Żywy pomnik, pierwszy po „bogu futbolu”: Riquelme opuszcza Boca Juniors

redakcja

Autor:redakcja

07 lipca 2012, 10:20 • 4 min czytania

Reklama
Żywy pomnik, pierwszy po „bogu futbolu”: Riquelme opuszcza Boca Juniors

Osiemnaście międzynarodowych tytułów, dwadzieścia dziewięć mistrzostw Argentyny, ponad stuletnia historia, bodaj najbardziej fanatyczni kibice na świecie. Club Atletico Boca Juniors, legenda światowego futbolu, klub magiczny, unikalny, klub, który grając w sobotę mecz ustawia humor na cały tydzień prawie trzem milionom ludzi w Buenos Aires. La Bombonera, ich stadion, 50-tysięcznik, którego architekturę bez trudu rozpoznają kibice pod każdą szerokością geograficzną. Obiekt, na którym gościła cała plejada futbolowych osobistości. Kim trzeba być, by pod tym właśnie stadionem mieć własny pomnik? Możliwości są tylko dwie – „bogiem futbolu”, albo Juanem Romanem Riquelme.
Coraz mniej jest już takich zawodników. Dziesiątka na plecach w takim wypadku jest jedynie formalnością, tak naprawdę numer jest już od dawna zdefiniowany przez styl gry. Mózg zespołu, człowiek rozdzielający piłki, rzucający milimetrowe podania, ale przede wszystkim kreujący całą grę ofensywną. Przy tym cały czas truchtający. Nie wykonujący niepotrzebnych zrywów, wymieniający spokojnie piłkę z każdym kolegą z drużyny. Z mocnym, niesygnalizowanym uderzeniem. Lider.

Reklama

To właśnie obsesja dominowania, żądza bezustannego dopieszczania piłki sprawiły, że dziś pomnik Riquelme nie stoi pod Camp Nou, czy Santiago Bernabeu, ale pod La Bombonerą. Juan zawsze był bowiem „dychą” nie tylko pod względem stylu gry, ale przede wszystkim pod względem psychiki. Nazwać go „grającym trenerem” byłoby może nadużyciem, faktem pozostaje jednak, że dobrze grał wyłącznie w drużynach opierających swoją taktykę na jego kreatywności. Gdy w Barcelonie jakiś szaleniec z Holandii chciał przerzucić go na skrzydło, eksperyment zakończył się klęską, gdy w Vilarreal stracił miejsce w pierwszym składzie, zaczął narzekać nawet na zbyt zieloną trawę.

Krnąbrny, uparty, bardzo wrażliwy – jak połowa latynoskich gwiazd – nie potrafił odnaleźć się w drużynach naszpikowanych gwiazdami. Po okresie czarowania w Boca Juniors przyszedł wielki zawód podczas pobytu w Barcelonie. Odrodził się dopiero w Vilarreal, w małym miasteczku, które uwierzyło w jego umiejętności. Znów, tak jak przed wyjazdem do Europy, w swoim rodzinnym Buenos Aires, mógł czarować dryblingami i samodzielnie decydować jak ma wyglądać ofensywa „Ł»ółtej فodzi Podwodnej”. Odpłacił się w najlepszy możliwy sposób – wprowadzając klub na podium w La Liga oraz doprowadzając Vilarreal do półfinału Ligi Mistrzów.

Wkrótce jednak nawet tam stracono do niego cierpliwość. Pożegnanie? Krótka rozmowa z kolegami z drużyny, ani słowa dla trenera Pellegriniego, ani słowa dla władz klubu. Klubu, w którym odnosił przecież największe sukcesy. Przestali mu ufać, przestali na niego stawiać, więc momentalnie stracili również jego szacunek. Riquelme porzucił europejskie ambicje i wrócił tam, gdzie zawsze będzie witany jak bóg. Do Boca Juniors.

Reklama

W Buenos Aires znów wzbił się na najwyższy poziom, wygrał z CABJ Puchar Wyzwolicieli, zostały również najlepszym zawodnikiem tego turnieju. Przez następne pół roku… nie grał w ogóle w piłkę. Wypożyczenie do Argentyny dobiegło końca, a Vilarreal postanowił zatrzymać go za wszelką cenę w Hiszpanii. Gdy latynoskiego piłkarza chce się do czegoś zmuszać, kończy się to podobnie jak z Adriano, Tevezem, czy całą armadą innych graczy z Ameryki Południowej. To koty, które chadzają własnymi ścieżkami – nic więc dziwnego, ze już kilka miesięcy później zdesperowani działacze Vilarreal przyjęli ofertę Boca Juniors i ostatecznie pozbyli się tego szalonego czarodzieja.

Podobnie było zresztą w kadrze – póki dyrygował, czuł się wyśmienicie, ale ten kij miał też drugi koniec. Po porażce na niemieckim mundialu, cała krytyka skupiła się właśnie na Riquelme. Krótko po mistrzostwach, Juan zapowiedział zakończenie reprezentacyjnej kariery z powodu choroby matki. Ostatecznie zdołał jeszcze powrócić na Copa America w 2007 oraz Igrzyska Olimpijskie w 2008. W obu skończył z medalami – odpowiednio srebrnym i złotym.

Po powrocie do Argentyny mógł wreszcie się zrelaksować i robić to, co umie najlepiej. Błyszczeć, przyćmiewać nie tylko przeciwników, ale i swoich kolegów. Kilkanaście miesięcy później zagościł na La Bombonera już na stałe, w postaci pomnika z brązu.

Reklama

W tym tygodniu, po rozegraniu ponad trzystu meczów w niebiesko-złotych barwach, Riquelme powiedział dość. – Rozmawiałem z prezydentem i poinformowałem go, że nie będę kontynuował kariery w Boca Juniors. Jestem kibicem tego klubu, ale doszedłem do końca swojej drogi. Teraz chcę tylko wrócić do domu, zrobić grilla z przyjaćiółmi i odpocząć – powiedział w swoim stylu argentyński pomocnik. Nadal nie wiadomo, czy zakończy karierę, czy pójdzie dalej wykonywać swoje leniwe dryblingi gdzieś w Chinach, lub w Katarze. Na odchodne dodał tylko – By było jasne. Jestem bosteros i umrę jako bosteros – racja, Juan. Umrzesz także jako zdobywca nagrody od hiszpańskiego dziennika „Marca” dla najbardziej artystycznego piłkarza. Nagrody, którą dostałeś raz, choć powinna być dla ciebie zapewniona dożywotnio. Albo chociaż nazwana twoim imieniem.

JAKUB OLKIEWICZ

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama