Długosz: Pucharowe marzenia stają się czymś bardziej przyziemnym [WYWIAD]

Przemysław Michalak

01 lutego 2026, 08:18 • 16 min czytania 1

Długosz: Pucharowe marzenia stają się czymś bardziej przyziemnym [WYWIAD]

Za Wiktorem Długoszem szalone półrocze w Koronie Kielce. W sierpniu i we wrześniu wyrósł na jednego z najlepszych ligowców, ale potem doznał dość poważnej kontuzji, którą i tak wyleczył szybciej, niż można było zakładać. Na koniec wrócił jeszcze na kilka meczów, a teraz liczy, że wiosną będzie grał co najmniej tak dobrze jak przed urazem. Rozmawiamy z nim także o pobycie w Rakowie Częstochowa i Ruchu Chorzów.

Reklama

Dlaczego tak wielu skrzydłowych błyszczy u Jacka Zielińskiego? Czy obawiał się, że zostanie ligowym szarakiem? Jak zmienił się status Korony? Co sprawiło, że tak szybko wyleczył kontuzję? Dlaczego odszedł z Rakowa w najmniej spodziewanym momencie? Czemu kompletnie nie poszło mu w Ruchu? Zapraszamy.

*** 

Reklama

Byliśmy świadkami dyskusji, co powinny zrobić władze Ekstraklasy w obliczu fali mrozów nawiedzających Polskę. Jaka jest twoja opinia jako piłkarza?

My jesteśmy od grania. Czy będzie -15, -20 czy -30 stopni, decyzja nie należy do nas. Jako drużyna normalnie przygotowujemy się do meczu.

Dobra, to inaczej: jesteś osobą decyzyjną w tej sprawie.

Kurczę, już widzę, że nie będzie łatwo (śmiech). Nadal bym grał, o ile nie byłoby ewidentnych przesłanek, że zdrowie zawodników będzie mocniej zagrożone.

Jaki jest twój najbardziej ekstremalny mecz jeśli chodzi o warunki pogodowe?

Naprawdę ciężko było na Termalice na początku tego sezonu. Ponad 30-stopniowy upał, a ja grałem od początku do końca. Ostatnie minuty to już była jedna wielka walka ze sobą. Przy takiej „lampie” jeszcze nie występowałem, a już na pewno nie w pełnym wymiarze.

Wiktor Długosz - Korona Kielce

Do momentu kontuzji znajdowałeś się jesienią w życiowej formie?

Zdecydowanie. Jeśli mówimy tylko o szczeblu seniorskim, nigdy nie grałem lepiej.

Co się na to złożyło? 

Nie ma jednego wyraźnego powodu, o którym mógłbym powiedzieć „to jest ten Złoty Graal, do którego dążyłem”. Mam nadzieję, że wrócę do tej formy i podobnie zacznę tę rundę. Stać mnie na to.

Nie zakładałem, że chodzi o jedną kwestię, ale mamy czas, możemy się zagłębić. Punkt pierwszy – trener Jacek Zieliński. To chyba nie przypadek, że tak rozwija zawodników grających na boku. Ty jesteś kolejny na jego liście.

Często dostaję takie pytanie i muszę się podpisać pod tymi stwierdzeniami. Ja, Dawid Błanik czy Mariusz Fornalczyk swoje najlepsze chwile przeżywaliśmy właśnie pod wodzą trenera Zielińskiego. Dał nam sporo dowolności w trzeciej tercji, możemy tam grać po swojemu. Trener bierze na siebie ryzyko, które podejmujemy, bo przecież wiele razy coś ci nie wyjdzie. Nie wychodzi 10 akcji na 10, trzeba ciągle próbować. Mamy prawo ryzykować. Od skrzydłowych wymaga się, że zrobią coś ponad program i jest przyzwolenie, żeby podejmować takie próby.

To jedno wyjaśnienie mamy. Co dalej?

Ogólne okoliczności. Cała drużyna zaczęła dobrze funkcjonować, a wtedy też łatwiej wybić się jednostce. Zgadza się wszystko, co dotyczy klubu – płace, zarząd, frekwencja, atmosfera wokół Korony. W każdym aspekcie jest choćby po pięć procent lepiej i widać to potem na boisku.

