Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Uprzedzam. Nic o sporcie. Mało tego – pojawi się nawet to straszne słowo, którego nie wolno wypowiadać: „Smoleńsk”. Wchodzicie na własną odpowiedzialność…

* * *

Mam 32 lata, urodziłem się w Warszawie. Nigdy specjalnie nie pasjonowałem się polityką, wychodząc z założenia, że najwięcej w kwestii własnego życia mam do zrobienia sam. Myślę, że wielu moich rówieśników miało identyczne podejście i z tego względu mój głos mógłby służyć za głos większej grupy ludzi. Nie chcę pisać, że głos pokolenia, bo to byłoby nie na miejscu, ale po prostu – głos większej grupy. Trzydziestolatków z dużych miast, którzy radzą sobie na co dzień.

Kiedy rozbił się samolot w Smoleńsku, nie rozpaczałem, nie zalewałem się łzami. Owszem, było mi smutno, może i zaszkliły mi się oczy, gdy w telewizji obejrzałem przejmujący materiał, ale nic ponad to. Jestem uodporniony na śmierć, zbyt wiele osób mi bliskich umarło – wliczając mojego tatę, gdy miałem 14 lat. Siedzieliśmy razem w pokoju, późnym wieczorem, i oglądaliśmy telewizję. Wtedy to się stało. Chyba na skutek owego zdarzenia kiedyś powiedziałem sobie: nie będę przejmował się śmiercią ludzi, których nigdy osobiście nie poznałem. Mam jakiś przełącznik w głowie, który pozwala mi się wyłączyć, zamknąć w skorupie, jakkolwiek nieludzko to zabrzmi – wzruszyć ramionami i pójść w drugą stronę. Nie należę do ludzi, którzy zapalają świeczki gdzieś na mieście. Zaszczepiłem się na zgony. Przepraszam, jeśli za to trzeba przepraszać, ale taka jest po prostu prawda.

Nigdy nie należałem do „sekty smoleńskiej”, jak pogardliwie określa się ludzi, którzy nie wierzą w katastrofy lotnicze. Sam zawsze wychodziłem z założenia, że samoloty czasami spadają – z różnych przyczyn. I tam samolot spadł. Nie natrafiłem na ani jeden racjonalny argument, który miałby nakierować mnie na teorię zamachu. Cały czas zakładam, że gdyby nie ta paskudna mgła, nic złego by się nie wydarzyło.

Mimo mojej znieczulicy życiowej i mimo przekonania, iż mieliśmy do czynienia z wypadkiem komunikacyjnym, uważam, że tamtym ludziom należy się pamięć, a rodzinom – spokój. I z obrzydzeniem obserwuję, do czego dziś służy Smoleńsk, jak się nim gra, w jaki sposób można nim atakować i się bronić. Mnie, Polaka, obraża to, iż tragiczna śmierć elity polskiej polityki dzisiaj jest tylko narzędziem walki, cynicznej i podłej. Nie znałem nikogo, kto leciał tym samolotem, nie odwiedziłem ani jednego grobu. Tym bardziej poraża mnie, jak wielkie skurwysyny rządzą tym krajem, skoro potrafią bezcześcić pamięć swoich niedawnych kumpli. Bo przecież tym samolotem lecieli politycy ze wszystkich opcji. Jakim moralnym karłem trzeba być, by używać rozczłonkowanych ciał dawnych kolegów i przyjaciół do nieustannej politycznej łomotaniny?

Radykalizuję się.

Jeszcze trzy lata temu nie chciało mi się o Smoleńsku już słuchać, uważałem, że to nudne. Ale dzisiaj coraz częściej mi się chce. Nie mogę uwierzyć, że przez pięć lat wrak leży w Rosji, że leżą tam też czarne skrzynki. W głowie mi się nie mieści, że duże państwo – a przecież Polska to duże państwo – może być tak bezradne w sprawie dla siebie tak szczególnej. Kiedy słucham wypowiedzi Bronisława Komorowskiego, ewidentnie bagatelizującego sprawę owego wraku i skrzynek, czuję się zażenowany, że mam takiego prezydenta. Szczerze zażenowany. Ale jak wierzyć w odzyskanie wraku, jeśli niemal codziennie przejeżdżam obok opuszczonego osiedla przy ulicy Sobieskiego, którego Polska nie jest w stanie odebrać Rosji od bardzo, bardzo dawna…

Kiedy spadł samolot Germanwings, następnego dnia śledczy odczytali skrzynki i stwierdzili nawet, iż pilot „spokojnie oddychał”. A tu przez pięć lat nie mogą odczytać, co i kto dokładnie powiedział. Kiedy widzę, jak kilka dni przed rocznicą katastrofy – poprzez przeciek kontrolowany – wypływają nowe stenogramy, stworzone tylko po to, by raz jeszcze kampanię nakierować na wątek smoleński i raz jeszcze dokonać podziału na „oszołomów” i „normalnych”, jest mi za takie państwo wstyd. Przy czym jest to wstyd tak przejmujący, że dalej już nic nie ma, koniec skali. W głowie mi się nie mieści, że pięć lat może trwać analiza dźwięku i że raz może z tej analizy wyjść tak, a raz inaczej.

Nawet pozwoliłem sobie na Twitterze na czarny humor, może niestosowny, ale jednak moim zdaniem oddający tę paranoję, w jakiej funkcjonujemy. Napisałem tak…

Zrzut ekranu 2015-04-13 o 21.08.43

Ktoś może powiedzieć, że przekroczyłem granicę, ale moim zdaniem to Polska – jako państwo – przekracza granicę obciachu. Gdy stenogram służy jedynie do tego, by wygrać wybory, a nie do tego, by poznać prawdę – mierzi mnie to. Jestem wstrząśnięty tym, za jakich durniów politycy mają obywateli tego kraju, a jeszcze bardziej wstrząsa mną fakt, że mają rację. Że te ich nędzne zagrywki, propaganda dla upośledzonych umysłowo, tania i kiczowata, ponownie przyniesie skutek. Jestem wstrząśnięty tym, jak zachowują się media, jakim szmatławcem okazał się „Newsweek”, zbyt brudnym nawet, by podetrzeć nim dupę. Jestem zażenowany tym, co wyczynia się w mediach głównego nurtu, w TVN24 i w jego flagowym produkcie „Szkło Kontaktowe”, którym się przez ostatnie dni znowu katowałem, by sprawdzić, czy cokolwiek zmieniło się na lepsze. Rany, przecież to jest telewizja z Korei Północnej, tylko dopieszczona technicznie… Niestety, media walczą o życie. O intratne kampanie reklamowe, o budżety spółek skarbu państwa. Tu nie ma żartów. Albo morze pieniędzy popłynie w lewo, albo w prawo. Albo przypływ, albo odpływ. To zbyt poważna sprawa, by pozwolić sobie na niezależność. Niezależne było „Wprost” – przy wielu tekstach, które mi się nie podobały, był to jednak tygodnik, który nikogo się nie bał i walił między oczy, tygodnik dymisjonujący ministrów, ujawniający prywatne rozmowy polityków i burzący pomniki. System nie mógł na to pozwolić – został zbyt sprawnie skonstruowany. Dlatego autorzy tamtych publikacji nie mają pracy, a gnida od „Zamachowca” na okładce „Newsweeka” ma i to nawet niejedną. Ma też taką, która zapewnia strumyk prosto z budżetu.

Cała machina pracuje na to, by Platforma Obywatelska wygrała wybory na jesieni i by za miesiąc wygrał Komorowski. I tak się stanie. Ale tego Smoleńska nie mogę przeboleć i nie mogę wybaczyć, bo to kwestia przyzwoitości.

Leciał prezydent, jego żona i dziewięćdziesiąt cztery inne osoby, każda z własną historią. Lecieli, by zapalić świeczką po żołnierzach zabitych w Katyniu. Mogłem nie głosować na Lecha Kaczyńskiego, mogłem go nawet nie lubić, ale był prezydentem tego kraju i zginął podczas wykonywania obowiązków służbowych, podczas zagranicznej delegacji – a to wydarzenie w naszej historii bez precedensu. Wydawało mi się naturalne, że powstanie godny pomnik, który tych ludzi upamiętni. I kiedy widzę, że nawet z tego zrobiono pole walki o głosy… Aż trudno w to uwierzyć…

Za długo pracuję w mediach, by nie znać tych sztuczek. „Dajcie im taką lokalizację pomnika, żeby się na nią nie zgodzili, ale wystarczająco dobrą, by większość ludzi wzięła ich za oszołomów i pytała, czego chcą więcej”. Gdybym ja był prezydentem Warszawy, to pięć lat temu wezwałbym do siebie naczelnego architekta i powiedział: – Gówno mnie obchodzi jak to zrobisz, ale ma być pięknie i w optymalnej lokalizacji… A tu nie: tu ma być tak, by druga strona się pluła. I żeby ją wytykać palcami – ha, znowu się plują!

Jako warszawiak źle się czuję w mieście, w którym w centralnym punkcie stoi jakaś kretyńska palma, a gdzie indziej brzydka tęcza, natomiast pomnik ofiar katastrofy planuje się przy pętli autobusowej. Nie twierdzę, że miał stanąć zamiast palmy, albo zamiast tęczy, ale twierdzę, że powinien stanąć w godnym miejscu i jeśli patrzę na palmę (kurwa, palmę!), to nie chcę słyszeć o koncepcji urbanistycznej, do której pomnik ofiar nie pasuje. Nie podoba mi się, jak gra się stenogramami, i nie podoba mi się, jak się gra lokalizacją – wciąż po to, by przeciwników pokazać jako kłótliwych warchołów. Nagle – w co sam nie wierzę – zaczynam dryfować w stronę PiS. Partii po stokroć nędznej, ale tak medialnie napierdalanej, tak obrzydliwie poniewieranej, że aż mi się jej robi żal. W imię elementarnej przyzwoitości nie mogę patrzeć, jakimi sztuczkami topi się opozycję – a że ona pływać nie umie, to proces przebiega bardzo sprawnie.

– No co ty? Na PiS?! Albo: – Na Kukiza?! Na Korwina?! Na Ogórek?!

Każdy z nas to słyszy, codziennie. PO zdołała przebić się do świadomości jako partia „normalna”, a ja tej normalności nie widzę. Widzę cyników, którzy wykorzystują tragedię sprzed pięciu lat dla nabicia poparcia. Widzę Donalda Tuska, jak to ładnie pisano – „prezydenta Europy” – który w rocznicę katastrofy nawet nie zdobył się na jeden gest pamięci. Widzę Bronisława Komorowskiego, który stanowi dla mnie żywą zagadkę: jak ktoś taki mógł zostać prezydentem? Widzę polityków, którzy nie dotrzymują słowa, mamią obietnicami, a potem śmieją się w twarz. Widzę sitwę, która oplotła całą Polskę i z polityki zrobiła intratny biznes.

Może źle widzę. Może. Nie wykluczam.

Polską mogliby rządzić ludzie mądrzejsi, głupsi… Ale najbardziej mnie boli, że rządzą ludzie podli. Wyzbyci resztek człowieczeństwa – a przynajmniej ja ich tak postrzegam. Niestety, mam świadomość, że muszę się do nich przyzwyczaić, ponieważ opanowali tylko jedną, za to kluczową umiejętność – utrzymania się na powierzchni. Nawet jeśli za ostatnią deskę ratunku robią smoleńskie trumny.

Bo jeśli masz trumny i umiesz się nimi posługiwać, to więcej ci nie trzeba. W poniedziałek dziennikarka TVN24 zapytała Bronisława Komorowskiego o spot Andrzeja Dudy (ależ z niego robią głąba w „Szkle Kontaktowym). Ten, w którym wymieniane są niezrealizowane obietnice prezydenta. Dialog wyglądał mniej więcej tak…

– Nie rozmawiam o spocie. Cudzym.
– A o obietnicach?
– Nie, nie. Niech pani spyta… Posłów. Albo kogoś.

Albo kogoś… Najważniejsze jednak, że dzień później uśmiechnie się głupkowato, podpisze jakąś konwencję, która niby wpłynie na poziom przemocy domowej, a w rzeczywistości wpłynie jedynie na to, iż uda się przeżyć jeszcze jeden dzień bez zabierania głosu na istotne tematy, ale jednocześnie jeszcze jeden dzień w mediach, w serwisach informacyjnych i na pierwszych stronach.

Polacy lubią tego dobrego wujka, jowialną ciapę, z którą można się nażreć grochówki. Mnie się niestety już zbiera na wymioty. Czuję się nieswojo w tym kraju i nie chcę do końca życia być mielony przez propagandowy młynek, nie chcę być świadkiem gierek stworzonych na potrzeby przygłupiego elektoratu.

Dajcie mi normalnie żyć. Dajcie mi pretekst, bym uwierzył, że tym krajem nie rządzą gady i szumowiny, tylko ludzie, którzy mają coś do zrobienia. Pozwólcie uwierzyć, że zależy wam na czymś więcej, niż na głosie Mieczysława z Kutna, który najchętniej naplułby Kaczyńskiemu w twarz. Dajcie mi – chociaż to nie w moim stylu – zapalić świeczkę pod pomnikiem ofiar, między innymi pod pomnikiem prezydenta, na którego nie głosowałem.

I wtedy zamknijmy tę sprawę raz na zawsze.

KRZYSZTOF STANOWSKI