Maria Żodzik bez medalu HMŚ. „Jest mi smutno”

Sebastian Warzecha

20 marca 2026, 14:02 • 5 min czytania 2

Reklama
Maria Żodzik bez medalu HMŚ. „Jest mi smutno”

Już w czasie pierwszej sesji halowych mistrzostw świata w Toruniu, mieliśmy zobaczyć walkę o medal dla Polski. No i tak – walka była. Ale głównie z samą sobą. Maria Żodzik nie skakała dziś bowiem na poziomie, który pokazywała już w przeszłości. Zdołała osiągnąć bowiem tylko 193 centymetry. Lepszy były cztery zawodniczki. A to oznacza, że reprezentantka Polski nie zdobędzie kolejnego medalu wielkiej imprezy.

Maria Żodzik poza podium HMŚ. „Pogubiłam się”

W zeszłym roku to właśnie nasza skoczkini wzwyż – w przeszłości reprezentująca Białoruś, od 2024 roku skacząca dla Polski (przy czym, po dziadkach, ma polskie korzenie) – ratowała nasz honor. Na mistrzostwach świata w Tokio – tych stadionowych, a więc bardziej prestiżowych – Polakom się nie wiodło. Odpadały nam kolejne szanse medalowe. Nie stanęła na podium Natalia Bukowiecka, nie udało się młociarzom, nikt też nie wyskoczył z drugiego szeregu. Efekt był taki, że zbliżaliśmy się do końca tej imprezy i groziły nam pierwsze od 1987 i dopiero drugie w naszej historii (!) mistrzostwa bez medalu.

Biorąc pod uwagę, że w 2015 czy 2017 roku krążków było osiem, w 2019 sześć, a nawet w pierwszych mistrzostwach po pandemii – w 2022 roku – cztery, w tym złoto, byłaby to po prostu katastrofa.

Reklama

Żodzik udało się tę sytuację uratować. I to w wielkim stylu. Była bowiem czwarta, gdy zaczął padać rzęsisty deszcz. Wydawało się przesądzone, że medalu nie zdobędzie, bo poprzeczka wisiała już na dwóch metrach, a tak wysoko Polka nie skakała nigdy w karierze. I co? I nic. Wtedy zebrała się w sobie i oddała skok idealny, wymarzony. Dwójka pękła, a wraz z nią – wpadło srebro. Lepsza była tylko Nicola Olyslagers z Australii. Za Marią uplasowała się za to główna faworytka i rekordzistka świata, Jarosława Mahuczich.

– Czwarte miejsce jest takie samo jak piąte czy dziesiąte. Nie daje ci medalu. Nie byłam nim zainteresowana. Pomyślałam sobie: „Mam 28 lat. Nie mam dużo czasu. Jak nie teraz, to kiedy?” – mówiła potem Żodzik w rozmowie z World Athletics. No i wyszło, że właśnie wtedy, właśnie w tamtym momencie przyszedł ten skok, o jakim marzyła.

Reklama

A polscy fani marzyli, że powtórzy to i w Toruniu, na mistrzostwach, ale tych halowych.

Niżej, niż można było oczekiwać

Faworytki dzisiejszego konkursu? Standardowy zestaw, w kolejności: Jarosława Mahuczich, rekordzistka świata, najlepsza skoczkini ostatnich lat. Potem Nicola Olyslagers, na ogół jej główna rywalka, obrończyni tytułu w hali. Za nią przebojowa Angelina Topić, ledwie 20-letnia Serbka, córka małżeństwa lekkoatletów, jedyna obok Mahuczich zawodniczka, która w tym roku skakała już dwa metry. A za Topić to już stawka zbita, bo odstawały z niej maksymalnie trzy-cztery zawodniczki z 11.

Innymi słowy: pewnym było, że trzeba dziś skakać wysoko i bezbłędnie. Bo oba te czynniki mogły decydować o medalu.

