29 lat czekaliśmy na norweski klub w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. No i jeszcze sobie trochę poczekamy. Sporting brutalnie wybudził Bodo/Glimt ze snu o potędze. Kjetil Knutsen i spółka w rewanżu na Estadio Jose Alvarade nie wytrzymali wściekłego naporu mistrzów Portugalii. Trójbramkowa przewaga Norwegów z pierwszego meczu, w Lizbonie stopniała niczym arktyczne lody w rejonie koła podbiegunowego. I bynajmniej nie był to efekt globalnego ocieplenia, a wielkiego meczu w wykonaniu podopiecznych Ruiego Borgesa.
Sporting wyszedł na rewanż z Bodo, jak mawiał św. pamięci Wojciech Łazarek, naładowany jak kabanos. Mistrzowie Portugalii nie zniechęcili się porażką 0:3 w pierwszym meczu, wprost przeciwnie. – Chcemy dokonać czegoś bezprecedensowego i niezwykłego. Wiemy, że musimy rozegrać niemal perfekcyjny mecz – zapowiadał Rui Borges, który nie rzucał słów na wiatr.
Wiatr za to już od początku na lewym skrzydle robili Maxi Araujo i Pedro Goncalves. Obaj pauzowali w pierwszym meczu z powodu nadmiaru żółtych kartek i szybko udowodnili, jak bardzo brakowało ich wówczas Sportingowi. Pierwszy już po kilku minutach miał na swoim koncie założone dwie siatki rywalom, a drugi napędzał kolejne ataki gospodarzy.
Sporting w pogoni z remontadą, postanowił poskromić Bodo jego własną bronią – nieustępliwym pressingiem, ciągłym doskokiem, agresją w odbiorze piłki i generalnie wysoką intensywnością. To właśnie tego ostatniego elementu brakowało Borgesowi i spółce w Norwegii, jednak przed rewanżem wyciągnęli mityczne wnioski. Ci bowiem już od pierwszych chwil zdominowali przyjezdnych zza koła podbiegunowego, rozbrajając ich ze wszystkich atutów i tożsamości. Norwegowie dali się zepchnąć do głębokiej defensywy i zakopali się pod polem karnym Haikina, skąd nie wychodzili, za wyjątkiem epizodycznych fragmentów, przez całe spotkanie.
Sporting – Bodo. Wielki mecz Portugalczyków i koniec marzeń Norwegów
Carlo Ancelotti nie tak dawno komplementował Bodo, mówiąc, że to „najlepiej zorganizowana drużyna w defensywie w Europie”. Cóż, w rewanżu na Alvarade zupełnie nie było tego widać, bo podopieczni Knutsena z łatwością dopuszczali Sporting do wypracowania licznych akcji bramkowych. Dość powiedzieć, że po ledwie dwudziestu minutach mistrzowie Portugalii oddali więcej strzałów (10) niż wynosiła ich dotychczasowa średnia uderzeń we wszystkich poprzednich spotkaniach tej edycji Champions League (!).
Sam Trincao już w 4. minucie mógł mieć na swoim koncie dublet, ale najpierw przeniósł piłkę głową nad bramką, a chwilę później nie udało mu się przelobować wychodzącego z bramki Haikina, która wydawała się zaczarowana. Próbował Trincao, próbował Goncalves, próbował Fresneda, próbował Suarez, próbował Catamo, ale piłka nie chciała znaleźć drogi do siatki. Sporting robił wszystko, by skruszyć norweski mur, ale ten nawet nie drgnął. No, dobra, prawie wszystko, bo do pełni szczęścia brakowało po prostu skuteczności.
Strzelecką niemoc przełamał w 34. minucie Goncalo Inacio, który uderzeniem głową wykorzystał centrę Trincao z rzutu rożnego.
Sporting rozpoczął odrabianie strat! 💥 Gonçalo Inácio ładnym strzłem głową umieścił piłkę w siatce! 💪
📺 Transmisja: https://t.co/xB1gR5SiDw pic.twitter.com/l02osh9n71
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) March 17, 2026
Sporting poczuł krew i nie przerywał oblężenia. Bodo natomiast nijak nie potrafiło się temu przeciwstawić. Nie licząc zmarnowanej kontry przez Hogha i poprzeczki po strzale głową Bjortuffa, Norwegowie w pierwszej połowie nie pokazali w ofensywie niczego konkretnego.
Nie inaczej było w drugiej. Sporting zamknął piłkarzy Knutsena w klatce i, jak na Lwy przystało, po prostu ich pożarli. Ci natomiast zdawali się być pogodzeni z losem. W pewnym momencie nie przypominało to spotkania piłkarskiego, a spotkanie gołej dupy z otwartą dłonią. W 61. minucie Goncalves trafił na 2:0, wykańczając ładną akcję, a kwadrans później Suarez pewnie zamienił rzut karny na gola po zagraniu piłki ręką Bjorkana, odrabiając tym samym bramkowe straty z pierwszego meczu.
Gospodarze mogli jeszcze w regulaminowym czasie rozstrzygnąć losy dwumeczu, ale futbolówka po atomowym uderzeniu Santosa tylko ostemplowała słupek. Bodo cudem dotrwało do dogrywki, ale w niej nie mieli już żadnych szans. Sporting za sprawą Araujo szybko strzelił czwartego gola i spokojnie kontrolował przebieg boiskowych wydarzeń. Piątego gwoździa do trumny Bodo wbił Rafael Nel.
𝐓𝐎 𝐉𝐄𝐒𝐓 𝐍𝐈𝐄𝐖𝐈𝐀𝐑𝐘𝐆𝐎𝐃𝐍𝐄! 𝟒:𝟎 𝐃𝐋𝐀 𝐒𝐏𝐎𝐑𝐓𝐈𝐍𝐆𝐔! 😲 🔥 Bodø/Glimt na deskach! 🥊
📺 Transmisja: https://t.co/xB1gR5SiDw pic.twitter.com/HnuGm00ZZF
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) March 17, 2026
Oni nie przeważali, nie dominowali, oni po prostu ich ZMIAŻDZYLI. Liczby mówią same za siebie: 66 proc. posiadania piłki, 37 strzałów, z czego 14 celnych, aż 9 wielkich okazji i tak można byłoby wymieniać w nieskończoność kolejne statystyki. Sporting rozegrał wielki mecz i zasłużenie melduje się w 1/4 finału, w którym zmierzy się ze zwycięzcą pary Arsenal – Bayer Leverkusen.
Historyczna remontada na Alvarade, jeśli wierzyć przeznaczeniu i układowi gwiazd, po prostu musiała się wydarzyć. 18 marca 1964 roku Sporting też odrobił trójbramkową stratę. Portugalczycy pokonali wówczas Manchester United… 5:0 i awansowali do kolejnej rundy Pucharu Zdobywców Pucharów, choć w pierwszym meczu na Old Trafford przegrali aż 1:4. 62 lata później historia zatoczyła koło.
Sen o potędze Bodo dobiegł natomiast końca. Piękny był to sen, trzeba przyznać. Norwegowie w swoim debiutanckim występie w Lidze Mistrzów oskalpowali takie potęgi jak Manchester City, Atletico Madryt czy Inter Mediolan i byli o krok od ćwierćfinału, który okazał się jednak (jeszcze) za wysokimi progami.
Sporting CP – FK Bodo/Glimt 5:0 (1:0)
- 34′ Inacio – 1:0
- 61′ Goncalves – 2:0
- 78′ Suarez – 3:0
- 92′ Araujo – 4:0
- 120’+1 Nel – 5:0
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Zbychpol na rynku mongolskim, czyli niezwykły obraz tamtejszej piłki
- Nudna i słaba Ekstraklasa? Ten sezon to emocje, ale też jakość [KOMENTARZ]
- 40-letni Edin Dzeko wciąż strzela gole w staromodny sposób
Fot. Newspix