Droga od niebytu do Ligi Mistrzów. Jak to się robi w Borysowie
Weszło Extra

Droga od niebytu do Ligi Mistrzów. Jak to się robi w Borysowie

1995 rok, Borysów. W prowincjonalnym mieście futbol nie istnieje odkąd w 1981 z piłkarskiej mapy zniknęło BATE. Anatolij Kapski jest jedną z głów fabryki Borisovskiy Zavod Avtotraktornogo Elektrooborudovaniya, produkującej części do traktorów. Yuri Puntus pracuje jako asystent w malowniczo nazywającym się rosyjskim klubie Rybak Starodupskoje. Wiktor Gonczarenko jest juniorem, a zarazem studentem. Niedługo życie ich wszystkich zmieni BATE. Podnoszące się z popiołów, wjeżdżające na olimp, jakeigo białoruska piłka nigdy nie zasmakowała.

Wybacz, Cosminie Moti. Twój wyczyn z obroną karnych był fantastyczny, godny zapamiętania. Ale zbudować w takiej dziurze poważny klub, grający regularnie w Lidze Mistrzów, przywożący skalpy z prestiżowych stadionów, to cud znacznie większy. Cud wielokrotny, cud rozciągnięty w czasie. Tak należy określić budowę trwałych fundamentów silnego piłkarskiego klubu na piasku i błocie. Na rodzimych piłkarzach, choć Białoruś, w przeciwieństwie do chociażby Chorwacji, z seryjnego wypuszczania supertalentów nie słynie. Na rodzimych pieniądzach, choć tutejszy przemysł światowej gospodarki nie podbija.

BATE to historia jak z Football Managera. Znacie ten scenariusz: bierzecie słabiutki klub, z jak najniższej ligi, a potem wprowadzacie go na szczyt. Jakiś czas temu w mojej grze wylosowałem w półfinale Ligi Mistrzów Radomsko, ot, taki tam folklor. Kapski zabawił się w FM na żywo, wziął gruzy małego klubiku, musiał zaczynać w III lidze białoruskiej, a wiele lat później ograł Bayern. Późniejszego triumfatora LM.

Plan Kapskiego, czyli od początku wszystko jak w zegarku

Image and video hosting by TinyPic

Kapski po lewo. Niepozorny facet, a pamiętajmy, że to multimilioner

Kapski w 1996 miał gotowy plan na klub. Siedmiopunktowy:

1. Znacząca inwestycja początkowa.
2. Stworzenie profesjonalnych struktur szkolenia młodzieży.
3. Kadra zespołu zbilansowana pomiędzy doświadczonych zawodników, a absolwentów akademii.
4. Zaufanie dla trenera.
5. Zdobycie przychylności lokalnej społeczności.
6. Zaangażowanie lokalnych władz.
7. Nie panikuj.

Cel: być samowystarczalnym, zarabiającym na siebie klubem.

Ciekawy siódmy punkt, prawda? Po prostu, NIE PANIKUJ. Można go śmiało połączyć z numerem cztery i pojawi nam się ważny element klubowej filozofii. Natomiast wyznaczony wówczas cel pokazuje, że nawet Kapski nie marzył o takich osiągnięciach, jakie obecnie dla BATE stały się normą. Z wywiadu dla UEFA.com:

– Czy w 1996 gdy odbudowywałeś BATE, wierzyłeś, że kiedyś zagracie w Lidze Mistrzów?

– W życiu musisz wyznaczać sobie cele, które są trudne do osiągnięcia. Ambitne, ale realistyczne. Nie mogę powiedzieć, że wtedy myślałem o Champions League. Myśleliśmy tylko o tym, by postawić kolejny krok. Dzięki temu, dzięki sumie małych kroczków, konsekwentnie stawianych do przodu, jesteśmy tu, gdzie jesteśmy.

Image and video hosting by TinyPic

Stary stadion BATE. Szału naprawdę nie było, poziom polskiej III ligi

Rybak Starodupskoje w CV to nie jest karta, która otwiera trenerowi wszystkie drzwi. Kapski też to wiedział. Zatrudniał w 1996 trenera bez doświaczenia, ani piłkarskiego, ani trenerskiego. Puntus był człowiekiem znikąd, miał 35 lat. Ale Kapskiemu podobało się jego podejście do futbolu. Facet miał pasję i wizję. Kapski widział w nim błysk, a dodatkowo wiedział, że gość będzie zasuwał od rana do nocy. Żył klubem, bo tu ważą się też jego losy, Puntus był na dorobku.

