Gdyby nie on, poniedziałkowy wieczór w Pescarze nie byłby już tak interesujący. Polska miałaby w garści awans na Euro U21, a Włochy byłyby pewne kopania się w barażach. Ale Alphadjo Cisse, bo o nim mowa, miał inne plany. W Armenii uratował Italię w ostatniej chwili, a to tylko jedna z wielu bardzo miłych chwil, które w ostatnim czasie przeżywa wschodząca gwiazda o gwinejskich korzeniach.
Przez drugą ligę do Mediolanu
Gdy w październiku 2006 roku Alphadjo przyszedł na świat w Treviso, jego rodzice – ojciec Saloussy i matka Habibatou – byli już dobrze zadomowieni we Włoszech. Lata wcześnie opuścili ojczystą Gwineę w poszukiwaniu lepszego życia, a los zaprowadził ich do północno-wschodniej Italii.
Utalentowane dziecko szybko wypatrzyła jedna z największych ekip w regionie – Hellas Werona. Alpha trafił w jej szeregi już jako 14-latek i zaczął wspinać się po kolejnych szczeblach akademii. To doprowadziło go do dwóch epizodycznych występów w Serie A 2024/2025.
Latem zeszłego roku ruszył ogrywać się na południe – do drugoligowego Catanzaro. Dla młodego ofensywnego pomocnika, który może grać także na obu skrzydłach czy jako cofnięty napastnik, był to strzał w dziesiątkę.
Zaczął grać regularnie, a do przerwy zimowej uzbierał sześć goli i asystę. W międzyczasie zapracował sobie także na debiutanckie powołania do kadry U21 – już jako 19-latek. Zaliczył po kilkanaście minut w przegranym 1:2 meczu z Polską w Szczecinie i wygranym 4:1 na wyjeździe z Czarnogórą.
W styczniu na włoskim rynku Cisse przestał być już postacią anonimową. Z kolejnego produktu akademii Hellasu stał się perspektywicznym graczem, który zaczął przyciągać do siebie nazwy coraz to większych klubów. Najkonkretniejszy okazał się Milan.
Za osiem milionów euro Rossoneri wykupili ofensywnego pomocnika z Verony i pozostawili go w Catanzaro do końca sezonu. Pech chciał, że dosłownie tydzień później piłkarz zerwał mięsień przywodziciela. Do końca sezonu nie rozegrał już ani minuty.

Rozkochał w sobie Amorima
Kiedy w lipcu ruszyły przygotowania do nowego sezonu, w ośrodku treningowym Milanu pojawił się niepozorny nastolatek. Mógł korzystać z tego, że największe gwiazdy odpoczywały po mundialu – w klubie nie było między innymi Rafaela Leao, Christiana Pulisica czy Adriena Rabiota.
Swoją postawą na treningach i grą w meczach towarzyskich, Cisse zjednał sobie przychylność Rubena Amorima. Na tyle, że kiedy w połowie sierpnia Mediolańczycy zagrali we Wrocławiu z Manchesterem United, a Portugalczyk był pytany o sytuację Leao, odpowiedział:
– Nie wiem czy zostanie, ale jeśli tak, to nie będzie miał łatwej drogi do składu. Mamy Pulisica, mamy Cisse… – powiedział Portugalczyk i po raz pierwszy tak jasno określił, że młody talent wcale nie musi udać się na przewidywane mu wypożyczenie.
O Włocha mocno pytało Torino i wydawało się, że lada chwila wyląduje w tym klubem. Tymczasem wylądowała to piłka w siatce Torino po strzale właśnie Cisse w pierwszej kolejce Serie A. 19-latek niespodziewanie znalazł się w podstawowej jedenastce i za zaufanie odpłacił się Amorimowi bramką.
Od tej chwili nic już nie było takie samo. Ze skromnego chłopaka, który przebijał się z Serie B, gracz o gwinejskich korzeniach szybko stał się postacią, którą pokochała cała społeczność Rossonerich. W końcu jeśli jesteś nastolatkiem i strzelasz gola z takim herbem na piersi, to niewiele więcej potrzeba, żeby wokół ciebie rozpętało się prawdziwe szaleństwo.
– Kocham go, ale nie mówcie mu tego! – śmiał się Amorim pytany o Cisse przy okazji kolejnych meczów. Szybki, dynamiczny piłkarz, potrafiący skutecznie dryblować w środku i skutecznie łamać akcje ze skrzydła. Żywe srebro, które tylko czeka na oszlifowanie.
Talent ze skromnego domu
Piękna całej historii 19-latka dodaje fakt, że pochodzi z bardzo skromnego domu. Na tyle, że gdy debiutował w lidze w Milanie, to na stadionie Torino zabrakło jego rodziców. Jak pisała La Gazzetta dello Sport, ojciec piłkarza pracuje jako robotnik i następnego dnia zaczynał pracę o 4:00. Matka natomiast jest zatrudniona jako kelnerka w hotelu i również nie mogła sobie pozwolić na podróż ze wschodu na zachód Włoch w takim terminie.
Państwo Cisse nadrobili zaległości kilka dni później, kiedy pojawili się na San Siro przy okazji meczu Milanu z Venezią. Ich syn popisał się jednak ponownie w Turynie, kiedy w trzeciej kolejce strzelił gola Juventusowi. Stał się piłkarzem mającym cały wachlarz argumentów w rywalizacji o podstawowy skład Milanu.
Wobec tego wszystkiego mocno spekulowano, że dostanie powołanie do pierwszej reprezentacji Włoch. A zwłaszcza, że Roberto Mancini zaprosił wielu piłkarzy, chcąc im się przyjrzeć podczas wrześniowo-październikowego zgrupowania. Ostatecznie skończyło się jednak na młodzieżówce.
I całe szczęście dla Włochów, bo to właśnie Cisse uratował ich w Armenii, kiedy strzelił jedynego gola w meczu w doliczonym czasie gry. Dzięki tej bramce Italia wciąż może awansować na Euro U21 bezpośrednio, o ile pokona w Pescarze Polskę minimum dwiema bramkami.
Z Armenią piłkarz Milanu wszedł z ławki rezerwowych, tym razem ma już się znaleźć w wyjściowym składzie. Włosi przewidują go do gry na lewym skrzydle. Ciężkie życie czeka więc najprawdopodobniej Marcela Krajewskiego, bo to on w dużej mierze będzie odpowiadał za powstrzymanie Cisse.
Jeden z najbardziej perspektywicznych włoskich piłkarzy celuje w wygranie Italii grupy kwalifikacyjnej. Ale że pozytywnych historii napisał ostatnio mnóstwo, to może tę konkretną niech sobie jednak daruje…
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix