Dla Filipa Leśniewskiego mecz Szwecja – Polska ma wyjątkowy wymiar. Agent, który sprowadził do Polski m.in. Fredrika Ulvestada, Linusa Wahlqvista czy Kristoffera Hansena urodził się w Sztokholmie, ale jego rodzice są Polakami i zadbali, by nie stracił polskiej tożsamości. W rozmowie z Weszło opowiada historię swojej rodziny.
Leśniewski przedstawia także sytuację w szwedzkiej piłce. W jakim aspekcie szwedzka ekstraklasa wykonała największy postęp w Europie? Jak postrzega transfer Yannicka Agnero do Lecha Poznań? Jaka jest tajemnica rozwoju Jespera Karlstroema? Co się dzieje z pieniędzmi, które zarabiają szwedzkie kluby? Czy dziesięciu Szwedów w Ekstraklasie to już szczyt tego trendu? I dlaczego on jako agent zupełnie nie ma parcia na szkło? Zapraszamy.
*
Kto jest dla ciebie faworytem tego meczu?
Polska.
Dlaczego?
Siłą rzeczy najwięcej od lat śledzę reprezentacje Polski i Szwecji. Ostatnie dwa lata były dla szwedzkiej kadry straszne. Tylko ten ostatni mecz z Ukrainą jest jakimś pozytywem. Wcześniej przez wiele miesięcy same depresyjne i negatywne emocje. A jak patrzyłem na Polskę, to było z nią jak… zawsze. Epizody lepsze, epizody gorsze. To jest dla mnie polska reprezentacja i od dziecka pamiętam, że zawsze tak z nią było. Raz trochę gorzej, raz trochę lepiej, ale bez skrajności.
Szwecji w wielu okresach szło lepiej, ale w ostatnim czasie mówiliśmy o głębokiej zapaści. Możliwe, że jej ostatnie dwa lata były najsłabsze, odkąd interesuję się piłką. W sobotę wygrała jeden mecz i to tak naprawdę wszystko.
Czyli atutem Polski jest stabilność na przyzwoitym poziomie, a Szwecja była ostatnio bardziej rozchwiana.
To chyba dobre określenie. Do tego dochodzą rzeczy bardziej piłkarskie. Szwecja ma nowego selekcjonera. Ok, Polska też, ale on jest bardziej „swój”, lepiej wszystko zna. Graham Potter ma za sobą dopiero trzy mecze i musi budować zespół bardziej długofalowo. To wszystko sprawia, że nieco większe szanse daję Polsce, zwłaszcza że ogólną jakość piłkarską odrobinę wyższą widzę w jej składzie.
Co sprawiło, że Jon Dahl Tomasson kompletnie nie poradził sobie jako selekcjoner reprezentacji Szwecji? Wcześniej przecież miał sukcesy.
Miał jeden sukces – z Malmoe. Oprócz tego, nigdzie jakoś szczególnie się nie wyróżnił. A zdobywać trofea z Malmoe mogą wszyscy, naprawdę. Ok, w ostatnim roku źle temu klubowi poszło, ale generalnie to zawsze główny kandydat do tytułów na szwedzkim podwórku. Malmoe potrafiło zwalniać trenerów nawet po wygranych sezonach, bo coś się nie zgadzało. To, że Tomasson zdobył tu dwa mistrzostwa najwidoczniej nie przesądza o tym, że jest super trenerem.

Jon Dahl Tomasson kompletnie nie poradził sobie jako selekcjoner reprezentacji Szwecji.
Prowadzić Malmoe w Szwecji to prawie jak Łudogorca w Bułgarii? Igor Jovicević też tam sięgał po tytuły, a w Widzewie kompletnie nie dał rady.
Dobre porównanie. Nie trzeba być magikiem, żeby zostać mistrzem kraju z Malmoe, Łudogorcem czy Dinamem Zagrzeb.
Tomasson z reprezentacją Szwecji chciał grać podobnie jak z Malmoe, a to nie było takie proste. Sukcesy w szwedzkiej piłce – Malmoe, reprezentacja czy ostatnio Djurgarden w Lidze Konferencji – tradycyjnie opierają na dobrej defensywie. Ona jest najważniejsza, to jest punkt wyjścia. Potem idzie się do przodu, gdzie przeważnie gra jakaś gwiazda. To, co chciał grać Tomasson, to po prostu nie był szwedzki futbol.
Poza samym wynikiem co cię pozytywnie zaskoczyło w meczu z Ukrainą?
Postawa niektórych zawodników. Gyokeres wiadomo – strzelił hat-tricka. W końcu swoje możliwości pokazał Anthony Elanga. Niejednokrotnie widziałem go na żywo i przeważnie był cieniem samego siebie. Tym razem było inaczej.
Uważam, że w bramce dał radę Kristoffer Nordfeldt. Od pięciu sezonów gra w lidze szwedzkiej i to w AIK, czyli nie w klubie z absolutnej czołówki. A w hierarchii ligowych bramkarzy też raczej nie postrzegano go jako zawodnika z najwyższej półki. W kadrze zaliczał pojedyncze występy. Ja jednak zawsze widziałem u niego jakość i teraz mógł ją zaprezentować przez plagę kontuzji na tej pozycji. Miał bardzo istotną interwencję przy stanie 2:0, gdy Ukraina naciskała. Gdyby wtedy strzeliła, miałaby jeszcze dużo czasu na wyrównanie i wszystko mogłoby się potoczyć inaczej.
Pięć lat temu mówiłeś u nas, że na piłkę patrzysz już stricte zawodowo, że emocje uleciały. Coś się zmieniło przez ten czas?
Raczej nie. Piłka to dla mnie przede wszystkim praca, ale nie ukrywam, że wtorkowy mecz ma specjalny wymiar. Z Polski przylatują rodzina i znajomi, więc czuję nieco więcej niż zwykle. Określiłbym to jako pozytywne napięcie. Uważam, że Szwecja ma mało do przegrania i po raz pierwszy od dawna nie mam złych przeczuć przed jej spotkaniem.

Filip Leśniewski podczas finalizacji kolejnego transferu – w tym przypadku Kenana Bilalovicia z Varnamo do Aberdeen.
Jaka jest historia twojej rodziny? Całe życie masz w Szwecji, ale widać, że związki z Polską nadal są silne i świetnie mówisz po polsku.
Nadal są silne i często związane z pracą. Dopiero co w zeszłym tygodniu byłem w Szczecinie, bo mam tam klientów. Rodzice przyjechali do Sztokholmu na przełomie lat 6o i 70.. Tata jest z Łodzi, mama z Warszawy. I tak naprawdę cała moja rodzina nadal żyje w Polsce. Tata przyjechał do Szwecji z babcią i dziadkiem, ale oni już nie żyją, a rodzeństwa nie miał. Od tej strony rodziny więc nie mam, a wszyscy ze strony mamy zostali w kraju. W Szwecji jestem tylko ja z braćmi i rodzice.
W Polsce byłem na wakacjach każdego lata, więc kontaktu nigdy nie straciłem. Znałem wszystkich kuzynów, kuzynki i ciotki, to bardzo bliskie mi osoby. Sporo też zwiedzałem.
Uważam, że rodzice wykonali kawał dobrej roboty jeśli chodzi o naszą pamięć o Polsce i świadomość, skąd pochodzimy. Na co dzień chodziłem normalnie do szwedzkiej szkoły, ale wieczorami chodziliśmy na zajęcia przy ambasadzie RP. Ja i bracia przeszliśmy całą polską podstawówkę.
Super postawa rodziców. Dziś nawet pierwsze pokolenie na emigracji potrafi zapomnieć o korzeniach.
Dokładnie z takim zjawiskiem zetknąłem się w Londynie, gdzie jako młody chłopak trochę mieszkałem. Jest tam mnóstwo ludzi z całego świata i to prawda – nieraz już pierwsze pokolenie urodzone w Anglii nie rozmawiało w języku rodziców i mało je obchodziło, skąd pochodzi. Nasi rodzice nie chcieli do tego dopuścić.
Będąc dzieciakiem nie rozumiałem wartości ich postawy. To naturalne, że w takim wieku chcesz się dopasować do innych i wtedy może bardziej patrzyłem na siebie jak na Szweda. Dziś, jako dorosły, bardzo doceniam, że przypilnowali tych spraw. A tak się poskładało, że dzięki mojej pracy regularnie jeżdżę do Polski.
Chcę iść tym tropem. Moje dzieci raz w tygodniu po szwedzkim przedszkolu zabieram do polskiego przedszkola.
Mówią dwujęzycznie?
Jeszcze nie do końca, ale pracujemy nad tym. Pomaga również to, że mamy polską nianię. Jej rodzice też wyemigrowali z Polski, a ona urodziła się już w Szwecji.
Rozważaliście kiedyś przeprowadzkę do Polski?
Tak. Braliśmy pod uwagę wyjazd na rok do USA lub Polski, żeby dzieci zobaczyły coś więcej niż Sztokholm. Dla mojej pracy to nie problem, mogę działać praktycznie z każdego miejsca na świecie. Ale nasze dzieci są jeszcze małe – syn kończy w tym roku pięć lat, a córka trzy. Wiesz, jak to jest w takiej sytuacji. Planować można dużo, a zrealizować już znacznie trudniej. Doszłoby wiele wyzwań logistycznych. Teraz możemy liczyć na regularną pomoc dziadków, w nowym miejscu byłoby to niemożliwe. Na razie nigdzie się nie ruszamy.

Filip Leśniewski
Jak jest dziś z bezpieczeństwem w Szwecji? Z różnych przekazów medialnych wynika, że sytuacja od lat systematycznie się pogarsza.
To musi strasznie mocno rezonować za granicą, bo gdzie bym nie pojechał, jest to jedno z pierwszych pozapiłkarskich pytań, które słyszę. Ludzie chcą wiedzieć, czy faktycznie jest tak źle.
Z mojego punktu widzenia – nie. Mieszkam w centrum Sztokholmu. Oczywiście tam i w innych dużych miastach są dzielnice, gdzie wygląda to zupełnie inaczej. W mojej codzienności nie odczuwam jednak, że sytuacja jest tak nieciekawa, jak wynikałoby z wielu doniesień w zagranicznych mediach. Statystyki potwierdzają, że problem istnieje, ale ja się z tym do końca nie zgadzam w oparciu o moje doświadczenia.
Oczywiście chcę podkreślić, że mieszkam w bardzo dobrej dzielnicy i moja perspektywa może być trochę inna niż ogólnokrajowa. Tutaj kolejny ukłon w stronę rodziców, którzy stworzyli komfortowe życie dla mnie i moich braci. Zawsze powtarzali, ile dała nam Szwecja. Sądzę, że godnie się odwdzięczyli, tworząc jakąś wartość dla tego kraju.
I to jest klucz do całej sprawy. Wielu nowych imigrantów z nowych kierunków ma zupełnie inne podejście do tematu.
Dlatego trochę mnie drażni, gdy ktoś mówiąc o imigracji wrzuca tak różne wątki do jednego worka. Pokolenie moich rodziców jest naprawdę doceniane w Szwecji.
Jakich obecnie masz klientów na polskim rynku? Jesteś trochę agentem-widmo. Czasami migniesz gdzieś na zdjęciach z prezentacji, ale nie ma cię na Transfermarkcie, nie jesteś aktywny w social mediach, rzadko udzielasz wywiadów, a jednak działasz prężnie.
Na szwedzkim rynku działam zdecydowanie więcej niż na polskim, a tam chyba jestem jeszcze mniej widoczny. Niewiele osób wie, kim jestem i mnie to pasuje. Zawodowo za mną bardzo dobry rok. Przeprowadziłem bodajże 13 transferów, m.in. do PSV Eindhoven, Torino czy Ferencvarosu, były transfery do Chin.
A jeśli chodzi o Polskę?
Pierwszym transferem na polski rynek był napastnik Shpetim Hasani do Górnika Łęczna. 2014 rok, stare dzieje. Później zawsze coś się działo. Ulvestad, Wahlqvist czy Hansen to byli lub są czołowi ligowcy. Sądzę, że Ekstraklasa na ich przyjściu zyskała. Dopiero co wytransferowałem Thomasa Santosa do Motoru Lublin. Jeśli chodzi o piłkarzy stale będących w mojej agencji, mam teraz takich kilku w Ekstraklasie. Często natomiast współpracuję z innymi agentami i pomagam domykać transakcje.
Co do małej medialności, nie mam poczucia, że pompowanie siebie pomogłoby moim klientom. Dużo osób pyta mnie o ten Transfermarkt, albo dlaczego nie prowadzę Instagrama. Czasami nad tym myślę, ale ciągle dochodzę do wniosku, że wolę wkładać energię w kolejne działania dla ludzi, których reprezentuję. Przecież te wszystkie filmiki w socialach, pokazywanie, że gdzieś się leci, „happy birthday” dla zawodników to jest głównie podbijanie samego siebie. A ja w tych sprawach nigdy nie czułem się dobrze. Oczywiście miałem piłkarzy mówiących wprost, że dla nich dużą częścią roboty agenta jest to, żeby na Instagramie i Twitterze ciągle były o nich pozytywne informacje. Wtedy nasze wizje się rozjeżdżają, bo ja wolę ten czas przeznaczyć na przykład na zorganizowanie jeszcze jednego ważnego spotkania dla piłkarza, ale o tym internet już się nie dowie.
Nie mówię, że tamten sposób działania jest naganny czy coś takiego, ale to po prostu nie byłbym ja. Nie jestem dużym podmiotem, mającym pod sobą ze trzydzieści osób i muszę skupiać się na tym, co naprawdę istotne. Praktyka do tej pory pokazuje, że obrałem dobry kierunek, bo nie mogę narzekać na swoją sytuację.
Jak po czasie ocenisz pobyt Jensa Gustafssona w Pogoni?
Dwa razy był na czwartym miejscu. Uważam, że w pierwszym sezonie powinno być podium. Jak patrzę na grę dzisiejszej Pogoni, dużo lepiej oglądało mi się tamtą Pogoń. A czy to gorsza drużyna? To już mówi tabela.
Jens nie przepadł, pracuje w BK Hacken i w pierwszym sezonie zdobył Puchar Szwecji. Latem wygrał dwumecze pucharowe z Anderlechtem czy Cluj i wszedł do fazy ligowej Ligi Konferencji. Prowadzeni przez niego piłkarze odeszli za 15 mln euro.

Jens Gustafsson jako trener BK Hacken.
Na pewno dobrze znałeś Jespera Karlstroema. Zaskoczyło cię to, jak gładko wszedł do Serie A przychodząc z Ekstraklasy? To dziś kapitan Udinese, a przy Bułgarskiej raczej nie rozpaczano, gdy odchodził.
Zaskoczyło i to mocno. Gdy Djurgarden w 2019 roku zdobywało swoje ostatnie mistrzostwo Szwecji, sprzedałem wtedy pół tamtej drużyny, ale akurat nie Jespera. Na początku tego mistrzowskiego sezonu powiedziałem komuś, że Djurgarden nic nie wygra, dopóki będzie tam Karlstroem. No i potem zostali mistrzami, a Jesper strzelił gola w decydującym meczu. Rok później poszedł do Lecha i naprawdę dobrze sobie poradził.
Przez głowę do kadry. Jak Jesper Karlsrom wygrał ze swoimi słabościami
Porozmawialiśmy pod koniec jego pobytu w Poznaniu. Mówił, że super się czuje i nawet trochę rozmawia po polsku. Przyznałem mu się do tego, co mówiłem kilka lat wcześniej. Roześmiał się. Zapytałem, skąd się wziął taki postęp w jego wykonaniu. Powiedział mi tak: – Filip, gdy przyszedłem do Lecha, po paru dniach ktoś ze sztabu wziął mnie na rozmowę do gabinetu. Powiedzieli, że kupili mnie dlatego, że 5-6 rzeczy na boisku robię super i teraz gra będzie tworzona w taki sposób, żebym mógł się skupić tylko na tych rzeczach. Miałem unikać momentów, w których musiałbym robić coś innego. To było zupełnie nowe podejście. Nikt nigdy w Szwecji tak łatwo mi tego nie przedstawił w ciągu 2-3 minut. I to mnie zbudowało.
Wydaje mi się, że on cały czas robi to samo, tylko już na wyższym poziomie. Nie miał być gościem od wszystkiego, tylko od konkretnych zadań, w których stawał się coraz lepszy.
Jak oceniasz dziś stan szwedzkiej piłki klubowej? Po znakomitym poprzednim sezonie, gdy Djurgarden doszło do półfinału Ligi Konferencji, a Malmoe i Elfsborg rywalizowały w fazie ligowej Ligi Europy, nastąpiło wyrównanie do średniej.
To, co się dzieje teraz w szwedzkiej piłce, na pewno jest fajne z perspektywy agenta. Wydaje mi się, że poziom rośnie i kluby się rozwijają, ale to samo robi cała Europa. Jedno zmieniło się diametralnie: kluby zaczęły sprzedawać za znacznie większe pieniądze. Chyba żadna liga przez ostatnich kilka lat procentowo nie podskoczyła tak mocno w zyskach ze sprzedaży zawodników.
Pięć lat temu przeprowadziłem najdroższy transfer wychodzący w historii Djurgarden. Marcus Danielson poszedł do Chin za 5 mln euro. Dziś to nawet nie jest klubowe podium w tej klasyfikacji. Lucas Bergvall półtora roku temu odszedł do Tottenhamu za 20 mln euro. Szwedzkie kluby poszły w ślady duńskich i zarabiają o wiele większe kwoty na swoich talentach.
W Ekstraklasie mamy aktualnie dziesięciu Szwedów, stali się czołową zagraniczną nacją w naszej lidze. To apogeum tego zjawiska czy ten moment dopiero przed nami?
Wydaje mi się, że może być ich jeszcze więcej. Polska jest dziś naturalnym kierunkiem dla wielu piłkarzy z ligi szwedzkiej. Oczywiście nie dla tych najlepszych, ale dla tej „wyższej klasy średniej”, która jest nieco starsza i nieco mniej perspektywiczna – już tak. Najlepsi wciąż są za drodzy. Takie Hammarby przez ostatnie dwa lata miało 6-7 transferów za co najmniej 4 mln euro i co chwila biło swój rekord sprzedażowy.

Filip Leśniewski i Kalle Karlsson – nowy trener Hammarby i wschodząca gwiazda ligi szwedzkiej w tym fachu.
W Szwecji nadal wielkie pieniądze dostaje kilka gwiazd, a reszta zarabia znacznie mniej niż w Ekstraklasie?
Trochę poszło to do góry i średnia zarobków się zwiększyła, ale cały czas jest dość daleko względem Polski. Pojedyncze nazwiska w prawie każdym klubie zarabiają bardzo dobrze, jednak w uśrednieniu polski rynek wciąż oferuje 2-3 razy więcej. Do tego życie w Polsce jest znacznie tańsze, co robi różnicę.
Jak patrzyłeś na transfer Yannicka Agnero, gdy Lech Poznań płacił za niego blisko 2,5 mln euro?
Dziś, jeśli ktoś strzeli parę goli w szwedzkiej ekstraklasie i jest stosunkowo młody, to właśnie tyle kosztuje. Ten, który strzeli drugie tyle, kosztuje już 7-8 mln euro, a tyle nikt w Polsce za piłkarza nie zapłaci. Lecha było stać na chłopaka z mniejszego klubu, który zdobył dziewięć bramek przez rok.
Lech Poznań czekał na niego całe lato. To dlatego Agnero trafił do Poznania
W szwedzkich klubach nadal obowiązuje zasada 50+1, uniemożliwiająca nabycie większościowych udziałów?
Tak.
Jak patrzą na to kibice?
Bardzo pozytywnie. Uważają, że klub nie należy do prywatnych osób i nie chodzi o to, żeby generowały im one jakieś gigantyczne zyski. Szwedzkie kluby należą do fanów i społeczności. Dlatego nie ma i nie będzie tu zagranicznych inwestorów.
Czyli ludzie wiedzą, że finansowo stawiają sobie ograniczenia, ale cenią sobie niezależność z tego wynikającą?
Tak. W szwedzkiej piłce nadal jest dużo klimatu „against modern football”. W innych krajach wiele się w ten sposób mówi, ale potem nie idą za tym czyny. W Szwecji jest inaczej i dlatego nie ma tu VAR-u. Allsvenskan to ostatnia poważna liga w Europie, która nie stosuje powtórek wideo dla sędziów. Co roku odbywa się głosowanie w tej sprawie i wynik zawsze jest taki sam. Nie chodzi o wygrywanie za wszelką cenę, piłka ma pozostać inicjatywą dla ludzi, a nie produktem do bólu komercyjnym.
To generalnie ciekawy przypadek. Z jednej strony Bergvall odchodzi za 20 mln euro, Djurgarden gra w półfinale Ligi Konferencji z Chelsea, a z drugiej nie chcą mieć u siebie VAR-u.
Lepsza liga, lepsza kadra. Szwecja ma talenty, ale Polska z nią wygrywa
To gdzie są te pieniądze, które zarabiają szwedzkie kluby, skoro pensje nadal są stosunkowo niskie?
W bankach. Malmoe ma zdeponowane 60-70 mln euro. Djurgarden ma 45 mln euro. Hammarby podobnie. To kluby osadzone na dużo zdrowszych fundamentach niż w wielu innych ligach. Trzeba myśleć o przyszłości, bo pieniądze z miasta nie płyną. I to też nie jest tak, że nic nie idzie na inwestycje. Transfery przychodzące za 2-3 mln euro się zdarzają. Kluby są w stanie sporo wydać, tyle że na zakup piłkarza, a nie na jego pensję. On ma się wypromować i za rok czy dwa odejść za trzy razy tyle.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Złość Łazarka, błąd Brzęczka… Nasze największe szwedzkie koszmary
- Bohater z drugiego szeregu. Uwaga nie tylko na Gyokeresa
- Największy stadion w Skandynawii. Zagramy baraż wśród bloków i galerii
Fot. Newspix/archiwum prywatne