Krokodyli żart, który prawie stał się prawdą

Antoni Figlewicz

05 kwietnia 2026, 12:34 • 8 min czytania 5

Reklama
Krokodyli żart, który prawie stał się prawdą

Niesforni kibice potrafią być naprawdę sporym problemem nawet dla własnego klubu. W przeszłości nie wlepiano może kar za nawet najmniejsze wybryki zgromadzonych na stadionie fanów, ale zdarzały się bardzo poważne sytuacje, które spotykały się z bardzo poważnymi groźbami lokalnych organów. Na przełomie wieków taka sytuacja dotyczyła jednego ze słabszych rumuńskich klubów, który chcąc oddalić widmo surowej grzywny rzekomo był gotów sięgnąć po naprawdę najcięższe działa. Takie ważące nawet do tysiąca kilogramów. I mające w porywach aż po osiemdziesiąt zębów.

Reklama

Krokodyle. Mit postrzelonego Rumuna gotowego do otoczenia swojego stadionu fosą z tymi zdecydowanie niebezpiecznymi zwierzętami do dziś żyje swoim życiem w wielu brytyjskich mediach, które uwielbiają takie historie z pogranicza piłki nożnej i absolutnego szaleństwa. A pan Alexandru Crânguși – prezes klubu z maleńkiej gminy Nicolae Bălcescu – nigdy nie był żadnym wariatem. Miał chyba tylko zwyczajnie dobry humor i bardzo lekkie podejście do lokalnych mediów, które któregoś razu zbył naprawdę wyszukaną historią. Przynajmniej tak się tę opowieść sprzedaje, podtrzymajmy legendę jeszcze przez chwilę.

Kazałem moim ludziom kopać rów wokół pola i napełnić go wodą. Teraz zobaczycie tam tylko pływające kaczki, ale wiosną przeżyjecie prawdziwy szok. Mam pomysł, który wydaje się szalony, ale myślę, że to nam pomoże. Byłem w pobliskiej miejscowości Râmnicu Vâlcea i widziałem w sklepie zoologicznym małe krokodyle. Zapytałem, ile to kosztuje i dowiedziałem się, że za jednego trzeba zapłacić ledwie 470 dolarów. Poszedłem więc prosto do lokalnych firm, aby poprosić o sponsoring. Jak tylko będzie ciepło, włożymy je do rowów wodnych. Nie sądzę, że będziemy mieli więcej problemów z inwazją kibiców na nasze boisko – miał rzucić Crânguși.

A jego słowa, często w szczątkowej formie, zaczęły po pewnym czasie podbijać nagłówki kolejnych gazet i radzących sobie coraz śmielej w pierwszej dekadzie tego wieku portali internetowych. Z tym że kompletnie uleciał z całego przekazu ten element wyszukanego dowcipu, którym popisał się Rumun. Zresztą sama wypowiedź też została w dużej mierze… zmyślona.

Krokodyli mit i łatka szaleńca. Jak naprawdę było z tym głupim pomysłem?

O dobre imię pana prezesa postanowił po latach zadbać rumuński ProSport, lecz jego głos ginie w morzu sensacyjnych artykułów o wariacie i krokodylach, które już prawie, prawie zadomowiły się na stadionie. Tych naprawdę znajdziecie całe mnóstwo. W niektórych miejscach można nawet przeczytać, że specjalnie dla krokodyli wykopano wokół boiska fosę, co też jest oczywiście bzdurą. Wokół ziarnka prawdy pojawiła się jednak chwytliwa opowieść oparta o groźną renomę wielkich zębatych gadów, zdolnych do walki z kibicami. Ci utrudniali prezesowi Crângușiemu życie właściwie przy okazji każdego meczu domowego.

Reklama

Na stadion przychodziło może ze dwieście osób, ale boisko nie było ogrodzone. Wystarczyło, że ktoś faulował naszego piłkarza, a brat czy ojciec już startowali do sprawcy. Albo do sędziego, jeśli ten faulu nie widział – wspominał w rozmowie z ProSportem działacz. – Otrzymywałem za te wybryki karę za karą i byłem już tym naprawdę zmęczony. Wiedziałem, że sprawę trzeba jakoś rozwiązać, ale nie miałem na to żadnych funduszy – dodawał Crânguși.

Któregoś dnia znający okolicę jak własną kieszeń pan prezes wpadł na genialny pomysł. Wizja była bardzo śmiała, możliwe, że szczegóły tego konceptu wymyślono przy czymś mocniejszym, ale na niższych poziomach rozgrywkowych pewnie dało się to zrealizować. Chodziło o przeniesienie boiska w miejsce, które do tej pory znane było jako okoliczny bubel. Chodziło o kompleks czterech, nieudanie zaprojektowanych kanałów przy rzece Topolog, który tworzył sporej wielkości prostokąt, w którym Crânguși gotowy był umieścić nowy plac gry. Problemów formalnych raczej nie przewidywano, bo prezes był przy okazji zastępcą burmistrza. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem.

Topolog przepływa właściwie przez całą gminę Nicolae Bălcescu

Reklama

Fosa faktycznie istniała, ale nikt jej specjalnie nie kopał

Zadzwoniłem do szefa lokalnego okręgu piłkarskiego Gheorghe Constantina i zakomunikowałem mu jasno, że przenoszę boisko i że to naprawdę świetny pomysł. Nikt przecież nie będzie przeskakiwał kanału zalanego częściowo wodą, bo po co ryzykować skąpanie się w nim? – dopytywał retorycznie Crânguși, wspominający w 2014 roku wydarzenie sprzed, wówczas, dwunastu lat. – W słuchawce telefonu usłyszałem tylko, ze on chce to miejsce najpierw zobaczyć – dodawał zastępca burmistrza.

W sumie trudno się dziwić, każdy byłby nieufny wobec podobnie przełomowego pomysłu, można było mieć uzasadnione wątpliwości. Panowie umówili się więc na spotkanie, ale szansę na rozmowę w cztery oczy zaprzepaścił Constantin, który przyprowadził ze sobą jakiegoś młodego dziennikarza, na którego lata później Crânguși narzekał redakcji ProSportu tak, jakby chłopak zalazł mu za skórę ledwie wczoraj. A to nawet nie do końca była jego wina, bo pan prezes nie z nim wszedł w ostrzejszą wymianę zdań.

Wątpliwości wobec genialnego pomysłu wyrażał bowiem Constantin. – W pewnym momencie nie wytrzymałem i wygarnąłem mu, żeby przestał mnie denerwować, bo jeszcze wpuszczę do tych kanałów krokodyle i wtedy już na pewno spełnią one swoje zadanie. Wtedy stojący obok dziennikarz zaczął się śmiać i zapewnił mnie, że spisze każde z tych słów, co do jednego. I spisał – załamał najpewniej ręce Crânguși.

Znacie pewnie bardzo dobrze kaczkę dziennikarską. Tamtego dnia narodził się jej rumuński odpowiednik – dziennikarski krokodyl. Chłopak najpewniej nieco podkręcił historię, z wielkich gadów zrobił głównych bohaterów, a z Crângușiego lokalnego szaleńca, który… nie miał zamiaru nikogo wyprowadzać z błędu. Wręcz przeciwnie – tamtego dnia zaczęła się jego wielka kariera w rumuńskich mediach, także tych przyjeżdżających do małej miejscowości ze stolicy.

Reklama

Lokalna ciekawostka. „Kazali mi zapozować z krokodylem”

Tak, naprawdę można w tym wypadku mówić o karierze. Crânguși sam relacjonował, że w tamtym okresie właściwie nie mógł się opędzić od zainteresowanych sprawą dziennikarzy. Jego telefon rozgrzewał się do czerwoności, wszyscy chcieli wiedzieć, o co chodzi z krokodylami, skąd taki pomysł, czy one naprawdę są w tamtejszej fosie. Tak, fosie. Mit żył już własnym życiem, ale pan prezes postanowił grać w grę, którą sam niechcący rozpoczął.

Jednego dziennikarza miał zaprosić na kawę i wizję lokalną. Pytany o krokodyle odpowiadał, że są oczywiście w wodzie, ale po prostu ich akurat nie widać.

