Polska gorsza od Ukrainy w BJK Cup. Zdecydował deblowy maraton

Sebastian Warzecha

11 kwietnia 2026, 16:04 • 3 min czytania 0

Reklama
Polska gorsza od Ukrainy w BJK Cup. Zdecydował deblowy maraton

Właściwie od momentu, gdy Iga Świątek ogłosiła, że nie wystąpi w Gliwicach w meczu Billie Jean King Cup pewnym było, że Polkom trudno będzie pokonać Ukrainę. I faktycznie – nie udało się, a Ukrainki okazały się od naszych reprezentantek dużo lepsze. Choć akurat mecz debla, który o wszystkim rozstrzygnął, był prawdziwym tenisowym maratonem.

Reklama

BJK Cup. Polki przegrały z Ukrainą

Ukraina do Gliwic przyjechała w najmocniejszym składzie. Była Elina Switolina, pojawiła się też Marta Kostiuk. U Polek z kolei brakowało nie tylko Igi Świątek, ale też Magdaleny Fręch – z zawodniczek z najlepszej setki rankingu WTA pojawiła się tylko Magda Linette. Świątek o swojej nieobecności poinformowała pod koniec marca na Instagramie, co w obliczu jej problemów – i zmiany trenera – przesadnie zresztą dziwić nie mogło:

– Dzisiaj chcę się podzielić kolejną decyzją. Nie zagram w nadchodzącym turnieju kwalifikacyjnym Billie Jean King Cup w Gliwicach. Nie jest to dla mnie łatwe, bo granie w Polsce zawsze miało i ma dla mnie wyjątkowe znaczenie i wiem, że wielu z was czekało, żeby zobaczyć mnie na korcie. Czuję, że potrzebuję chwili, żeby się zatrzymać, poukładać pewne rzeczy, a także skupić się na spokojnej, jakościowej pracy. Mam nadzieję, że to rozumiecie – pisała wówczas.

W turniejach takich jak BJK Cup wiele zależy jednak od najlepszej zawodniczki. Ukrainki miały w tej roli Elinę Switolinę, Polki z kolei musiały zdać się na Magdę Linette. Ta jednak wczoraj przegrała – zbierając dość spory łomot – już z Martą Kostiuk. Do stanu 4:4 w I secie wszystko wyglądało jeszcze dobrze, ale potem przegrała osiem kolejnych gemów.

– Jestem rozczarowana. Jest mi bardzo przykro. Oczekiwałam od siebie więcej. Przełamanie mojego serwisu na pewno miało znaczenie. Marta zagrała świetnie w drugim secie. Miałam troszkę szans na początku meczu, frustrujące było, że nie sprawiłam, żeby Marta miała większe kłopoty. W drugim secie się rozluźniła, zwiększyła tempo – mówiła Linette na pomeczowej konferencji prasowej. Jej porażka była tym istotniejsza, że mało kto oczekiwał po Katarzynie Kawie cudów w starciu z Eliną Switoliną.

Reklama

I cudów nie było – Kawa przegrała 2:6, 1:6, a Polska po pierwszym dniu przegrywała 0:2.

Nadzieję na przedłużenie rywalizacji pokładaliśmy w naszym deblu. Dawid Celt, kapitan kadry, desygnował ostatecznie do gry Maję Chwalińską i Martynę Kubkę. Polki, w rywalizacji z siostrami Kiczenok, zaczęły od przegranego 5:7 seta, ale w drugim wygrały po tie-breaku, choć przy stanie 5:5 straciły podanie i stały na krawędzi porażki. Już wtedy był to długi mecz, a wraz z trzecim setem zamienił się w naprawdę rozległe spotkanie – ostatecznie Polki i Ukrainki spędziły na korcie 3 godziny i 14 minut, a każdy set trwał ponad godzinę!

Reklama

Ten trzeci, ostatni, był najkrótszym i, niestety, drugim przegranym przez Polki. Dużo było w nim przełamań, nasze reprezentantki kilkukrotnie zyskiwały przewagę, by zaraz ją oddać. Przy stanie 3:3 nastąpił bardzo długi gem, w którym Ukrainki ostatecznie nie dały się przełamać, choć Chwalińska i Kawa miały swoje szanse. A gema później Polki dość łatwo oddały własne podanie. W ostatnim z kolei gemie meczu nie nawiązały walki i nie wypracowały sobie break pointów.

Ostatecznie uległy rywalkom 5:7, 7:6 (4), 3:6. A Polska przegrała z Ukrainą już po trzech z potencjalnych pięciu meczów. W tej sytuacji nasze reprezentantki będą jesienią walczyć o to, by utrzymać się w Grupie Światowej Billie Jean King Cup.

Fot. Newspix

Czytaj więcej o tenisie:

0 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama