W drugiej połowie lat 80. Szwedzi stali się prawdziwą zmorą reprezentacji Polski w eliminacjach do wielkich turniejów. Pobili nas w walce o mistrzostwa świata 1990, Euro 2000 i 2004, a potem – jakby im tego wszystkiego było mało – dali nam jeszcze w łeb w ostatniej kolejce fazy grupowej Euro 2020. Na szczęście nasz triumf w barażowym starciu z 2022 roku trochę przykrył te niewesołe wspomnienia, ale mimo wszystko trudno o pełen optymizm przed konfrontacją ze Skandynawami, których ostatni raz pokonaliśmy na wyjeździe w 1930 roku.
Przypominamy zatem kilka największych szwedzkich koszmarów Biało-Czerwonych.
Oto mecze, na samo wspomnienie których cierpnie skóra, a zimny dreszcz przebiega po plecach.
Spis treści
- Szwecja - Polska 2:1. "Jawna granda!" - pieklił się Łazarek
- Szwecja - Polska 5:0. "Powtórka z potopu" - pisał Basałaj
- Polska - Szwecja 0:1. "Szpakowski powtarzał, że to mój błąd" - skarżył się Brzęczek
- Szwecja - Polska 2:0. "Dziękujemy, Szwedzi!" - cieszyli się Anglicy
- Szwecja - Polska 3:0. "Żelik na włosy i do autobusu" - narzekał Dudek
- Polska - Szwecja 2:3. "Koniec złudzeń, koniec marzeń" - skwitował Szpakowski
Szwecja – Polska 2:1. „Jawna granda!” – pieklił się Łazarek
eliminacje MŚ 1990 (07.05.1989)
Na finiszu lat 80. największe sukcesy w dziejach polskiej drużyny narodowej wciąż były jeszcze relatywnie świeże. Nie zmieniła tego nawet kiepska postawa podopiecznych Wojciecha Łazarka w eliminacjach do mistrzostw Europy 1988, tym bardziej że akurat na Euro to i za Kazimierza Górskiego nie jeździliśmy, bo dostawały się tam wtedy cztery kraje.
Walkę o wyjazd na mundial we Włoszech polska ekipa rozpoczęła od skromnego, domowego zwycięstwa nad Albanią (1:0), które zagwarantował gol Krzysztofa Warzychy. Na kolejne eliminacyjne starcie przyszło nam jednak zaczekać aż pół roku (terminy FIFA to był wtedy jeden, wielki bajzel). No i tym razem zespół Łazarka poległ w Solnie po dramatycznej wymianie ciosów w końcowej fazie meczu ze Szwecją.
Gospodarze wyszli na prowadzenie w 85. minucie rywalizacji, Polacy odpowiedzieli po paru chwilach spektakularnym golem Ryszarda Tarasiewicza, no i kiedy już wydawało się, że przywieziemy ze Szwecji cenny punkt… Niclas Larsson (później znany jako Niclas Nylén) wyprowadził zabójczy cios. Gospodarze zwyciężyli 2:1, ustawiając nas w trudnym położeniu tuż przed wyjazdem na Wembley.
Kasztany z ognia. Opowieść o reprezentacji Wojciecha Łazarka
Jeszcze przed startem eliminacji selekcjoner uderzał w wysokie tony. – Czy młody Polak musi być gorszy od młodego Anglika? Nie, może być lepszy. Na Wembley łatwo skóry nie sprzedamy. Ostatnie upokorzenia i zarysowujące się przejawy kompleksu niższości wymagają przeorania umysłów i przywrócenia wiary w najwartościowsze cechy Polaka. Polak umie pracować i walczyć. W eliminacjach mistrzostw świata będziemy wyciągać kasztany z ognia.
Po porażce ze Szwecją przestał już trzymać ciśnienie. Przejechał się po arbitrze.
– Nie lubię krytykować arbitrów, ale sądzę, że tym razem pan Rothlisberger wyrządził nam krzywdę. Dyktował za dużo rzutów wolnych, często po sytuacjach urojonych, myślę, że nawet te, po których padły gole dla przeciwnika, nie kwalifikowały się na faul. A już samo przedłużenie meczu… Jawna granda.