Inni prosili go o jakikolwiek krokodyli akcent i w końcu… a zresztą, raz jeszcze oddajmy głos samemu zainteresowanemu:

Marudzili mi, że potrzebują zdjęcia krokodyla, więc zadzwoniłem do kolegi, który miał sklep zoologiczny i handlował egzotycznymi zwierzętami. Udało mi się załatwić małego krokodyla, którego do zdjęcia położyli mi na ramionach. Kolega cały czas miał mnie na oku i przypominał co rusz, że nie mogę zwierzaka upuścić, bo będzie mnie to kosztować 250 dolarów – mówił ProSportowi Crânguși.

Reklama

Znalezienie tej fotki w jakiejkolwiek lepszej jakości może być zadaniem niewykonalnym. Jeśli nie widzicie małego krokodylka, musicie uwierzyć na słowo, że faktycznie tam jest

Widzicie, jak to się wszystko pięknie składa w całość?

Wykopana fosa – jest, przecież dziennikarze widzieli ją na własne oczy, wypełnioną wodą. Krokodyle – no jeden był, w dodatku facet trzymał go w ramionach, jak dziecko, coś musi być na rzeczy! Sklep zoologiczny i dolary – też są. A że kwota w tej najczęściej kolportowanej wersji nie za bardzo się zgadza, to już przecież żaden problem. Co to za różnica, czy mówimy o 470 baksach, czy na szali leży ich tylko 250?

Reklama

Media łase na sensację. Dali się nabrać poczciwemu Sandu

Rumuni bardziej lub mniej zdawali sobie sprawę z tego, że cała historia to bujda na resorach. Nie zmieniło to jednak faktu, że chętnie ją opisywali, a z czasem opowieścią o krokodylach zainteresowały się także media zagraniczne. Głównie brytyjskie, uwielbiające przecież wszystko, co nosi w sobie znamiona absurdu i kręci się przy okazji wokół futbolu. Anglosasom wystarczyło przecież pokazać foteczkę faceta z małym krokodylem, a oni załatwili resztę. W ten sposób powstała też najprawdopodobniej ta najbardziej znana wersja opowieści Crângușiego, którą przytoczyłem na początku.

Na jej bazie powstał choćby artykuł na stronie UEFA z grudnia 2002 roku. O sprawie napisał też cytujący słowa niewypowiedziane przez Rumuna Irish Examiner. Tam to w ogóle solidnie popłynęli, dodając do opowieści rurki zainstalowane w rowie z wodą celem… ogrzewania jej w sezonie zimowym. Irlandczycy przekonywali też, że cała koncepcja jest poważnie rozpatrywana przez lokalne władze.

Możliwe zresztą, że Crânguși gdzieś coś komuś jeszcze chlapnął i po prostu nie pamięta nawet, że patent z rurkami wymyślił on sam. Bo ten element całej historii powielili też na Give Me Sport całych dwadzieścia lat po tekście Examinera. A może po prostu skorzystali tam z tekstu irlandzkiej redakcji jako źródła?

Jedynym problemem, o którym najpewniej nie pomyślał pan prezes, może być ten, związany z próbami odzyskania piłki, gdy wpadnie ona do fosy

Reklama

Give Me Sport, 2022

Tak, my też moglibyśmy się tym martwić. Gdyby nie fakt, że o wiele bardziej doceniamy poświęcenie dzielnego pana Alexandru Crângușiego we wkręcaniu wszystkich wokół w absurdalny mit o kanałach pełnych krokodyli, które naprawdę, ale to naprawdę miały już zaraz, za chwilkę strzec boiska w Nicolae Bălcescu. Zwierzęta może i były tylko wymysłem, ale Crânguși dorobił się dzięki nim uroczego pseudonimu, pod którym zyskał rozpoznawalność w całym regionie.

Omul cu crocodili.

Człowiek krokodyl. A może i ładniej – Pan Krokodyl.

Reklama

PRZECZYTAJ WIĘCEJ PODOBNYCH HISTORII NA WESZŁO:

cytaty za ProSport

5 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
La Liga

Anulowana czerwona kartka piłkarza Barcelony. Wiemy, dlaczego

Jakub Radomski
3
Anulowana czerwona kartka piłkarza Barcelony. Wiemy, dlaczego

Inne ligi zagraniczne

Reklama