Real wystawił tyłek do skopania. Osasuna skorzystała

Sebastian Warzecha

21 lutego 2026, 20:47 • 5 min czytania 41

Real wystawił tyłek do skopania. Osasuna skorzystała

Gdy rok temu Osasuna i Real Madryt spotkały się w Pampelunie, skończyło się remisem. Real stracił wtedy fotel lidera… i już na niego nie wrócił. W tym sezonie Królewscy znów przyjeżdżali na El Sadar jako liderzy ligi. Tyle że tę pozycję odzyskali dopiero w poprzedniej kolejce i na pewno chcieli na niej pozostać. Ale Pampeluna to zdradliwy teren, zadanie więc wcale nie musiało być łatwe. I nie było. Real za to był fatalny i zasłużenie zebrał kopa w tyłek.

Reklama

Real Madryt traci punkty. Bo stracić musiał

Obie ekipy przystępowały do tego meczu mając na swoim koncie bardzo dobre passy. Gospodarze nie przegrali od pięciu spotkań ligowych. Real wygrał osiem kolejnych spotkań w La Lidze. To ta seria wyprowadziła Los Blancos na szczyty tabeli. Tyle że z grą Królewskich nadal było różnie. Raz prezentowali się bardzo dobrze, raz wyglądali na boisku słabo, a punkty ciułali indywidualnościami, przebłyskami swoich najlepszych zawodników.

Reklama

Dziś długo brakowało nawet tych przebłysków.

W pierwszej połowie w grze Realu na ogół nie było niczego. Zero dobrych akcji, zero ciekawych kombinacji, zero porozumienia w obronie. Gdybyście powiedzieli nam, że oglądamy mecz obecnej Legii Warszawa z Arką Gdynia, to bylibyśmy w stanie w to uwierzyć. Jeśli już ktoś tu szarpał, próbował coś na tym boisku zrobić – to Osasuna. Głównie dośrodkowaniami – czy to ze stałych fragmentów gry, czy akcjami z bocznych sektorów boiska. Szalał Victor Munoz, sprzedany do Pampeluny latem przez… Real Madryt.

Gol wreszcie padł finalnie po stałym fragmencie gry, ale z rzutu karnego. Wcześniej Osasuna dwa razy była blisko – raz świetnie obronił Thibaut Courtois, raz rywale trafili w słupek. W końcu jednak sprawę zawalili Belg na spółkę z Raulem Asencio. Wystarczyło długie podanie, Asencio nie zrozumiał się ze swoim bramkarzem, odbił piłkę, Courtois w efekcie nastąpił na stopę Ante Budimira. Sędzia pierwotnie odgwizdał symulkę napastnika Osasuny. Pomógł jednak VAR, decyzję – słusznie – zmieniono na karnego.

Budimir go wykorzystał. I było 1:0.

Do przerwy wynik nie uległ zmianie, bo Osasuna nieco się wycofała, a Real… był fatalny, co tu kryć. Nic tam nie grało.

Vinicius sam skończył, bo innych nie było

W przerwie Alvaro Arbeloa nie zrobił zmian i – nie uwierzycie – nic się też nie zmieniło w grze Królewskich. Owszem, może nieco bardziej kontrolowali posiadanie piłki i nie dawali Osasunie aż tak łatwo wychodzić z akcjami, ale poza tym właściwie nie było w ekipie Los Blancos pomysłu na to, jak można by rywala zaskoczyć. Nie istniał dziś właściwie – zresztą podobnie jak w środku tygodnia, z Benficą – Kylian Mbappe. Raz strzelił co prawda gola, ale wcześniej akcję spalił.

Jeśli już ktoś próbował coś ciągnąć, to Vinicius, który raz po razie atakował rywali na skrzydle. Ale niewiele to działało, szczególnie, że nie miał Francuza do pomocy.

Jak zresztą wyobrażam sobie rozmowy Viniciusa z Kylianem Mbappe w tym meczu? Mniej więcej tak:

– Może strzelimy gola?
– Nie no, co ty, Vini.
– No wejdź w pole karne.
– No daj spokój.
– No wejdź no.
– Weź się Vini.
– Bo nie wejdziesz!

Bo i faktycznie – co Vinicius schodził z piłką do linii końcowej (a kilka razy nieźle udało mu się nawinąć rywala), po czym szukał kogoś w polu karnym, to Kylian był wszędzie… tylko nie tam. Stał gdzieś na 16. metrze, nie próbował nawet atakować pola karnego. Może Francuz strzelać po 40 goli w lidze w sezonie – i nikt mu tego nie zabierze – ale jeśli ma być napastnikiem z prawdziwego zdarzenia, to musi w takich sytuacjach ruszać na piąty metr i czyhać na wykończenie.

W końcu zresztą Vinicius najwidoczniej miał tego dość i finalnie sam zajął miejsce napastnika, ruszył w pole karne, a z lewej strony dograł mu Fede Valverde. Brazylijczykowi nie pozostało nic innego, jak skierować piłkę do siatki, co też uczynił.

Fatalnie grający Real mimo wszystko miał więc remis.

Osasuna ma pełną pulę

Wiadomo – nikogo w Madrycie ten jeden punkcik by nie usatysfakcjonował. Więc Real atakował. Sęk w tym, że to w tym sezonie ekipa CAŁKOWICIE pogubiona taktycznie. I gdy trzeba przyspieszyć, rzucić wszystko na jedną szalę, to owszem, robi to – ale kompletnie zapomina o tym, że rywal będzie próbował kontrować.

I jedna, druga, trzecia sytuacja Osasuny też niczego Realu nie nauczyła. Dalej szli do przodu, dalej szaleńczo, jak lemingi na skraj przepaści (tak, to mit, ale nie przeszkadzajmy prawdzie w dobrym porównaniu).

W końcu piłkarze Realu przywalili o dno.

W 90. minucie, gdy dobrze wypuszczony Raul Garcia nawinął Raula Asencio, a ten na tyłku pojechać mógł tak naprawdę od razu do szatni – nie był to zupełnie jego mecz – po czym umieścił piłkę w bramce. Znów pracować musiał VAR: sędzia liniowy pierwotnie podniósł chorągiewkę, ale linię spalonego złamał jednak… Asencio. O ile w wielu meczach w tym sezonie Hiszpan grał znakomicie, o tyle dzisiaj był decydującym czynnikiem w porażce Realu.

Ale to, że on popełnił kluczowe błędy, niewiele zmienia w ocenie gry całego zespołu – to był jeden z najgorszych (a jest z czego wybierać!) meczów Realu Madryt w tym sezonie. Nie funkcjonowało w tym zespole nic, plusika może można by zapisać jedynie Viniciusowi i Aurelienowi Tchouameniemu, na zero wyszedłby pewnie Alvaro Carreras i (mimo karnego) Thibaut Courtois.

Poza tym wszyscy byli fatalni. I możliwe, że na powrót spadną na drugie miejsce w tabeli. Potrzebna będzie do tego wygrana Barcelony w jutrzejszym spotkaniu z Levante.

A to raczej się stanie. Real liderem długo nie był. Bo z taką grą jak dziś – po prostu nie mógł.

Osasuna – Real Madryt 2:1 (1:0)

  • 1:0 – Budimir 38′ (rzut karny)
  • 1:1 – Vinicius 73′
  • 2:1 – Raul Garcia 90′

Fot. Newspix

Czytaj więcej o lidze hiszpańskiej na Weszło:

41 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

La Liga

La Liga

Eric Garcia o sędziach: Jeśli zechcą anulować ci gola, to to zrobią

Maciej Piętak
5
Eric Garcia o sędziach: Jeśli zechcą anulować ci gola, to to zrobią
Reklama
Reklama