Brak porażek nie przykrywa problemów. Legia walcząca o oddech

Wojciech Piela

14 marca 2026, 11:10 • 5 min czytania 14

Reklama
Brak porażek nie przykrywa problemów. Legia walcząca o oddech

Seria 6 meczów bez porażki Legii Warszawa na papierze wygląda dosyć imponująco. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, z jakiego pułapu do rundy przystępował Marek Papszun, o czym boleśnie przypomniał pierwszy mecz z Koroną Kielce. Cztery remisy i wyszarpane dwa zwycięstwa nie są jednak w tej sytuacji przypadkowe. Starcie w Radomiu potwierdziło, że droga do utrzymania niedawnego kandydata do mistrzostwa będzie kręta i wyboista. Chociaż chyba nawet nie aż tak, jak fatalnie przygotowana w piątek murawa. 

To powinien być punkt wyjścia do wszelkich dyskusji o tym spotkaniu. Ziemia i piach gdzieniegdzie z elementami trawy to nie są standardy Ekstraklasy. Może takie historie nie powinny być zarzewiem fizycznych przepychanek, muśnięć czy odejść trenerów, ale na pewno frustracja jest uzasadniona. – Liga powinna coś z tym zrobić. To jest katastrofa. Na normalnej murawie mógłbym strzelić gola! – mówił wyraźnie poruszony przed kamerami CANAL+ Jean-Pierre Nsame. Kameruński napastnik Legii miał w drugiej połowie sytuację do tego, aby przechylić szalę wyniku na stronę swojego zespołu, ale świetnie interweniował Filip Majchrowicz.

Legia wciąż walczy o oddech. Seria bez porażki nie przykrywa problemów

Powrót do gry po 194 dniach to jedna z najbardziej pozytywnych informacji piątkowego wieczoru dla kibiców Legii. Mecz przypomniał bowiem o tym, że Mileta Rajović w najlepszym przypadku może być jedynie piłkarzem momentów. On również postraszył przed przerwą Majchrowicza, ale poza tym miał sporo nieudanych zagrań i przegrywał pojedynki z obrońcami. Znacznie lepsze wrażenie wywarł natomiast przed przerwą Rafał Adamski. Można wręcz powiedzieć, że był głównym motorem napędowym ofensywnych poczynań Legii. Pracował nie tylko w obrębie pola karnego, ale również schodząc głębiej po piłkę przy wyprowadzeniu ataków.

Jeśli jednak do przerwy można było sądzić, że drugi gol dla Legii wisi w powietrzu, to jednak w drugiej połowie ktoś jakby zaciągnął podopiecznym Papszuna hamulec ręczny. Legia oddała w tym czasie tylko trzy strzały, przy czym naprawdę groźny był jedynie ten Nsame z 86. minuty. Bliżej zwycięstwa był Radomiak, gdyż chwilę wcześniej w słupek przymierzył z dystansu Elves Balde. Irytować mógł brak płynności czy niewielki ruch bez piłki ze strony Wojciecha Urbańskiego czy Kacpra Chodyny. Ten ostatni zresztą po bardzo dobrym spotkaniu z Jagiellonią i zwycięskim golu z Wisłą Płock, zaliczył już nieco słabsze mecze z Cracovią i Radomiakiem. To w połączeniu z powrotem do gry Pawła Wszołka musi sprawiać, że zdecydowanie bardziej nerwowo ogląda się przez ramię, w celu ochrony swojej pozycji w jedenastce.

Reklama

W sprawach ofensywnych na pierwszy plan w ostatnim tygodniu wysunął się jednak inny wątek.

Sporo mówiło się o piłkarzu, który przecież w Radomiu nie zagrał choćby minuty. Trudno być jednak zdziwionym, bo Kacper Urbański stanowi w tym sezonie olbrzymie rozczarowanie. Brak kreatywności? Niewielka liczba otwierających podań? Znikoma obecność rajdów zyskujących przestrzeń? Gdy we wrześniu sprowadzano go do Legii wydawało się, że takie określenia wokół jego gry będą występować niezwykle rzadko. Prawie nikt nie przewidywał takiego scenariusza. Prawie, bo z szyderczym uśmiechem można stwierdzić, że Edward Iordanescu być może świadomie bojkotował spotkania dotyczące jego transferu i już wtedy widział więcej.

Kacper Urbański

Iordanescu wszystko przewidział. Urbański rozczarowuje

W 16 meczach Ekstraklasy Urbański nie strzelił ani jednego gola i zaliczył tylko dwie asysty. Historie o jego występach w reprezentacji Polski wydają się z dzisiejszej perspektywy mrzonką. Zapytany po meczu przez Szymona Janczyka Marek Papszun nie owijał w bawełnę.

Reklama

Czy przeszkadza mu głowa? Trudne pytanie. Być może tak, bo oczekiwania w stosunku do niego i presja na nim są olbrzymie. Po części uzasadnione, bo grał w Serie A i reprezentacji Polski na wielkim turnieju. On sam ma duże oczekiwania względem siebie. Jeśli Kacper chce zrobić karierę i wejść na poziom, na którym był, to musi ciężko pracować – nie tylko nad głową, ale też nad aspektami fizycznymi i piłkarskimi. Pomożemy mu, by tak było – powiedział trener zwracając uwagę również na specyfikę Ekstraklasy. – Ta liga nie jest łatwa dla takich piłkarzy, jak on. To ultra fizyczna liga. Pojedynki, skoki pressingowe… Tego jest bardzo dużo. 

Dożyliśmy ciekawych czasów, w których okazuje się, że Ekstraklasa może być za trudna dla zawodnika, który niedawno imponował na mistrzostwach Europy i występował w barwach włoskiego klubu w Lidze Mistrzów. Na pewno cierpi jednak również na tym Legia. Na kanwie tego transferu fani mieli prawo oczekiwać, że odejścia Ryoyi Morishity czy Luquinhasa nie będą tak odczuwalne. Dziś z Urbańskim w kadrze ekipa z Łazienkowskiej jest mniejszym zagrożeniem dla rywali, a choćby Wahan Biczachczjan również nie wygląda na gracza dużego kalibru. Do utrzymania w Ekstraklasie może to wszystko wystarczyć, lecz w dłuższej perspektywie Marka Papszuna czeka dużo pracy, aby w Warszawie wykreować swoich Iviego Lopeza czy Jonatana Brunesa.

Największe sukcesy w Rakowie Częstochowa szkoleniowiec Legii święcił jednak przede wszystkim dzięki dobrej organizacji gry oraz szczelnej defensywie. Zalążki tego widać również w nowym miejscu pracy, a to w sporej mierze zasługa ofiarnej postawy Radovana Pankova czy Kamila Piątkowskiego. Cóż jednak z tego, skoro nadal przypominają się stare grzechy, takie jak zachowania przy stałych fragmentach gry. – Zdarzył się duży błąd, takie infantylne błędy nam się przytrafiają. Mimo że dużo nad tym pracujemy, to zawsze ktoś się zdrzemnie, zabraknie koncentracji – powiedział po meczu Papszun. Wszystko kosztuje cenne punkty, co sprawia, że nawet najstarsi Warszawiacy nie pamiętają, kiedy tak długo Legia znajdowała się w strefie spadkowej.

Pankov i Grzesik - Legia Radomiak

Reklama

Legia chciałaby się utrzymać nad kreską

Po remisie w Radomiu ekipa z Łazienkowskiej po raz trzeci z rzędu znów na chwilę z niej jednak wyszła. Tym razem z nadzieją, że tak pozostanie również po całej serii spotkań, co zależne jest od wyników Piasta z Jagiellonią oraz Widzewa z Arką. Taki jest obecnie obraz klubu, który w zamyśle właściciela miał być jednym z najpotężniejszych w tej części Europy. Terminarz w najbliższych tygodniach nie napawa optymizmem fanów Legii, a nerwy związane z utrzymaniem będą zapewne do samego końca. Być może pacjent przetrwa tę operację, ale nie ma szans, aby wyszedł z tego bez szwanku.

W Radomiu znów było widać drużynę rozdwojoną — solidną w defensywie, lecz zagubioną wtedy, gdy trzeba wziąć odpowiedzialność za grę. Jeśli Legia chce wrócić tam, gdzie sama uważa, że jest jej miejsce, musi przestać liczyć na to, że wszystko ułoży się samo.

Bo w Ekstraklasie, jak pokazują ostatnie miesiące, historia i nazwisko nie gwarantują już absolutnie niczego.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

fot. FotoPyk

Reklama
14 komentarzy
Wojciech Piela

Uwielbia sport, czasem nawet próbuje go uprawiać. W przeszłości współtworzył legendarne radio Weszło FM, by potem oddawać się pasji do Premier League na antenie Viaplay. Formaty wideo to jego żywioł, podobnie jak komentowanie meczów, ale korzystanie z języka pisanego również jest mu niestraszne. Wytężone zmysły, wzmożona czujność i mocne zdrowie – te atrybuty przydają mu się zarówno w pracy, jak i życiu codziennym. Żyje nadzieją na lepsze jutro słuchając z zamiłowaniem utworów Andrzeja Zauchy czy Krzysztofa Krawczyka – bo przecież bez przeszłości nie ma przyszłości.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Ekstraklasa