W dwa lata awansowali z trzeciej ligi do pierwszej. Tutaj prognozowano im spadek, bo mieli najniższy budżet w lidze. Ale Puntus z BATE (i Gonczarenką w składzie) zrobił z beniaminka wicemistrza kraju. To był szok dla tamtejszego środowiska piłkarskiego, a zarazem pierwszy z milowych kamieni w historii BATE. Kapski zobaczył, że droga, którą obrał jest słuszna, a pozamiatać białoruską ligą to wcale nie jest taka wielka sztuka. Europejskie puchary to już inna bajka, bo w debiucie dostali 1:7 i 0:5 od Lokomotiwu Moskwa.

Po sukcesie nie rozprzedano drużyny, a głębiej sięgnięto do kieszeni i ją dofinansowano. Rok później byli już mistrzem, co powtórzyli w 2002, w pozostałych latach nie schodzili z pudła. Puntus niedługo później odszedł, by zostać selekcjonerem reprezentacji Białorusi. W BATE z perspektywy czasu za nim nie płaczą, od momentu gdy odszedł, wygrali ligę osiem razy z rzędu. Dziś Puntus pracuje w drugiej lidze. Jego Slavia Mozyr pewnie kroczy jednak po awans.

Image and video hosting by TinyPic

BATE z 2004 roku

Białoruskiej La Masii nie ma, ale wychowankowie są kluczowi

– Jak to możliwe, że rok w rok sprzedajecie najlepszych piłkarzy, a mimo to jesteście ciągle mocni?

– Staramy się skapitalizować nasze sukcesy. Nie jest to łatwe na Białorusi, ale tak czy inaczej, chcemy być silniejsi każdego roku. Na pewno wolimy to robić przez rozwój infrastruktury, nigdy nie będziemy robić kominów płacowych, masowo sprowadzać zagranicznych graczy. Nasi wychowankowie to połowa kadry i cieszymy się z tego. Owszem, możliwe, że czasem ściągniemy nazwisko duże jak na Białoruś, ale tylko, jeśli to będzie osoba o odpowiedniej mentalności. Nigdy ktoś, kto patrzyłby z góry na naszą markę i drużynę.

Dlatego chociażby transfer Hleba, najbardziej znanego wychowanka BATE, był strzałem w dziesiątkę. To nie tylko po prostu dobry piłkarz, ale i zawodnik, który pomagał młodym, a klubowe barwy darzył wielkim szacunkiem.

Image and video hosting by TinyPic

Ważny fakt: trener pierwszej drużyny organizuje w dużej mierze pracę grup młodzieżowych. Wszystkie grają według taktyki, jaką prezentuje pierwszy zespół. Pierwszy trener dostaje regularne raporty juniorskie, nadzoruje pracę nad juniorami. To niby norma, ale w BATE naprawdę kładą nacisk na to, by pierwszy trener był mocno zaangażowany w koordynowanie młodzieżowych grup.

To ważne dlatego, że wychowuje sobie zawodników skrojonych do swoich potrzeb. Ma lewego obrońcę, który świetnie pasuje do taktyki? Pewnie gra tak dobrze, że niedługo odejdzie. Ale spokojnie, gdzieś tam już rzeźbi się juniora, by dysponował podobnym zestawem umiejętności.

Ten system w Polsce jest trudny do wyobrażenia, bo u nas zmienia się trenerów nawet i po trzy, cztery razy na sezon. Oddawać każdemu władzę nad akademią i juniorami byłoby absurdem, rozregulowało klub bardzo skutecznie. Ale kolejny raz trzeba powiedzieć: w BATE ufa się trenerom. Podpisuje minimalnie czteroletnie umowy i wdraża zasadę „NIE PANIKUJ”, więc nigdy, przenigdy, nie ma nerwowych ruchów. To jest ich droga, to DNA BATE.

