Pożegnanie Stocha jak całe Zakopane. Prowizorka, ale było w niej piękno [REPORTAŻ]

Sebastian Warzecha

12 stycznia 2026, 09:21 • 13 min czytania 3

Kamil Stoch był wzruszony. Z trudem dobierał słowa. Ale podziękował kibicom za te wszystkie lata. Przynajmniej przez mikrofon, bo skokami – choć chciał – się nie udało, sam to przyznał. W niedzielnym konkursie odpadł w pierwszej serii. To rozczarowanie, oczywiście, ale sam fakt, że mógł oddać skok, już wiele dla niego i fanów znaczył. Bo ci przyjechali na Wielką Krokiew dla niego, wielu nam to mówiło. I to oni uratowali tę ceremonię pożegnalną, która wyglądała, jakby postanowiono ją zorganizować godzinę wcześniej. Gdyby nie kibice, byłoby fatalnie. Dokładnie tak jak z polskimi skokami po 2011 roku, gdyby zabrakło Kamila Stocha.

Pożegnanie Stocha jak całe Zakopane. Prowizorka, ale było w niej piękno [REPORTAŻ]
Reklama

Zapraszamy na reportaż z ostatniego zakopiańskiego konkursu trzykrotnego mistrza olimpijskiego. Zaczniemy do jednak nietypowo, bo od… spaceru po mieście.

Reklama

Kamil Stoch pożegnał się z Zakopanem. Trochę wzruszeń, a trochę prowizorka

Zakopane. Zimowa stolica Polski. Miejsce magiczne, otoczone Tatrami. Szczyty, granie, przełęcze, górskie jeziora, pojedyncze limby, kosodrzewiny, kozice, sarny, a nawet niedźwiedzie. Do tego legendy o przeszłości, o znanych zbójcach i góralach. Bywali tu Wyspiański, Witkacy i cała zgraja artystów innych – znanych mniej lub bardziej. Z Zakopanego i okolic wywodzą się też wielcy sportowcy, wychowało się tu wielu znakomitych zawodników.

W tym Stanisław Marusarz, legenda polskich nart, człowiek, którego nazwiskiem została „ochrzczona” zakopiańska Wielka Krokiew.

I to tam właśnie zmierzamy, dojeżdżając do Zakopanego samochodem, autobusem czy pociągiem. Załóżmy jednak, że tym ostatnim, bo to całkiem przyjemna podróż, z ładnymi krajobrazami. Z daleka widać wysokie szczyty, jedzie się przez lasy, doliny i wyżyny. Nawet zakopiański dworzec – zwłaszcza w zimowej aurze – taki jakby całkiem ładny.

Wysiadamy więc z pociągu. Przechodzimy peronem, wychodzimy na ulicę, na której świeci sporo ozdób: świątecznych i zimowych. Z daleka widać pojedyncze szczyty, przebija się Giewont, ale to akurat takie miejsce Zakopanego, że te najwyższe Tatry są w większości zasłonięte. My jednak – tym razem – nie w góry. My na skoki.

Na pożegnanie z Pucharem Świata w Zakopanem Kamila Stocha.

Kamil Stoch

Fot. Łukasz Szeląg

Mróz, śnieg, wiatr? Nieważne. Trzeba iść na skocznię

Ruszamy więc. Pod górę, można się nawet nieco spocić. Ale tylko trochę. Warto jednak być dobrze zaubieranym, bo akurat w tym roku temperatura w Zakopanem nawet w ciągu dnia trzyma się mocno na minusie. A wieczorem – gdy skaczą – spada i do dwucyfrowych wyników. Do tego w niedzielę, a o niej tu mowa, pada śnieg. Tak więc koszulka, sweter, kurtka, czapka, szalik czy komin, rękawiczki – wszystko to warto na siebie włożyć.

Wymarzniecie i tak. Ale nieco mniej.

Wróćmy do marszu: od dworca droga na skocznię jest stosunkowo prosta, mało na niej zakrętów i to niezależnie od tego, jaką wybierzecie. My idziemy tak, by ominąć Krupówki. Nie będą nas kusić zdjęcia z misiem czy różne atrakcje. Zmierzamy prosto na skoki. Jagiellońską w górę, potem Witkiewicza i Zamoyskiego, tak by dojść do Żeromskiego i wreszcie na ulicę Bronisława Czecha albo Józefa Piłsudskiego – zależy, od której strony trzeba dostać się na trybuny.

