Reklama

Dekada małych kroków do przodu. Skąd wziął się sukces Jagiellonii?

redakcja

Autor:redakcja

04 sierpnia 2018, 13:16 • 18 min czytania 82 komentarzy

Wyeliminowanie portugalskiego Rio Ave to jak na razie największy pucharowy sukces w historii Jagiellonii. Można jednak zakładać, że jeśli nie zejdzie ona z drogi, którą obrała mniej więcej dekadę temu, wkrótce zapisane zostaną kolejne chwalebne karty w jej dziejach. Jak to się stało, że klub, w którym jeszcze 15 lat temu wyłączano prąd, a osiem lat temu delegat UEFA ze wściekłości i bezradności rozkładał ręce, dziś jest już drugą – a w najgorszym razie trzecią – siłą polskiej piłki?

Dekada małych kroków do przodu. Skąd wziął się sukces Jagiellonii?

To nie przypadek, na obecną pozycję białostockiej ekipy złożył się szereg konsekwentnie prowadzonych działań. Rozmawiamy z osobami, które zmiany widziały na własne oczy lub wręcz są ich zasadniczą częścią. 

Gdy Jagiellonia wchodziła do Ekstraklasy w 2007 roku, była raczej ciekawostką niż marką. Mogła się pochwalić jedynie czterema sezonami na najwyższym szczeblu. Nie miała w zasadzie żadnej historii czy tradycji. Do połowy lat 70. rywalizowała jedynie na szczeblu okręgowym, przez kolejnych kilkanaście grała na drugim lub trzecim froncie i dopiero w 1987 roku po raz pierwszy weszła do elity. Spadła po trzech sezonach, dwa lata później na moment wróciła i potem znów zaczął się gorszy okres.

 – Pamiętam czasy, gdy chodziłem jeszcze na III czy IV ligę z tatą i dziadkiem. Nikomu nawet nie przychodziło do głowy, że Jagiellonia kiedyś będzie grała w europejskich pucharach na nowiutkim stadionie. Wtedy naszymi szlagierami były mecze z Hutnikiem Warszawa, „bitwa o awans”, a spotkania w Pucharze Polski z Pogonią Szczecin czy Legią stanowiły wielkie wydarzenia. Piłkarsko dzieliła nas przepaść, dziś „Jaga” sportowo znajduje się na bardzo podobnym poziomie jak Legia – wspomina Marek Wasiluk. Obrońca Chrobrego Głogów to rodowity białostoczanin i wychowanek żółto-czerwonych. W 2008 roku sprzedano go do Cracovii za 300 tys. euro. Wrócił po sześciu latach i choć nie grał za dużo, wywalczył wszystkie trzy medale, którymi klub może się pochwalić.

Od blisko dziesięciu lat w Jagiellonii jest Agnieszka Syczewska, obecnie wiceprezes. Ona jak mało kto wie, jak długą drogę trzeba było przebyć. – Gdy przychodziłam do klubu, nikt z nas nawet nie marzył, że za kilka lat nadejdą regularne sukcesy. Skupialiśmy się na codziennych problemach, z dzisiejszej perspektywy śmiesznych. To była proza życia, walka o przetrwanie, były problemy finansowe i jakoś musieliśmy sobie radzić. Wymagało to wiele inwencji, ale naszą siłą byli i są ludzie. Niektórzy inwestorzy pomagali klubowi jeszcze wcześniej, a dla pracowników nie jest to zwykła praca, są w nią zaangażowani emocjonalnie. Niedawno po dziesięciu latach wróciliśmy na Jurowiecką, mamy nowe biura. Historia zatoczyła koło – opowiada nam, dodając: – Klub bardzo rozsądnie wydaje pieniądze. Tamte trudne czasy nauczyły nas racjonalności i radzenia sobie z problemami.

