Mogą mówić, że robię z siebie głupka, ale szatnię bez atmosfery to o kant dupy rozbić
Weszło Extra

Mogą mówić, że robię z siebie głupka, ale szatnię bez atmosfery to o kant dupy rozbić

W tej rozmowie nie znajdziecie ani jednego sformułowania „(śmiech)”, ale tylko dlatego, że trzeba by wstawiać je w co drugim zdaniu. Jak Czesław Michniewicz pomylił górę ziemi z wronami? Czemu piłkarze Lecha przefarbowali Smudę na fioletowo? W którym kraju można było zobaczyć piłkarzy siedzących przy kopcu petów w hotelowym pokoju? No i – co najważniejsze – dlaczego to istotne, by szatnia tworzyła zgraną i barwną grupę? Objaśnia Zbigniew Zakrzewski powołując się przy tym na tuzin piłkarskich historii. 

Powiedziałeś kiedyś, że w piłce nożnej najważniejsza jest atmosfera w szatni.

Bo tak jest.

Ważniejsza niż – powiedzmy – taktyka?

Czesław Michniewicz narysował nam kiedyś koło i podzielił na je na kawałki jak pizzę. Napisał na jednym „20% talent”, na drugim „20% przygotowanie”, na trzech kolejnych „60% głowa”. Ten trzeci kawałek śmiało podzieliłbym na części i 30% dałbym atmosferze w szatni. Z niewolnika nie ma pracownika. Mimo tego, że człowiek zarabia pieniądze, piłka musi dawać przyjemność. W Lechu mieliśmy kapitalną szatnię. Mieszanka młodych i doświadczonych zawodników jak Iwan, Świerczewski, Kryger, Reiss. Godzinkę przed treningiem siadaliśmy i głowa już łapała różne głupie pomysły. Siedzieliśmy tylko i patrzyliśmy, kto w jakim humorze przychodzi. O, ten smutny. No to trzeba go rozweselić. Pomysły nam się nie kończyły, teraz jak tylko się widzimy, to zawsze mamy co wspominać.

Ty byłeś tym, który nakręcał?

Zdecydowanie. Jaja robiło się codziennie. Krzychu Kotorowski od zawsze zajmował się samochodami – nawet teraz mi pomaga przy sprzedaży auta – więc wiadomo było, że z tego trzeba pożartować. Zawsze przyjeżdżał idealnie wyliganym samochodem, przebierał się w szatni i wychodził na trening. Opcje były trzy: albo wywoziliśmy mu gdzieś auto, albo mu je czymś brudziliśmy, albo urządzaliśmy sobie drifting na błocie. A że bramkarze zazwyczaj jako pierwsi wychodzą z treningów, Krzysiek w końcu zaczął wychodzić na samym końcu, by mieć kontrole nad autem. Kiedyś przyjechał samochodem Sylwii, swojej żony, jakimś Oplem Tigrą czy czymś takim. Taki zabawkowy samochód, wyglądał trochę jak auto Barbie. Ktoś szybko pojechał do sklepu z naklejkami i potem Krzychu miał cały samochód w naklejkach z myszką Miki i psem Pluto. A że wtedy było bardzo gorąco, te naklejki mocno wgryzły się w lakier i nie dało się już tego zeskrobać, trochę kosztów trzeba było przy tym ponieść.

Łukaszowi Madejowi z kolei wymontowaliśmy kiedyś cały mechanizm do odpalania samochodu. Ile on się nawalczył, żeby go odpalić. I tak, i tak, i nie może. Skończyło się na tym, że na parking klubu przyjechała laweta, a my płakaliśmy ze śmiechu. Zaklejanie tablic rejestracyjnych – to był standard. Człowiek jeździł dwa tygodnie z tablicą „osioł”, pół Poznania miało z tego bekę, a on nawet o tym nie wiedział.

Widzę, że wystarczy rzucić temat i opowieściami sypiesz jak z rękawa.

U nas co chwilę się coś działo. Mieliśmy żelazną zasadę: nie przychodzi się do szatni w czarnych skarpetach. Kiedy ktoś przyszedł, od razu były wysmarowane pastą do butów i musiał dwa tygodnie domywać stopy. Później zaczęły się pojawiać telefony i to też była okazja do kolejnych pomysłów. Ktoś wychodził na trening, poszła opcja „wyślij do wielu” z sms-em o treści „kiedy mi oddasz moje pięć kafli?”. Gość wracał po zajęciach i miał setkę nieodebranych.

I dwadzieścia kafli na koncie!

Tak! Dwa tygodnie trzeba było odkręcać taką historię. Krzysiu Gajtkowski był słynny z tego, że miał te swoje loczki, Reissik zawsze go namawiał:

– Gajtek, dawaj. Wyprostuj te włosy, będzie dobrze. Musisz coś zmienić!

Chyba z miesiąc tak go próbował przekonać. W końcu jak się pojawił to ze dwie godziny dziewczyny się męczyły, żeby mu te kłaki wyprostować. Zrobili z niego takiego kwadratowego jeża. Jak wpadł do szatni, to był rekord świata w śmiechu. Później wszyscy wołali na niego:

– E, Johnny Bravo!

Zapłacił chyba dwie stówy za tę fryzurę, ale taka była z niego beka, że szybko nie wytrzymał ciśnienia. Jeszcze przed pierwszym treningiem wszedł pod prysznic, zmoczył tę fryzurę i loki wróciły do siebie. Znowu miał na głowie makaron z chińskich zupek. Bartoszowi Bosackiemu z kolei wysmarowaliśmy ben-gayem spodenki w pachwinach. Wracając do domu zawrócił w połowie, bo już wiedział, że to my zrobiliśmy. W odwecie znaleźliśmy wszystkie nasze rzeczy – spodnie, kurtki, bluzki, torby – powiązane zbrojonym łańcuchem z kłódką i złamanym kluczykiem w środku. Pan Gieniu, kierownik, który do dziś funkcjonuje w klubie, dwie godziny musiał nam to wszystko rozpiłowywać, bo byśmy do domu nie trafili. Każdy musiał mieć oczy dookoła głowy, żeby go coś nie spotkało.

Jak w szkole przetrwania.

Tak to trzeba nazwać. Ale odwetów nie było zbyt wiele, nie tak łatwo było nas zaskoczyć. Telefony mieliśmy zawsze wyłączone, karty sim wyjęte, pan Gieniu chował nam kluczyki, zawsze jasne skarpety…

Pełne przygotowanie!

No, niewiele można było nam zrobić. Jeśli nowicjusz wjeżdżał do szatni musiał wiedzieć, co go czeka. Krzychu Kotorowski poleciał kiedyś do Hiszpanii z workiem starych butów w bagażu. Przez dwadzieścia minut wrzeszczał na mnie:

– Garbaty! Gdzie jest mój sprzęt?! Gdzie jest mój sprzęt?!

Byli delikwenci, którzy przejechali pół Europy z gaśnicami w plecaku albo z ciężarkami. W końcu po jakimś czasie zwracaliśmy wszystko, każdy z chłopaków coś tam załadował do swojej torby. Chodziło tylko, by zobaczyć reakcję, to kręciło najbardziej. Im bardziej mogłeś kogoś wkurzyć, tym lepiej. Dawid Topolski pierwszy raz założył nowe dżinsy, takie z dziurami, wchodziła wtedy na nie moda. Miał je z Ameryki, więc były dla niego bardzo ważne. Postanowiliśmy, że trochę mu te dziury powiększymy. Nożyczki poszły w ruch, cała szatnia czekała tylko na moment, kiedy Dawid otworzy szafkę. Trochę się obraził, bo następne mógłby kupić sobie dopiero za rok. Poszła potem zrzutka na nowe, więc ostatecznie kupił sobie jakieś inne. Marcin Wachowicz też kiedyś długo poszukiwał jakichś butów z Pumy – nie było wszystko jeszcze tak dostępne, jak dzisiaj – a gdy je znalazł i przyszedł w nich do szatni, przykleiliśmy mu je ośmiorniczką i mógł już co najwyżej zerwać z nich podeszwy.

ZABKI 22.04.2011 MECZ 25. KOLEJKA I LIGA SEZON 2010/11 --- POLISH FIRST LEAGUE FOOTBALL MATCH: DOLCAN ZABKI - WARTA POZNAN 1:2 ZBIGNIEW ZAKRZEWSKI FOT. PIOTR KUCZA/NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Mieliście jakiś specjalny budżet na te żarty, skoro trzeba było co chwilę za coś płacić?

Oczywiście, świnka była zawsze pełna. Co chwilę się o coś zakładaliśmy – o takie rzeczy jak gra w dziadka – a kasa szła do skarbonki.

Fajny system. Świnka puchnie, można robić kolejne jaja.

Piotrek Świerczewski zarządzał tymi zakładami. Wracamy z treningu – zakład o to, kto trafi w latarnię. Telewizja na treningach – celem stawała się kamera. Na starym stadionie były takie studnie i to też był jeden z popularniejszych celów. Wszystko oczywiście o siano. Świrek miał pomysły ścigania się: on startuje od połowy na jednej nodze, ktoś biegnie całe boisko na dwóch nogach. Twierdził, że jak się rozbierze do gaci to będzie bardziej dynamiczny, no i się zawsze rozbierał. Hitem było też to, kto pierwszy trafi w poprzeczkę. Dwie osoby, które zostawały jako ostatnie, musiały klęczeć na linii i zbierać strzały z prostego podbicia z piątego metra. Przyjemne z pożytecznym. Szlifowaliśmy technikę strzału i zarazem mocne uderzenie, po którym dupa cała była przekrwiona. Kasa szła na pokrywanie szkód albo na – hmm – konsolidację drużyny, gdy przychodziła przerwa na reprezentację. Normalna sprawa, że idziesz na miasto z żonami i siadasz gdzieś pośród kibiców. Ludzie swoją drogą wspominają, że teraz nie ma takiego kontaktu z zawodnikami. Może przez to, że piłka stała się bardziej profesjonalna i że więcej jest zawodników spoza kraju. Z nami zawsze można było pogadać. Wygraliśmy mecz – wychodziliśmy na Stary Rynek i cieszyliśmy się wspólnie. Przegraliśmy – także się pojawialiśmy, ale dzięki temu ludzie nie mieli pretensji. Zawsze wiedzieli, że serducho było zostawione na boisku.

O luźną atmosferę było tym łatwiej, że trenował was wtedy Czesław Michniewicz, czyli facet, z którym można pożartować.

Wszyscy, którzy współpracują z nim do dzisiaj pewnie wiedzą, że w szatni to jest relacja trener-zawodnik, a poza szatnią trener jest normalnym facetem. Wychodził z nami, jeździł na grille. To było fajne, można było sobie normalnie pogadać na wszystkie tematy, pożartować. Nasze żony się znały, to też poprawiało atmosferę. Trener na początku nie przyznawał się, że nosi okulary. Szybko podłapaliśmy, że coś jest nie tak. Na obozie chciał komuś podać piłkę, a zamiast tego kopnął w biały kapelusz, który z góry wyglądał jak piłka. Rozłożył nas na łopatki, nie mogliśmy dokończyć treningu przez to. Kiedyś na Bułgarskiej była renowacja murawy. Wykopywali dół, obok koparka wyrzucała ziemię. Trener patrzy, przygląda się, coraz bliżej, bliżej… Nagle wali z prostego w te kopczyki. Raz, drugi, trzeci. Odwraca się do nas i pyta:

– Czemu te wrony nie uciekają?!

Jakie wrony do cholery?! Później już zainwestował w okulary i problemu nie było. Ze Smudą też była dobra akcja, jak przefarbowaliśmy mu włosy.

Co?!

Franek Smuda nigdy nie miał swojego szamponu, zawsze przychodził do nas i pożyczał. W końcu stwierdziliśmy, że trzeba mu nalać do tego szamponu farbę koloryzującą. Mieliśmy układ z salonem fryzjerskim w Poznaniu, dziewczyny nam przygotowały specjalną miksturę. Kolor fioletowy, dały nam specjalnie taką, by szybko łapała i by była w miarę szybko zmywalna. Dużo włosów trener nie miał, więc chwyciło. Potem trzeba było trochę pozapieprzać na treningach.

