Konga w Widzewie ciąg dalszy. Kolejny piłkarz utknął w Afryce

Jan Broda

Autor:Jan Broda

05 kwietnia 2026, 19:48 • 3 min czytania 6

Reklama
Konga w Widzewie ciąg dalszy. Kolejny piłkarz utknął w Afryce

Nie tylko Osman Bukari nie może się wydostać z Afryki. Kolejnym piłkarzem Widzewa, który utknął na Czarnym Lądzie, jest Steve Kapuadi. Były stoper Legii nie powrócił jeszcze do Łodzi po zgrupowaniu reprezentacji Demokratycznej Republiki Konga. Powód? Specjalne zaproszenie na audiencję u prezydenta. 

Reklama

Trzeba przyznać, że Widzew przechodzi samego siebie. W zimowym okienku transferowym Łodzianie wydali na transfery ponad 15 milionów euro, a i tak nie potrafią wygrzebać się ze strefy spadkowej. Mało tego, aż połowę tej kwoty RTS przeznaczył na sprowadzenie Osmana Bukariego (5,5 mln) i Steve’a Kapuadiego (2 mln), z których usług, przynajmniej chwilowo, nie może korzystać.

Obydwaj utknęli bowiem w Afryce.

Serio.

I choć brzmi to jak żart, mówimy całkowicie poważnie. Bukari przebywa obecnie w Nigerii, do której musiał wyjechać, by załatwić formalno-prawne sprawy wizowe z polską ambasadą. Więcej o jego sytuacji przeczytacie TUTAJ.

Reklama

Konga w Widzewie ciąg dalszy. Steve Kapuadi też utknął w Afryce

Co dwóch piłkarzy Widzewa zablokowanych na Czarnym Lądzie, to nie jeden. Do Bukariego dołączył Kapuadi. Jako pierwszy informację podał Ekspres Ilustrowany, a my postanowiliśmy poszperać głębiej, o co w tym wszystkim chodzi.

Były stoper Legii padł poniekąd „ofiarą” sukcesu, jaki odniosła reprezentacja Demokratyczna Republika Konga, która po raz pierwszy od 1974 zakwalifikowała się do mistrzostw świata. W finale baraży interkontynentalnych Lamparty pokonały 1:0 po dogrywce Jamajkę.

Kapuadi wprawdzie przesiedział całe spotkanie na ławce rezerwowych, jednak to nie przeszkodziło mu, by zostać okrzykniętym, podobnie zresztą jak cała kadra Sebastiena Desabre, bohaterem narodowym. W DRK na wieść o powrocie na mundial po ponad pół wieku oczekiwania, wybuchła radość. Historyczny sukces postanowiono celebrować z pompą godną wydarzenia.

Prezydent Félix Tshisekedi na niedzielę 5 kwietnia zaplanował uroczyste powitanie powracających do kraju Kongijczyków. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że mecz odbył się w nocy z 31 marca na 1 kwietnia polskiego czasu, czyli – bagatela – cztery dni wcześniej. Aby w ogóle było to możliwe, kongijska federacja piłkarska była zmuszona zatem dłużej przetrzymać na zgrupowaniu powołanych kadrowiczów, w tym wspomnianego Kapuadiego. Przypomnijmy, zgodnie z przepisami FIFA, zawodnicy powołani na mecze międzypaństwowe muszą wrócić do swoich klubów najpóźniej 48 godzin po ostatnim gwizdku.

Reklama

W Kinszasie jednak nic sobie z tego nie robili. Zgodnie z zapowiedziami, w niedzielę kadra powróciła do kraju, gdzie czekało na nich gorące przywitanie. Najpierw na ulicach stolicy odbyła się wielka parada z udziałem mieszkańców, którzy oddali hołd piłkarzom, a następnie Kapuadi i spółka zostali przyjęci na oficjalnej uroczystości z prezydentem Tshisekedim na czele. Co ciekawe, w trakcie ceremonii głowa państwa obiecała każdemu z graczy nie tylko premię, ale również dom i samochód. To wszystko w nagrodę za awans.

Jak się bawić, to się bawić. Niezadowolone są tylko kluby, których zawodnicy zostali, bądź co bądź, nielegalnie uziemieni. Publicznie tę decyzję skrytykowali przedstawiciele LOSC Lille i Espanyolu, którzy w weekend musieli sobie radzić w lidze bez kolejno Chancela Mbemy i Charlesa Pickela. Francuzi i Hiszpanie kontaktowali się nawet w tej sprawie z FIFA.

Reklama

Poszkodowany jest też rzecz jasna Widzew, który pod nieobecność Kapuadiego tylko zremisował z Rakowem Częstochowa (1:1). Kto wie, może gdyby nie przedłużone świętowanie awansu na mundial w Demokratycznej Republice Konga, to Łodzianom udałoby się dowieźć jednobramkową przewagę do końca. Tego jednak już nigdy się nie dowiemy.

Z dobrych informacji – Kapuadi i reszta Kongijczyków w poniedziałek 6 kwietnia opuszczą ojczyznę i powrócą do swoich klubów. Trener Aleksandar Vuković powinien mieć go do dyspozycji w najbliższym spotkaniu z Bruk-Betem.

CZYTAJ WIĘCEJ O WIDZEWIE NA WESZŁO:

Fot. Newspix

6 komentarzy
Jan Broda

Pasją do futbolu zaraził go tata, za co jest mu dozgonnie wdzięczny - głównie dlatego, że pierwszym meczem, jaki zaliczył z trybun, był bezbramkowy paździerz Wisły ze Śląskiem jesienią 2010 roku. Skoro przetrwał tamto 0:0, przetrwa już wszystko. Dumny wychowanek Bronowianki Kraków, którego nieuchronny marsz po Złotą Piłkę brutalnie zweryfikował chroniczny brak talentu i drewniane nogi. Zamiast więc w piłkę grać, zaczął o niej pisać. Z wykształcenia politolog, którego bardziej niż cyrk odbywający się w Sejmie interesuje wpływ rządów Nicolae Ceaușescu na sukcesy Steauy Bukareszt w latach 80. XX wieku. Kręci go piłkarski plankton, outsiderskie historie spoza mainstreamu i wersy Kaza Bałagane. Baczny obserwator zjawisk na styku świata sportu i brudnej dyplomacji. Z ciekawości nauczył się kilku języków, w tym rumuńskiego, ale najwięcej do powiedzenia ma chyba po polsku. W przeszłości związany m.in. z Tygodnikiem „Piłka Nożna".

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Bundesliga

Kamiński błysnął formą w FC Koeln. Ważny gol Polaka [WIDEO]

Jan Broda
0
Kamiński błysnął formą w FC Koeln. Ważny gol Polaka [WIDEO]

Ekstraklasa

Reklama