Jeszcze rok temu chyba nie uwierzyłbyś, że tak to będzie wyglądało…

To prawda. Nie tak dawno klub zmagał się z różnymi problemami organizacyjnymi i zastanawiano się, kto go może przejąć. Trzeba być wdzięcznym za to, jak się sprawy potoczyły. Mam tu na myśli zarówno nowych właścicieli, jak i osoby, które dla niego pracują i są w tym bardzo zaangażowane. Super widzieć, jak wiele się zmieniło – tłumy na trybunach, niezłe miejsce w tabeli, szeroka kadra, wszyscy zdrowi. Zaczynamy rundę z podniesioną głową.

Masz niedosyt liczbowy po jesieni? Ofensywne statystyki chyba nie do końca oddają twój wpływ na drużynę.

Mam i to mocny. Ale mówi się, że w życiu suma szczęścia i pecha równa się zero, więc wierzę, że wiosną szczęście mi odda. Jesienią kreowałem wiele sytuacji…

…tylko z Pogonią Szczecin spokojnie mogłeś mieć trzy asysty, a nie miałeś żadnej.

No na przykład. Nie rozpamiętuję tych rzeczy, bo wiem, że jeśli będę grał tak, jak ostatnio, to prędzej czy później liczby też będą się zgadzać.

Jak się czułeś jako zawodnik, który wyszedł z cienia? Zaczęto o tobie mówić więcej, pojawiło się nieco większe zainteresowanie mediów. Nie ukrywajmy – dla ciebie to była nowość.

Zależy, w jakim kontekście patrzymy. Wiosnę tamtego sezonu też miałem niezłą, zwłaszcza końcówkę. Dobrze punktowaliśmy i gdyby ostatni mecz z Górnikiem potoczył się inaczej, moglibyśmy nawet skończyć na 7-8 miejscu. Wydźwięk co do naszej gry, również mojej, byłby wtedy inny.

Cieszę się, że wskoczyłem na wyższy poziom i będę chciał się na nim utrzymać, a nawet dołożyć coś dodatkowego. A jeśli ktoś od ciebie zaczyna wymagać więcej, to tylko się cieszyć, bo to znaczy, że jesteś na właściwej drodze i dajesz podstawy do tych oczekiwań. Dobrze się czuję, gdy na boisku i w szatni mam większy wpływ na zespół niż wcześniej. Przejąłem pałeczkę w roli jednego z liderów drużyny i podoba mi się to.

Nie zacząłeś w pewnym momencie obawiać się, że popadniesz w ligową szarzyznę, z której już nie wyjdziesz?

Nigdy się nie zastanawiałem, jak będę interpretowany przez innych, czy będę ligowym szarakiem, czy nie. Może już po zawieszeniu butów na kołku pojawiłyby się takie myśli. Na dziś kompletnie mnie one nie dotyczą.

A propos butów. W Gdyni przeprowadziłeś rajd z jednym butem na nodze, co szeroko poniosło się w internecie. Byłeś świadomy w trakcie akcji, co się wydarzyło?

Tak, byłem świadomy. Wiedziałem, że mecz z Arką będzie ciężki, że gramy system na system i trudno będzie mi o znalezienie wolnej przestrzeni, bo w zasadzie na całym boisku jest gra 1 na 1. Jak już się zerwałem z tej smyczy, za wszelką cenę chciałem biec dalej. Oczywiście czułem, że zgubiłem buta, jedna noga stała się „krótsza” i przyczepność była mniejsza. W głowie miałem jednak tylko to, żeby zakończyć akcję. Miałem przekonanie, że coś może z niej wyniknąć. A że to się tak poniosło? To już zasługa mediów i klubowego marketingu.

Jaki twoim zdaniem jest dziś status Korony Kielce? Letnie transfery trochę rozbudziły oczekiwania i gdy drużyna pod koniec rundy wpadła w dołek, trener Jacek Zieliński się wkurzył. Zrugał na konferencji prasowej co bardziej narzekających.

Zacząłbym od tego, że kibic ma swoje prawa. To, że ma większe wymagania na fali dobrych wyników nie jest niczym złym. Ciśnienie musimy wytrzymywać my wewnątrz drużyny. Poniekąd od tego jesteśmy.

Co do rundy, uważam, że poza dwoma pierwszymi meczami zaczęliśmy świetnie i również nasze apetyty trochę wzrosły. Później kilku zawodników zaczęło mieć problemy zdrowotne i jako cały zespół przeżywaliśmy słabszy okres, ale całościowo nadal jest nieźle. A tabela jest teraz tak spłaszczona – tracimy pięć punktów do strefy pucharowej i jednocześnie mamy tylko cztery punkty nad strefą spadkową – że naprawdę trudno dziś powiedzieć, gdzie może być Korona. Pierwszych 5-7 kolejek pokaże, kto o co będzie się bił.

Czyli trudno mówić, że pucharowe ambicje Korony to jest coś oczywistego? Jeszcze za wcześnie?

Na pewno nie nazwałbym ich czymś oczywistym. Są to marzenia, które powoli stają się czymś bardziej przyziemnym. Mamy na tyle młodą, głodną i jakościową kadrę, że chcemy się wspinać do tych marzeń, ale wszystko okaże się na boisku.

Na papierze powody do optymizmu rosną. Zimą nikt ważny nie odszedł, za to doszło dwóch konkretnych zawodników.

Pewnie, że tak. Już widać, że Mario [Stępiński] i Simon [Gustafson] wniosą wiele jakości do naszej drużyny.

Wiktor Długosz jako kapitan Korony Kielce

Mieliście w swoim gronie dyskusję na temat nieskuteczności? Obok Legii jesteście najbardziej niedowartościowanym zespołem Ekstraklasy w statystyce xG. To ponad siedem goli na minusie, olbrzymia różnica. 

Wiemy, że w kilku meczach wykańczanie akcji było naszym słabym punktem. Mimo że mało goli tracimy, przez kiepską skuteczność nie zawsze punktowaliśmy na tyle, na ile mogliśmy. A nawet jeśli wygrywaliśmy, fundowaliśmy sobie niepotrzebną nerwówkę. Z Pogonią na przykład mieliśmy mnóstwo sytuacji, żeby podwyższyć prowadzenie i tego nie zrobiliśmy. W 90. minucie skrzydłowy gości wychodził sam na sam i gdyby strzelił na remis, długo plulibyśmy sobie w brodę. Takich meczów było więcej. Mocno pracowaliśmy nad tym na obozie, a może transfer Mariusza zaklei tę przeciekającą dziurkę i wiosną będzie lepiej.

Rosnący status Korony musi cię cieszyć tym bardziej, że jesteś wychowankiem klubu. Czujesz się już trochę jego ambasadorem?

Czuję się nieco bardziej odpowiedzialny za klub niż reszta. To nie zarzut do pozostałych, tylko efekt tego, że wychowałem się w Kielcach, wiem, jak ludzie patrzą na Koronę, więc niejako zależy mi podwójnie. Mocno utożsamiam się z klubem, przeszedłem w nim przez wszystkie szczeble. Moje serce jest tutaj.

Co do kontuzji, której doznałeś z Lechią Gdańsk, finał tej historii i tak jest pozytywny. Pierwotnie zakładano, że będziesz pauzował grubo ponad dwa miesiące, a ty wróciłeś po sześciu tygodniach. Skąd taki rozdźwięk?

Nie było błędu w diagnostyce czy czegoś takiego. Moje leczenie przebiegało hybrydowo, łapałem się wszystkiego. Mocno o siebie dbałem, ale też klub zapewnił mi świetną opieką. Całościowo sprawiło to, że wszystko przebiegło nadprogramowo szybko. Nie wywierano na mnie żadnej presji, że mam wrócić na „już”. Przeszedłem wszystkie badania, które wykazały, że nogi są w miarę równe, a mięsień został odbudowany. Po prostu byłem gotowy do gry.

To w równym stopniu zasługa klubu, który wyraził zgodę na wszystko, czego oczekiwałem podczas leczenia, jak i fizjoterapeutów, którzy dali z siebie maksa.

Próbowałeś czegoś niestandardowego, że klub musiał wyrażać zgodę?

Chodziło o to, że konsultowałem się także z lekarzami i osteopatami spoza klubu. Niczego jednak nie robiłem samowolnie. Wspólnie ułożyliśmy plan leczenia, który w praktyce świetnie się sprawdził.

Niemal od razu przeszedłem do mocniejszych ćwiczeń i to właśnie bardzo gładkie przejście przez początek rehabilitacji było kluczowe. Nie odczuwałem bólu w niektórych ćwiczeniach, przy których się tego spodziewano, więc mogliśmy przyspieszyć z pewnymi sprawami. Nic jednak nie działo się na wariackich papierach. Wszelkie badania potwierdzały, że jest dobrze. Ambicja od początku nie pozwalała mi zakładać dolnych widełek czasowych na powrót, ale koniec końców potoczyło się to lepiej, niż sądziłem.

Kluczowe dla odzyskania formy są zimowe przygotowania. W Turcji mieliście aż trzytygodniowy obóz. Jak się w tym czasie nie pozabijać, widząc przez większość dnia te same twarze z pracy?

W dzisiejszych realiach to na pewno długi obóz, ale podobny zaliczyłem już w Rakowie. Nie jest tak źle jak mogłoby się wydawać, w międzyczasie zmienialiśmy hotel. Jeśli ktoś dobrze tym zarządzi, a tak zrobił trener Zieliński, to atmosfera cały czas pozostaje dobra. Pod koniec tygodnia zawsze mieliśmy wolne dla siebie. Niedziela była dniem na regenerację, trochę luzu, głowa też mogła odpocząć. Nie czułem, żebym w pewnym momencie nie mógł już na kogoś patrzeć, choć dwa dni wolnego zaraz po obozie były bardzo potrzebne.

Jak wykorzystałeś te wolne niedziele?

Odpoczynek. Jeździliśmy też z chłopakami po sparingach innych drużyn z Ekstraklasy.

Szpiegowanie konkurencji, rozumiem.

Wszystko na legalu. Witaliśmy się z trenerami i tak dalej, nie było żadnego czajenia się. Dronów nigdzie nie wysyłaliśmy. Bardziej z czystej ciekawości chcieliśmy pooglądać kumpli z innych zespołów.

To kogo śledziliście?

Byliśmy na Arce Gdynia podpatrywać „Gutka” [Vladislavsa Gutkovskisa]. Z Marcinem Cebulą w częstochowskich czasach trzymaliśmy się razem z nim. Zobaczyliśmy też mecz Rakowa z Salzburgiem. Powspominaliśmy stare dzieje.

Wiele mówi się o rozwoju Ekstraklasy, co mają pokazywać coraz ciekawsze i droższe transfery. Tak czysto boiskowo też to widzisz, nawet w perspektywie ostatniego roku czy półtora?

Wydaje mi się, że mniej lub bardziej za coraz większymi pieniędzmi jednak idzie coraz większa jakość. Nie chcę oceniać poszczególnych transferów, ale te kwoty z czegoś się biorą. Wzrost poziomu jest odczuwalny nawet z rundy na rundę. Przemiał zawodników jest ogromny, za tych odchodzących przychodzą lepsi, mamy również wiele powrotów nawet wśród aktualnych reprezentantów Polski. Siłą rzeczy jakość ligi idzie do góry. Wy jako dziennikarze i eksperci chyba też widzicie, że tempo meczów staje się coraz wyższe i są one przyjemniejsze do oglądania.

Rośnie szeroko pojęta kultura gry. Już nawet zespoły z dołu tabeli próbują otwierać grę od bramki, mało kto opiera się głównie na najprostszych środkach.  

Zawodnicy, nazwiska, pieniądze – to jedno. Pamiętajmy o trenerach. Analizy meczowe, drużynowe, indywidualne – ich jakość znacząco poszła do góry w ciągu ostatnich 4-5 lat, gdy ja jestem w Ekstraklasie. Teraz już praktycznie każdy obserwuje każdy element gry, rozkłada go na czynniki pierwsze. Nie ma już pójścia w „samopas”, co jeszcze nie tak dawno było dość powszechne. To również podnosi jakość ligi.

Miałeś to szczęście, że trafiłeś na Marka Papszuna, który był wówczas jednym z innowatorów jeśli chodzi o takie podejście do futbolu. Zakładam, że mimo iż w Rakowie się nie nagrałeś, to pod wieloma względami bardzo się rozwinąłeś indywidualnie.

Muszę wypowiedzieć populizm, którego użyje każdy zawodnik Rakowa: trener Papszun zmienił nasze patrzenie na piłkę. Jedną kwestią jest liczba analiz i odpraw, ale najważniejsze było to, że u niego teoria pokrywała się z praktyką. Na boisku widzieliśmy, że jego słowa mają sens. Głęboko wierzyliśmy w słuszność tego, co przekazywał on i jego sztab. W moim przypadku chodziło przede wszystkim o grę obronną. Zacząłem zupełnie inaczej podchodzić do pewnych kwestii.

Do jakich konkretnie? 

Generalnie do postawy w defensywie. W tym elemencie miałem największe braki. Przychodząc do Rakowa wiedziałem, że pewne rzeczy mnie nie ominą i będę musiał się ich nauczyć. Sztab zwracał uwagę na najmniejsze szczegóły – którym bokiem się ustawić, do jakiej nogi kogoś wypychać, jak reagować już w polu karnym, jak i kiedy używać rąk. I której ręki w danym momencie. Czytanie gry, obserwacja. Mnóstwo detali, które finalnie często decydują o wyniku.

Dziś już wielu o tym mówi i takie podejście jest powszechne u trenerów w Ekstraklasie. Wtedy było to jak czytanie zupełnie nowej książki.

Nie było przesytu informacji, od których czacha aż dymi na boisku?

Na początku czułeś, że dostajesz naprawdę potężną dawkę informacji, ale dotyczyło to prawie każdego nowego zawodnika Rakowa. Wszyscy musieli przez to przejść i dostawali czas, żeby się wdrożyć. Dużo łatwiej się mobilizować, gdy widzisz, że te rzeczy działają w meczu. Wtedy nie gadasz i po prostu się dostosowujesz.

Wiktor Długosz i Marek Papszun

Wiktor Długosz otrzymuje uwagi od Marka Papszuna.

Dawid Szwarga u Przemysława Mamczka w „Jak uczyć futbolu?” powiedział kiedyś, że byłeś zawodnikiem jednowymiarowym, który głównie biega przy linii bocznej, ale dzięki wielu indywidualnym odprawom z czasem 1-2 razy na mecz byłeś w stanie przełamać schemat, zejść do środka, częściej podnosić głowę. Bez tego nie byłoby Wiktora Długosza z rundy jesiennej? 

Trochę muszę siebie obronić. Innej gry wymagano ode mnie w Rakowie, a innej w Koronie, gdzie dostaję więcej luzu w grze do przodu. Ale podpisuję się pod słowami trenera Szwargi, że bardzo dużo pracowaliśmy indywidualnie. Często wynikało to z mojej inicjatywy i bez wątpienia odcisnęło na mnie piętno w kolejnych latach. Dziś mogę pokazać pełny wachlarz moich umiejętności.

W Rakowie pisaliście słynne już pomeczowe raporty. Pamiętasz raport, który dał ci wyjątkowo dużo albo bardzo spodobał się Markowi Papszunowi?

Te raporty służyły nie tylko zawodnikowi. Dzięki nim trenerzy wiedzieli, jak oceniam swój występ bezpośrednio z boiska. Najlepszego raportu sobie nie przypomnę, ale pamiętam, że dwa razy byłem na „dywaniku” u trenera Papszuna, bo raport albo był za szybko napisany, albo za krótki. Wtedy szedłem do jego gabinetu i razem omawialiśmy ten mecz.

Musiałeś się jakoś bronić, że nie robiłeś niczego po łebkach?

Nie, nie mówię o wielkim ruganiu. Bardziej chodziło o to, że młodzi zawodnicy nieraz pisali te raporty na gorąco, niemal od razu po spotkaniu, bez oglądania jakichkolwiek powtórek czy fragmentów. Trener więc dopytywał o różne rzeczy, ale bez wytykania i czepiania się. To były konstruktywne rozmowy.

Wycisnąłeś maksimum ze swojego pobytu w Rakowie? Pod względem zdobytych trofeów więcej osiągnąć nie mogłeś.

Łatwo po czasie powiedzieć, że mogłem występować częściej. Patrząc jednak na to, jaką miałem rywalizację w zespole, uważam, że moja pozycja w Rakowie i tak z upływem czasu rosła. A że później wyszło jak wyszło i zostałem pożegnany w najmniej spodziewanym przeze mnie momencie, to już inna kwestia.

Dlaczego to był moment najmniej spodziewany?

Bo miałem wcześniej wiele słabszych chwil w Rakowie, w których może nie tyle czułem, że odstaję, ale że stoję bardziej z boku. Wtedy ewentualnie człowiek mógł się zastanawiać, czy zaraz nie trzeba będzie czegoś szukać. A wiosną 2023, kiedy zdobywaliśmy mistrzostwo Polski, grałem sporo i grałem dobrze. W żadnym stopniu nie czułem, że właśnie teraz mój czas w klubie się kończy.

Nie do końca chodziło o sprawy sportowe. Tłumaczono mi, że przyjdą nowi zawodnicy i nie będzie możliwości zgłoszenia mnie do ligi, bo jakiś rocznik przeskakiwał. Względy formalne. Na początku miałem problemy, żeby pogodzić się z tą decyzją. Pojechałem jeszcze normalnie na obóz do Arłamowa i sam trener Szwarga mówił, że bardzo dobrze wyglądam, jest zadowolony z mojej pracy, ale będą transfery i to tamci piłkarze w pierwszej kolejności zostaną zgłoszeni. Nie było innego wyjścia, musiałem się rozejrzeć za nowym klubem i poszedłem na wypożyczenie do Ruchu Chorzów.