A więc spacer. Jest czas, więc można iść powoli, spokojnie, zaciągając się zimowym, całkiem czystym – wiatr pomógł – powietrzem (jeśli skręcicie odpowiednio, możecie też po drodze wejść do Kamilandu i pooglądać trofea Stocha w stworzonym przez niego muzeum). I śniegiem, bo śniegu przecież w zimie ostatnio w Polsce brakuje. Oglądamy zakopiańską architekturę, zwracając głównie uwagę na te słynne tradycyjne wille, a ignorując wszystko to, co do nich nie przystaje. Bo to miasto – a zwłaszcza jego otoczenie – bywa piękne.

Chociaż im bliżej skoczni, tym ignorować trudniej wszystko to, co piękne w nim nie jest.

Bo może chce pan pomalować twarz? A może dla pani szalik ze zdjęciem – wziętym prosto z telewizyjnej transmisji – Kacpra Tomasiaka? Są też Piotr Żyła, Dawid Kubacki, Paweł Wąsek i oczywiście Kamil Stoch. Niektórzy mają nawet gwiazdy zagraniczne, dla potencjalnych kibiców z innych krajów. Z kolei dla dzieciaków znajdzie się cały szereg atrakcji: minizoo, lodowisko, diabelski młyn, strzelnica, automaty z grami przeróżnymi, duże misie do wygrania w rozmaitych (pamiętajcie: wcale nie oszukiwanych) konkursach. Są tu stragany z bibelotami, kubkami, ubraniami, serami, alkoholami (te cieszą się popularnością, grzaniec schodzi na hektolitry).

Zdaje się wręcz, że pod Wielką Krokwią asortymentu jest więcej niż w Złotych Tarasach. Stoisk (bo sklepami trudno to nazwać) z kolei więcej jest na pewno, a połowa z nich to prowizorka, estetycznie tak kłująca w oczy, jak padający prosto w nie śnieg. Druga połowa stoi tam na stałe.

Trudno powiedzieć, co gorsze.

W każdym razie straganów jest mnóstwo. Mnóstwo też ludzi. Trzeba przedzierać się przez to biało-czerwone, nierzadko rozbawione – ze wspomaganiem lub bez – mrowie. Torować sobie drogę, nie denerwować się, nie unosić, gdy ktoś ja blokuje i nie zwraca uwagi na innych. Po prostu brnąć do celu, krok za krokiem.

Wszystko po to, by wreszcie stanąć na trybunach i móc sobie zadać kluczowe pytanie: czy miałem tu po co przychodzić?

Śnieg przecież sypie, wiatr wieje, nie wiadomo, czy ktokolwiek skoczy. A już zwłaszcza Kamil Stoch, który konkursu przecież nie otwiera, trzeba na niego poczekać. Ale skoro już się tu dotarło, to będzie się kibicować, dopingować, krzyczeć, klaskać, śpiewać. I marznąć, bo to w ten weekend było główne zajęcie fanów.

Jednak w niedzielę przynajmniej marzli, mając ku temu dobry powód.

Niedosyt

Na trybunach trwała wczoraj jedna wielka akcja matematyczna. Trochę sylwester, ale taki w wersji premium, bo odliczanie nie zaczynało się od dziesięciu w dół – Kamil Stoch skakał przecież z numerem 36. Fani więc mogli albo liczyć po kolei, w górę, albo w dół właśnie, sylwestrowym sznytem.

Przede wszystkim jednak: mogli trzymać kciuki za to, żeby Stoch w ogóle na skoczni się pojawił.

Bo wcale nie było oczywiste, że Kamil skoczy. W Zakopanem od rana padał śnieg, a im później w dzień, tym mocniej. Do tego ten cholerny wiatr, który wiał na tyle mocno, że nie wiadomo było, czy konkurs w ogóle uda się przeprowadzić, a tym bardziej – czy uda się to zrobić w uczciwych warunkach. Choć tak po prawdzie – mało kto na tych trybunach w ogóle myślał o jakiejś wietrznej sprawiedliwości.

Każdy chciał po prostu podziękować Kamilowi.

Gdy chodziło się wśród fanów, doskonale było to widać. I słychać. Wystarczyło zadać pytanie o Stocha, a kibice opowiadali, że to legenda, że dla niego przyjechali w ogóle na te zawody. Mówili o największych sukcesach, z miejsca wspominali i te skoki, i okoliczności w jakich je oglądali. Niektórzy twierdzili wręcz, że to ich idol, może nawet największy. Wiadomo, Kamil nigdy nie wypracował sobie – bo nie mógł, to inne czasy – statusu takiego, jaki miał Adam Małysz.

Ale wspiął się go tak blisko, jak to tylko było możliwe. Stąd właśnie ta chęć pożegnania go. Nie za te trzy olimpijskie medale czy dwie Kryształowe Kule, a za emocje – każdego rodzaju. Za przedłużenie tego pasma polskich sukcesów na skoczniach. Za to, że był, skakał, zawsze dawał nadzieję. W takich chwilach fani po prostu zapominają, że ostatnich kilka lat nie było już zbyt dobrych.

W sobotę wielu fanów było zresztą złych, bo Stoch nie wystąpił w konkursie duetów. Emocje co prawda opadły do niedzieli, bo Polacy – Kacper Tomasiak i Dawid Kubacki – stanęli na podium… ale sporo osób i tak twierdziło, że Kamil powinien był skakać. To ciekawe zjawisko, bo w Polsce zwykle nie chce się niczego dawać za zasługi sportowcom, wręcz przeciwnie. W tym przypadku było jednak inaczej. Może po prostu tym razem zasługi były zbyt duże, by je zignorować?

Jak się czuł na siłach, powinien skakać – mówił jeden z kibiców. Inny twierdził: – Dla mnie niezrozumiała decyzja. Byłem na trybunach też wczoraj i u wszystkich było widać niezadowolenie, jakiś niedosyt.

Ten „niedosyt” to zresztą świetne słowo. Towarzyszyło bowiem zakopiańskiemu weekendowi do końca.

Kibice się spisali. Organizatorzy niekoniecznie

Z pożegnaniem Kamila Stocha w Zakopanem było trochę tak, jak jest z tą miejscowością ogółem. Najpierw wydawało się, że będzie pięknie. A potem – im bardziej się w to wszystko wgłębialiśmy – tym gorzej to pożegnanie wypadało. Było niezrozumiale, bez większego ładu i składu, wręcz trochę tandetnie. Tak, że sam Kamil wydawał się nie do końca wiedzieć, co ma zrobić, gdzie iść i co go czeka.

A przecież oczywistym było, że ten moment nastąpi. Można się było do niego przygotować, zrobić to wszystko lepiej. Przypomnieć wielkie sukcesy, pogratulować, wręczyć pamiątkowe zdjęcia. No cokolwiek, dosłownie cokolwiek.

Czy były w tym wszystkim momenty?

Pewnie, że tak. Hymn a cappella odśpiewany z Kamilem – który zresztą wcześniej, w rozmowie z dziennikarzami, wspominał 2011 rok, gdy wygrał i pierwszy raz tak śpiewał – to ładna chwila. Jednak w gruncie rzeczy to pożegnanie (na które trzeba się było zresztą naczekać dość długo po konkursie) wypadło jak wyciągnięcie kogoś na środek sali podczas szkolnego apelu i ogłoszenie, że wygrał szkolne dyktando.

Jeśli gdzieś tu kryła się magia, to nie w tym, co i jak o Kamilu wtedy mówiono, a w tym, że trybuny właściwie się nie przerzedziły. Powtórzmy: było zimno, mocno padał śnieg, momentami wiało. Konkurs skończył się już dawno – najpierw wręczano nagrody dla skoczków na podium – a Stoch nawet nie skakał w drugiej serii. Ale na hasło „żegnamy Kamila” niemal wszyscy zostali. Trudno było na trybunach zauważyć jakiekolwiek puste miejsca. Zresztą sam Stoch to docenił.