Smuda też lubił, gdy szatnia jest rozluźniona?

Tak. Pamiętam jak przyszedł na pierwszy trening i od razu powiedział na jaja:

– Panowie, teraz możecie się przyznać. Kto pali a kto lubi sobie coś dziabnąć?

Każdy jest człowiekiem, każdy zna swój organizm i wie, na ile sobie może pozwolić, ale pytanie było zupełnie w formie żartu. Marcin Wachowicz chyba nie zrozumiał i trzy dni bił się z myślami, czy się przyznać, że sobie popala. Obgryzał paznokcie, pytał się nas o radę, widać było, że nie wie, co z tym zrobić. Po trzech dniach staliśmy w kółku na murawie po treningu, mieliśmy się już rozchodzić, Marcin niepewnie podnosi rękę.

– Trenerze… Ja palę… – wycedził.

A wszyscy leżą. Trener pytał na jaja, a on trzy dni się tym przejmował. Smuda dał mu potem ksywkę „Giewont” od tych fajek. Mecz przy 15 tysiącach a on wybiega z ławki i krzyczy:

– Giewont! Giewont!

Jako jedyny powiedział, że lubi palić?

Tak generalnie to nie było większego problemu, by zapalić. Ja już teraz mogę o tym powiedzieć, że u nas palenie to temat tabu. Nikt w ogóle o tym nie mówi. Przyjeżdżając do Szwajcarii doznałem szoku. Podpisałem kontrakt, pojechałem na obóz do takiego kurortu narciarskiego, wszedłem do hotelu i przyszedł kierownik.

– Jakiego jesteś wyznania? – pyta.

– Nie, nie, to dla mnie żaden problem, naprawdę.

– Chcesz być w pokoju z ciemnoskórym czy jasnym?

– Wszystko jedno, będę z kim będę.

Wziął mnie do pokoju do kapitana. Był nim Serb Goran Obradović, razem z nim mieszkał Germano Vailati, który dziś jest drugim bramkarzem Bazylei.

– Polak? – pyta Goran.

– Polak.

– Pijesz, palisz, dawaj do nas!

Wszedłem a tam w talerzu od zupy cały kopiec petów i zadymione w całym pokoju. Siedzieli i normalnie sobie palili. Dla mnie to był szok, że takie rzeczy można. Tak samo jak u nas jest zakaz jeżdżenia na nartach. Tam byłem w najwyższej partii gór w Europie, byłem przekonany, że jeździć nie można. Poszedłem do dyrektora i pytam bez wiary o pozwolenie.

– A dlaczego miałbyś nie móc pojeździć na nartach? – odparł zdziwiony.

Wszystko jest dla ludzi. U nas po wypadku Marka Saganowskiego nie można już nic. Najlepiej jakbyśmy z domu nie wychodzili.

No dobra, ale nie wierzę, że fajki nie przeszkadzają w profesjonalnym sporcie. To oczywiście żadne porównanie, ale znajomi, którzy palą, odpadają po 20 minutach na orliku.

Ja akurat nie paliłem, ale jeśli palisz z głową – to nie ma większego wpływu na organizm. U nas jest halo z tego, że Artur Boruc stoi na balkonie i pali fajkę. Wystarczy wspomnieć, jak rok temu do Poznania przyjechała Bazylea. Umówiłem się ze wspomnianym Vailatim na obiad, przyjechałem ze znajomym. Po odprawie przed budynek wyszło dwudziestu zawodników włącznie z trenerem, z czego ośmiu stało i paliło fajkę.

– Kto to jest? Co oni robią? – pyta kumpel.

– No piłkarze FC Basel – mówię.

– To po co oni tu przyjechali? Na bankiet?

– Żeby klepnąć Lecha i pojechać dalej.