Obecnie w szkółce jest około 200 chłopców, najmłodsze roczniki to U-9. Szkoli ich dziesięciu trenerów, część z nich to Białorusini, część zza granicy, fachowcy wcale nie tani, specjaliści. Doszkalani regularnie. Kiedyś Kapski powiedział o Gonczarence: on nawet wakacje spędza na nauce, bo jeździ wtedy po zachodnich klubach. Można przypuszczać, że taki profil trenerski, nastawiony na otwartość i innowacje, dominuje także wśród sztabu szkoleniowego w akademii.

Biznesowo, BATE jest w stanie sprzedawać teraz swoje gwiazdy za grube miliony. Lech jeszcze załapał się na czasy, gdy można było stołować się na Białorusi za bezcen, 400 tysięcy za Kriwca to właściwie kradzież. Nieco później Ałanija za Bressana zapłaciła 3.5 miliona euro, Szitow i Nekhajczik odeszli za cztery miliony do Dinama Moskwa. Zdarzały się klubowi okienka, gdy wydawał grubo ponad milion euro.

Nie będzie natomiast akapitu o pięknych boiskach treningowych i doskonałej bazie. Tej przez długie lata nie było, juniorzy jeździli często do Mińska, gdzie trenowali. Dopiero teraz trwają prace nad rozwinięciem porządnego kompleksu w Borysowie. Póki co, rewelacji nie ma. Ale jest świetna kadra. I zmotywowane chłopaki, którzy widzą w futbolu często jedyną szansę, by się wybić.

Na reformie do Europy

BATE jest jednym z beneficjentów reformy Platiniego. Właściwie głównym, modelowym przykładem tego, jak można ją wykorzystać. Oddajmy im co ich: pierwszy raz do Ligi Mistrzów awansowali, gdy jeszcze mistrz Białorusi mógł wylosować kluby z Hiszpanii, Anglii, Niemiec. Ale trafił – jak niegdyś Wisła – na Anderlecht, jako najtrudniejszą przeszkodę.

Kamień milowy w historii klubu. Wyjazdowe zwycięstwo nad Anderlechtem

Potem jednak? Wcale nie byli jakimś dominatorem. Nie zbierali w kwalifikacjach skalpów na lewo i prawo. Sezon później odpadli z łotewskim Ventspilsem. Spadli do LE, gdzie wystarczyło ograć Litex Łowecz, by zagrać w fazie grupowej LE.

Rok później ten sam scenariusz: porażka z Kopenhagą w LM, spadochron w grupie LE po pokonaniu w Play-Off Maritimo. Sezon 11-12, Liga Mistrzów, wywalczona dzięki ograniu Linfield, Ekranasu i Sturmu Graz. Rok później, gdy ograli Bayern w grupie, wystarczyło być lepszym od Vardaru, Debreczyna i Ironi Kiryat Shmona aby tam się dostać. Sezon 13-14, Karaganda zatrzymuje ich w pierwszej rundzie, a teraz w pokonanym polu Debreczyn, Slovan i już, za bramami piłkarskiego raju. Nie było cudów, wielkich marek rozbijanych w eliminacjach. Dzięki reformie Platiniego cuda nie są konieczne. Rywalizowali z drużynami, które nie tyle były w zasięgu, co po prostu prezentowały równorzędny poziom.

Dla porównania, w poprzedniej dekadzie trzy razy na drodze mistrza Polski stawała Barcelona. Raz Real. Mistrz Austrii, Izraela, Słowacji? Ogrywaliśmy lepsze ekipy.

Słabość ligi białoruskiej zadziałała na korzyść BATE. Bardzo łatwo było im zdobyć mistrzostwo, a droga mistrzowska w kwalifikacjach to dziś autostrada do LM bądź LE. Z jednym zastrzeżeniem: trzeba mieć dużo punktów rankingowych, które pozwalają na rozstawienie we wszystkich rundach kwalifikacji. Te punkty to dziś wielki kapitał klubu. Aktualnie w Borysowie mają ich 33.725, co stawia ich przed Besiktasem, Brugią, Spartą czy też Dnipro, by wymienić tylko inne ekipy regularnie grające w pucharach.

Polska liga była w tym czasie bardziej konkurencyjna. Raz mistrzostwo zdobywał ten, raz drugi. Nie było klubu, który dzięki najłatwiejszej ścieżce mógłby rok po roku nabić sobie ranking. Wisła, gdy seryjnie zdobywała mistrzostwo dzięki Frankowskiemu, Żurawskiemu, Kosowskiemu i Szymkowiakowi, grała według starych zasad kwalifikacji. Miała wysoki ranking, ale tak wiele on nie dawał, bo wpadała na gigantów. Możemy tylko się zastanawiać, gdzie dziś byłby ten klub, gdyby wówczas panowały eliminacje według Platiniego.

A właściwie możemy śmiało żałożyć, że znaleźliby się w Champions League i to więcej niż raz.

Najmłodszy trener w historii Ligi Mistrzów

Image and video hosting by TinyPic

Gonczarenko, jego rola w sukcesie BATE jest nie do przecenienia. Projekt Kapskiego sprawdzał się przez lata na rodzimym podwórku, ale w Europie za każdym razem pokazywano im drzwi. Rządy Gonczarenki sprawiły, że BATE stało się klubem rozpoznawalnym na kontynencie. Nieporównywalnie bogatszym niż wcześniej, dość bogatym, by zbudować ultranowoczesny, piękny stadion.

Jego rodzina mieszkała w małym miasteczku, Choimiki. Matka prowadziła sklep, ojciec był inżynierem, a także zapalonym fanatykiem futbolu. W rodzinie nawet nie miano problemu z pasją syna, który co dzień zdzierał korki i kolana, właściwie to zachęcano go do treningów. Szczególnie oczywiście tato, który jednak nie dożył, by zobaczyć sukcesy Wiktor, zmarł wskutek powikłań związanych z katastrofą w Czarnobylu.

Gonczarenko to typowy tytan pracy. Karierę piłkarską łączył ze studiami, bo wiedział, że futbol może nie zapewnić mu wielkiej przyszłości. Innymi słowy: rozsądny, twardo stąpający po ziemi facet. Zadebiutował w BATE w wieku 18 lat, zdobył tu dwa mistrzostwa. A potem wielki pech, kontuzja, która przerwała jego karierę mocno przed trzydziestką. Na szczęście przygarnięto go w klubie, został asystentem. Najpierw Puntusa, potem Kruszenki.

Gdy ten drugi odszedł, Gonczarenko został trenerem tymczasowym. Wygrał jednak pięć z sześciu meczów i postanowiono mu zaufać, choć ledwo przekroczył trzydziestkę i miał w drużynie graczy starszych od niego. Ale jaki sukces przyniosła ta współpraca, wiemy dziś wszyscy.

Kapski mówił o nim: ten gość przeczytał o futbolu wszystkie książki. Nie ma takiej lektury poświęconej taktyce, rozwijaniu zawodników i psychologii sportu, której nie przeczytałby Wiktor. Najbardziej ponoć lubi biografie wielkich trenerów. Cały czas jeździł też na staże, dziś to do niego można jeździć, bo prowadzi za grubą kasę Kubań Krasnodar.

Jakim jest trenerem? Jak łatwo się domyśleć, poukładanym taktycznie, mającym swój pomysł na zespół i konskwentnie go wprowadzający. Mentalnie to trener stojący ramię w ramię z piłkarzami. Żaden ustawiający się przed wszystkimi, raczej taki, którzy tworzy atmosferę pozytywnej, wspólnej bandy. Zachowując wszelkie proporcje, jest tu pierwiastek tego, z czego słynie Leszek Ojrzyński. Sam o sobie Gonczarenko mówi, że wzoruje się na Romancewie i Łobanowskim. Wierzy w charakterność i szeroko pojętą cierpliwość, którą można rozumieć i jako podejście do pracy, i jako podejście do ludzi.

Gdy pierwszy raz wprowadził BATE do Ligi Mistrzów, Kapski powiedział: mamy dość pieniędzy, by funkcjonować przez dekadę.

Nic dziwnego, że gdy odchodził, żegnano go z fanfarami. A on z fanfarami się żegnał, dziękując za to, jak wiele dał mu klub.

Dziś trenerem jest Aleksander Jermakowicz. Postawiono na sprawdzony model: wychowujemy sobie nie tylko piłkarzy, ale i trenera. Jermakowicz był od lat asystentem Gonczarenki. W klubie był od zawsze, spędził tu dziesięć lat, od 1998 roku do 2008 rozegrał ponad 200 spotkań w barwach Borysowa, a potem od razu wylądował na stanowisku asystena. W trwającym sezonie ligowym (system wiosna – jesień) przegrał raz. W pucharach na otwarcie wszedł do Ligi Mistrzów. Niezły start, full z ręki w pokerze.

Nic dziwnego, że białoruscy trenerzy podbijają rosyjską ligę, jest ich już tam trzech. Poza Gonczarenką także Leonid Kuczuk w Lokomotiwie Moskwa, a także Aleś Konanew w FK Krasnodar.

Ostatnia minuta BATE – Bayern. Elektryczna atmosfera

Wpływowy rywal ze stolicy

Dynamo Mińsk, najbardziej uznany klub Białorusi. W pierwszej połowie lat 90’tych dominowali do tego stopnia, że w 1994 ich rezerwy (Dinamo 93′, możecie ich nazwać też filią) wywalczyły wicemistrzostwo, oczywiście za pierwszym zespołem. Od 1997 jednak wygrali tylko raz. Dziesięć lat temu.

Rok temu, po kolejnych nieudanych kampaniach, postanowiono dać szansę Maaskantowi. Maaskant, jak to Maaskant, pościągał różnego złomu zza granicy. Carles Coto. Danilo Coccaro. Rumun Curulea, Bośniak Zahirović, Serb Veselinović i tak dalej. Mieli nawet graczy z nazwiskami, jakich Vyzsha Liga nigdy nie widziała: Cristian Obodo i Syczew. Obaj zawiedli i to bardzo: Syczew nie strzelił żadnej bramki, Obodo zagrał jedenaście minut. Eksperyment z armią zaciężną – delikatnie mówiąc – nie wypalił, Maskaanta wywieziono na taczce na lotnisko. Dziś Dynamo idzie drogą BATE i stawia głównie na Białorusinów.

Finansowane jest przez białoruskiego oligarchę, Jurija Czyża, nazywanego „portfelem Łukaszenki”. Z którym, oczywiście, Kapski nie raz wszedł w zatarg. Choćby po reformie ligi. Obecnie gra w niej dwanaście zespołów, które grają rundę zasadniczą i finałową. Tak samo jak w Polsce, tylko bez podziału punktów.

Image and video hosting by TinyPic

Jurij Czyż wraz z Łukaszenką na jednej z parad

W białoruskiej federacji roi się od byłych zawodników, działaczy i trenerów Dynama. Oczywiście, klub z Borysowa nie raz i nie dwa mówił, że przez to klub jest faworyzowany w lidze, a jego piłkarze są promowani w kadrze. W 2007 „zdrady” dopuścił się trener Kruszenko, który przeszedł z BATE do dziewiątego wówczas w tabeli Dynama. Czyż: – To normalna sytuacja w piłce. Spotkałem Kruszenkę i zapytaełm go, czy nie chicałby dla nas pracować. Powiedział, że tak. Nie skusiłem go pieniędzmi, są w piłce ważniejsze motywacje – uszczypliwa końcówka, wymowna.

To były szokujące przenosiny, bo BATE dominowało, a Dynamo zajęło właśnie dziewiąte miejsce. Zresztą, Kapski zdradził, że byli już z Kruszenką dogadani co do dwuletniego przedłużenia kontraktu. A tu nagle, rejterada. Kruszenko dawniej grał w Dynamie, ale powrót Powrót w glorii po latach zakońćzył się jednak szybkim wylotem. Wyrzucony, dziś tula się po nędznych klubach. Jego następca w BATE natomiast wzniósł klub na nowy poziom. Nikt za zdrajcą nie płacze.

W tym sezonie jednak, Dynamo jest dwa punkty za BATE. Do rozegrania została runda finałowa. Mistrzostwo wcale nie musi powędrować do Borysowa, w dodatku klub z Mińska jest o krok od Ligi Europy. BATE nie ma już szans na hurtowe sprowadzanie najlepszych ligowców, toczy o nich zażartą walkę z Dinamem i często przegrywa.