Prawda jest jednak taka, że Szwedzi oddali w tym meczu 16 strzałów, w tym 11 w światło bramki. Przy takiej liczbie uderzeń rywala, trudno liczyć na zachowanie czystego konta, a Biało-Czerwoni odpowiedzieli zaledwie pięcioma strzałami, natomiast bramkę zdobyli po fenomenalnym kopnięciu Tarasiewicza.
Miesiąc później Anglia sprała Polskę na Wembley 3:0. Łazarek wyleciał ze stołka, a eliminacje były w zasadzie przegrane. Szwedzi nam jednak nie odpuścili i na Stadionie Śląskim również zwyciężyli, tylko że dla odmiany 2:0, co zapewniło im pierwsze miejsce w grupie z punktem przewagi nad Anglią.
Do dziś wokół tego spotkania unosi się jednak potężny smród, a sam selekcjoner Andrzej Strejlau mówił w rozmowie z Jerzym Chromikiem w książce: „On, Strejlau”: – Zostałem ostrzeżony, że Szwedzi rezerwują bankiet grubo przed meczem. Kurier ze Sztokholmu, rugbista o polskich korzeniach, miał wszystko załatwić, dotarło to do PZPN i na obiad do restauracji wpadli Jerzy Domański z [Kazimierzem] Górskim. Dali reprezentantom do zrozumienia, że jest domniemanie winy. Pewności jednak nie ma.
No i stało się: pierwszy mundial bez reprezentacji Polski od 1970 roku. A potem nie pojechaliśmy też na mistrzostwa do USA. I do Francji również nie.

Na fotografii Jan Furtok i Krzysztof Warzycha. To mecz z 1989 roku.
Szwecja – Polska 5:0. „Powtórka z potopu” – pisał Basałaj
mecz towarzyski (07.05.1992)
Dokładnie trzy lata później reprezentacja Polski znowu zawitała do Sztokholmu, tym razem towarzysko. Warto jednak ten sparing uwzględnić w zestawieniu, ponieważ dobitnie obrazuje on trajektorię polskiej kadry. Jeszcze w 1989 roku byliśmy w stanie ze Szwedami na wyjeździe powalczyć. Prawie urwaliśmy im punkt. Natomiast w 1992 roku Skandynawowie – przygotowujący się do mistrzostw Europy, których byli gospodarzami – rozjechali podopiecznych Andrzeja Strejlaua niczym walec.
Janusz Basałaj na łamach „Przeglądu Sportowego” podsumował ten występ Biało-Czerwonych jako „powtórkę z potopu”.
Szansa… Aj Jezus Maria. Opowieść o reprezentacji Andrzeja Strejlaua
Porażka nie była może szokiem, ale jej rozmiary i styl przyjęto jako kompromitację.
Poważnie się wtedy zastanawiano, czy aby na pewno Strejlau powinien kontynuować pracę z kadrą. Było bowiem trochę czasu, by dokonać zmiany na ławce trenerskiej przed startem eliminacji do MŚ 1994. Zresztą sam selekcjoner również zdawał się powątpiewać w sens dalszego prowadzenia kadry, co można wywnioskować z pomeczowej relacji Dariusza Łuszczyny dla „Piłki Nożnej”. – Najlepsi zawodnicy polskiej ekstraklasy powinni pomagać klubowym trenerom w stałym podnoszeniu poprzeczki wymagań, a nie jedynie zadowalać się statusem lokalnych, krajowych gwiazdeczek – wypalił Strejlau w rozmowie z dziennikarzem.

Reprezentacja Szwecji w 1989 roku
Polska – Szwecja 0:1. „Szpakowski powtarzał, że to mój błąd” – skarżył się Brzęczek
eliminacje ME 2000 (31.03.1999)
Rok 1999 to już kadencja Janusza Wójcika, który doczekał się wreszcie szansy w seniorskiej kadrze. I wyglądało na to, że może ją wykorzystać, ostatecznie batalię o wyjazd na mistrzostwa Europy w Belgii i Holandii jego drużyna zaczęła od pewnych triumfów nad Bułgarią i Luksemburgiem. Wyjazdowa porażka z Anglią pod hat-tricku Paula Scholesa stanowiła jednak kubeł zimnej wody, wylany na głowy selekcjonera i jego podopiecznych.
Wojtek Kowalczyk wspominał to tak:
– Mieliśmy całą masę odpraw, rozmów. I wbijano nam do łbów – ten mecz da nam jasność. Tym meczem zamienimy wszystkie dotychczasowe porażki z Anglikami w sukces. Nie będzie żadnych Linekerów, żadnych Shearerów. Koniec. Słowa o frajerach i goleniu tym razem nie padały, bo byłyby co najmniej nie na miejscu. Frajerami to można nazwać kopaczy z konkurencyjnego klubu w Polsce, frajerami można nazwać Węgrów czy nawet Słoweńców. Ale, na Boga, nie Anglików! Zwłaszcza jeśli dzień przed meczem ich młodzieżówka ogrywa naszą 5:0. Myślę, że trener Wójcik też się trochę podłamał, trochę przestraszył. Odniosłem wrażenie, że gdyby nie te baty młodzieżówki, wyszlibyśmy przeciwko Anglikom w trochę innym składzie. Tymczasem zagraliśmy tak defensywnie, jak się tylko dało. W podstawowej jedenastce sześciu nominalnych obrońców. Patrząc na skład – tak naprawdę nie wyszliśmy wygrać. Wyszliśmy się nie skompromitować.
Cóż. Nie było Linekera, nie było Shearera, to pojawił się Scholes. Nawet ręką nam strzelił. No i balonik… może i nie pękł, lecz uszło z niego powietrze. Tym bardziej że cztery dni później nieznośna Szwecja znowu nas powiozła na Śląskim po najboleśniejszym błędzie Jerzego Brzęczka w całej jego karierze.
Kapitan kadry został jednogłośnie uznany za winnego porażki. Po latach miał o to pretensje do Dariusza Szpakowskiego, który komentował ten mecz.
Oto wspomnienie Brzęczka opublikowane na łamach portalu Łączy nas Piłka:
– W starciu ze Szwedami mieliśmy swoje okazje, i nieskromnie powiem, że kilka z nich stworzyliśmy po moich podaniach. Niestety, kluczowy okazał się błąd, który popełniłem. Koledzy nie zdążyli mnie zaasekurować i Fredrik Ljungberg zrobił swoje. Był ode mnie zdecydowanie szybszy, nie miałem szans go dogonić. Dla mnie, jako kapitana zespołu, druga porażka w ciągu czterech dni była bardzo przybijająca – mówił.
– Musiałem wziąć za to odpowiedzialność, tym bardziej, że to moja pomyłka zaważyła o losach spotkania ze Szwecją. Gdy odtwarzałem sobie ten mecz, moją uwagę zwrócił komentarz Dariusza Szpakowskiego, który wielokrotnie podkreślał, że był to mój błąd. Zgadzam się z tym, nie sposób z tym dyskutować, ale trochę na mocy tych słów stałem się właściwie jedynym winowajcą. Znalazłem się na marginesie drużyny narodowej, zagrałem jeszcze tylko po kilkanaście minut w rewanżowych meczach z Bułgarią i Luksemburgiem.
I rzeczywiście, dla „Papieża” był to de facto koniec kariery w reprezentacji. Od kapitana do autsajdera. – W cztery dni znalazłem się na dwóch biegunach. Po meczu z Anglią i golu na Wembley byłem wychwalany, zaś po meczu ze Szwecją stałem się głównym winnym. Tak to bywa w futbolu, a dodatkowo w Polsce kibice często popadają ze skrajności w skrajność. Trener Wójcik w pewnym sensie poświęcił wtedy moją głowę, żeby uspokoić fanów i dziennikarzy – uważa Brzęczek.
Szwecja – Polska 2:0. „Dziękujemy, Szwedzi!” – cieszyli się Anglicy
eliminacje ME 2000 (09.10.1999)
Szczęście w nieszczęściu reprezentacji Wójcika polegało na tym, że Anglia była wtedy w tak beznadziejnej formie, iż komplet punktów w czterech starciach z Bułgarami oraz Luksemburczykami plus bezbramkowy remis w rewanżowej potyczce z Synami Albionu utrzymał polską ekipę w grze o drugie miejsce w grupie aż do ostatniej kolejki eliminacyjnych zmagań. Potrzebowaliśmy remisu na Råsundastadion, by o jedno oczko przegonić Anglików i rzutem na taśmę wskoczyć do baraży.
Czyli wyjazd do Szwecji…
Niestety, znowu przegraliśmy. Pewni awansu gospodarze nie obdarzyli nas taryfą ulgową.
– Dziękujemy, dziękujemy Szwedzi! – ekscytowali się komentatorzy Fox Sports Net.
– Ojej… – westchnął ciężko Jan Tomaszewski po golu na 1:0 dla gospodarzy.
Zgodnie z tradycją polskiego futbolu, przed jesiennym „dwumeczem” z Anglią i Szwecją kluczowe znaczenie dla Biało-Czerwonych miała premia, o czym szeroko rozpisuje się Jerzy Dudek w książce „Uwierzyć w siebie. Do przerwy 0:3”.
– Negocjacje były trudne. Targowaliśmy się z wiceprezesem Zbigniewem Bońkiem i Andrzejem Pawelcem, który był w Zarządzie PZPN. Obaj odpowiadali w związku za finanse. Zgodzili się z argumentami, że te mecze będą najważniejsze dla Polski od czasów mistrzostw świata w Meksyku i jakaś dodatkowa premia mobilizacyjna by się przydała. W pewnym momencie zadzwonił telefon Pawelca i ten wyszedł na chwilę z sali. Boniek zawzięcie się targował, mówiąc, że więcej niż 100 tysięcy dolarów nie może dać. Chcieliśmy 120 tysięcy. Tak jak radził „Wójt”, staraliśmy się wyciągnąć jak najwięcej. A Boniek swoje: „Panowie, z miłą chęcią bym wam dołożył, ale naprawdę nie mogę. Nie ma takich pieniędzy”.
Po kilku minutach wrócił Pawelec i zapytał, na czym stanęło. Przedstawiliśmy mu nasze żądania. Niespodziewanie odparł:
— Nie ma problemu. Dostaniecie tyle.
Boniek spojrzał na niego zaskoczony:
— Ale ja uzgodniłem już z nimi sto tysięcy!
Jednak Pawelec jeszcze raz potwierdził, że przecież przeznaczyli w związku na ten cel 120 tysięcy. I dobiliśmy targu. […] Podejrzewam, że przed rozmową obaj panowie uzgodnili, że nie stać ich na więcej niż 120 tysięcy. Boniek chciał jeszcze coś uszczknąć z tej puli, ale mu się nie udało.
Niestety 120 tysięcy dolarów nie natchnęło polskiego drużyny ani do zwycięstwa, ani do remisu w Solnie. Znowu Dudek:
– Dało znać o sobie chore myślenie, nawyki zakorzenione od lat. A może oni nam pomogą ten remis wywalczyć? Może odpuszczą, bo mają już awans w kieszeni? Przecież na pewno nie chcą Anglików, wolą na mistrzostwach Europy słabszą drużynę zamiast silniejszej. Gdyby mieli w finałach trafić na Anglików, to woleliby jeszcze raz na nas. Czyli wniosek był taki, że na pewno damy radę dowieźć remis. Okazało się, że Szwedzi zagrali bardzo spokojnie do momentu, kiedy nie zaczęliśmy ich brutalnie kopać. Nie dali się sprowokować do takiej kopaniny, co się dla nas źle skończyło. Zaczęli grać na serio i wygrali 2:0.
Było to ostatnie spotkanie reprezentacji Polski pod wodzą Janusza Wójcika. Anglicy w barażach odprawili Szkocję i awansowali na Euro 2000.

Janusz Wójcik i Dariusz Śledziewski podczas domowego meczu ze Szwecją w 1999 roku
Szwecja – Polska 3:0. „Żelik na włosy i do autobusu” – narzekał Dudek
eliminacje ME 2004 (11.06.2003)
Los ponownie skojarzył nas ze Szwedami w eliminacjach do kolejnych mistrzostw Europy. Ale wtedy sytuacja była już nieco inna niż w mrocznych latach 90. Za kadencji Jerzego Engela drużyna narodowa przełamała „klątwę Bońka”, awansowała na wielki turniej po serii dotkliwych niepowodzeń, no i apetyt – jak to ma w zwyczaju – urósł w miarę jedzenia. Mieliśmy uzasadnione nadzieje, że Polacy zagrają co najmniej w barażach o Euro 2004. Zresztą historyczny, pierwszy w dziejach występ na mistrzostwach Starego Kontynentu zamierzał zapewnić Biało-Czerwonym Zbigniew Boniek we własnej osobie, bo to on przejął trenerską pałeczkę od Engela.
Co z tego finalnie wyszło – wszyscy pamiętamy.
Zawstydzająca klęska z Łotwą, wymęczone zwycięstwo z San Marino, nieprzekonujące występy w meczach towarzyskich. Boniek ustąpił ze stanowiska selekcjonera tak szybko, że nie zdążył rozegrać nawet jednego spotkania ze Szwedami, którzy byli faworytami do pierwszej lokaty w naszej grupie. Inna sprawa, że Skandynawowie również rozpoczęli eliminacje grubo poniżej oczekiwań, bo najpierw zremisowali z Łotyszami, a następnie z Węgrami.
Czyżby zatem szwedzki diabeł nie był już wtedy taki straszny, jak go nad Wisłą malowaliśmy, mając w pamięci poprzednie starcia? No cóż, na to pytanie odpowiedział mecz. Polacy, już pod wodzą Pawła Janasa, zostali w Solnie gładziutko rozbici. 0:3, nie było czego z Biało-Czerwonych zbierać.
Oddajmy raz jeszcze głos Dudkowi (znów: za książką „Uwierzyć w siebie. Do przerwy 0:3”), który zawalił w tym meczu bramkę na, nomen omen, 0:3.
– Nigdy nie potrafiliśmy odpowiednio przygotować się do meczów rozgrywanych w czerwcu. Niektóre ligi kończyły się wcześniej, już w połowie maja, i zawodnicy mieli wolne. Inni ciągle grali, nawet do końca czerwca. I jak dochodziło do zgrupowania przed meczem, nie potrafiliśmy opracować systemu odpowiedniego i efektywnego dla wszystkich. Tak było w meczu z Holandią w 2000 roku czy z Armenią w 2001. Finały mistrzostw świata w czerwcu 2002 roku też nam nie wyszły – analizuje 60-krotny reprezentant kraju.
– Janas chyba zdawał sobie z tego sprawę, próbując coś zrobić. Zaproponował, żebyśmy przyjechali z żonami do Wisły na zgrupowanie, by stworzyć rodzinną atmosferę, bez żadnej przenośni. Żony przyjechały i nudziły się niemiłosiernie. Nie mieliśmy czasu się nimi zajmować, tylko trenowaliśmy dwa razy dziennie. Plan raczej nie wypalił. Dopiero na końcu obozu zorganizowaliśmy wspólne ognisko, żeby jakoś udobruchać nasze panie.
Dudek wspomina również, że po końcowym gwizdku w polskiej szatni doszło do scysji na linii Tomasz Hajto – Kamil Kosowski.
– Nie wszyscy grali tak agresywnie, jak powinni. „Gianni” zauważył, że niektórzy niczym się nie przejmują, spływa po nich krytyka. Zamiast pomyśleć o meczu, nakładali żelik na włosy i już do autobusu. Nie wytrzymał i wyładował się w szatni na „Kosie”: „Może ty byś, kurwa, raz wziął ciężar gry na swoje barki. Masz takie predyspozycje. A potem jak dostaniemy jedną, drugą, trzecią, to na czyje plecy to spada? Zawsze, kurwa, na moje, „Kłonia” albo Dudka. Bo jesteśmy z najdłuższym stażem. I na dodatek gramy z tylu. Jak przegrywamy, zbieramy największe bęcki”.
W rewanżu Szwedzi ponownie nas pyknęli, tym razem 2:0. Ale widać jeszcze im było mało atrakcji, bo postanowili nas gratisowo pognębić w ostatniej kolejce eliminacyjnych zmagań, przegrywając u siebie z Łotwą w kuriozalnych okolicznościach (nie wykorzystali rzutu karnego i 20 minut gry w przewadze jednego piłkarza). W efekcie to Łotysze, a nie my, zagrali w barażach i koniec końców sensacyjnie awansowali na turniej w Portugalii.
Polska – Szwecja 2:3. „Koniec złudzeń, koniec marzeń” – skwitował Szpakowski
mistrzostwa Europy (23.06.2021)
Przyszło nam poczekać prawie dwie dekady na kolejną rywalizację ze Szwecją o stawkę. I to stawkę nie byle jaką. Reprezentacja Polski w pierwszym meczu fazy grupowej Euro 2020 w żenującym stylu przegrała ze Słowacją (1:2), w drugim spotkaniu zaprezentowała się z dobrej strony i zremisowała z Hiszpanią (1:1), no więc trzeci występ urósł do rangi meczu o wszystko. Naszymi oponentami byli właśnie Szwedzi, już z czterema oczkami na koncie, ale grający – delikatnie rzecz ujmując – bez szału. Wydawało się, że jest to przeciwnik jak najbardziej w zasięgu drużyny dowodzonej od paru miesięcy przez Paulo Sousę.
I faktycznie: był w zasięgu. Ale i tak polegliśmy.
Dlaczego? Cóż, na pewno nie pomógł pierwszy gol stracony już w drugiej minucie rywalizacji. Nie pomógł pierdyliard niecelnych dośrodkowań autorstwa Tymoteusza Puchacza. Nie pomogli beznadziejnie dysponowani Kamil Jóźwiak (kiks przy golu(, Mateusz Klich czy Przemysław Płacheta, który wstydliwie odpuścił rywala przy akcji bramkowej na 2:3. – Cofam tę ostatnią bramkę i patrzę na tego Płachetę. To jest nieprawdopodobny skandal, co on zrobił. Bezczelność – pieklił się Mateusz Święcicki z Eleven Sports. Natomiast komentujący ten mecz Dariusz Szpakowski postawę Biało-Czerwonych skwitował tak: – Koniec złudzeń, koniec marzeń, koniec myślenia o czymkolwiek.
Wielka szkoda i tego meczu, i całego turnieju. Mieliśmy wówczas Roberta Lewandowskiego w sztosie i była to tak naprawdę jedyna impreza rangi mistrzowskiej w jego wykonaniu, kiedy zademonstrował swoją absolutnie topową dyspozycję. Ukąsił w meczu z Hiszpanią, ze Szwecją trafił do siatki dwukrotnie.
Nie wystarczyło.
– Trudno być w dobrym humorze po takim meczu. Na pewno nie można nam odmówić woli walki, zdeterminowania, ale zabrakło czegoś. Pewnie zabrakło nam umiejętności, ale chwała chłopakom, że próbowali. Walczyliśmy, ale to nie wystarczyło. Myślę, że pierwsza połowa, ta szybko stracona bramka nas trochę wybiła z rytmu, zabrała pewność siebie, ale jeśli z 0:2 wychodzisz na 2:2, to próbujesz dalej. Mieliśmy trochę czasu, żeby spróbować strzelić tę trzecią bramkę, bo w drugiej połowie zaczęliśmy inaczej grać, lepiej w środku pola, dużo się działo, wrzutki i strzały z dystansu, więc ja wierzyłem, że strzelimy tę trzecią bramkę. Patrząc przez pryzmat całego turnieju, przeciwnicy stwarzali pół sytuacji i strzelali bramkę – ocenił „Lewy” na antenie TVP Sport.
***
Jedenaście meczów ze Szwecją w latach 1989-2021. Jedno zwycięstwo, jeden remis, dziewięć porażek. O punkty: siedem porażek w siedmiu spotkaniach. Trzy strzelone przez nas gole, piętnaście bramek straconych. Masakra. Ale przecież ten koszmar udało się w końcu przerwać. Niemal równo cztery lata temu reprezentacja Polski pod wodzą Czesława Michniewicza znalazła na Szwedów sposób, pokonała ich w meczu o wyjazd na mistrzostwa świata do Kataru.
Owszem, u siebie. Ostatnie zwycięstwo w Sztokholmie odnieśliśmy jeszcze za życia Józefa Piłsudskiego.
Prawie 100 lat i 10 prób. Nie ma na świecie drugiej takiej klątwy
Czas przełamać także i tę klątwę. Na nich!
Czytaj więcej o barażu Szwecja – Polska na Weszło:
- Ze Szwecją mu do twarzy. Jak Potter ożywił klub, którego nikt nie lubił
- Kamiński: Historia niech pozostanie historią. My piszemy przyszłość
- Czy Urban powinien zostać, gdybyśmy przegrali? Tak!
fot. NewsPix.pl