No i jak powiedziałem, tak zrobili. Może grzeszę, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś pali z głową to nie ma to większego wpływu na organizm. Jasne, jak ktoś pali dwie paczki czy trzy – tak. Tam nikt z tego nie robił problemu. Znamy różne przypadki piłkarzy, którzy podczas kariery brali inne używki i jakoś funkcjonowali. Taka reakcja środowiska wynika chyba z tego, że u nas kluby są biedniejsze. Jak jest zawodnik i się źle prowadzi, to się na niego chucha i dmucha. Na zachodzie nikt się takim nie przejmuje, wchodzi następny. My mieliśmy w kadrze 45 osób. W sobotę graliśmy mecz, a w czwartek organizowane były sparingi, żeby każdy był w rytmie. Jeden słabszy mecz i spadasz w hierarchii, więc jeśli źle się prowadzisz – działasz na swoją szkodę.

Mecz towarzyski: Legia Warszawa - FK Austria Wieden 1:0 25.01.2008 La Quinta - Marbella Zbigniew Zakrzewski Jacek Bak Miroslaw Trzeciak Fot. Piotr Kucza / Newspix.pl

U Smudy też można było sobie pozwolić na więcej? Znamy go z reprezentacji jako szeryfa.

Nie było z nim żadnego problemu. Smuda umiał dbać o atmosferę. Każdy trening zawsze zaczynaliśmy od dziada. Jak widział, że ten dziad nam idzie, są zmiany i humory dopisują, pozwalał tak grać przez całe zajęcia. Na drugi dzień była za to gierka 4 na 4 na połówce boiska i to już było dla mnie niezrozumiałe. Nieraz zajęcia kończyły się wymiotami. Taki styl. Jedni go będą lubili, inni nie, bo u niego zawsze grało tylko 13-14 piłkarzy, reszta nie miała szans. Zawsze mówił nam na obozach, że słabsza kość pęka i zawodnicy sami się wykruszą. Trzeba było zapierdzielać. Miał swoje obozy w Szklarskiej Porębie, gdzie brało się tylko pół piłki, bo przez cały tydzień i tak było tylko podnoszenie ciężarów i bieganie. Nie pozwalał nawet mieć słuchawek w uszach, bo mówił, że na boisku muzyki nie będzie. Miał ćwiczenia typu 70 minut biegu wokół boiska i co 2,5 minuty miałeś 30 sekund gazu. Po piątym dniu pokończyły się już rozmowy, bo nie miało się już o czym myśleć. Potem to przygotowanie dawało nam to, że koło 60-70 mogliśmy wrzucać kolejny bieg i wyciągać mecze z 0:2 na naszą korzyść. Ale z atmosferą nie było problemów i Smudzie było to nawet na rękę, że dbaliśmy o nią. Byliśmy świeżo po fuzji z Amiką, paru chłopaków przyszło z Wronek i szybko złapaliśmy wspólny język. Przyszli tacy goście jak Marcin Wasilewski, więc adaptacja przyszła automatycznie.

Dusza szatni. Ranieri trzyma go w Leicester głównie po to, by robił atmosferę.

Mistrz świata. Słyszałem, że jak brali go do Anderlechtu, nie podpisali z nim od razu umowy, bo trener chciał go najpierw trzy czy cztery dni sprawdzić, czy pasuje charakterologicznie, bo zupełnie nie znał człowieka. Po trzech godzinach umowa była podpisana, bo już zaczął trzymać szatnię. Śmialiśmy się, że pewnie każdy się go boi. Jak szliśmy gdzieś usiąść po treningu, to u Wasyla nie było „ja dziś nie mogę” albo „nie mam siły”. Chodził po pokojach i wyciągał wszystkich. Takie osoby muszą być w szatni. Wydaje nam się, że oni w Leicester przyjdą na trening, pograją i wracają za chwilę Lamborghini do chaty. A przecież spędzają całe dnie w klubie, to też normalni ludzie. Jeśli masz dobrze pracować to musisz się dobrze czuć. W Szwajcarii miałem w klubie osobę, która załatwiała wszystko. Przez miesiąc dzwoniła codziennie i pytała, czego jeszcze potrzebuję. Mieszkanie, praca dla żony, szkoła – ty miałeś tylko grać i nie myśleć o tym, co się dzieje w domu. Dziecko chore? Telefon do klubu, ktoś przyjeżdża. U nas zaczyna to już wyglądać profesjonalnie, ale wtedy to była zupełna abstrakcja.

Pod tym kątem w sumie wciąż w wielu klubach jest.

A to przecież nie jest wielki problem. Czytałem kiedyś książkę o jednym z angielskich trenerów, który poleciał w latach 80. do klubu futbolu amerykańskiego. Mała drużyna, która zdobyła Superbowl. Zawodnicy średni, trener średni, klub mały, nie za dużo finansów… Chciał poznać jej fenomen. Szedł po kolei po pracownikach i pyta, kto jest odpowiedzialny za wynik. Słyszał:

– Pani Jola.

Jaka pani Jola?! Później mu powiedzieli, że to była osoba, która wszystko potrafiła zawodnikom załatwić. Mogłeś do niej zadzwonić o każdej porze ze wszystkim. Pękła ci opona – dzwoniłeś do pani Joli, ona ogarniała tematy i przysyłała szybko po ciebie samochód. Niczym się nie martwisz. Takie rzeczy mają znaczenie.

W Lechu atmosfera była o tyle ważna, że było biednie. Sam zresztą wspominałeś nie raz o tych kłopotach.

Kasa świeciła pustkami. Kibice nie wiedzieli, jak wygląda sytuacja i wywieszali transparenty, że ważne są dla nas tylko fury, a prawda jest taka, że robiliśmy to wszystko prawie za darmochę. Pensje mieliśmy bardzo niskie i widzieliśmy je raz na kwartał albo raz na pół roku. Ludzie nas rozpoznawali na mieście, a niektórzy chłopacy nie mieli pieniędzy na wynajem mieszkania. Czasami było tak, że jechaliśmy na mecz do jakiegoś miasta i nie było nikogo, kto chciał zapłacić fakturę za hotel. Przy niepowodzeniach od razu szczerze gadaliśmy, a na drugi dzień znowu była taka atmosfera, że każdemu szybko wracały humory. Bez tego nie byłoby żadnych wyników. Kasa nas nie mobilizowała, musieliśmy to robić sami. Robiliśmy na przykład zakłady, kto ile kartek dostanie w sezonie. Ktoś miał w danym meczu dostać i nie dostał – stawiał. Była walka. Pucharu i Superpucharu nie zdobyliśmy dla pieniędzy, bo one też nie były takie, jakie ustaliliśmy. Większość chłopaków była z Poznania lub okolic, sukces w Lechu to było nasze marzenie. Pruliśmy z wątroby. Teraz chłopaki mają może umiejętności wyższe niż my, ale my to wszystko nadrabialiśmy charakterem.

Podobno impreza była tak gruba, że aż wam puchar zginął.

Gruba, gruba, przeciągała się przez cały tydzień. Już nie pamiętam dokładnie jak było z tym pucharem, ale wiem, że z trofeum za Superpuchar pojechaliśmy do Maćka Scherfchena na wesele i tam miał okazję się z niego napić szampana. Nikt nam w ogóle nie dawał szans na ten puchar. Miało być początkowo tak, że pierwszy mecz jest w Warszawie, a drugi u nas, ale włodarze Lecha ostatecznie postarali się, by to zamienić. Bali się, że pojedziemy do Warszawy, dostaniemy piątkę i na rewanż przyjdzie 1500 osób. Jak widać – jednak można było nic nie zmieniać. Wracaliśmy z osiem godzin z tej Warszawy, za nami ciągnął się sznur samochodów z Poznania. Gdy tylko można było przystanąć na jakiejś stacji – stawaliśmy i bawiliśmy się razem z kibicami. Potem jechaliśmy autobusem przez cały Poznań. Schowaliśmy do jednej marynarki wszystkie telefony i portfele, a Piotrek Reiss… wyrzucił tę marynarkę do kibiców. Całość udało się na szczęście jakoś odzyskać. Ludzie do dziś nam mówią, że ten puchar smakował lepiej niż te ostatnie mistrzostwa. Klub miał problemy, spadł, a tu takie odrodzenie. Superpuchar z Wisłą też był interesujący. My świętowaliśmy cały tydzień, oni świętowali cały tydzień…

Puchar Zmęczonych Drużyn!