Reklama

I Żodzik początkowo tak skakała. 185 centymetrów na otwarcie zrobiła bez problemu. 189 podobnie. Na 193 cm przewyższenie może nie było duże, ale to miała być pierwsza naprawdę selekcyjna wysokość (choć już na 189 odpadły Lamara Distin i Marija Vuković). I była: z konkursem pożegnały się wtedy Niemka Imke Onnen i Amerykanka Charity Hufnagel. Zostało więc siedem skoczkiń.

I miała się zacząć zabawa. Bo 196 cm to już wysokość poważna. Jasne, minimum taką życiówkę miała każda zawodniczka w tym konkursie, ale co innego skoczyć tyle w byle jakim mityngu, a co innego w rywalizacji o medale mistrzostw świata. Tym bardziej w rywalizacji o tak nietypowej porze, bo w okolicach piątkowego południa. Normalnie finały skoku wzwyż to raczej wieczory, często te najlepsze telewizyjnie godziny.

Dziś było inaczej. I kto wie, może to wpłynęło na część zawodniczek?

Bo Maria Żodzik, owszem, nie była w tym sezonie wybitna. Ale potrafiła skoczyć 198 cm, a poza tym ona umie się zmotywować na duże imprezy. Dziś jednak te skoki jej nie wychodziły, raz nawet wycofała się przez zły nabieg, spróbowała znowu i mimo tego było słabo. Generalnie nie była to Żodzik w najlepszej dyspozycji. Ale nie tylko ona tu poległa – odpadły też Louise Ekmann i Eleanor Patterson. A ta druga przecież skakała już w swoim życiu 2,02 m.

Reklama

Żodzik, jako jedyna z tego grona, nie miała wcześniejszych zrzutek. Stąd wylądowała najwyżej – na piątym miejscu. Ale jak sama mówiła: to nie pozycja, która daje ci medale. Zadowolona więc być nie mogła i nie była.

– Jest mi smutno. […] Myślałam jest, że jestem w stabilnej formie. Do pewnego momentu było dobrze, ale potem się pogubiłam. Wróciły problemy z rozbiegiem, z którymi borykałam się od początku sezonu – mówiła. Dodawała też, że musi uważać na zdrowie, bo to ją ostatnio prześladowało. Ale sobie poradzi. I pójdzie dalej – bo to trzeba teraz zrobić. Szybko o tym wyniku zapomnieć i ruszyć do przodu, po kolejne dobre wyniki.

I po to, by znów móc atakować życiówkę.

Mahuczich zrobiła swoje. Pękły dwa metry

Konkurs wygrała – zgodnie z oczekiwaniami – Jarosława Mahuczich. Jako jedyna przekroczyła dwa metry – skoczyła 201 cm, bez żadnych zrzutek po drodze. Nie podołała dopiero atakując 206 cm, czyli rekord halowych mistrzostw świata. Jej skoki na tej wysokości nie były złe, ale jednak poprzeczka wisiała ponad zasięgiem Ukrainki.

Reklama

Ciekawiej było jednak za plecami Jarosławy. Tam bowiem przyznane zostały… trzy srebrne medale.

Bez zrzutek długo skakały też Nicola Olyslagers, Angelina Topić i kolejna z Ukrainek, Julia Lewczenko. Wszystkie zaliczyły 196 cm, czego nie udało się Żodzik, a potem poszły i wyżej – po 199 cm. Nie udało im się przeskoczyć dopiero 2,01 m. Zgodnie odpadły na tej właśnie wysokości. Efekt był taki, że wspólnie wylądowały na jednym miejscu. Drugim.

Żodzik do medalu ostatecznie zabrakło więc sporo. Bo nie tylko trzeba by skoczyć dziś 199 cm – na hali tak wysoko jeszcze nigdy nie skakała – ale okazało się, że trzeba by zrobić to bez zrzutek. A to, w dzisiejszej dyspozycji Polki, było prawdziwym wyzwaniem.

Jak się okazało – zbyt dużym.

Reklama

Z TORUNIA
SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj również na Weszło:

2 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

La Liga

Trzęsienie ziemi w Bilbao. Valverde odchodzi z Athleticu

Jan Broda
2
Trzęsienie ziemi w Bilbao. Valverde odchodzi z Athleticu

Inne sporty