– Długo się zastanawiałem, co wam powiedzieć. Nie ma takich słów, które wyraziłyby moją wdzięczność za te wszystkie godziny, które tu spędziliście. Mróz, na którym staliście. Energię, którą wkładaliście w każdy okrzyk i każde ciepłe słowo. Za to wszystko dziękuję wam z całego serca. Mam nadzieję, że takich chwil, tych najpiękniejszych, z „Mazurkiem Dąbrowskiego”, spędzicie tutaj jeszcze mnóstwo – mówił.

Ładne słowa. A fakt, że słuchały ich pełne trybuny, pokazuje, o jakiego kalibru sportowcu mówimy.

Równocześnie to sprawia, że można było być złym na to, że tak ten cały event zorganizowano. Tak jakby ktoś wczoraj wieczorem przypomniał sobie o zadaniu domowym i napisał je na szybko, byle było. Albo wręcz na kolanie na przerwie. Jasne, że Kamil jeszcze chwilę poskacze i pewnie pożegna się go w Planicy. Mówi się też, że on sam chce zorganizować pożegnalny event latem.

Ale równocześnie wczoraj było tak, jak mówili nam kibice – wielu z nich przyjechało na tę skocznię konkretnie dla Stocha. Organizatorzy powinni zdawać sobie z tego sprawę. A wyglądało to wszystko, jakby przez myśl im to nie przeszło, a całe pożegnanie zorganizowali spikerzy. Ot, żeby dać ludziom to, czego chcą.

Prowizorka, po prostu. Ale może to właśnie leży w charakterze tego miasta?

Pora skuć beton

Prawda jest taka, że swojemu pożegnaniu nie pomógł też sam Kamil Stoch. Jest to prawda smutna, ale trudno jej zaprzeczyć. Weekend Kamila obfitował w słabe, momentami bardzo słabe skoki. To przez to nie wystąpił w konkursie duetów, przez to też nie awansował do drugiej serii wczorajszych zmagań indywidualnych.

Chciałem oddać piękny, zwycięski skok, ale pożegnałem się najlepiej, jak potrafiłem w tym momencie. Te emocje, wsparcie kibiców i wspomnienia z Zakopanego zostaną ze mną na całe życie. Za to jestem im ogromnie wdzięczny – mówił Stoch. Sam jednak zdawał sobie doskonale sprawę, że przegrał tę walkę o ostatni wielki skok w Zakopanem w swojej głowie.

– Nie wytrzymuję. Puściły mi nerwy po ostatnim skoku. Potrzebowałem iść do rodziny, żeby te emocje opadły i żeby wyleciały ze mnie. Dzięki temu mogę tutaj teraz z wami rozmawiać. Konkurs duetów? Byłem zawiedziony, ale sportowo nie dałem żadnych argumentów. Nie byłem w dyspozycji na skakanie. Nic nie funkcjonowało tak, jak chciałem. Ale to w tej chwili już nic nie znaczy – stwierdził, uczciwie oceniając swoją dyspozycję.

Ta, wiadomo, przez ostatnie trzy sezony nie była najlepsza. I już pewnie nie będzie. Ostatnią wygraną Kamila pozostanie ta numer 39 z 9 stycznia 2021 roku w Titisee-Neustadt. Ostatnim podium – to numer 80 z Klingenthal, w grudniu tego samego roku. Potem były już tylko momenty, gdy było blisko: czwarte miejsce na igrzyskach w Pekinie, szóste i czwarte na mistrzostwach świata w Planicy. O krok od medali.