Ale my chyba mniej świętowaliśmy, bo wygraliśmy w karnych!

POZNAN 15.01.2010 REMES CUP EXTRA 2010 WLODZIMIERZ DUS ZBIGNIEW ZAKRZEWSKI FOT. PIOTR KUCZA --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

Teraz zanika zwyczaj chrztów, ty jeszcze jesteś z czasów, gdy były powszechne. Pamiętasz jakiś najgrubszy?

Były, były. Paweł Buzała latał kiedyś na obozie w Turcji skakał jak Adam Małysz, który wtedy był na topie. Tejpem miał przywiązaną do nóg trzcinę jako narty, dwa chleby tureckie jako kask i markerem dorysowanego wąsa. No i musiał skakać przed całą grupą. Zawsze trzeba było się za kogoś przebrać, coś opowiedzieć, potem się dostawało od wszystkich wpierdziel. To było fajne. Teraz patrzę po mojej kadrze w czwartoligowej Tarnovii i nie wyobrażam sobie, że mogłoby być coś takiego jak chrzest.

Dlaczego?

Zanika kultura szacunku do starszych. Ja jestem tak wychowany, że starszemu zawsze otworzę drzwi, pomogę, jak gramy w oldbojach ze starszymi to pozbieram znaczniki czy piłki. Korona mi z głowy nie spada. Teraz młodzi mają z tym problem. Za dużo się naoglądali dookoła wielkiej piłki i traktują to jak ujmę. Jak ja wchodziłem do Lecha, to mieliśmy dwie szatnie. W jednej siedzieli młodzi, w drugiej starzy. Przed odprawą pukaliśmy, mówiliśmy „dzień dobry” i pytaliśmy, czy możemy wejść. Dla nas to było niesamowite, człowiek nie raz dostał kopa w dupę od starszyzny. Jak Araś mówił do mnie „Zaki, weź paliki!”, to ja się jarałem. Jezus Maria, Araś mnie poznał! Teraz nie możesz na młodego krzyknąć, bo ten od razu się oburza.

No i w szatniach – tak generalnie – coraz częściej zaczyna brakować tej atmosfery znanej z dawnych lat.

W Warcie też utrzymaliśmy się w lidze tylko dzięki mocnym charakterom. Rekordem świata było to, że na wyjazdy jeździliśmy swoimi samochodami. Wstawaliśmy rano, wsiadaliśmy w fury, jechaliśmy do Nowego Sącza, wysiadaliśmy godzinę przed meczem i graliśmy. Z Miedzi z kolei wolałem odejść, by nie rozbijać szatni. Do klubu przyszedł Stawowy i zaczął wprowadzać jakieś swoje ciężkie zasady, szkolne zbiórki, które – zdaniem kapitana, czyli moim – kompletnie się nie nadawały na ten zespół. Wiedziałem, że prędzej czy później stworzy się grupa, która pójdzie za mną i grupa, która pójdzie za Stawowym. Po co mi to? Po co miałbym siedzieć w klubie i naciągać ludzi na pieniądze? Podjęliśmy z żoną decyzję, że zjedziemy do Poznania. Z mojego talentu osiągnąłem w piłce wszystko, co mogłem. Do dziś się ze mnie śmieją, że mam przyjęcie kierunkowe od razu ze strzałem. Może przez takie wywiady, śmieszne anegdoty, niektórzy stwierdzą, że takie rzeczy też są ważne w piłce. Ktoś może powiedzieć:

– Zakrzewski, kurwa, głupka z siebie robisz.

I w porządku. Można tak mówić, ale dla mnie atmosfera to element, który w dużym stopniu przekłada się na wynik. Jeśli człowiek przychodziłby codziennie do ponad 20-osobowej grupy i nie byłoby uśmiechu na ustach, to o kant dupy to rozbić.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (0)