Wiktor Długosz w barwach Ruchu Chorzów

Wiktor Długosz w barwach Ruchu Chorzów. 

Zastanawia mnie, co tam poszło nie tak. Sezon w Ruchu znacznie obniżył twój status. Szczerze mówiąc, można było się po nim zastanawiać, czy w ogóle będzie jeszcze dla ciebie miejsce w Ekstraklasie. Beniaminek, spadkowicz, a ty rozegrałeś raptem 11 meczów.

Czułem po sobie, że to nie jest odpowiedni czas na taki ruch i szkoda, że tak to się potoczyło. Nie mam pretensji do zarządu Ruchu czy trenerów. Po prostu wiele rzeczy się nie zgrało. Ja też chyba miałem trochę inne oczekiwania odchodząc z Rakowa. Po drodze kilka razy zmieniali się trenerzy. W końcu przyszedł Janusz Niedźwiedź, który pokładał we mnie nadzieje, ale potem straciłem dwa miesiące przez kontuzję i tak ten sezon zleciał.

W jakim sensie miałeś inne oczekiwania?

Nie ma się co oszukiwać: standardy i warunki pracy w Chorzowie były sporo niższe w porównaniu do Rakowa. Ta rzecz mnie najbardziej zaskoczyła. A do tego nie pomagało zdrowie. Miałem problemy z kostką i kolanem, pewne rzeczy się za mną ciągnęły. Trudno było ruszyć z kopyta.

Konkurencji ci nie brakowało. Na prawej stronie defensywy grali Michalski, Dadok czy Wójtowicz, który się potem wypromował. 

W Rakowie rywalizacja była jeszcze większa. Nigdy się jej nie bałem. Tutaj nie szukałbym przyczyn niepowodzenia.

Nie miałeś innych opcji niż Ruch Chorzów?

Ruch był najbardziej konkretny, najszybciej przeszedł do działania. Chciałem sprawnie dołączyć do nowego klubu, a nie siedzieć w Rakowie, w którym już nie miałem perspektyw. Wspólnie z agentem zdecydowaliśmy się na Chorzów. Czas pokazał, że nie była to najlepsza decyzja, ale może też dzięki temu jestem dziś tu, gdzie jestem.

No to na koniec: jaki jest wynik minimum na mecie sezonu, z którego będziesz zadowolony?

Jeżeli naprawdę mówimy o minimum, to miejsce dziesiąte lub dziewiąte. Nadal byłby to krok do przodu względem poprzedniego sezonu. Apetyty mamy większe, ale piłka jest tak przewrotna, że jeszcze wiele może się wydarzyć.

rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK

CZYTAJ WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE:

Fot. Newspix

1 komentarz

Jeżeli uznać, że prowadzenie stronki o Realu Valladolid też się liczy, o piłce w świecie internetu pisze już od dwudziestu lat. Kiedyś bardziej interesował się ligami zagranicznymi, dziś futbol bez polskich akcentów ekscytuje go rzadko. Miał szczęście współpracować z Romanem Hurkowskim pod koniec jego życia, to był dla niego dziennikarski uniwersytet. W 2010 roku - po przygodach na kilku stronach - założył portal 2x45. Stamtąd pod koniec 2017 roku do Weszło wyciągnął go Krzysztof Stanowski. I oto jest. Najczęściej możecie czytać jego teksty dotyczące Ekstraklasy – od pomeczówek po duże wywiady czy reportaże - a od 2021 roku raz na kilka tygodni oglądać w Lidze Minus i Weszłopolskich. Kibicowsko nigdy nie był mocno zaangażowany, ale ostatnio chodzenie z synem na stadion sprawiło, że trochę odżyła jego sympatia do GKS-u Tychy. Dodając kontekst zawodowy, tym chętniej przyjąłby długo wyczekiwany awans tego klubu do Ekstraklasy.

Rozwiń

Najnowsze

La Liga

„Nie przystoi”. Konkurent Lewandowskiego krytykowany za nieskuteczność

Maciej Piętak
0
„Nie przystoi”. Konkurent Lewandowskiego krytykowany za nieskuteczność
Reklama

Ekstraklasa

Reklama
Reklama