Teraz wszyscy liczą, że Kamil pojedzie na swoje ostatnie igrzyska, do Włoch. Tam, gdzie zdobywał złoto MŚ w 2013 roku, gdzie to wszystko w pewnym sensie się zaczęło, cała ta era wielkich sukcesów. Jednak by tam w ogóle się znaleźć i by móc skakać przynajmniej na zadowalającym poziomie, potrzeba Kamilowi Stochowi jednego: luzu. Mówił o tym on sam, mówił trener Maciej Maciusiak, mówił nawet Adam Małysz, który w rozmowie z mediami stwierdził:

Kamila wczoraj „zbetonowało”, dziś również. Ktoś mógłby powiedzieć, że tak doświadczony zawodnik nie powinien się denerwować. A to nie jest takie proste. […] Kamil nadal ma problemy, by iść na pełnym gazie, ale też na luzie. Bez spinki, bez kontroli.[…] Natomiast trenerzy – zresztą Kamil chyba korzysta z psychologa – na pewno nad tym pracują cały czas, żeby te skoki były jak najbardziej automatyczne. Żeby nie kontrolował tego, co miał zrobić. […] Myślę, że po Zakopanem go już „puści”. On wiedział, że to pożegnanie, że nie będzie tu więcej skakać. A to jest z tyłu głowy.

CZYTAJ TEŻ: ADAM MAŁYSZ: TRUDNO ZNALEŹĆ TAK UTALENTOWANEGO SKOCZKA JAK KAMIL

Teraz Zakopane już za nim. Pożegnał się z tym miejscem, magicznym dla siebie, bo przecież wygrywał tam pięciokrotnie, w tym po raz pierwszy w karierze. Pozostaje więc liczyć, że pozbędzie się tego betonu, zbędnego mentalnego balastu. I jeszcze zdoła pokazać choć raz, jednym skokiem, jak wielkim zawodnikiem był.

Idol, wzór, mistrz. Czy będą następcy?

Pamiętam, jak oglądałem Kamila w telewizji. Pamiętam jego pierwszą wygraną w Zakopanem, pamiętam mistrzostwo świata w 2013 roku i inne wygrane. Wiele było wspaniałych chwil z jego udziałem. Życzę mu wszystkiego najlepszego – to słowa Anze Laniska, zwycięzcy wczorajszego konkursu. Słoweniec, jak i wielu innych zawodników, oddawał pewien hołd Kamilowi i nazywał go królem Zakopanego.

Choć, wiadomo, najbardziej hołdy składali Polacy.

Dawid Kubacki zdawał się wzruszony. Kacper Tomasiak wychowywał na sukcesach Stocha, przecież gdy Kamil zostawał mistrzem świata, Kacper miał sześć lat. Nawet Paweł Wąsek – rocznik 1999 – nazywa Stocha idolem, właściwie bez zastanowienia.

– To jeden z moich idoli i to takich, na których mogłem się wzorować, jak przyszedłem do kadry. Mogłem go naśladować, podziwiać, obserwować, jak do tego wszystkiego podchodzi. Miałem okazję przeżywać z nim sukcesy. Na pewno to bardzo ważny człowiek w moim życiu, gdy chodzi o skoki narciarskie – mówił.

W opiniach kibiców też powtarzały się te same słowa. Idol. Mistrz. Wielki. Nie dziwi, że chóralne „Dziękujemy” wybrzmiało naprawdę głośno. Właściwie jedyne, czego wczoraj zabrakło, to pierwsze podium Kacpra Tomasiaka – ten wylądował ostatecznie poza „10” – ale w tak loteryjnym, zwłaszcza w drugiej serii, konkursie trudno było od młodego Polaka czegoś oczekiwać. Mimo tego i tak szkoda – symboliczne przekazanie pałeczki byłoby naprawdę miłym widokiem.

Tomasiaka w tym wszystkim… też nieco szkoda. Jest w takiej samej sytuacji, w jakiej był Kamil w 2011 roku. Na jego barkach aktualnie położone są nadzieje całych polskich skoków. Jasne, nie odchodzą mu wszyscy mistrzowie, bo Dawid Kubacki i Piotr Żyła nadal będą skakać, ale trudno oczekiwać, by walczyli o podia. Tomasiak jest więc osamotniony, może z czasem urosną mu partnerzy.

A czy on sam urośnie do takiego poziomu – przynajmniej częściowo – jaki prezentował Stoch? O tym przekonamy się z czasem.

Jednak tak, jak nie było drugiego Adama Małysza, tak nie będzie drugiego Kamila Stocha. To akurat pewne.

Z ZAKOPANEGO
SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Łukasz Szeląg

Czytaj więcej o skokach na Weszło:

3 komentarze

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama
Reklama