To przykład, który możemy przenieść do polskiej ligi. Legia właśnie ucieka reszcie stawki, takie są fakty. Nikogo nie zdziwi, jeśli zdominuje na jakiś czas rozgrywki. Ale w ten sposób tak naprawdę może pociągnąć resztę za sobą. Inni będą musieli bardziej się postarać, wznieść się na nowy standard, by nawiązać walkę o triumfy. Białoruś ma dziś dwa poważne kluby, a i Szoligorsk awansował do Play-Off o LE. To już nie tylko BATE. Ale w ich sukcesach należy szukać sukcesów innych białoruskich klubów.

Ktoś powie: Celtic też jest silny w porównaniu do reszty klubów Scottish Premier League, a jakoś reszty ligi nie ciągnie za uszy. Ale jest na proste wyjaśnienie: że tam dysproporcja jest za duża. Aberdeen, Hearts czy Dundee nawet za milion lat nie mają żadnych szans dogonić Celtiku pod względem marki, rozpoznawalności, liczby kibiców. To nie jest przypadek Dynama i BATE. To nie jest też przypadek Legii, Lecha, Wisły, Lechii.

 

Łukaszenka a Borysów

„Sukcesy sportowe tworzą nastrój optymizmu i pogody ducha” – tak w swojej pracy napisał bolszewicki ideolog z lat 30tych, Anatolij Lunacharski. Łukaszenko doskonale zna tę zasadę, sam powiedział kiedyś „Sport to przede wszystkim polityka i dyplomacja” i wprowadza te regułę w życie na Białorusi. W największym skrócie daje ludziom chleb (dobrze nie jest, ale głodować nikt nie głoduje) i igrzyska, a dzięki temu wielu zapomina o brakach wolnościowych, o niskim poziomie życia. Sport według Łukaszenki to masowa propaganda i indoktrynacja. Zamiast głosić wielkość Białorusi, lepiej o taką zadbać, nawet, jeśli tylko na polu sportu. Wystarczy.

Dlatego na Białorusi są naprawdę spore nakłady na sport. Najwięcej łoży się na hokej, ale trudno się dziwić – Łukaszenka jest rozkochany w tym sporcie. W 2014 Białoruś organizowała mistrzostwa świata w hokeju, a areny, cóż, jak to się kiedyś mówiło – cud, miód i orzeszki.

Image and video hosting by TinyPic

Oddana w tym roku do użytku hokejowa Minsk Arena

Ludzie powinni być oburzeni, że tyle kasy idzie na latanie z kijem po lodzie, a nie na przykład na służbę zdrowia. Ale to naprawdę działa. Arena w Mińsku podczas zmagań Dynama Mińsk w KHL (rosyjski odpowiednik NHL, druga liga świata) zapełnia się po sam brzeg. Gdzie indziej jest podobnie, ale czemu się dziwić, skoro na mistrzostwa świata powstało całe mrowie nowiutkich aren. Każda jest architekturalną perełką w swoim mieście, zwykle jak wyrwanym z głębokiej komuny. Podobnie jest ze stadionem w Borysowie, Borysov Arena.

Tak jest, BATE w Lidze Mistrzów do tej pory kojarzyło się z Mińskim kurnikiem, ale to już przeszłość. Teraz mają stadion ultranowoczesny, spełniający wszystkie wymogi UEFA stadion. Na jego terenie restauracje, fitness, kręgielnie, wszystko czego potrzeba. Łukaszenka sam dorzucił się do budowy, zresztą, mówi się, że Kapski pomógł mu robić kampanię wyborczą w zamian za kasę na stadion. To popularny facet po sukcesach Borysowa, więc jego głos sporo znaczył.

Łukaszenka otwarcie chełpi się sukcesami BATE. Często mówi o klubie w swoich przemówieniach, wskazuje je jako przykład na to, jak Białoruś potrafi być silna. Ponoć i w Borysowie korzystają na tym, sądząc po jednej małej awanturze na konferencji. Łukaszenka zapytany o jakieś bieżące problemy w BATE, Łukaszenka odpowiedział:

– Powinni się cieszyć i mi dziękować, że są zwolnieni z płacenia podatków.

Pamiętajmy jednak: może i poszedł na jakieś ustępstwa wobec klubu z Borysowa, ale to oni sami wywalczyli sobie miejsce na piłkarskiej mapie. Sprawili, że nawet prezydent Białorusi musi się z nimi liczyć i opłaca mu się robić takie czy inne gesty wich kierunku.