Reklama
Agnieszka Syczewska. Fot. newspix

Głównym udziałowcem i przewodniczącym rady nadzorczej jest obecnie Wojciech Strzałkowski. Gdyby nie on, możliwe, że dziś nie mielibyśmy o czym pisać. W 2003 roku wraz ze wspólnikiem uratował „Jagę”, gdy ta była na skraju bankructwa. Wszystkich trudności od razu jednak nie pokonano. Na początku dochodziło nawet do tego, że w klubie wyłączano prąd. W XXI wieku.

Udało się jednak odbić od dna i pomaleńku wychodzono na prostą. „Jaga” latem 2003 przedostała się na zaplecze Ekstraklasy i po czterech sezonach, prowadzona przez Artura Płatka, przebiła się do grona najlepszych. Już rok wcześniej była blisko. Zajęła trzecie miejsce, ale przegrała baraż z Arką Gdynia.

Wasiluk wchodził wtedy do pierwszego zespołu. Jego zdaniem w tamtym czasie zaczęły się tworzyć podwaliny pod przyszłe sukcesy. – Pierwszym krokiem do tego, co mamy dziś, było pojawienie się Adama Nawałki w 2004 roku w ówczesnej II lidze. U niego organizacyjnie wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Zmienił podejście ludzi w klubie na takie, że to zawodnicy są najważniejsi, to na nich ma pracować reszta i muszą mieć oni wszystko, czego potrzebują. Stawano na głowie, żeby niczego w klubie nie brakowało. Pojechaliśmy na obóz do Turcji, boiska były idealnie przygotowane, mieliśmy odżywki, odnowę biologiczną, odpowiednio dobrane posiłki. Wiązało się to z określonymi kosztami, ale udało się całość pospinać i wejść poziom wyżej w funkcjonowaniu klubu – uważa doświadczony obrońca.

W sezonie z awansem rozegrał dziewięć meczów ligowych, za to w Ekstraklasie zaczął już regularnie występować w wyjściowym składzie. – W pierwszym sezonie po awansie mieliśmy dobrą jesień i fatalną wiosnę. Przegraliśmy dziewięć ostatnich meczów, ledwo się utrzymaliśmy. Doszło do wielkich zmian kadrowych, wymieniono prawie cały skład. Mnie sprzedano do Cracovii. Wtedy przyszedł Michał Probierz, nieco wcześniej w klubie pojawił się Cezary Kulesza. Zmiany pomogły, zajęto ósme miejsce, a w sezonie 2009/10 udało się spokojnie utrzymać mimo kary i dołożono Puchar Polski, co stanowiło historyczny sukces. To był kolejny ważny etap dla Jagiellonii – mówi Wasiluk.

 – Z tamtego okresu najbardziej pamiętam, że przenieśliśmy się z Jurowieckiej na stary obiekt Hetmana Białystok. Po awansie ruszyły prace nad oświetleniem i podgrzewaną murawą, którą położono już z myślą o nowym stadionie w przyszłości. W efekcie murawa względem starych trybun była położona krzywo. Gdy się biegło wzdłuż linii, trybuny się oddalały. Dziwne uczucie, a że grałem na boku obrony, często tego doświadczałem. Dopiero jak postawiono bandy reklamowe, mniej się to odczuwało – wspomina ze śmiechem.

Reklama
Marek Wasiluk w barwach Jagiellonii. Fot. FotoPyk

Wielu uważa, że właśnie sezon 2009/10, który rozpoczęto z dziesięcioma ujemnymi punktami, był krokiem milowym dla „Jagi”. – Nic się nie stało z dnia na dzień, czy nawet z roku na rok. Potrzebowaliśmy blisko dekady i nadal chcemy iść do przodu. Gdy zostawałem prezesem, byliśmy w trakcie sezonu z karą za grzechy poprzedniego zarządu. Mimo to na zero wyszliśmy już po czterech kolejkach – przypomina Cezary Kulesza.

Wtóruje mu Agnieszka Syczewska. – Dla mnie tamten sezon był kamieniem węgielnym. Wszyscy włożyli mnóstwo wysiłku w utrzymanie, udało się je zapewnić bez nerwów. Do tego wywalczony Puchar Polski. Tamten okres nas wzmocnił, bo wielkim testem był też pierwszy mecz w europejskich pucharach – z Arisem Saloniki. Był to rywal wymagający w każdym aspekcie, nie tylko sportowym. Dał nam też popalić organizacyjnie i zapewnił wiele przygód w rewanżu. Rzucano w nas kamieniami, w autokarze z członkami rady nadzorczej były koktajle Mołotowa. Ciężkie przeżycia, ale też bardzo cenne w aspekcie pucharowego doświadczenia.

 – Pamiętam przyjazd delegata UEFA dzień przed meczem z Arisem. Gdy zobaczył stary stadion i kontenery będące szatniami, salami odpraw czy pomieszczeniami dla prasy, wpadł we wściekłość. Powiedział, że gdyby zjawił się tu tydzień wcześniej, nigdy by się na rozegranie tego meczu nie zgodził. Mieliśmy jeszcze kilkanaście godzin, naprawiliśmy największe niedociągnięcia i jakoś się udało. Dziś mamy fantastyczne warunki, inna rzeczywistość. Dla porównania – delegat, który przybył do nas w ubiegłym tygodniu, dosłownie zakochał się w nowym stadionie. Dostaliśmy już pisemne potwierdzenie, że otrzymał on kategorię czwartą, pozwalające na rozgrywanie meczów fazy grupowej Ligi Europy. Delegat stwierdził, że nawet stadion Realu Madryt nie ma tak funkcjonalnych rozwiązań jak te, które dostrzega tutaj. Gdy przypomnę sobie, co było osiem lat temu, najlepiej widzę, jaki postęp zanotowaliśmy – nie ukrywa dumy pani wiceprezes.

Pierwsze spotkanie z Arisem przegrano 1:2, ale w Salonikach kwestia awansu pozostawała na ostrzu noża. Jagiellonia prowadziła 2:1, ale wtedy do akcji wkroczył sędzia. – Czuliśmy się trochę oszukani. Podyktowano Arisowi dyskusyjny rzut karny. Ale to było pierwsze przetarcie, po którym „Jaga” wskoczyła na wyższy poziom. Wszyscy w Białymstoku przekonali się, że są w stanie zbudować mocny klub, a rywal z lepszej ligi to nie jakiś kosmos i nie ma się czego bać – mówi Marcin Burkhardt, który zawitał do Białegostoku zimą 2010 roku i zdobył oba trofea, które klub ma w gablocie (Puchar Polski, Superpuchar Polski). Pamięta, że w Grecji nie tylko udziałowcy klubu swoje przeżyli. – Nas przywitano na naszej połowie gazem łzawiącym. Trener Probierz z asystentem wyleciał na trybuny po decyzjach sędziego. Było gorąco – przyznaje.

Już wtedy wydawało się, że klub zmierzał we właściwym kierunku. Mieliśmy w zespole zawodników z doświadczeniem pucharowym i reprezentacyjnym. Poza mną Tomka Frankowskiego, Kamila Grosickiego, Andriusa Skerlę. Mój transfer przechodził jeszcze przez prezesa Wiesława Wołoszyna, ale pieczę nad tym wszystkim sprawował Cezary Kulesza – dodaje 10-krotny reprezentant Polski.

Kulesza został prezesem Jagiellonii 20 stycznia 2010 roku. Jego osoba jest w tej historii kluczowa i jeśli ktoś dziś ma wypinać pierś po ordery, to w pierwszej kolejności on. Klub nigdy nie miał dyrektora sportowego, to Kulesza w praktyce odpowiada za transfery. – Prezes ma nosa i do nazwisk, i do biznesu, potrafi odpowiednio negocjować zakup lub sprzedaż piłkarza. Wyciska z sytuacji, ile się da, Jagiellonia rzadko przepłaca – chwali Burkhardt. – Prezes ma bardzo dużą skuteczność. Świetnie się tu odnajduje. Jeżeli kogoś sprzedajemy, najczęściej udaje się sprowadzić godnych następców – podkreśla Syczewska.

– Pewnie tak jest, trudno mi się wypowiadać na swój temat. Cały czas działam tak samo. Pamiętajmy, że zawsze jakieś wpadki będą, margines błędu musi być. Dziś piłkarze chętniej niż kiedyś przychodzą do Jagiellonii. Każdy, do kogo zadzwonią, powie im, że klub jest wypłacalny, że jest dobra atmosfera. Do tego stadion, coraz lepsze wyniki, Białystok jako fajne miejsce do życia. Mamy coraz więcej atutów – mówi sam zainteresowany.

Cezary Kulesza. Fot. FotoPyk

Jagiellonia ma aż dziesięciu współwłaścicieli, ale w kwestiach polityki kadrowej ten układ w zasadzie nie obowiązuje. – Rada nadzorcza w tych sprawach ma do mnie pełne zaufanie. Jeśli rekomenduję jakiegoś piłkarza – w jedną lub drugą stronę – to nie zdarzyło się jeszcze, żeby nie było zgody, żeby ktoś naciskał na inną decyzję – potwierdza Kulesza.

Dawniej było jednak trudniej.

Burkhardt: – Nieraz dany udziałowiec opłacał kontrakt danego piłkarza.
Wasiluk: – Na dłuższą metę nie byłoby to do końca zdrowe. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że każdy z dziesięciu współwłaścicieli opłaca po dwóch zawodników. Od razu pojawiłyby się tarcia, dlaczego ktoś gra, a inny nie. Trener musiałby zadowolić oczekiwania nie tylko swoich piłkarzy, ale również każdego udziałowca.
Kulesza: – Na początku potrzebowaliśmy nieraz pomocy akcjonariuszy i taka pomoc zawsze docierała. Od paru ładnych lat Jagiellonia sama się finansuje i takie sytuacje już się nie zdarzają.

Taki układ właścicielski to potencjalnie wiele trudności w dogadaniu się, ale piłkarze zapewniają, że ich to nie dotyczyło. – Piłkarze nie odczuwają, że klub ma taką strukturę, nie muszą się tym interesować. Gdy dochodziło do jakichś rozmów, to z prezesem Kuleszą lub wiceprezes Syczewską – mówi Wasiluk. – Bardziej trenerzy mogli mieć trudności, ale to też było do przeskoczenia – dodaje Burkhardt.

Kulesza zapewnia, że przy tylu akcjonariuszach decyzyjność klubu nie jest sparaliżowana. – Nigdy nie mieliśmy problemów, żeby w ten sposób sprawnie funkcjonować. Zawsze, gdy trzeba podjąć szybką decyzję, to ją podejmujemy, nawet w ciągu kilku godzin.

Rozmowy na mniej pilne tematy nie zawsze jednak są proste. – Takie burze mózgów nieraz są bardzo potrzebne. Mówimy o osobach z regionu, związanych z klubem od wielu lat i wspierających go w najtrudniejszych okresach. Może ta liczba faktycznie trochę przeraża, ale dla wszystkich dobro Jagiellonii jest najważniejsze, osobiste interesy schodzą na dalszy plan. Praktyka pokazuje, że ten model dobrze funkcjonuje – podsumowuje Agnieszka Syczewska.

Dziś największym atutem Jagiellonii jest spokojna sytuacja klubu. Kulesza rozwija wątek: – Kluczowa jest stabilność finansowa. A żeby ją mieć, trzeba wyszukiwać dobrych piłkarzy, wypromować ich i sprzedać za lepsze pieniądze. To się udawało, krok po kroku szliśmy do przodu i dziś jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Wizerunkowo sporo nam dał transfer Kamila Grosickiego do Turcji, ale już wcześniej jak na polskie realia za wysokie kwoty sprzedawaliśmy Marka Wasiluka do Cracovii i Roberta Szczota do Górnika Zabrze. Szczot rozegrał u nas zaledwie jedną rundę i wystarczyło. Udawało się na tym wszystkim zyskiwać, dzięki czemu dziś możemy gwarantować kolejnym piłkarzom, że to, na co się umawiamy, będą mieli zapłacone bez żadnych opóźnień.

Jagiellonia w ostatnich latach uchodzi za klub żyjący ze sprzedaży piłkarzy. Wspomniany Grosicki odchodził za 900 tys. euro, dziś „Jaga” ma już na koncie pięć transakcji za co najmniej milion europejskiej waluty. Nie jest to może element kluczowy, ale Kulesza przyznaje, że bez niego byłoby trudniej. – W jakimś stopniu te transfery są niezbędne. Nie mamy tytularnego sponsora, który zapewni nam stabilność finansową bez względu na inne sprawy. Posiłkujemy się tym, że przynajmniej rak w roku sprzedajemy kogoś za dobre pieniądze.

Czy nie istnieje jednak ryzyko, że klub za bardzo uzależni się od wpływów z transferów i jeśli nadejdzie moment posuchy, to trzeba będzie wrócić do poprzedniego szeregu? Marek Wasiluk uważa, że nie. – Sądzę, że nie ma wielkiego zagrożenia i władze klubu patrzą z pewnym wyprzedzeniem. Fundamenty są na tyle stabilne, że brak jednego czy drugiego transferu nimi nie zachwieje. Na nowy stadion zawsze przyjdzie przynajmniej 8-10 tys. kibiców, zagwarantowane są określone wpływy z praw telewizyjnych i środki od sponsorów. Wszystko jest szyte na miarę, nie szarżuje się finansowo, dlatego nie powinno być sytuacji, że jeśli kogoś nie sprzedamy, to zabraknie na pensje. Klub potrafił odrzucać korzystne oferty za Tarasa Romanczuka, w razie potrzeby Przemek Frankowski czy Arczi Novikovas też mogliby już odejść, bo były takie możliwości. Będąc przez ostatnie cztery lata w Jagiellonii, ani razu nie zdarzyło się, żebym dostał pensję czy premię z opóźnieniem, nawet jednodniowym. Klub nadal nie jest krezusem, ale i tak dużo się zmieniło. Kontrakty, które są dziś, cztery lata temu jeszcze byłyby poza zasięgiem. Koniunktura się napędziła, więc można sobie na więcej pozwolić, przychodzą coraz lepsi, więc i coraz drożsi piłkarze.

No właśnie, w Białymstoku zimą 2017 deklarowano, że mimo wielu ofert nikt nie odejdzie i skład zostanie utrzymany do końca sezonu. Słowa dotrzymano, a do tego w tamtym okienku przyszli Arvydas Novikovas i Cillian Sheridan. – Poszła informacja do prasy, rozeszła się wśród kibiców i nie chcieliśmy się z tego wycofywać, żeby nie wyszło, że oszukujemy. Zbyt często takich obietnic składać nie można, ale opłaciło się. Przy takich zawodnikach jak Taras Romanczuk inni zawodnicy też stają się lepsi – komentuje Kulesza.

 – Jagiellonia zawsze budowała powoli. Nigdy nie było jakichś mega transferów, wydawania wielkich pieniędzy. Nie sprowadzano gwiazd, tylko raczej solidnych zawodników, którzy w Białymstoku wznosili się ponad przeciętność. Miasto też się rozwijało, widać różnicę i niejako na równi z tym szedł rozwój klubu – dodaje Marcin Burkhardt.

Kolejny ważny element białostockiej układanki: brak nerwowych ruchów. W Jagiellonii rzadko działano pochopnie, pod wpływem emocji. – Trener Probierz pracował u nas trzy i pół roku, co chyba najlepiej pokazuje, że potrafimy zachować spokój w trudnych momentach – kwituje Kulesza.

Prezes Kulesza i Michał Probierz po zdobyciu wicemistrzostwa w 2017 roku. Fot. newspix

Marek Wasiluk ma tu swoją teorię. – Dla mnie trzeci kluczowy etap to właśnie powrót trenera Probierza. Ale musiano wyciągnąć odpowiednie wnioski, gdy po trzecim miejscu, w kolejnym roku zajęliśmy dopiero jedenaste. I wyciągnięto, trafnie zdiagnozowano przyczynę. W sezonie 2014/15 mieliśmy bardzo wyrównaną kadrę, 20-22 zawodników na podobnym poziomie. Potem 5-6 odeszło i nie od razu przyszli wartościowi następcy. Wchodziło więcej młodzieży, ale ona potrzebowała czasu. Czytam wypowiedzi piłkarzy Barcelony czy Bayernu, że na treningach czasem trudniej strzelić gola niż w meczach ligowych, tak duża jest rywalizacja. To klucz, wtedy każdy ma bodziec do ciągłego rozwoju. Nam tego trochę brakowało i potrzebowaliśmy roku, żeby uzyskać balans i stabilizację, którą „Jaga” ma do dziś. Teraz to drużyna, w której praktycznie na każdej pozycji jest po dwóch ludzi o bardzo zbliżonym potencjale. Sam na tym traciłem, chwilami byłem sfrustrowany, że znów nie zagram mimo dobrej dyspozycji, ale z perspektywy zespołu tak duże pole manewru działało wyłącznie na jego korzyść.

Również o tym chcieliśmy porozmawiać z Michałem Probierzem, ale trener Cracovii odmówił komentarza, mówiąc, że na tematy Jagiellonii się nie wypowiada.

 – Odeszło nam wtedy pięciu zawodników z podstawowego składu. Zastąpienie ich wszystkich w ciągu paru tygodni było niemożliwe, zespół musiał się zgrać. Potrzebowaliśmy czasu, żeby uzyskać stabilność. Byłem jednak świadom, że tak może być, nie zostaliśmy zaskoczeni gorszym wynikiem – mówi Kulesza. To ostatnie zdanie najlepiej pokazuje, dlaczego jest dobrym prezesem. Jagiellonia straciła wtedy Michała Pazdana, Macieja Gajosa, Patryka Tuszyńskiego, Nikę Dzalamidze i Mateusza Piątkowskiego, odszedł też Jakub Słowik. Co prawda przyszli Konstantin Vassiljev, Fedor Cernych, Jacek Góralski czy Piotr Tomasik, ale musiało trochę minąć, nim wszystko zatrybiło. W pewnym momencie zrobiło się nerwowo. W sezonie 2015/16 Jagiellonia utrzymanie zapewniła sobie dopiero na finiszu, a gdyby w dramatycznych okolicznościach nie wyszła od 1:2 do 3:2 z Podbeskidziem w 34. kolejce, mogłoby być naprawdę nieciekawie.

Gdy już jednak zatrybiło, „Jaga” dwa razy z rzędu zajęła drugie miejsce, do ostatniej kolejki walcząc o mistrzostwo.

jagiellonia sezony w ekstraklasie

Czy można stwierdzić, że tytuł to tylko kwestia czasu? – Mimo wielu postępów, nadal pewnych rzeczy się nie przeskoczy, Legia czy Lech są w stanie płacić 2-3 razy więcej. Nieprędko Jagiellonia będzie faworytem do tytułu, nie ona będzie do niego zobligowana. Jestem jednak przekonany, że nie będzie jak w Śląsku Wrocław za moich czasów, gdzie osiągnęliśmy kilka sukcesów, a potem wszystko się rozmyło i Śląsk do teraz jest drużyną na pograniczu grupy mistrzowskiej i spadkowej. „Jaga” tego uniknie i cały czas będzie się kręciła wokół ligowego TOP4 – stwierdza Wasiluk.

Marzenia są, ale spokojnie. Najważniejsze, żeby zawsze wchodzić do ósemki, bo to otwiera możliwość walczenia o coś więcej. Trudno planować i przewidywać w piłce. Staramy się niczego nie zepsuć w tym, co już dobrze działa i systematycznie robić postępy na innych polach. Zawsze istnieje ryzyko, że trafi się gorszy sezon, ale kładziemy duży nacisk na szkolenie młodzieży, sprowadzamy utalentowanych chłopaków nie tylko z naszego regionu. W tym roku zdobyliśmy mistrzostwo Polski U-17, mamy fajną młodzież i sądzę, że niedługo niektórzy dołączą do pierwszego zespołu i będą walczyć o skład – Cezary Kulesza widzi powody do optymizmu.

Wkrótce tych powodów będzie jeszcze więcej, bo Jagiellonia wreszcie zażegna swoją największa bolączkę z ostatnich lat. Sukcesy sportowe nie szły bowiem w parze z zapleczem treningowym, co stanowiło duży problem, również wizerunkowy. Drużyna na treningi musiała jeździć i jeszcze chwilę pojeździ do Pogorzałek. – Pogorzałki nie były najgorsze, choć szatnia i budynek nie imponowały. Można jednak było się przyzwyczaić. Najważniejsze, że mieliśmy równe boisko, choć nie do końca wymiarowe. Już na miejscu w Białymstoku trenowaliśmy na jednej z najlepiej wyposażonych siłowni w Polsce – wspomina Marcin Burkhardt.

Do Pogorzałek jechało się 20-25 minut. Nie była to wielka trasa, zawsze podróżowało się z kimś, był czas pogadać. Szybko zlatywało. Problem polegał na tym, że od lat wiedziano, iż to baza przejściowa, więc nie przeprowadzano tam żadnych inwestycji, warunki nie były idealne – przyznaje Wasiluk.

To już jednak wkrótce będzie nieaktualne. – W kwietniu ruszyła budowa naszej bazy treningowej [koszty szacuje się na 15 mln zł, 1/3 pokryją dotacje, PM]. Prace powinny się zakończyć w grudniu. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, piłkarze rozpoczną w niej już przygotowania do wiosny. Powstaną trzy boiska, z czego dwa pełnowymiarowe – jedno z naturalną, podgrzewaną murawą, drugie ze sztuczną nawierzchnią pod balonem, więc pogoda przestanie mieć znaczenie.  Do tego pełne zaplecze szatniowe i tym podobne. Długo walczyliśmy o te tereny, ale udało się. To na pewno nie rozwiąże wszystkich naszych problemów. Mamy trzynaście drużyn młodzieżowych, potrzeby są jeszcze większe, ale pierwszy zespół będzie miał wreszcie zagwarantowany pełen komfort. A potem przyjdzie pora na dalsze działania – tłumaczy wiceprezes Syczewska.

I można być pewnym, że te dalsze działania będą. Jagiellonia na przestrzeni ostatnich lat nieustannie się rozwija. Nie oczekujcie jednak czegoś spektakularnego. Nie są to wielkie skoki, bardziej mozolna wędrówka i powolne dokładanie kolejnych warstw. – Prezes często powtarza, że najlepiej jeść małą łyżką. Dużą łatwo się zakrztusić. Krok po kroku, pomału cały czas do przodu – puentuje Syczewska.

Siłą klubu zawsze będą też kibice. Jagiellonia na miejscu nie ma konkurencji. – Dla całego regionu ten klub to taki cukierek, którym trzeba się delektować. Wszyscy z Podlasia ciągną do Jagiellonii, widać to nawet po różnych dotacjach. I trudno się dziwić, bo w promieniu dwustu kilometrów innego większego klubu nie ma. Następna jest dopiero Warszawa z Legią – mówi Marcin Burkhardt. – W Białymstoku i okolicach w każdym momencie odczuwało się przywiązanie ludzi do Jagiellonii. Na jej mecze zjeżdżają się autokary z całego województwa – potwierdza Marek Wasiluk.

Wszystko, co osiągnięto w „Jadze” jest tym bardziej godne podkreślenia, że również dziś odstaje ona finansowo nie tylko od „wielkiej dwójki”. Widzimy jednak, że najważniejsze jest efektywne wydawanie tego, czym się dysponuje, a w tym względzie chyba nie ma w polskiej piłce lepszego przykładu za ostatnie lata. Kolejne sukcesy sprawiają zresztą, że pozycja negocjacyjna klubu ulega zmianie. – Spójrzmy, ilu zawodników związanych z Jagiellonią grało ostatnio w reprezentacji Adama Nawałki: Kamil Grosicki, Michał Pazdan, Maciej Makuszewski, Jacek Góralski, Thiago Cionek, powołania dostawał Przemek Frankowski. Takie historie zachęcają kolejnych, żeby do nas przyjść. Regularnie pokazujemy innym piłkarzom, że można się u nas wypromować i w przyszłości iść tam gdzie, już płacą naprawdę duże pieniądze. Taka polityka klubu była, jest i prawdopodobnie zawsze będzie – komentuje Agnieszka Syczewska.

 – W „Jadze” patrzą realnie, nie obiecują złotych gór, ale ze swoich zobowiązań w pełni się wywiązują. Jeśli zawodnik jest w miarę inteligentny i nie chodzi mu jedynie o skok na kasę, to dojdzie do wniosku, że z Jagiellonii może się łatwiej wybić niż z klubu, w którym teraz zarobiłby więcej, ale miałby mniejsze perspektywy rozwoju – wtrąca Marcin Burkhardt.

I podkreśla: – Nie jestem zdziwiony miejscem, w którym jest dziś „Jaga”. Ostatni sukces, jakim było wyeliminowanie Rio Ave, to efekt polityki transferowej z zeszłego sezonu. Utrzymano skład, doszli jeszcze nowi zawodnicy. Zespół nie został rozbity, co w przypadku naszych pucharowiczów jest rzadkością. Drużyna jest zgrana i wie, co chce grać. W rewanżu z Portugalczykami było to widać, zawodnicy przesuwali się, jakby grali ze sobą od paru lat. Gdy masz 8-9 piłkarzy, którzy znają się na wylot, zdecydowanie łatwiej wtedy wprowadzić 2-3 nowych. Tak to powinno wyglądać.

Sporym wyczynem jest także płynne zastąpienie Michała Probierza. Wydawało się, że ktokolwiek przyjdzie, nie będzie w stanie wejść w jego buty. Nie było też jednomyślności właścicieli, kto powinien go zastąpić, ścierały się różne wizje. Zatrudnienie Ireneusza Mamrota uznano za swego rodzaju kompromis, godzący wszystkie „frakcje”. Wyszło znakomicie, dziś to były szkoleniowiec Chrobrego Głogów triumfuje.

Krótko mówiąc: słowa uznania za to, jak wielki postęp wykonano w ciągu minionej dekady za stosunkowo niewielkie pieniądze. Oby więcej takich historii w naszej lidze.

Oczywiście nie oznacza to, że Jagiellonia jest klubem idealnym i krystalicznym. Nie jest i nie taki wizerunek chcemy kreować. Jak każdy klub, ma swoje za uszami, że na poczekaniu wspomnimy tylko kilka Klubów Kokosa, niejasności przy sprzedaży Grzegorza Sandomierskiego do Racingu Genk czy wymigiwanie się w ostatnim czasie od wpuszczania kibiców gości. Nie ulega jednak wątpliwości, że ogólnie w Białymstoku już dawno obrali właściwy kurs, trzymają się go i mają coraz lepsze efekty, które muszą budzić szacunek. Póki co, sufitu nie widać.

PRZEMYSŁAW MICHALAK

Fot. FotoPyk

Najnowsze

Komentarze

82 komentarzy

Loading...