Obie drużyny zrobiły swoje. Atletico pokonało Manchester

Sebastian Warzecha

13 października 2026, 23:13 • 5 min czytania 0

Reklama
Obie drużyny zrobiły swoje. Atletico pokonało Manchester

Atletico Madryt jest ostatnio w świetnej formie, Manchester United od początku sezonu formy poszukuje. Wynik tego równania na papierze mógł być tylko jeden i choć piłka nożna czasem wymyka się logice, to nie był to ten przypadek. Gospodarze szybko wyszli na prowadzenie, a w drugiej połowie byli w stanie jeszcze je podwyższyć. Efektem jest już ich piąta z rzędu wygrana we wszystkich rozgrywkach.

Reklama

Atletico lepsze od Manchesteru. Seria podtrzymana

Manchester United przyjeżdżał do Madrytu z nadziejami, że zacznie tam odmianę swego losu. A ta jest ekipie Michaela Carricka potrzebna, bo jak na razie gra w tym sezonie angielski zespół tak, że już spekuluje się o zmianie trenera. Dziwić to jednak nie może – Czerwone Diabły wygrały do tej pory tylko dwa z ośmiu rozegranych meczów. Do tego to wygrane, które na nikim wrażenia nie zrobią – Manchester pokonywał bowiem beniaminka z Ipswich i debiutanta w stawce Ligi Mistrzów, czyli Sabah Baku.

Poza tym? Fatalnie. Porażka z Hull na start ligi, potem remis z Evertonem, przegrana w derbach, choć City grało i zdobyło jedynego gola w dziesiątkę, no i kolejne remisy – z Fulham i też pogrążonym w kryzysie Tottenhamem. Do tego po drodze był też wylot z Pucharu Ligi Angielskiej, po 2:3 z Brighton.

Atletico jest w zupełnie innym położeniu. W tym momencie to wicelider La Ligi, z 19 punktami na koncie. Tuż przed przerwą na kadry wygrali Los Rojiblancos w derbach Madrytu, po niej z kolei – choć nie bez problemów – udało się im pokonać Deportivo Alaves. Przed meczem z Manchesterem miała madrycka ekipa cztery wygrane z rzędu, ich ostatnia porażka to starcie na wyjeździe z Liverpoolem, przy okazji pierwszego meczu w tym sezonie Ligi Mistrzów.

Reklama

Innymi słowy: gospodarze chcieli robić swoje. Manchester planował zrobić wszystko, tylko nie to, co robił do tej pory. Jak to wyszło?

Atletico nie czekało

To było tak: pierwszy gwizdek. Kibice siadali jeszcze na spokojnie na krzesełkach, niektórzy czekali pewnie w kolejkach po napitki czy jedzenie, inni dopiero docierali na stadion. W domach ktoś pewnie stwierdził jeszcze, że przecież może spokojnie iść do toalety, żeby niczego nie przegapić potem. To był jednak zły pomysł – bo przegapił właśnie wtedy. Minęło bowiem tylko 50 sekund, a Metropolitano mogło wybuchnąć radością. Wystarczyła wtedy jedna długa piłka za linię obrony, dobra akcja Alexa Baeny, wyłożenie piłki do Pablo Barriosa, strzał tego ostatniego i już było 1:0.

Jeśli Michael Carrick miał walczyć w tym meczu o posadę, to zaczął naprawdę kiepsko.

Reklama

A dalej? Dalej wcale nie było lepiej. Owszem, dwie okazje zmarnował Bryan Mbeumo – raz przestrzelił, raz świetnie obronił Jan Oblak – ale jeśli już ktoś był bliżej zdobycia bramki, to Atletico. Madrycka ekipa strzeliła nawet pod koniec pierwszej połowy bramkę na 2:0, ale w toku akcji piłkę ręką dotknął Marcos Llorente i ostatecznie VAR trafienie anulował. Byli jednak Los Rojiblancos znacznie bardziej konkretnie w swoich działaniach – łatwiej docierali pod bramkę rywali (był też na przykład strzał z wolnego w samo spojenie), Manchester często akcje spowalniał, czekał, piłkarze szukali kolegów.

A że jeśli jest coś, co Diego Simeone potrafi robić znakomicie, to organizacja zespołu w defensywie, to zwykle, owszem, koledzy się znajdowali, ale gdy to następowało, to w tej akcji goście nie mieli już czego szukać. Defensywa Atleti stała już bowiem, gdzie miała stać i nie planowała oddawać choć odrobiny miejsca.

Był to mecz idealny dla gospodarzy – szybkie prowadzenie, potem kontrola w tyłach i sprawne wypady do przodu. To lubią, w tym czują się znakomicie.

Reklama

To też wykorzystali po przerwie.

Dobity strzał, dobity Manchester

Druga połowa? No cóż, Atleti nadal robiło swoje, Manchester – wracając do tego, co pisaliśmy wcześniej – też. Czyli pierwsi nie dawali sobie gola strzelić, a drudzy nie utrudniali im w tych staraniach życia. Owszem, od czasu do czasu następowało jakieś szarpnięcie, próba stworzenia czegoś w polu karnym gospodarzy. Wielkich efektów z tego jednak nie było, a najbliżej gola był chyba dwukrotnie Bruno Fernandes – raz sytuacyjnym strzałem, niby lobem, trochę nad, trochę obok wychodzącego z bramki Jana Oblaka. Wtedy piłka minęła słupek.

Później Portugalczyk strzelał ze skraju pola karnego po rozegraniu rzutu rożnego. Uderzył ładnie, był jeszcze bliżej, ale piłka zahaczyła jedynie o poprzeczkę. No nie chciała wpaść, po prostu. Atletico znów było konkretniejsze. Świetną sytuację miał Julian Alvarez, który jednak nie potrafi się przełamać i trafił w słupek. Do tego na przykład Ademola Lookman nie wykorzystał niezłej sytuacji. Manchester United mimo wszystko pozostawał więc w grze, ale tylko do czasu.

Bo potem przyszła czerwona kartka.

Reklama

Jeśli ktoś oglądał derby Madrytu, a teraz włączył to hiszpańsko-angielskie, mógł w zasadzie mieć deja vu – wtedy zagranie długiej piłki za linię obrony zaowocowało czerwoną kartką dla Deana Huijsena, a przy okazji rzutem karnym dla Atletico. W rywalizacji z Manchesterem skończyło się tylko tym pierwszym, a czerwoną otrzymał Lenny Yoro. Sytuacja była w zasadzie jednak identyczna – znów długa piłka, znów obrońca rywali starał się dogonić zawodnika Atletico, znów położył na nim ręce i dał sędziemu pretekst. Tu czerwona, tam czerwona.

A niedługo potem – gol na 2:0, co też pokrywa się z derbami Madrytu. Trafił Lookman, który na pustą bramkę dobił wcześniejszy strzał Jonathana Davida. Senne Lammens zrobił w tamtej sytuacji, co tylko mógł, nie popisali się jednak koledzy z obrony. I to w zasadzie było zamknięcie spotkania, w zasadzie pewnym było, że goście już niczego nie wymyślą.

Reklama

Pokusili się co prawda – po błędzie Atletico – o strzał w doliczonym czasie gry, ale świetnie uderzenie Matheusa Cunhi wybronił wtedy Jan Oblak.

Powtórzmy więc: Atletico zrobiło swoje. Manchester też. Taki to był mecz.

Atletico Madryt – Manchester United 2:0 (1:0)

  • 1:0 – Pablo Barrios 1′
  • 2:0 – Ademola Lookman 78′

Fot.Newspix

Reklama
0 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Piłka nożna

Polki zrobiły duży krok w stronę mundialu. „Belgijki niczym nie zaskoczyły”

Duda  &  Radomski
0
Polki zrobiły duży krok w stronę mundialu. „Belgijki niczym nie zaskoczyły”

Liga Mistrzów

Reklama