Image and video hosting by TinyPic

Borysow Arena z lotu ptaka…

Image and video hosting by TinyPic

I wewnątrz, tu na otwarciu. Łukaszenka oczywiście był obecny

Kibicowsko mecze BATE w pucharach ściągają większą liczbę osób niż mecze kadry. To na fali sukcesów najpopularniejszy klub w kraju, ale praktycznie nie posiadający ultrasów. Ci są związani z klubami z Mińska, Dinamem (prawicowym) i lewicowym Partizanem vel MTZ RIPO. Obie grupy się zwalczają i nienawidzą, ale i łączy je jedna, wspólna cecha: jeszcze bardziej niż siebie, nienawidzą Łukaszenki.

Tak jest, jak łatwo się domyśleć, grupy kibicowskie otwarcie protestują przeciwko reżimowi. To sprawia, że chodzenie na stadion jest jeszcze mniej popularne – nie tyle, że można się narazić, co dostanie się tam potrafi być trudne. Wnikliwe przeszukania sprawiają, że nieraz mimo kupna biletu można obejrzeć góra drugą połowę. Dlatego między innymi frekwencja jest porównywalna do tej w naszej pierwszej lidze. Oglądalność? W otwartej telewizji transmituje się jeden mecz kolejki. Dla porównania, z Premier League, najpopularniejszej piłkarskiej ligi w kraju, aż trzy.

Image and video hosting by TinyPic

Łukaszenka lubi się publicznie pokazać jako sportowiec. Tu jako gwiazda piłki

Image and video hosting by TinyPic

Ale znacznie bardziej woli hokej. Co roku organizuje turniej towarzyski, w którym aktywnie gra, a w jego drużynie grają gwiazdy NHL, KHL, politycy

Szefowie Vyzshej Ligi starają się walczyć o popularność rozgrywek. Stąd reforma i ograniczenie ilości drużyn, stąd też udostępnienie online wszystkich meczów. Ale póki co, wielkich zmian nie ma. Choć ten sezon w pewnym sensie może okazać się przełomowym. Trwa zażarta walka pomiędzy BATE i Dinamem o mistrzostwo kraju, a na dodatek nieźle radzą w pucharach, wszystko to nakręca koniunkturę na oglądanie tych drużyn. Wyścig jednego konia, jaki trwał tu w ostatnich latach sprawiał, że BATE było popularne, ale nie liga. Silny rywal dla Borysowa to błogosławieństwo dla VL.

Co dalej z BATE? Kapski odchodzi

Image and video hosting by TinyPic

To mój ostatni sezon w roli BATE. Decyzję podjąłem dawno. Miałem odejść już rok temu, ale nie chciałem odchodzić jako przegrany (chodzi o opadnięcie z Karagandą i brak pucharów w zeszłym sezonie. przyp. red.) Teraz jestem spokojny. Mamy piękny stadion. Będziemy co najmniej w Lidze Europy (oświadczenie przed meczami ze Slovanem – przyp. red.). Ja, mówiąc szczerze, jestem już zmęczony. Chcę zostać zwyczajnym fanem.

Jak BATE poradzi sobie bez Kapskiego? Ten klub to jego dzieło. Piłkarze strzelali, trenerzy pletli świetne plany taktyczne, ale to jego zarządzanie sprawiło, że na tych wszystkich ludzi była kasa, no i on zdecydował, że akurat ich sprowadzono. Przyszłość w Borysowie jest niejasna, ale też powiedzmy sobie jasno: z takim stadionem na Białorusi futbol w Borysowie nie może zginąć. A właśnie trwają też prace nad „białoruską La Masią”, akademia ma być budowana na wzorzec najlepszych zachodnich wzorców. Jeśli następny właściciel będzie postępować wedle filozofii Kapskiego, czyli małych, ale konsekwentnych kroczkach do przodu, wszystko będzie dobrze.

BATE stuknęła właśnie osiemnastka. Tak samo jak polskim marzeniom o Lidze Mistrzów. Gdy oni, klub z małego Borysowa, zdążyli przemierzyć w tym czasie drogę od niebytu trzeciej ligi białoruskiej na szczyty Champions League, wiele polskich klubów wciąż namiętnie drepcze w miejscu.

Leszek Milewski