Reklama

Zlatan lwem? W MLS przypomina raczej bohatera kreskówki niż drapieżnika

redakcja

Autor:redakcja

02 czerwca 2018, 13:35 • 5 min czytania 20 komentarzy

Zawsze myśleliśmy, że Zlatan będzie się starzał w sposób imponujący. Przez długi czas był przecież niczym wino – im starszy, tym lepszy, a kolejne wiosny na karku nie ujmowały mu niczego w piłkarskim warsztacie. Ostatnio jednak Szwed przeżywa zdecydowanie jeden z gorszych okresów w karierze i tak naprawdę nie wiadomo komu sprawia największy zawód – kibicom, klubowi, mediom, czy samemu sobie.

Zlatan lwem? W MLS przypomina raczej bohatera kreskówki niż drapieżnika

Chociaż może akurat wspominka o dziennikarzach nie jest zbyt trafiona? Ibrahimović miał w końcu być postacią, która doda splendoru nie tylko LA Galaxy, lecz w ogóle całemu tamtejszemu soccerowi. Umówmy się – to wciąż chodząca legenda. Problem w tym, że nastawiano się raczej, iż co mecz napastnik da powody, by pisać o nim w samych superlatywach, Że co chwila zachwycać się będziemy jego spektakularnymi zagraniami, technicznymi popisami, a także resztą dobrodziejstwa jego inwentarza.

Tymczasem tylko jego początek w nowej drużynie był imponujący. Comeback w derbach z LA FC naprawdę robił wrażenie. Galaxy dostawało w plecy już 0:3, ale ostatecznie zwyciężyło 4:3. Ibra wszedł na boisko w 71. minucie, strzelił spektakularnego gola dającego drużynie remis, a potem dołożył kolejne, dzięki czemu jego zespół zainkasował trzy punkty.

– Ludzie chcieli prawdziwego Zlatana, a więc go dostali – przekonywał w swoim stylu, choć nie spodziewał się raczej, że kilka miesięcy później ten zwrot przybierze aż tak groteskowy charakter. Patrząc na większość pozostałych występów tego zawodnika można powiedzieć jednak, iż znacznie lepiej niż na boisku wypadł chociażby w telewizyjnym show Jimmy’ego Kimmela.

Reklama

– Wszędzie jestem zaczepiany. Ale to moja wina, bo jeśli gra się tak jak ja… – wspominał wówczas. Samą butą nie jesteśmy zdziwieni ani trochę, natomiast trzeba przyznać, że jego zapowiedzi były bardziej niż niż nietrafione. Być może wydawało mu się, iż przechodzi do ogórkowej ligi, gdzie na stojąco, kilkoma zagraniami będzie w stanie przesądzać o losach kolejnych spotkań, lecz nic takiego miejsca nie miało. Wręcz przeciwnie, ze świetnego sezonu, jaki sobie prognozował, wychodzą nici. Poza meczem otwarcia zaliczył jeszcze jeden niezły z Chicago Fire, ale poza tym? Bida z nędzą. Parę dni temu zapakował dwie sztuki FC Dallas, lecz Galaxy i tak poległo. Wcześniej natomiast do siatki nie trafił przez półtora miesiąca, przez co spotkał się z ogromną, aczkolwiek zasłużoną krytyką.

Nie zrobił zatem praktycznie nic, dzięki czemu ekipa z Los Angeles znów byłaby wielka. W tym momencie zajmuje ósmą lokatę w konferencji zachodniej, podczas gdy ich lokalny rywal usadowił się pięć pięter wyżej. Szanse na play-offy wciąż są, lecz jeśli podopieczni Sigiego Schmida nie zakwalifikują się do nich, zostanie to uznane za wielką tragedię. A także ogromne fiasko samego Zlatana, którego dotychczasowe występy nie mają nic wspólnego ze spodziewanym „one man show”.

Swoją drogą to pokazuje jak wielki błąd w myśleniu popełnili sternicy Galaxy. Zamierzali oprzeć całą drużynę o jednego zawodnika, który – tak się wydaje – lata świetności ma już dawno za sobą, uzależnić się od niego, lecz przecież z samej definicji tego określenia wynika znacznie więcej złego niż dobrego. Media nie szczypią się zresztą w języki i klawiatury. – Oni sprowadzili Ibrę po to, aby był napastnikiem, czy marketingową maskotką? Bo póki co spełnia się praktycznie tylko w jednej z tych ról – pisał Graham Ruthven, zajmujący się MLS między innymi w The Guardian.

Na dziś Zlatan wydaje się być raczej kłębkiem frustracji, a nie piłkarską gwiazdą z prawdziwego zdarzenia. Choć czasem wyznawał zasadę „nieważne jak mówią, ważne że w ogóle mówią”, to nie ma się co oszukiwać – jemu samemu to wszystko jest nie w smak. – Oczywiście, że jestem niezadowolony. Przecież ciągle przegrywamy. Powinniśmy pracować ciężej, bo przegrywamy ze słabymi zespołami. Nie jestem w stanie zaakceptować takiego stanu rzeczy – mówił. A jednak Szwed nie w sportową złość przekuł te emocje. Dał im ujście w znacznie gorszy sposób chociażby w spotkaniu z Montreal Impact, gdy obejrzał czerwoną kartkę za niesportowe zachowanie. Jasne, nadpnięcie ze strony Michaela Petrasso na pewno do przyjemnych nie należało, ale uderzenie go w głowę tym bardziej nie było odpowiednią reakcją kogoś, kto miał być liderem pod względem– sportowym, ale też dyscyplinarnym, jeśli chodzi o dojrzałość i doświadczenie.  Żadnej z tych cech napastnik na razie nie pokazał, więc nie dziwota, iż niektóry teoretyzują, że kiedy znajduje się on poza boiskiem, reszcie drużyny gra się znacznie lepiej.

Reklama

Po pierwsze, ponieważ wtedy naprawdę stanowi ona kolektyw, a nie tylko jest machiną która ma pracować na korzyść buńczucznego gwiazdora. Po drugie, bo nie wywiera on dodatkowej presji na kolegach, którym krzyki Ibry raczej pętają sznurówki w korkach, zamiast dodawać skrzydeł.

Dodatkowo nie udała się też jego kampania, jaką prowadził względem powrotu do reprezentacji oraz wyjazdu na mundial. Dziś już wiadomo, że będzie mógł pojawić się w Rosji co najwyżej w roli turysty. Rodacy pięknie utarli mu nosa. Aż 63% fanów uznało, iż nie chciałoby jego powrotu do drużyny narodowej. Piłkarze stwierdzili, że zbyt dobrze poradzili sobie w eliminacjach oraz za bardzo przyzwyczaili się do obecnych schematów taktycznych wykorzystywanych w zespole, aby teraz przewracać wszystko do góry nogami dla jednego zawodnika. Selekcjoner, Janne Andersson, powiedział z kolei: – Czy Zlatan jest w moich planach na mundial? Absolutnie nie. Nie ma w nich również innych zawodników, którzy zrezygnowali z dalszej gry w kadrze Szwecji. Uwzględniam tylko tych piłkarzy, którzy chcieli w niej występować i jasno o tym mówili.

A to nie koniec wyliczanki. Kilka innych powodów znajdziecie w innym naszym artykule.

Wygląda więc na to, że Szwed będzie musiał spisać na straty całe pierwsze półrocze bieżącego roku. Być może później naprawdę obudzi się w nim stary dobry Zlatan, a tym samym stanie się motorem napędowym Galaxy z prawdziwego zdarzenia, lecz póki co nie dał zbyt wielu argumentów, by go nie krytykować.

Dziś bowiem pod wieloma względami bardziej przypomina lwa Alexa z filmu „Madagaskar” niż prawdziwego drapieżnika, do którego porównuje się aż do porzygu.

Najnowsze

Komentarze

20 komentarzy

Loading...