Pogoń należała do grona zespołów, które rozczarowały jesienią. I wygląda na to, że – solidarnie z innymi, na pewno z Legią – zamierza w rundzie rewanżowej kontynuować ten smutny zjazd. Dawniej Portowcy mogli grać nierówno, ale przynajmniej u siebie rozjeżdżali słabeuszy. A dziś? Dali się zepchnąć Bruk-Betowi, wymęczyli remis, byli tak atrakcyjni, jak zepsuty paprykarz.
Piłkarze Pogoni, mając 1:0 do przerwy, uznali, że mecz się skończył. Na drugą połowę wyszli, żeby sobie pochodzić po murawie. Nie przejmowali się sygnałami ostrzegawczymi, jakie wysyłał Bruk-Bet. A ten, po słabej pierwszej odsłonie, wziął się do roboty. Po zaledwie 20 minutach drugiej połówki oddał dziewięć strzałów, czyli o dwa mniej niż Pogoń… przez cały mecz.
Pogoń – Bruk-Bet 1:1. Mizerni Portowcy
Na początku były to strzały nieśmiałe, z nie zawsze przygotowanych pozycji, często po wrzutkach Hilbrychta ze stałych fragmentów gry. Z czasem jednak ataki niecieczan zaczęły wyglądać poważnie i groźnie, ale Pogoń zupełnie się tym nie przejmowała. Stała sobie schowana i cześć. Bruk-Bet ryzykował, pozostawiał w tyłach wolną przestrzeń, ale z tego Portowcy też nie korzystali. No, poza jednym wyjściem na czystą pozycję Grosickiego, który ustrzelił głowę Chovana.
To zdecydowanie za mało, gdy mecz wymyka ci się z rąk. I w końcu Pogoń się doigrała, a załatwił ją jej były piłkarz – Rafał Kurzawa. Rezerwowy kopnął w Cojocaru, ten odbił piłkę przed siebie, a później strzelec zdążył przyjąć sobie piłkę, ponownie oddać strzał, a wszystko wydarzyło się w polu bramkowym gospodarzy. Doszło do tego, że to Bruk-Bet mocniej cisnął w końcówce po zwycięstwo, a bierna Pogoń zadowalała się tym, co miała.
Tylko że nie było się czym zadowalać, gospodarze nie mieli ani jednego dobrego fragmentu w tym meczu. Wyszli na prowadzenie głównie dlatego, że mur Bruk-Betu zapomniał wyskoczyć przy wolnym Greenwooda. Doceniamy Anglika – załadował tak, że bramkarz nie miał szans, piłka szła szybko i dynamicznie obniżyła parabolę lotu. Ale na Boga – wystarczyło, by mur jakkolwiek podskoczył, a do tej bramki by nie doszło.
Pogoń wróciła do ustawienia z czwórką z tyłu, ale ani nie dało jej to komfortu z przodu, ani obrona nie przestała przeciekać. Grosicki grał chaotycznie, Mukairu niechlujnie, można się zastanowić, czy Thomasberg dobrze robi, zostawiając ławce jedynego napastnika (Angielskiego – wszedł w drugiej odsłonie, wykreował Grosickiemu akcję). To jednak tylko personalia, problem Pogoni jest znacznie szerszy. Zespół ten zaczął wyglądać jak przypadkowa zbieranina piłkarzy, trzymanych w Szczecinie na siłę, ze zblokowanym potencjałem.
I ten marazm zdaje się pogłębiać.
VAR wyręcza sędziego
Słówko należy się jeszcze arbitrowi bocznemu, który nie dostrzegł spalonego przy golu Keramitsisa w pierwszej połowie. Nikomu żadna krzywda się nie stała, bo koniec końców zainterweniował VAR, ale… jak można tego nie widzieć, będąc zawodowym sędzią? Nie doszło do żadnej mijanki, wszystko było jak na tacy. Grek przelobował bramkarza, wpadł w objęcia trenerów, na stadionie zawyły syreny, pograła muzyka, kibice poskakali..
I po dwóch minutach wszyscy dowiedzieli się: jednak nie, jednak wciąż 0:0.
Mowa oczywiście o kibicach na trybunach, bo z perspektywy telewizji sytuacja była oczywista już po pierwszej powtórce. Nic wielkiego się nie stało, bo zmieniono decyzję na prawidłową, ale dla Pogoni nie jest to fajna sprawa, kiedy cieszysz się z wyniku, układasz sobie w głowie strategię na najbliższe minuty, by po chwili musieć wracać do ustawień fabrycznych, bo arbiter boczny nie dostrzegł WYRAŹNEGO spalonego. Obniżamy za to sędziom notę, choć oczywiście nie jest to błąd, który idzie na konto głównego – Marcina Piszczeloka. Nie stanowi to też żadnego usprawiedliwienia dla Portowców, którzy byli dziś po prostu marni.
Zmiany:
Legenda
CZYTAJ WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE:
- Lech w końcu nie miał pecha. Nadal gra o mistrzostwo?
- Haditaghi kłóci się sam ze sobą. Chodzi o transfery
- Trener rywala o Widzewie: Pieniądze nie wygrywają
Fot. newspix.pl