Pierwsza dekada XXI wieku w Ekstraklasie została zapamiętana jako era Wisły Kraków. Niedługo potem nastąpił okres hegemonii Legii Warszawa. W ostatnich latach nie ma już jednak na ligowym podwórku dominatora. Nie stał się takowym ani Raków Częstochowa, ani Lech Poznań. Choć przecież od dawna może się wydawać, że Kolejorz ma naprawdę mnóstwo argumentów, by pozostawić ligową konkurencję za plecami na dłużej niż jeden sezon. Tylko że ekipa ze stolicy Wielkopolski po prostu nie potrafi iść w Ekstraklasie za ciosem. Obrona mistrzowskiego tytułu za każdym razem ją przerasta. Czy bieżący sezon przyniesie w tym względzie odmianę?
Jesienią się na to nie zanosiło, ale tabela jest tak wypłaszczona, że podopieczni Nielsa Frederiksena jak najbardziej mogą się jeszcze pokusić o drugie mistrzostwo Polski z rzędu. Wygląda zresztą na to, że lepsza okazja do obronienia tytułu w dającej się przewidzieć przyszłości już się Kolejorzowi nie nadarzy.
Dominacja w Ekstraklasie. W XXI wieku krajowym podwórkiem rządziły tylko Wisła i Legia
Jeszcze w okresie PRL obrona tytułu w najwyższej klasie rozgrywkowej była częstym zjawiskiem. Ekstraklasę – wtedy 1. ligę, ale trzymajmy się współczesnego nazewnictwa – dwukrotnie zdominował Górnik Zabrze (pięć tytułów z rzędu w latach 1963-1967, cztery w latach 1985-1988), ale mistrzostwa potrafili też skutecznie bronić piłkarze Ruchu Chorzów, Legii Warszawa, Widzewa Łódź czy Lecha Poznań. Po transformacji ustrojowej ekipy z Górnego Śląska przestały już kolekcjonować tytuły, natomiast Legia (1994-1995) i Widzew (1996-1997) nadal były w stanie rozciągnąć swe rządy na krajowym podwórku na okres dwóch lat. No i w sumie Kolejorz także dokonał tej sztuki w latach 1992-1993, ale ten temat zostawmy, żeby nie otwierać – jak mawiał prezydent RP z tamtych czasów – „puszki z Pandorą”.
W XXI wieku zdominowanie Ekstraklasy udało się już tylko dwóm klubom: Wiśle Kraków i Legii Warszawa.
- 2003-2005 – trzy tytuły z rzędu Wisły
- 2008-2009 – dwa tytuły z rzędu Wisły
- 2013-2014 – dwa tytuły z rzędu Legii
- 2016-2018 – trzy tytuły z rzędu Legii
- 2020-2021 – dwa tytuły z rzędu Legii
Potężne transfery Widzewa. Dobrzycki zaczął mocniej nawet od Cupiała?
A wygląda to jeszcze bardziej okazale, gdy podliczymy złote i srebrne medale Białej Gwiazdy oraz Wojskowych.
- 1999-2006 – Wisła co najmniej na drugim miejscu
- 2008-2011 – Wisła co najmniej na drugim miejscu
- 2013-2021 – Legia co najmniej na drugim miejscu
Krakowianom w ich złotym okresie przytrafił się zatem tak naprawdę tylko jeden zupełnie spartolony sezon. Mowa rzecz jasna o pamiętnej kampanii 2006/07, kiedy o mistrzostwo walczyły Zagłębie Lubin z GKS-em Bełchatów, a Wisła uplasowała się dopiero na ósmym miejscu w stawce. Legia w ogóle uniknęła tego rodzaju wpadek. W jej przypadku za kompromitację uchodził już sam fakt, że w 2019 roku wypuściła tytuł z rąk na rzecz budowanego za wielokrotnie mniejsze pieniądze Piasta Gliwice.
Lech Poznań po mistrzostwie? Kłopoty zamiast pójścia za ciosem
Oczywiście Wisły od dawna już nie oglądamy w ligowej czołówce, a od paru lat w ogóle nie ma jej w elicie. Z kolei Legia notuje coraz to bardziej i bardziej rozczarowujące rezultaty. Dość powiedzieć, że do rundy wiosennej bieżącego sezonu przystąpi z przedostatniego miejsca w stawce. No i jak dotąd nie narodziła się w Ekstraklasie potęga, która byłaby w stanie zdominować konkurencję w podobnym stopniu, jak w przeszłości czyniły to zespoły z Krakowa i Warszawy. W ostatnich latach sytuacja w czołówce była w miarę stabilna, to fakt, ale mistrzostwo Polski przechodziło jednak w ostatecznym rozrachunku z rąk do rąk.
- 2020/21 – Legia Warszawa
- 2021/22 – Lech Poznań
- 2022/23 – Raków Częstochowa
- 2023/24 – Jagiellonia Białystok
- 2024/25 – Lech Poznań
Kto może być takim obrotem spraw najmocniej rozczarowany?
Mistrz znów nie obroni tytułu. Ekstraklasa królową zmienności
Na pewno niedosyt mają prawo czuć w Częstochowie, bo Rakowowi w omawianym okresie przytrafił się tak naprawdę tylko jeden nieudany sezon (ten z Dawidem Szwargą na ławce trenerskiej). Poza tym, zespół spod Jasnej Góry do złota z 2023 roku dołożył aż trzy wicemistrzostwa Polski (2021, 2022, 2025). Ale równie wielką szansę z rąk wypuścił przecież Lech Poznań, który w bieżącym stuleciu z takich czy innych względów po prostu nie umie pójść w Ekstraklasie za ciosem. Choć to chyba i tak za mało powiedziane, bo Kolejorz po mistrzowskich sezonach często potykał się o własne sznurowadła i popadał w rozsypkę.

Układało się to tak:
- 2009/10 – mistrzostwo Polski
- 2010/11 – 5. miejsce w Ekstraklasie, brak pucharów
- 2014/15 – mistrzostwo Polski
- 2015/16 – 7. miejsce w Ekstraklasie, brak pucharów
- 2021/22 – mistrzostwo Polski
- 2022/23 – 3. miejsce w Ekstraklasie, prawo gry w el. Ligi Konferencji
- 2023/24 – 5. miejsce w Ekstraklasie, brak pucharów
Wydawać by się mogło, że w 2023 roku poznaniacy wreszcie przełamali tę nietypową klątwę poprzez rozegranie całkiem niezłego sezonu zaraz po mistrzowskiej kampanii, ale okazało się, że zadziałała ona akurat w tym przypadku z opóźnionym zapłonem. I to naprawdę jadowicie, bo na ławkę trenerską Kolejorza powrócił przecież w grudniu 2023 roku Mariusz Rumak, co było być może najbardziej absurdalną decyzją w całej historii klubu.
A skoro o szkoleniowcach mowa, to dla wielu z nich sukces w Poznaniu okazał się początkiem końca kadencji.
- Jacek Zieliński – zwolniony w listopadzie 2010 roku
- Maciej Skorża – zwolniony w październiku 2015 roku
- Maciej Skorża – zrezygnował w czerwcu 2022 roku
Do wyliczanki można dołożyć również Johna van den Broma, który wiosną 2023 roku świętował z Kolejorzem historyczny awans do ćwierćfinału Ligi Konferencji, ale w grudniu już go w klubie nie było. Nie dotrwał na stanowisku nawet do rundy wiosennej.
Frederiksen przetrwał jesień. I dalej gra o pełną pulę
Można więc stwierdzić, że Niels Frederiksen już dokonał przy Bułgarskiej czegoś nadzwyczajnego – wywalczył mistrzostwo Polski i przetrwał na stołku burzliwą jesień. Choć kusił los licznymi potknięciami w Ekstraklasie, no i pamiętną wpadką z Gibraltarczykami w Lidze Konferencji. W ostatecznym rozrachunku Lech przed rundą wiosenną ma jednak wciąż pootwierane wszystkie fronty. Awansował do play-offów Ligi Konferencji (gdzie zmierzy się z KuPS, rywalem spokojnie do ogrania), przedarł się do ćwierćfinału Pucharu Polski (gdzie czeka go konfrontacja z Górnikiem Zabrze), a w Ekstraklasie zajmuje ósmą lokatę. Co może nie wygląda zbyt imponująco, no ale tabela jest płaska jak deska – Kolejorz traci tylko cztery punkty do liderującej Wisły Płock, a ma jeszcze do zagrania zaległy mecz z Piastem.
Frederiksenowi dopisało zatem szczęście. Łatwo sobie bowiem wyobrazić scenariusz, w ramach którego liga nie jest aż tak niewiarygodnie wyrównana i Lech, który jesienią punktował grubo poniżej oczekiwań (tylko sześć zwycięstw w siedemnastu spotkaniach), traci teraz do lidera nie cztery, tylko czternaście punktów. Czy nawet – dajmy na to – osiem/dziesięć oczek. Wówczas ocena rundy jesiennej w wykonaniu poznańskiej drużyny i jej trenera byłaby zupełnie inna.
No ale Duńczyk takimi hipotetycznymi scenariuszami przejmować się nie musi. Gra dalej o pełną pulę i tylko to się liczy.
Jest w sumie pewnym paradoksem, że Lech, który jesienią miał tyle problemów – zwłaszcza w grze obronnej, bo podopiecznym Frederiksena przytrafiły się w defensywie naprawdę koszmarne pomyłki – przystępuje do rundy wiosennej z nadziejami na dwa historyczne wyczyny. O dołączeniu do Wisły i Legii jako jedynych ekip, które w XXI wieku obroniły tytuł w Ekstraklasie, już wspominaliśmy. Jednak Kolejorz może też zostać trzecim klubem, który w bieżącym stuleciu wywalczy w Polsce podwójną koronę. Biała Gwiazda dokonała tej sztuki w sezonie 2002/03, Wojskowym udała się ona trzykrotnie (2012/13, 2015/16, 2017/18). No ale w aż tak pozytywny rozwój wypadków wierzą zapewne w stolicy Wielkopolski wyłącznie najwięksi optymiści. Droga do dubletu jest bardzo, bardzo daleka.

Lechowi niewątpliwie bardzo brakuje tego rodzaju dokonań. Właśnie podwójnej korony albo obrony tytułu. Takiej swego rodzaju pieczątki, potwierdzającej status Kolejorza jako ligowej potęgi. Wprawdzie kiedy przygotowaliśmy na Weszło ranking najlepiej punktujących klubów ostatniego ćwierćwiecza, to poznaniacy uplasowali się w nim na drugim miejscu – za Legią, jednak już przed Wisłą. I z grubą przewagą nad resztą stawki (Zagłębiem Lubin, Górnikiem Zabrze, Jagiellonią Białystok…). Tylko że z ich sukcesami było jak dotąd trochę jak w piosence Maanamu: „falowanie i spadanie, falowanie i spadanie”. Nie zmienił tego nawet upadek Wisły i zjazd Legii. W latach 2021-2025 Lech był bowiem w Ekstraklasie najwyżej pierwszym wśród równych. Zgarnął dwa tytuły, nie można tego lekceważyć, ale nie zdystansował Rakowa czy Jagiellonii. Ba, zdarzało mu się w tym okresie oglądać w ligowej tabeli plecy Pogoni Szczecin, a nawet Śląska Wrocław.
Jeśli zatem mamy kiedyś wspominać obecne czasy jako „erę Lecha”, to drużyna Nielsa Frederiksena wiosną nie może sobie pozwolić na słabość. Zwłaszcza w chwili, gdy Raków Częstochowa musi znów spróbować nauczyć się funkcjonowania bez Marka Papszuna na ławce trenerskiej, Legia Warszawa będzie dopiero dźwigać się z kolan po katastrofalnej jesieni, a Widzew Łódź jest jeszcze na etapie zbrojeń i nawet Robert Dobrzycki stara się (choć być może na pokaz) tonować nastroje w kontekście walki o najwyższe cele już w bieżących rozgrywkach.
Krótko mówiąc: łatwiej o obronę tytułu raczej już Lechowi nie będzie.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Kto po mistrzostwo? Urban stawia na dwa kluby
- Klimczak o transferach. „Wydanie miliona euro stało się dla nas normą”
- Lech pokazał, jak robi transfery. „Wyleciałby na pierwszym treningu”
fot. NewsPix.pl