Betsson PowerPlay! Kto na fali, kto pod formą?

redakcja

Autor:redakcja

16 września 2016, 15:34 • 8 min czytania

Reklama
Betsson PowerPlay! Kto na fali, kto pod formą?

W zagranicznych ligach owładniętych „moneyballami” i ubóstwieniem dla statystyk, rankingi powerplay bywają równie popularne jak oficjalne ligowe tabele. Postanowiliśmy pobawić się właśnie w taki sposób i wraz z naszymi partnerami z firmy Betsson przygotowywać przed weekendem raport dotyczący aktualnych rewelacji i zawodów w europejskiej piłce. Oczywiście nie będziemy iść na łatwiznę i pisać co tydzień, że Real jest mocny, bo ma Cristiano Ronaldo. Jeśli jednak etatowy chłopiec do bicia zacznie nagle marsz w górę tabeli, albo osłabiony kontuzjami faworyt do mistrzostwa na dobre utknie w środku tabeli – z pewnością się o tym dowiecie. Zapraszamy na nasz pierwszy Betsson PowerPlay!

Reklama

14445692_1300128500006340_1236805338_n

AS MONACO

Nie wiemy, czy można mówić w tym przypadku o „efekcie Glika”, ale polemika ze stwierdzeniem, że Polak gra bardzo dobrze, a cała drużyna Monaco wręcz świetnie, to trochę jak wyjście do ringu na braci Kliczko po pięciu treningach bokserskich u Marcina Najmana. Delikatnie rzecz ujmując – może się nie udać.

Był falstart na samym początku –  porażka w pierwszym meczu z Fenerbahce – a później jeden remis i siedem zwycięstw. Ostatnie trzy kolejno z: PSG u siebie (3-1), Lille na wyjeździe (4-1) i Tottenhamem również na wyjeździe (2-1).

Reklama

Czasy, w których Monaco rozbijało bank na transfery, już jakiś czas temu odeszły w niepamięć, ale wszystko wskazuje na to, że nie będzie oznaczało to stagnacji. Mądre wzmocnienia (jak np. Glik) solidnej paki i szykuje się pasjonujący sezon, który teraz nareszcie może nie skończyć się koronacją paryżan, gdzieś w okolicach świąt Bożego Narodzenia Wielkanocy. Aktualny lider Ligue 1 w ten weekend gra u siebie z Rennes – Betsson płaci za zwycięstwo gospodarzy po kursie 1,75.

14445692_1300128500006340_1236805338_n

US SASSUOLO

Dość zapracowani na początku sezonu są podopieczni Eusebio di Francesco, prócz obowiązków ligowych muszą spełniać te związane z grą w pucharach. Ale robią to wszystko z uśmiechem na ustach. Nie, nie mamy materiału dowodowego w postaci nagrania z ukrytej kamery zamontowanej w szatni. Wystarczy, że obserwujemy ich grę, a dość nieoczekiwanie naprawdę jest co obserwować.

Reklama

Z ośmiu rozegranych spotkań Sassuolo przegrało jedno. To znaczy formalnie dwa, ale o tym za moment. Na pewno było gorsze od Juventusu w ostatniej kolejce Serie A, ale wiadomo – to inna liga. Gdy we włoskich klubach z tej półki przed startem sezonu patrzy się w terminarz, kolejka oznaczająca spotkanie ze Starą Damą w zasadzie z góry spisywana jest na straty. Z kolei druga przegrana Sassuolo to jedynie efekt zaproszenia na staż Marty Ostrowskiej niedopilnowania papierków – na murawie piłkarze puknęli Pescarę, a w gabinetach pracownicy puknęli się w głowę, gdy spostrzegli się, że dopuścili do gry nieuprawnionego zawodnika.

Ale nawet to nie zbiło piłkarzy z pantałyku, czego najlepszym świadectwem jest czwartkowy mecz z Atheltikiem Bilbao w Lidze Europy. Wygrana 3-0 z Baskami ma swoją wymowę. Raz – styl imponujący. Dwa – była to udana obrona honoru włoskiej piłki, bo tego wieczora Inter przerżnął u siebie Hapoelem Beer Szewa, Roma nie potrafiła wygrać z Viktorią Pilzno, a Fiorentina z PAOK-iem Saloniki. Trzy – dokonano tego bez udziału narzekającego na uraz Domenico Berardiego, gwiazdy numer jeden zespołu (7 goli i 1 asysta na początku sezonu).

Jest moc. A w ten weekend – mecz na własnym terenie. Pokonanie Genui Betsson wycenia kursem 2,17. Coś nam podpowiada, że ich forma jeszcze trochę potrwa – Genoa wprawdzie wygrała swoje dotychczasowe ligowe mecze, ale rywalami były zespoły ze strefy spadkowej – Crotone oraz Cagliari.

14445692_1300128500006340_1236805338_n
ANDERLECHT BRUKSELA

Reklama

Sofiane Hanni, Nicolae Stanciu, Alexandru Chipciu, Łukasz Teodorczyk – każdy z nich do Brukseli przeprowadził się przed tym sezonem, jeszcze kilka tygodni temu prócz Rumunów, którzy znać się musieli, mogli nawet wzajemnie nie wiedzieć o swoim istnieniu. A dziś współtworzą ofensywny kwartet belgijskiej drużyny i momentami współpracują tak, jakby znali się z podstawówki i kopali razem codziennie na długiej przerwie. Każdy z nich nabił już sobie w tym sezonie sporo punktów w klasyfikacji kanadyjskiej –  najwięcej Polak, bo aż dziewięć.

A prawie wszystko to ku chwale Anderlechtu. Klub już przetrawił gorzką pigułkę, którą był brak awansu do Ligi Mistrzów – poza porażką z Rostowem, który kosztem Belgów gra w elitarnych rozgrywkach, Fiołki nie przegrały żadnego z dziesięciu meczów. Problemem bywa obrona, ale ofensywa jest w takim gazie, że w większości przypadków udało się więcej strzelić, niż stracić. W ostatniej kolejce Jupiler League piłkarze Anderlechtu rozprawili się z ówczesnym liderem z Charleroi, teraz powalczą o to, by samemu zasiąść na tronie. A zegar tyka –  z każdym kolejnym tygodniem zupełnie nowa ofensywa w teorii powinna wyglądać przecież jeszcze lepiej.

To zresztą największy sprawdzian ich rzeczywistych możliwości. Rywalem będzie bardzo mocne Genk, w dodatku „Fiołki” zagrają na wyjeździe. Nasza propozycja? Anderlecht w 6 ligowych meczach zdobył 14 bramek. Betsson zaś płaci 2,25 za powyżej 2,5 gola gości.

14445692_1300128500006340_1236805338_n HULL CITY

Reklama

Jeszcze kilka tygodni na tym poziomie i angielska drużyna wyląduje w programie „Niewiarygodne, ale prawdziwe”. Jeśli nie pamiętacie, z jakim statusem ekipa ta przystępowała do rozgrywek Premier League, no to krótka przypominajka:

Po pierwsze: murowany kandydat do spadku.
Po drugie: kandydat do miana najgorszej drużyny w historii ligi.

To jak wysłać kogoś w pieszą podróż z plecakiem kamieni na barkach. Jednak szeroko rozumiane problemy organizacyjno-kadrowe na razie nie przekładają się na boisko. Na dzień dobry zwycięstwo z mistrzem Anglii, kolejne ze znacznie silniejszym Swansea City, wyrównany bój z Manchesterem United, przegrany dopiero w doliczonym czasie gry, cenny punkcik przywieziony z wyjazdu na mecz z Burnley, a na dokładkę bezproblemowy awans w Pucharze Ligi.

Drużyna. A niejaki Curtis Davies, lider defensywy, na razie gra tak, jakby zaraz miał stać się rozwiązaniem wszystkich problemów angielskiej kadry w tyłach. Powstrzymał już szalejącego Ibrę, a także Vardy’ego, teraz ciężką przeprawę będą mieli z nim – i z całą drużyną –  piłkarze Arsenalu.

Reklama

To nie są leszcze, Arsene. 1x w meczu Hull – Arsenal? Betsson oferuje kurs 2,40.

WEST HAM UNITED

W teorii miało być pięknie. Przede wszystkim – utrzymano w składzie Dimitriego Payeta. Poza tym Slaven Bilić już dawno udowodnił, że zna się na robocie, potrafi wykrzesać ogień nawet ze średnich zawodników, a przy odrobinie szczęścia – sam wykreuje lidera drużyny, którym zacznie interesować się reszta ligi. Gdyby nie urazy francuskiego mózgu drużyny z Londynu – kto wie, może zamachnęliby się nawet na miejsce w pierwszej czwórce. Do końca siedzieli na ogonie obu drużyn z Manchesteru, prześcigając jednocześnie największe rozczarowania z Chelsea i Liverpoolem na czele.

Wydawało się, że po przeprowadzce na Stadion Olimpijski West Ham może wykonać ten jakościowy skok z klasy średniej do tej, która rokrocznie bije się o miejsca premiowane grą w pucharach. Wśród diabelnie silnych drużyn z Anglii, po wyjątkowo szalonym okresie transferowym wygrywali nad konkurencją dwoma atutami – stabilizacją w zespole oraz ciągłością pracy. Ich drużyna nie była przygotowywana w „transfer deadline day” z użyciem walizek z grubymi plikami gotówki. To spójny projekt, który zdążył już okrzepnąć.

Reklama

Tymczasem obecny sezon to pasmo upokorzeń. O ile te w Europie to już tradycja – wszyscy pamiętamy konieczność strzelania rzutów karnych w dwumeczu z Maltańczykami w Lidze Europy 2015/16, o tyle ligowe to coś nowego. Najpierw przegrane derby z Chelsea, przegrane zasłużenie, bo podopieczni Antonio Conte dominowali przez większość meczu, ale jednocześnie przegrane pechowo, bo po golu w 89. minucie, strzelonym przez Diego Costę, którego już na murawie być nie powinno. Ale to przecież był dopiero wstęp. Potem zdarzyło się Watford – od 2:0 i pięknej asysty „krzyżakiem” w wykonaniu Payeta do… 2:4. Efekt? West Ham po czterech kolejkach ma zaledwie trzy punkty, w dodatku odpadł już z Ligi Europy po dwumeczu z Astrą Giurgiu. A jutro jedzie na wyjazdowy mecz z West Bromwich. Kurs na gospodarzy – 2,80 w Betsson.


LEGIA WARSZAWA

Nie mogliśmy od tego uciec. Może i banał, może i rzecz oczywista, ale jednak – gdy Mistrz Polski gra i w lidze, i w pucharach w sposób kompromitujący – nie sposób o tym nie wspomnieć przy rankingu PowerPlay. Problemy Legii Warszawa każdy zna – brak ikry w przodzie, zagubieni skrzydłowi, skołowana, niezgrana i kompletnie nieszczelna defensywa, trener bez charyzmy, w dodatku chyba na prostej drodze do efektownego zwolnienia. Atmosfera wokół klubu po awanturach na meczu z Borussią i tragicznych wynikach, i w Niecieczy, i u siebie z niemieckim mocarzem jest fatalna, i nikt nam tutaj nie odpysknie, że „fatalni to my jesteśmy”.

W Legii dzieje się źle. Mecz z Zagłębiem jest idealny na przełamanie, ale czy podopiecznych Hasiego stać w ogóle na jakiekolwiek przełamanie? Betsson za scenariusz X2 płaci po kursie 1,96.

Reklama

INTER MEDIOLAN

Ha, pewnie kibice Milanu krzyknęliby, że ich lokalny rywal pod formą jest od odejścia Jose Mourinho i nie byłoby w tym zresztą szczególnie dużo fałszu. Fakty są jednak takie, że dla Interu obecny sezon miał być przełamaniem. Wreszcie huczne, ale i dość logiczne transfery, w tym zwinięcie Barcelonie sprzed nosa „GabiGola” czy Joao Mario ze Sportingu Lizbona.

Do tego utrzymany trzon – w bramce nadal stoi naprawdę mocny punkt całej Serie A, czyli Semir Handanović. W ataku biega niezawodny Icardi, zdobywca 16 goli w ubiegłym sezonie. A jest przecież i Candreva, i Perisić, Kondogbia, Brozović. Nazwisk nie brakuje, jakości właściwie też. A potem ten skład wychodzi na Chievo i dostaje 0:2. Remisuje z Palermo 1:1. I wreszcie grzech największy, za który pokuta będzie trwała pewnie kilka tygodni – porażka z Hapoelem Beer Sheva, na własnym terenie, 0:2, wcale nie w jakimś szczególnie ogórkowym składzie, ale za to w szalenie ogórkowym stylu. Interowi wcale nie stałaby się krzywda, gdyby goście skaleczyli ich w większym wymiarze.

Reklama

W czterech meczach tego sezonu – jedno zwycięstwo. A terminarz wcale nie należał do najtrudniejszych, ten najbardziej wymagający rywal sprawdzi ich dopiero w niedzielę. Wtedy to Inter przyjmie u siebie Juventus i… Cóż, Betsson za zwycięstwo gości płaci po kursie 1,94.

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama