Wielkiej skały wiatr nie ruszy. Poruszająca historia Clinta Dempseya

redakcja

Autor:redakcja

07 lipca 2012, 13:58 • 13 min czytania

Reklama
Wielkiej skały wiatr nie ruszy. Poruszająca historia Clinta Dempseya

Teoretycznie to historia jakich w sporcie wiele. O walce, talencie, determinacji, przezwyciężaniu problemów i osiągnięciu własnego Everestu w finale. W rzeczywistości wygląda trochę inaczej. Jest naznaczona bólem i mordęgą, cierpieniem i wyrzeczeniami, żalem i pustką nie do wypełnienia. Niczym bieg z arcytrudnymi przeszkodami, w którym Clint Dempsey szczęśliwie osiągnął linię mety.
Niewielu jest zawodników, którzy noszą na plecach podobny bagaż doświadczeń. Nie będzie chyba przesadą napisać, że życie Cilinta Dempseya po prostu przeczołgało, nieustannie rzucało kłody pod nogi, jakby na siłę chcąc zatrzymać go w rodzinnym Teksasie. Zdalna od marzeń, sukcesu i pasji, której wszystko podporządkował. Nie udało się, na szczęście, chociaż niejednokrotnie było bardzo blisko.

Reklama

Spadająca gwiazda

Gdyby nie złośliwość i okrutność losu, to bardzo możliwe, że dziś nie byłoby Clinta Dempseya – zawodowego piłkarza. Wychowywał się w ubogiej i wielodzietnej rodzinie, w której największy problem zawsze stanowiły pieniądze. W domu starano się oszczędzać na czym tylko się dało. Gdy od święta, w ramach specjalnej okazji, Clint i jego rodzeństwo wybierali się do Taco Bell, jeden posiłek dzielili między całą piątkę tak, żeby każdy mógł spróbować tego, na co miał ochotę. Miał jednak to szczęście, że rodzicie robili wszystko, by tylko przychylić nieba jemu i pozostałej czwórce.

Ojciec chłopaka, widząc że ten zdradza spory talent do soccera, co weekend woził go na treningi do Dallas, nie zważając na to, że jedna ponad 300-tu kilometrowa podróż oznacza wydatek rzędu 120 -150 dolarów. De facto było to płacenie za samą możliwość gry w młodzieżowej drużynie Longhorns, siejące spore spustoszenie w domowym budżecie, ale trenerzy byli zachwyceni chłopakiem i nalegali aby nie przerywał treningów. By nieco poprawić nieciekawą sytuację, ojciec Clinta chwytał się wszelkiego rodzaju prac dorywczych, sprzedał nawet swoją kolekcję broni, zaś pracująca jako pielęgniarka matka brała dodatkowe zmiany. Mimo to kiedyś nastał czas wyboru.

Jennifer Dempsey, podobnie jak jej młodszy brat, miała nie lada talent do sportu. Grała w tenisa, trenerzy wróżyli jej wielką karierę, uchodziła za „złote dziecko”. Sęk w tym, że jej treningi, wyjazdy na turnieje i cała reszta kosztowały jeszcze więcej niż piłkarska przygoda Clinta. Siłą rzeczy z czegoś trzeba było zrezygnować. Jennifer była starsza, miała pierwszeństwo, poza tym w tenisie widziano większe perspektywy. Padło więc na Clinta. – Byłem bardzo przygnębiony i zły. Musiałem zrezygnować z piłki w klubie i wrócić do gry rekreacyjnej. Ale prawda jest taka, że nie mogliśmy sobie pozwolić na jedno i drugie – tłumaczy decyzję rodziców w rozmowie z „Guardianem”. O braterskiej zazdrości, czy zawiści nie było jednak mowy. Tak to już jest, że wspólne problemy z reguły cementują rodzinę. Clint kochał swoją siostrę, cieszył się każdym jej sukcesem. Rozumiał.

Reklama

Był rok 1995, dzień przed Świętem Dziękczynienia. Clint przebywał akurat u kolegi, gdy został nagle wezwany do domu. Jennifer zemdlała, w szpitalu okazało się, że ma tętniaka mózgu. – Pamiętam bardzo wyraźnie przybycie do szpitala i te wątpliwości tworzące się z tyłu głowy. Co jeśli to się stanie? Co jeśli moja siostra dzisiaj umrze? – mówi kilkanaście lat po tragedii.

Niestety, ziściły się najczarniejsze myśli. Jennifer nie udało się pomóc, umarła. Dla 12 – latka były to chwile pełne traumy i bólu, połączone z litrami łez, wylewanymi – jak sam mówi – do momentu nadejścia bólu głowy.

Po śmierci siostry przez rok starał się dojść do siebie, odzyskać utraconą równowagę. Tak jak rozumiał powody, dla których musiał odłożyć na bok marzenia o zawodowej karierze, tak za nic nie mógł pojąć tragedii, która dotknęła Jennifer. Ukojenie odnalazł w dawnej miłości – w piłce nożnej. Stopniowo, krok po kroku, na nowo nabierał determinacji, chęci, zapału. W końcu na dobre wrócił do gry, znów chciał zostać zawodowcem. Dziś uważa, że nieszczęśliwe wydarzenia w sprawiły, że szybciej dorósł i dojrzał, zrozumiał niektóre mechanizmy rządzące światem. O Jennifer pamięta zawsze i na zawsze. Dedykuje jej każdą strzeloną bramkę.

Reklama

Swoją celebrację Dempsey tłumaczy przyrzeczeniem, które otrzymał od ukochanej siostry tuż przed jej śmiercią. – Powiedziała mi, że jeśli kiedykolwiek umrze, to pomoże mi umieścić piłkę w siatce. To właśnie jest powód, dla którego patrzę w niebo po każdej bramce.

Dwóch kumpli

Nacogdoches nie jest wymarzonym miejscem do uprawiania piłki nożnej. Głównie dlatego, że nie cieszy się w tam wyjątkową popularnością. Dzieciaki preferują baseball, koszykówkę, czy futbol amerykański, jak to w Stanach. Clint Dempsey grał we wszystko, po trochu, jednak do niczego nie nabrał pełnego przekonania. W futbolu i baseballu irytowały go ciągłe przestoje w grze, z kolei koszykówce zawsze znalazł się ktoś lepszy od niego. Naprawdę dobrze czuł się tylko grając w soccera. Podobała mu się dynamika gry, nieustanna akcja. No i był naprawdę dobry w te klocki.

Reklama

Nie ważne było to, że często musiał grać boso, nie liczyło się, że przeważnie biegał za piłką po brudnych i zakurzonych ulicach teksańskiego miasteczka. Chciał po prostu grać w piłkę, strzelać bramki, asystować. I choć babcia z dziadkiem nieustannie namawiali go, żeby w końcu przerzucił się na baseball, on kurczowo trzymał się swojego wyboru. Wzorem dla niego był starszy brat Ryan, od którego nauczył się wielu piłkarskich tricków. Miał też szczęście, że w pamiętnym 1995 roku na jego drodze stanął Victor Rivera, wielki miłośnik futbolu i ojciec Victora juniora, najlepszego przyjaciela Clinta.

Rivera, pewnie z racji swych hiszpańskich korzeni, piłkę miał we krwi. Nie tylko sam namiętnie grywał, ale też uczył podstaw wszystkich chętnych chłopców z okolicy. Dla Dempsey’a był niemal drugim ojcem, w dużej mierze ze względu na bliski kontakt jaki miał z jego synami Victorem i Franky’m. Zwłaszcza z tym pierwszym pozostawał w wyjątkowo bliskich, przyjacielskich relacjach. Jedynie na boisku występowali przeciwko sobie. Uwielbiali rywalizować, zawsze skrupulatnie liczyli, kto strzelił więcej goli, kto miał więcej asyst, przypominali każdą udaną akcję. Jak to kumple.

Z czasem jednak znudziła im się gra na łące obok domu Victora. Chcieli czegoś więcej, marzyli o prawdziwej rywalizacji. Jej namiastką mogła być liga, którą w Nacogdoches prowadzili Meksykanie. Wcześniej rywalizował w niej brat Clinta, więc chłopcy często gościli na meczach, marząc po cichu o udziale w meksykańskim przedsięwzięciu. Nie zrażały ich zaaranżowane byle jak boiska, brak sędziów i jakichkolwiek zasad, czy wszechobecna agresja. To wszystko się nie liczyło. Chcieli po prostu poczuć się jak prawdziwi piłkarze, choćby w małym stopniu.

Victor senior, choć początkowo kategorycznie sprzeciwiał się pomysłowi młokosów, ostatecznie podjął się sformułowania drużyny i przyłączenia jej do ligi. Największy problem stanowili organizatorzy, którzy za nic nie chcieli przyjąć „Zamory”, bo tak nazywał się nowy zespół, w swoje szranki. Wprost pytali Rivere, czy chce pozabijać chłopców, którymi się opiekuje. Ten jednak nie dawał za wygraną i przekonywał, że umiejętności jego zawodników zaskoczą wszystkich. Był na tyle namolny, że w końcu „Zamora” została dopuszczona do rozgrywek. Oznaczało to, że nastolatkom przyjdzie rywalizować z dużo starszymi zawodnikami, w zasadzie dorosłymi facetami, z których niektórzy mogli pochwalić się przeszłością w zawodowych ligach meksykańskich. Co prawda organizacja pozostawiała wiele do życzenia, ale to i tak było lepsze niż bieganie po nieskoszonym ogrodzie, gdzie za bramki robiły buty i ubrania, a za obrońców rosnące tu i tam drzewa.

Reklama

Początkowo wszystko szło zgodnie z przewidywaniami. „Zamora” w debiucie przyjęła sześć mocnych ciosów. Rivera senior widząc na twarzy chłopców rezygnację, wziął sprawy w swoje ręce i doskonale wywiązał się z roli trenera. Motywował i zachęcał do podjęcia walki jeszcze raz na tyle dobrze, że w kolejnym meczu „Zamora” przegrała tylko jedną bramką, Następne spotkanie jego podopieczni rozstrzygnęli już na własną korzyść. Do trzech razy sztuka.

Z czasem duet Dempsey – Rivera na dobre rozszalał na różnorakich boiskach meksykańskiej ligi w Nacogdoches. Rywale szybko pojęli, że łatwiej będzie im wygrać jeśli jak najbardziej zniechęcą do gry dwóch najlepszych zawodników „Zamory”. Toteż imponujący szybkością i wykończeniem Rivera i czarujący sztuczkami technicznymi Dempsey coraz częściej byli atakowani coraz brutalniej Matka Dempsey’a chciała nawet wymóc na synu rezygnację z gry, po tym jak któregoś dnia zajmowała się w szpitalu młodym chłopakiem, który zamiast prawdziwych ochraniaczy używał kawałków tektury i skończył na szpitalnym łóżku z połamanymi nogami. Bez rezultatu.

Clint przesiąkł piłką do szpiku kości. Rodzice, zdając sobie sprawę, że już nie odpuści, na nowo zaczęli dowozić go na treningi do Dallas i na turnieje, w których brała udział jego drużyna. Raz nawet otarli się o śmieć, gdy po 16- to godzinnej jeździe ojciec Clinta zasnął za kierownicą i stracił kontrolę nad pojazdem. Na szczęście wszyscy wyszli z tego bez poważniejszych obrażeń. Bardzo często towarzyszył im Victor junior, którego talent rozwijał się równie szybko. Niestety, jego ojciec niedługo mógł sobie pozwolić na finansowanie wyjazdów. Chociaż pragnął dla syna wszystkiego, co najlepszy, chciał zapewnić mu dobrą przyszłość, to kwestie finansowe okazały się nie do przeskoczenia.

Tym samym Victor junior na dobre stracił szanse na poważną karierę. Regularnie grający na wyższym poziomie Dempsey, jeżdżący na liczne turnieje, na których aż roiło się od uniwersyteckich skautów miał znacznie łatwiejszy start. Mógł przebierać w ofertach od szkół z całego kraju, Division I (uniwersytecka ekstraklasa) stała przed nim otworem. Rivera nie miał na to szans, nawet dołączenie do najlepszej drużyny w Nacogdoches nie poprawiło jego sytuacji. Grał w miejscu, którego skauci nie odwiedzali, pewnie nawet o nim nie wiedzieli. Gdy Dempsey przyjmował pełne stypendium na Uniwersytecie Furmana, jemu pozostawała gra na niższym poziomie w Division II.

Reklama

Choć na dobrą sprawę nie przestał marzyć o MLS, to nigdy nie było mu dane nawet powąchać profesjonalnej piłki. Dobre występy na uniwersytecie, gdzie pobił wszystkie rekordy strzeleckie, nie pozwoliły na wybór w drafcie, ale przynajmniej otworzyły drogę do testów . Na tym polu również nic nie zdziałał. Najpierw został odstrzelony w Houston, potem świadomie zrezygnował z treningów w New England Revolution, które zresztą załatwił mu Dempsey. Chciał spróbować sił w akademii policyjnej, do której został przyjęty w tym samym czasie. To była pewniejsza opcja, zważywszy na to, że miał już na utrzymaniu dziecko. Chciał stabilizacji, której piłka nożna mu nie gwarantowała. Wszystko układało się dobrze do felernego dnia, w którym odbywał rutynowy trening na strzelnicy. W pewnym momencie z ucha wypadła mu słuchawka. Gdy Victor schylał się po nią jego broń przypadkowo wystrzeliła.

Dempesy swojego przyjaciela upamiętnił w szczególny sposób. Po strzeleniu bramki Anglikom na Mistrzostwach Świata w RPA tradycyjnie spojrzał w niebo. Tym razem poza Jennifer dziękował jeszcze komuś. Dziękował Victorowi układając z palców liczbę 13, którą Rivera zawsze nosił na plecach.

Chodzi o wiarę w siebie

W 2004 roku Dempsey dopiął swego. Z numerem 9 został wybrany w pierwszej rundzie draftu przez New England Revolution. Wreszcie był zawodowcem. On, chłopak znikąd, z „Naco-nowhere” jak złośliwie mówiono o jego rodzinnym mieście. Ten, który nie miał prawa się wybić.

Reklama

Jeszcze w szkole średniej, tuż przed rozpoczęciem uniwersyteckiej przygody, jego kariera była zagrożona. Nabawił się poważnej kontuzji kolana, która mogła przekreślić wszytko to, co dotychczas zdobył. I choć wiele wskazywało na pechowe zakończenie, to Dempsey jeszcze raz pokonał przeciwności losu, jeszcze raz się nie poddał. Po prostu nie mógł tego zrobić, był już tak blisko celu, że musiał ponownie podjąć walkę, na nowo uwierzyć w siebie. Tryumf był tym słodszy, że zwieńczony powołaniem na konsultacje kadry U-20. Jej wysłannicy często gościli na meczach drużyny Uniwersytetu Furmana obserwując Ricardo Clarka, z czasem w oko wpadł m też szalejący Dempsey. Musieli mieć go u siebie.

W rozgrywkach MLS od samego początku radził sobie nadspodziewanie dobrze. W pierwszym sezonie sięgnął po nagrodę dla najlepszego debiutanta oraz poprowadził swoją drużynę do finału Konferencji Wschodniej. Rok później jego drużyna zameldowała się w ścisłym finale ligi i jasne stało się, że Dempsey niedługo opuści krajowe boiska. W 2007 roku przeniósł się do Fulham, gdzie jego gwiazda rozbłysła pełnym blaskiem. Zwłaszcza ostatni sezon był rewelacyjny w jego wykonaniu. W grudniu został najlepszym amerykańskim strzelcem w historii Premier League, zapisując na swoim koncie bramkę nr 37. Na fotelu lidera zluzował Briana McBride’a,. Z kolei w styczniu w 30 minut rozbroił i unicestwił wysoko latające „Sorki” z Newcastle, zostając pierwszym Amerykaninem, który w meczu PL skompletował hattricka.

Po zakończeniu rozgrywek podniosły się głosy o rzekomym odejściu Dempsey’a z Fulham. Jako potencjalnych zainteresowanych wymienia się Everton, Liverpool, Arsenal, a nawet Romę. On sam nie ukrywa, że chciałby przenieść się do klubu grającego w Lidze Mistrzów. – Chcę w swojej karierze osiągnąć jak najwięcej, by kiedyś spojrzeć wstecz i powiedzieć, że wykorzystałem wszystkie szanse, które miałem. Zawsze będę chciał grać w Lidze Mistrzów, bo to coś, czego nigdy nie robiłem. Chciałbym sprawdzić się na tym poziomie. Albo będę wystarczająco dobry, albo nie.

Reklama

Odejście Dempsey’a byłoby dla Fulham nieodżałowaną stratą. W tym sezonie miał udział przy prawie połowie bramek zdobytych w lidze przez „Cottagers”, choć wydaje się, że jeszcze więcej daje mu od strony mentalnej. Jest jego boiskowym liderem, stale ciągnącym wózek do przodu. Nie przystaje na kompromisy, zawsze gra twardo i skutecznie. Dokładnie tak, jak nauczył się w Nacogdoches.

Równie ważną rolę pełni w reprezentacji USA, w której gra pierwsze skrzypce do spółki z Landonem Donovanem. Chociaż są mniej więcej w tym samym wieku, to ich losy toczyły się zgoła inaczej. Donovan już jako 18-latek debiutował w seniorskiej kadrze, rok wcześniej przeniósł swe talenty do Europy, konkretniej do Bayeru Leverkusen. Kiedy o Dempsey’u nikt jeszcze nie słyszał, on był już kreowany na dużą gwiazdę. I rzeczywiście został nią, lecz Dempsey wcale nie ustępuje mu kroku. Zresztą Donovan chyba najlepiej charakteryzuje zadziornego Teksańczyka. – On cały czas ma sobie szalony głód sukcesu, dużo większy niż u innych. To piękna rzecz.

Głód sukcesu, o którym mówi Donovan naprawdę nigdy nie opuszcza Dempsey’a. Trwa to lat młodzieńczych, gdy potrafił zbesztać młodszego brata tylko za to, że za łatwo dał minąć się przeciwnikowi. Wyznaje prostą zasadę, że na boisko wychodzi się po to, by wygrywać, a jeśli on sam nie postara się o to zwycięstwo, to z cała pewnością nie dostanie go za darmo. Dzięki tej dewizie faktycznie odniósł wygrał i to coś dużo cenniejszego niż piłkarskie trzy punkty. Dempsey wygrał swoje marzenia, jakby na pohybel dzieciakom, które w szkole śmiały się, że gra w soccera i wszystkim tym, którzy wróżyli mu spektakularny upadek.

Don’t tread

Reklama

Pod koniec 2005 roku został zaproszony przez firmę Nike do nagrania utworu, który miał być częścią kampanii przed zbliżającymi się Mistrzostwami w Niemczech. Piłkarz zgodził się pod warunkiem, że zostanie on zadedykowany Jennifer. Na bicie pomaga mu Big Hawk, legenda hip-hopowej sceny w Houston, którego Dempsey osobiście zaprosił do współpracy. Trzeba przyznać, że była to owocna kolaboracja, o bardzo wymownej treści.

Rap to obok futbolu największa pasja Dempsey’a. Oddaje się jej z nie mniejszym zamiłowaniem, choć czyni to raczej hobbystycznie. Niemniej często podkreśla, że jest to dla niego doskonały sposób na ucieczkę od problemów wszelkiej maści oraz coś, co po prostu lubi robić. Dlatego nad wspólnym numeru z Big Hawk’iem nie zastanawiał się zbyt długo. – On był naprawdę fajnym facetem, bogobojnym chrześcijaninem i pionierem w kategoriach muzycznych. – mówi o nim, niestety już w czasie przeszłym. Mniej więcej pół roku po premierze „Don’t tread” raper, tak jak jego młodszy brat, został zastrzelony na jednej z ulic w Houston. Dla Deuce’a, czyli hiphopowego alter ego Dempsey’a, oznaczało to kolejną masę przykrych wspomnień.

Wśród nich jest też to, o dwóch kolegach z czasów uniwersyteckich. Któregoś dnia namawiali Clinta do wyjście na koncert, ten bardzo chciał pójść, lecz finansowo nie mógł sobie na to pozwolić. Jak się okazało, brak forsy uratował mu życie. Jego kumple mieli wypadek samochodowy, wpadli pod 18-to kołową ciężarówkę. Jeden z nich nie przeżył, drugi doznał tak poważnych obrażeń, że był zmuszony zrezygnować ze sportu.

Reklama

Dempsey jest jednak na tyle mocno zahartowany, że chyba nic nie jest w stanie go złamać. Jeśli za prawdziwe uznamy twierdzenie, że wzmocni nas to, co nie zdoła nas zabić, to piłkarz Fulham z całą pewnością jest niezniszczalny. W jego życiu wydarzyło się tyle smutnych i przykrych rzeczy, że dzisiaj czerpie radość nawet ze spraw pozornie błahych. Najwięcej satysfakcji sprawia mu fakt, że został doceniony w USA, kraju, w którym piłka nożna wciąż nie cieszy się wielkim uznaniem. Za największą wartość uznaje rodzinę, uwielbia poświęcać czas żonie i dzieciom. No i cały czas chce iść do przodu, mimo że w jego przypadku oznacza to wspinaczkę pod najbardziej stromą górę.

KAROL BOCHENEK

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama