplej. Hotel znajduje się na stadionie, a więc każdy dzień wygląda tak samo: trening-jedzenie-sen.

I przez trzy miesiące nic więcej?

Wprowadziłem tutaj elementy odnowy biologicznej, czyli… kilka zwykłych wyjść na basen. Okazało się, że zawodnicy boją się wejść do wody, nie potrafią pływać. Będąc w szkole, nie mieli czasu się nauczyć i nikt nie przykładał do tego wagi. To mieli być piłkarze, a nie pływacy.

Namówił ich pan na ten basen?

Musiałem, nie da się przecież tylko biegać i trenować. Jeżeli zawodnicy nie godzili się na pływanie, to wymuszałem na nich, by przynajmniej zanurzeni do pasa pochodzili w tej wodzie, by te spracowane mięśnie odpoczęły. Podporządkowali się, ale nie rozumieli i nie chcieli zrozumieć, po co trener do tej zimnej wody ich wepchnął.

3

Pewnie wyjątkowo ciężko było ich też przekonać do nowych metod treningowych.

Żeby lepiej mnie zrozumieli, musiałem jak najszybciej pokazać im możliwy do uzyskania efekt. Oni są przekonani do spraw taktyki, przygotowania fizycznego, sfery mentalnej, ale znają je tylko po tytułach. Strzeliłeś gola w końcówce to znaczy, że jesteś dobrze przygotowany, straciłeś – źle przygotowany. Musiałem więc tłumaczyć im na wideo, w których fragmentach byli od rywala szybsi, silniejsi, wygrywali pojedynki. Robiłem setki slajdów, marnowałem tony papieru na flipcharcie. Skoro języka nie starczało, potrzebne było oddziaływanie na wzrok.

Chińczykom brakowało też elementarnej wiedzy, świadomości. W jakich obszarach było to najbardziej widoczne?

Piłkarz powinien wiedzieć, jak jego mięśnie są zbudowane i jak należy o nie dbać. Natomiast chiński zawodnik nie rozróżniał mięśni, rozróżniał jedynie nogę. Trudno rozmawiać o stretchingu z kimś, kto nie wie, gdzie znajduje się mięsień czworogłowy. Niby mam jako trener do pomocy dwóch asystentów, ale z jednym utrzymuję kontakt tylko przez tłumacza – nigdy nie pracował jako trener, skończył jakieś podstawowe kursy, a rozgrzewkę zrobi taką, jaką pamięta ze swoich czasów piłkarskich. Trenerzy też są tutaj zazwyczaj słabo wyedukowani: przeważnie byli piłkarze, bez wykształcenia akademickiego i fachowego. Nie wyobrażam sobie, że trener pracujący z zawodnikami nie zna podstaw anatomii i fizjologii człowieka, nie wie, jakie są główne mięśnie kończyn.

Widziałem tu jednego trenera, który świetnie kontrolował grupę ośmiolatków i miał z nimi świetny kontakt. Problem w tym, że organizował im trening seniorski – podwojenie krycia, kontratak. Próbował nauczyć pierwszoklasistów pierwiastków i potęgowania. Wynika to stąd, że on też kiedyś grał w piłkę i pamięta jakiś trening. Nie ma wiedzy, że z dzieckiem należy pracować zupełnie inaczej. I dotyczy to nie tylko drugiej ligi, ale całego chińskiego futbolu.

Wspomniał pan wcześniej, że musiał się zastanawiać, czy zawodnik chce wykonać dane ćwiczenie, zadanie. Aż tak?

Jak przychodzi nowy trener – a na tego z zagranicy patrzy się trochę jak na małpę w zoo – to część zespołu z miejsca go nie lubi lub nie jest przekonana. Są ci bardziej zżyci i zaprzyjaźnieni z poprzednikiem, jest grupa neutralna gotowa dać szansę i grupa podekscytowana zmianą. Jeżeli więc trener diametralnie zmienia sposób przygotowania fizycznego i taktycznego, niektórzy są nieprzekonani, nie rozumieją oczekiwań. Ja też początkowo miałem piłkarzy, którzy w pełni się nie angażowali, nie chcieli zaangażować i mnie zrozumieć.

W Polsce lub na Litwie mógł pan zawodnika wziąć na bok i porozmawiać w cztery oczy. Tutaj znów pojawiał się problem komunikacji, przez który można było tylko rozłożyć ręce.

Przy pomocy tłumacza trudno sterować emocjami – w kierunku spokojnej i zaufanej rozmowy, pochwały czy opieprzenia. Prawdą jednak jest, że zawodnik na ten bezpośredni kontakt z trenerem, gdy dystans jest znacznie skrócony, reaguje inaczej. Ja też dużo czasu na to poświęcałem… Z drugiej strony, cóż innego miałem tu do roboty? 24 godziny żyłem piłką. W chińskim kinie nie byłem, w kilka wolnych weekendów udało mi się zobaczyć Mur Chiński, odwiedzić Pekin z Placem Tiananmen. To mi wystarcza.

Jakie miał pan warunki do pracy?

Brakowało mi hali z prawdziwego zdarzenia, natomiast cała reszta znajdowała się na terenie uniwersytetu. Z jednego okna widziałem sztuczne boiska, z drugiego – naturalne, których w wysokiej jakości jest osiem, dba o nie wielu ludzi. Do tego stadion w przebudowie. Wszystko pod nosem, na dobrym poziomie.

A warunki finansowe, w odniesieniu do Ekstraklasy?

Myślę, że mam pensję ekstraklasową. Niech będzie, że średnia ligowa.

Z rozmowy o pracy w Chinach wychodzi nam ogólnie obraz pańskiego rozczarowania.

Pytanie, czy można się rozczarować, jadąc w nieznane bez specjalnych oczekiwań. Wiadomo, że w porównaniu do poprzednich miejsc pracy lekkie rozczarowania było, ale widzę też pozytywy: warunki do pracy, otoczenie wokół piłki, bo to sport numer 1, a przed meczami odgrywa się hymn narodowy. Nazwałbym więc to zderzeniem wyobrażeń z rzeczywistością. Wiedziałem, że nie zastanę tutaj piłkarzy z europejskim temperamentem. Wiedziałem też, że będę pracował z ludźmi, którzy mają inne życiowe doświadczenia, inaczej myślą, inaczej patrzą i interpretują. Przydatne doświadczenie.

2

Była Litwa, były Chiny. Obiera pan ścieżkę trenerskiego podróżnika?

Nie. Jeżeli jednak nie mam propozycji pracy w Polsce, to szukam gdzie indziej. Niewiele brakowało, a dalej pracowałbym w Litwie – jako trener reprezentacji. Nie wyszło, więc trafiłem do Chin. Może tutaj zostanę, może wyjadę, na pewno dobrze się czuję ze świadomością, że dalej mnie w klubie chcą, choć przechodzą teraz zmiany właścicielskie.

No właśnie, od objęcia litewskiej kadry dzieliło pana niewiele.

Byłbym trenerem reprezentacji, gdyby zostały dotychczasowe władze federacji. Mieliśmy uzgodnione warunki, skład sztabu szkoleniowego i uważałem to za kierunek słuszny: po 2,5 roku pracy w Żalgirisie w jedenastce Litwinów zagrało czterech moich podopiecznych.

Nie jest tak, że dziś nie ma pan za bardzo czego szukać w Polsce? Praca w Świcie i spadek klubu w tym samym sezonie, Widzew – to samo, GKS Bełchatów – to samo. 41 punktów w 45 meczach w roli pierwszego trenera. Wygląda to kiepsko, a jeszcze z Bełchatowa odchodził pan w gęstej atmosferze.

Nie, nie czuję, bym nie miał, dokąd wracać. Wspomniał pan o spadku Świtu, ale nikt nie pamięta, że ja w tym klubie pracowałem przez pół roku za darmo, kibice na trybunach zbierali do czapki monety, by zapłacić nam po kilkadziesiąt złotych na święta, a prezesi przywozili piłkarzom przed treningiem bułki. I my w pewnym momencie byliśmy wiceliderem drugiej ligi – poprowadziłem zespół do końca rundy i dostałem od Lenczyka z Bełchatowa propozycję współpracy. W Widzewie, niedługo po moim przyjściu gruchnęła wiadomość o prawdopodobnej degradacji za korupcję i zakazie transferów. Kończyłem pracę w Łodzi cztery kolejki przed końcem, gdzie do utrzymania wystarczyło wygrać 1:0 ze zdegradowanym już Zagłębiem Sosnowiec – zespół [prowadzony przez Janusza Wójcika – przyp. PT] przegrał 0:1. Bełchatów? Wiemy, jaka była wtedy sytuacja. Małe harakiri: wóz albo przewóz. Biorąc pod uwagę, co się działo w zespole, to nie wiem, jak można było go wtedy utrzymać. Dzisiejsza pozycja klubu to efekt sytuacji, która miała miejsce w środku.

Jak więc pan widzi, to statystyka. Nie uważam, że te wyniki to efekt mojej złej pracy, tylko okoliczności, jakie zastałem, oraz mojej pracy. Wiem też, że w żadnym z tych klubów nie mogłem pracować w spokoju i dobrych warunkach. Być może w trudnej sytuacji klubu czasem lepiej jest ofertę odrzucić niż podejmować się niemożliwego.

Mówi pan o Bełchatowie?

O Bełchatowie… O Świcie i o Widzewie też.

Obraz szatni GKS-u musiał być naprawdę interesujący, skoro chwilę potem piłkarze w ramach konfliktu skakali sobie po samochodach.

Miałem świadomość powagi sytuacji, ale chciałem spróbować. Rozłam w tej drużynie był na tyle silny, że nie byłem w stanie już jej poskładać. Po dwóch, trzech tygodniach pracy wiedziałem, że wygląda to znacznie gorzej, niż podejrzewałem przed podjęciem pracy.

Co pan tam zobaczył?

Że nie było odpowiedniego nastroju do połączenia piłkarzy w jednym celu. Mimo że przed każdym meczem deklarowali dobre zamiary, to w trudnych sytuacjach brakowało jakości i determinacji. Kiedy w trakcie gry raz coś nie powiodło, ruszała cała lawina. Ten zespół nie miał siły, by odwrócić losy meczu, utrzymać prowadzenie. Każde najmniejsze niepowodzenie wykazywało brak lidera. To była grupka bezradnych piłkarzy, próbujących coś zrobić na boisku, a nie drużyna walcząca o życie i przyszłość klubu.

Jakie wnioski wyciągnął pan z pracy w Bełchatowie?

Może takie, że trzeba głębiej zastanawiać się przed objęciem nowego zespołu w trakcie sezonu? Z drugiej strony, łatwo dziś mówić, bo trener jest czasem w takiej sytuacji, że musi jak najszybciej wrócić do pracy i rzadko realnie ocenia sytuację.

Nie jest więc dziś panu łatwiej na za granicą? W Polsce ciągną się za panem te wyniki, ciągnie też łatka – pan ma na pewno tego świadomość – trenera, który nie potrafi wstrząsnąć szatnią.

Trenerem Legii jest dziś Jacek Magiera. Czy Jacek, na ile go znam, jest takim człowiekiem, który nie ma problemu ze wstrząśnieniem zespołem przy użyciu słowa i gestu? Moim zdaniem, to się kręci wokół przyczepionej łatki. Ktoś kiedyś jednak powiedział, że jestem trenerem zbyt cichym, za mało agresywnym i nie potrafię tupnąć nogą. Ale czy to oznacza, że każdy ma biegać wzdłuż linii, wymachiwać marynarką, drzeć się i opieprzać zawodników? Najlepsi trenerzy na świecie mówią, że – przepraszam za słowo – opierdalanie w szatni działa raz na rundę, a częste powtarzanie tej metody jest już jak zwykła rozmowa, której piłkarze nie słuchają. Moim zdaniem, to kwestia reakcji w odpowiednim momencie.

Łatkę miękkiego trenera przyczepiono mi osiem lat temu, kiedy prowadziłem Widzew. To, jak zachowywałem się kiedyś, a jak zachowuję się dziś – mocno się zmieniło. To trochę tak, jakby pan powiedział, że Lewandowski jest piłkarzem na polską drugą ligę.

Z tym, że Lewandowski może potwierdzać swój obecny poziom co tydzień, a pan szansę w ostatnich latach miał jedną – w Bełchatowie. Stąd to pytanie, czy nie żałuje pan wejścia do tej szatni, bo znów sporo stracił…

Objęcie zespołu w bardzo trudnej sytuacji jest mocną trampoliną, ale odbić się można w dwie strony. Ja w górę nie poszedłem. Cóż, nie jestem pierwszym i ostatnim trenerem, który podjął ryzykowną decyzję i przegrał.

Rozmawiał PIOTR TOMASIK

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (0)