W ostatnim okienku reprezentacyjnym odwieczni baskijscy rywale – Real Sociedad i Athletic Bilbao – zmierzyli się w mocno nietypowym meczu, o którym wieść przemknęła pod radarem większości zagranicznych mediów. Stawką teoretycznie towarzyskiego spotkania (a jednocześnie finału pucharu, którego nikt nie uznaje) był… mistrzowski beret.
Przyglądam się z trybun Anoety walce o Puchar Kraju Basków i ceremonii na cześć guru miejscowych trenerów, próbuję choć trochę zrozumieć ten przedziwny region – a przy okazji zostaję świadkiem największego zamieszania w hiszpańskiej polityce od lat. Zapraszam w (nie tylko piłkarską) podróż do Euskal Herria!
Puchar Kraju Basków to dziwny twór
Zacznijmy od samej nazwy: Euskal Herria Txapela dosłownie należałoby przetłumaczyć jako… Beret Kraju Basków. Txapela to tradycyjne nakrycie głowy wywodzące się z Pirenejów, które od przełomu XIX i XX wieku uznawane jest za jeden z symboli baskijskiego patriotyzmu. W regionie przyjął się zwyczaj wręczania txapel zwycięzcom zawodów sportowych zamiast medali czy pucharów.
Najpierw upowszechnił się on w baskijskich sportach tradycyjnych (a tych jest od groma: od pokrewnej z tenisem peloty, przez harri-jasotzeaileak, czyli podnoszenie wielkich kamiennych głazów, aż po sega-joko, rywalizację w… ścinaniu trawy), a następnie podczas organizowanych w regionie zawodów w bardziej standardowych, nowoczesnych dyscyplinach. Zwyczaj tak mocno zakorzenił się w miejscowej kulturze, że baskijskie słowo txapeldun („mistrz”, „zwycięzca”) oznacza dosłownie „tego, który nosi beret”.
Po drugie, turniej nie odbywa się wcale (jak mogłoby się intuicyjnie wydawać) pod auspicjami Baskijskiej Federacji Piłkarskiej – związku zarządzającego regionalnymi ligami i mniej więcej raz w roku, w okolicach Bożego Narodzenia, organizującego mecze baskijskiej reprezentacji (ostatnio w listopadzie 2025 roku przeciwko Palestynie). Za pomysłem stoi Euskal Herria Kirola (czyli Sport w Kraju Basków; tak, sport to po baskijsku kirol – to tak na potwierdzenie tego jak bardzo ten język jest odklejony od wszystkich swoich sąsiadów).
To założone w 2009 roku stowarzyszenie, które stawia sobie za cel organizację mistrzostw regionu w różnych dyscyplinach oraz dążenie do uznania baskijskich reprezentacji na arenie międzynarodowej. Na razie idzie średnio – Euskal Herria Kirola chwali się co prawda przynależnością do ponad dwudziestu międzynarodowych związków sportowych, ale mowa głównie o konkurencjach, takich jak zbijak, przeciąganie liny czy strzyżenie owiec.

Boisko do gry w pelotę w Aroatz
Po trzecie wreszcie, mocno nietypowy w Euskal Herria Txapela jest sam system rozgrywek. Uczestnicy finałowej rywalizacji wyłaniani są na podstawie tabeli uwzględniającej wyniki spotkań pomiędzy baskijskimi zespołami w poprzednim sezonie LaLigi. Dwie drużyny, które zdobyły w takich meczach najwięcej punktów, mierzą się w bezpośrednim starciu o trofeum. I choć ze wspomnianych na początku względów językowo-historycznych, być może trafniej byłoby nazywać tę rywalizację „mistrzostwami Kraju Basków”, to właśnie z uwagi na format rozgrywek będę się trzymał nazwy „puchar”.
Finały Euskal Herria Txapela są niby meczami towarzyskimi, ale… nie do końca. Długo organizowano je przed rozpoczęciem sezonu, na niewielkich, kilkutysięcznych stadionach. Już przebieg rozegranej w 2017 roku premierowej edycji stanowił wyraźne potwierdzenie tego, że emocje wiążące się z walką o mistrzowski beret są znacznie większe niż w przypadku zwykłych sparingów.
W 88. minucie finałowego spotkania między Deportivo Alavés a Athletikiem Bilbao doszło do ostrego starcia z udziałem Óscara Romero i Enrica Saborita. Przerodziło się ono w gigantyczną bójkę z udziałem obu zespołów i ich sztabów szkoleniowych, w trakcie której Alexis Ruano z Deportivo nie wytrzymał napięcia i chwycił sędziego za głowę. Ten w odpowiedzi odmówił dalszego prowadzenia zawodów i wyprosił zawodników do szatni zaledwie dwie minuty przed końcem regulaminowego czasu gry.
Mecz podobieństw i różnic
Miałem szczęście – w tym roku, dopiero po raz trzeci w dziesięcioletniej historii turnieju, do finału zakwalifikowały się Athletic Bilbao i Real Sociedad. Przy okazji (zupełnie niezwiązanej ze sportem) wizyty w Kraju Basków trafiła mi się okazja obejrzenia nietypowej odsłony słynnych baskijskich derbów; kolejnego rozdziału rywalizacji trwającej już niemal 110 lat i obejmującej prawie 200 meczów.
To derby wyjątkowe – przede wszystkim dlatego, że stające w nich naprzeciwko siebie kluby wyjątkowo wiele łączy. Po pierwsze przywiązanie do baskijskiej tradycji i tożsamości (do legendy przeszedł mecz z 1976 roku, rok po śmierci generała Franco, gdy kapitanowie obu zespołów wyszli na boisko, trzymając wspólnie baskijską flagę; Athletic i Real noszą ją także dziś na kołnierzykach koszulek).
Po drugie polityka budowania składu na bazie wychowanków (w tym sezonie gracze wyszkoleni w klubowych akademiach stanowią odpowiednio 89,7% i 51,1% wartości składów Athleticu i Realu – to dwa najwyższe wskaźniki w lidze, a większość klubów nie przebija pod tym względem 20%).
Po trzecie wreszcie – nietypowy w derbowym kontekście szacunek pomiędzy kibicami (przed meczami odbywają się wspólne pochody na stadion, a nawet… konkursy improwizowanej poezji, nawiązujące do baskijskiej tradycji bertsolaritza).

Słynne zdjęcie z 5 grudnia 1976 roku: José Ángel Iribar, kapitan Athletiku Bilbao oraz Inaxio Kortabarria, kapitan Realu Sociedad, wspólnie wnoszą baskijską flagę przed meczem na stadionie Atotxa w San Sebastián, fot. Argia.eus, CC BY-SA 4.0 / Wikimedia Commons
Jak każde wielkie derby, także rywalizację Txuri-Urdin (Biało-Niebieskich) i Lehoiak (Lwów) napędzają tożsamościowe różnice oraz pozaboiskowe antagonizmy, o których miałem okazję przekonać się w trakcie mojej kilkudniowej podróży.
Bilbao to gigantyczny ośrodek przemysłowy, nowoczesna metropolia pełna betonu i szkła, o wciąż wyczuwalnej robotniczej tożsamości. San Sebastián jest pod wieloma względami jej dokładnym przeciwieństwem – mowa o snobistycznym nadmorskim kurorcie, od dekad uwielbianym przez bogaczy i arystokrację (na przełomie XIX i XX wieku pełnił nawet funkcję letniej stolicy hiszpańskiego dworu), naszpikowanym restauracjami, które są w stanie wydrenować nawet najobszerniejszą kieszeń (notuje się tu drugie największe zagęszczenie gwiazdek Michelina na świecie, zaraz po japońskim Kioto).
Choć mieszkańców Bilbao i San Sebastián dzieli wiele, łączy ich ogromne przywiązanie do swoich klubów. Spacerując po Bilbao w zwykły, powszedni dzień, próbowałem naliczyć ludzi, którzy założyli koszulkę Athleticu na spacer, wieczorną przebieżkę czy wyjście ze znajomymi. Zgubiłem się gdzieś przy dwudziestu – i nie byli to wyłącznie młodzi mężczyźni, ale też uczniowie podstawówek czy seniorzy.
Klubowe barwy eksponuje się tu nie tylko w oknach czy na balkonach, ale nawet… w sklepach spożywczych. Na Erriberako, głównym targowisku miasta, biało-czerwony proporczyk sąsiadujący z wołowym ozorem, kozim serem czy skrzynką winogron to powszedni widok, a znalezienie stoiska pozbawionego choć drobnego klubowego akcentu jest naprawdę trudne. Na ulicach San Sebastián biało- niebieskich barw jest równie wiele, choć ich obecność jest nieco mniej zauważalna ze względu na zalewającą kurort powódź turystów.
❤️🤍💚 Gure futbola
#EHTxapela https://t.co/twdxkkYVzO
— Real Sociedad Fútbol (@RealSociedad) October 1, 2026
Najbardziej baskijscy z Basków?
Zanim pojadę do San Sebastián na derbowe starcie, czeka mnie jeszcze jedna nieoczekiwana lekcja na temat Kraju Basków – wizyta w mieście, które może śmiało pretendować nie tylko do miana jednej z kulturowych i intelektualnych stolic tego niezwykłego regionu, ale też do tytułu najbardziej baskijskiego spośród baskijskich miast.
Przed meczem spędzam dwa dni w Oñati, około dziesięciotysięcznej miejscowości położonej w malowniczej dolinie rzeki Deby, w cieniu masywnych, wapiennych szczytów. Przyciągnął mnie tu szeroki wybór szlaków prowadzących przez okoliczny Park Naturalny Aizkori-Arratz oraz zabytki związane z miejscowym uniwersytetem, który przez niemal 350 lat, od 1540 (!) do 1886 roku, pozostawał jedyną uczelnią wyższą w Kraju Basków.
Jednak gdy przy wjeździe do miasta witają mnie dwujęzyczne znaki drogowe z zamazanymi hiszpańskimi nazwami miejscowości oraz flaga Palestyny wielkości ciężarówki, przeczuwam już, że to miejsce kryje znacznie więcej ciekawych historii niż się spodziewałem.

Tablica informacyjna z zamazanymi informacjami w języku hiszpańskim w górach ponad Oñati
Oñati to dla Basków prawdziwy bastion narodowej dumy – około 75% jego mieszkańców posługuje się sprawnie językiem baskijskim, a ponad 50% głosuje regularnie na niepodległościową lewicę. Ulice miasta wyglądają jak polityczne laboratorium, arena niekończącej się pierwszomajowej manifestacji. Na każdym rogu wzrok przykuwają transparenty zrobione z prześcieradeł, polityczne graffiti, agitacyjne plakaty.
Z pomocą telefonu tłumaczę kolejne napisy: „Naród baskijski zwycięży!”, „Naprzód w obronie niepodległościowej młodzieży”, „Niepodległość, feminizm, socjalizm”, „Przeciwko faszyzmowi i imperialistycznej wojnie” (obok wojskowe hełmy z symbolami NATO i Unii Europejskiej), „Za zwycięstwo Basków! Narodowa mobilizacja”.

Powtórzony trzykrotnie napis „Niepodległość!” na jednej z ulic Oñati
Po powrocie do pensjonatu, w którym się zatrzymałem, pytam mojego gospodarza, sympatycznego dżentelmena w średnim wieku, o to skąd w zacisznym na pozór górskim miasteczku tyle radykalizmu. – To Kraj Basków, to tutaj normalne, tak samo jest wszędzie – odpowiada spokojnie Iker. Dopytuję, czy sam wierzy w niepodległość Kraju Basków (według sondaży popiera ją obecnie tylko ok. 20% mieszkańców, a droga do niej, jak pokazał przykład nieudanego referendum niepodległościowego w Katalonii, byłaby bardzo skomplikowana).
– Oczywiście – potwierdza z łagodnym uśmiechem. – Mamy świetny przemysł, łatwiej poradzilibyśmy sobie bez Hiszpanii niż Hiszpania bez nas. Potrzebujemy tylko większej aktywności młodych. Martwi mnie to, że nie angażują się w tę sprawę – stwierdza.
[O fenomenie „najbardziej baskijskiego spośród baskijskich miast” piszę obszerniej na swoim Substacku. Zapraszam!]
W drodze na Anoetę
W ostatnim czasie Euskal Herria Kirola stara się ewidentnie nadać rozgrywkom Pucharu Kraju Basków większego prestiżu. W zeszłym roku mecz finałowy rozegrano nie podczas letniego okresu przygotowawczego, jak bywało wcześniej, lecz we wrześniowym okienku reprezentacyjnym, co zwiększyło jego wagę; w tym roku kibice mogli też po raz pierwszy śledzić rywalizację na dużym stadionie.
Pomimo tego organizacja meczu pachniała prowizorką – na plakacie promującym wydarzenie Pellegrino Matarazzo (wbrew nazwisku pierwszy amerykański trener w historii LaLigi) stracił połowę prawego ramienia, dość długo w sprzedaży dostępne były tylko trzy sektory, a strona, za pośrednictwem której sprzedawano bilety, wyglądała jak wyjęta żywcem z 2012 roku.

Estadio Anoeta na kilkanaście minut przed rozpoczęciem meczu
Jadąc do San Sebastián, tym mocniej zastanawiałem się więc, ilu kibiców stawi się na stadionie. Przeczuwałem pustki, ale, ku mojemu zaskoczeniu, kwadrans przed pierwszym gwizdkiem pod Anoetą panował spory tłok. Szybko przekonałem się, że w tym, co czytałem na temat relacji między kibicami obu klubów nie było cienia przesady. Tuż po wejściu na stadion minąłem parę trzymająca się za ręce – on w koszulce Realu, ona w trykocie Athleticu; chwilę później dostrzegłem też mężczyznę w czerwieni otoczonego przez gromadkę dzieci w błękicie.
Wieczór dla Mikela
Głównym bohaterem finałowego wieczoru nie był jednak żaden z zawodników występujących w tych barwach, lecz Mikel Etxarri. To w baskijskim futbolu człowiek- instytucja: przez ponad 20 lat pozostawał związany z Realem Sociedad, w którym pełnił funkcje m.in. trenera, dyrektora sportowego i dyrektora ds. szkolenia; przez półtorej dekady współprowadził reprezentację Kraju Basków, wykładał taktykę w hiszpańskiej szkole trenerów. Swoje poglądy na jej temat wyłożył w (dostępnej także na polskim rynku) książce „Sto zdań o piłce nożnej”, do której wstęp napisał sam Pep Guardiola.
Szkolił wiele znakomitości baskijskiej piłki na czele z Javim Martinezem oraz Ikerem Muniainem i odcisnął głębokie piętno na sposobie rozumienia gry przez całą generację baskijskich trenerów, którzy podbijają dziś Stary Kontynent: Mikela Artetę, Andoniego Iraolę, Unaia Emery’ego czy Xabiego Alonso (wszyscy czterej urodzili się w promieniu 30 kilometrów od San Sebastián!).
Mecz poprzedziła miła uroczystość na cześć trenerskiego guru. Etxarri kilka tygodni temu skończył 80 lat, porusza się na wózku inwalidzkim. Ubrany w piaskowy garnitur, uśmiechał się z rozrzewnieniem, gdy na telebimach prezentowano filmiki nagrane dla niego m.in. przez obecnych trenerów Liverpoolu i Aston Villi. Chwilę później rozpoczął mecz symbolicznym kopnięciem.

Mecz o Euskal Herria Txapela obejrzało na żywo 9678 kibiców – to wynik znacznie lepszy niż w poprzednich edycjach, choć Anoetę udało się wypełnić tylko w jednej czwartej.
Od pierwszego gwizdka sędziego stało się jasne, że tego wieczoru na Anoecie w lepszej formie stawił się Athletic. Drużyna Edina Terzicia była znacznie bardziej energetyczna: nie oszczędzała się w pressingu i szybko przenosiła piłkę w pobliże pola karnego rywali. Dobre wrażenie robili zwłaszcza ofensywnie nastawieni boczni obrońcy, Johaneko Louis-Jean i Hugo Rincón, oraz stale szukający gry hiszpańsko-marokański napastnik Maroan Sannadi.
Taka różnica klas pomiędzy rywalami mogła być zaskoczeniem. Na papierze potencjał ich składów wydawał się wyrównany. Obaj trenerzy nie mieli wprawdzie do dyspozycji piłkarzy powołanych do reprezentacji (w Realu zabrakło m.in. Mikela Oyarzabala czy Luki Sučicia, a w Athleticu Unaia Simóna i Nico Williamsa), obaj dali też szansę zawodnikom występującym rzadziej czy powracającym po kontuzjach – ale jednocześnie obaj wystawili kilku graczy o wysokiej jakości (w Realu pojawili się Gonçalo Guedes, a z ławki Carlos Soler, w Athleticu – Aitor Paredes, a później Iñaki Williams).
Im dłużej trwał mecz, tym Lehoiak stwarzali groźniejsze okazje. Gospodarze wytrzymali jednak ich napór i gdy oba zespoły schodziły do szatni, wciąż utrzymywał się bezbramkowy remis.
Niewielki futbol, wielka polityka
Znaczące (a może i ciekawsze) było to, co działo się podczas pierwszej połowy poza murawą. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem zgromadzeni za jedną z bramek fani Txuri-Urdin zaprezentowali z dumą baskijskie flagi (na jednej z nich widniał nawet herb Athleticu!).
Około dwudziestej minuty spotkania zabrali z kolei głos w sprawie rozpalającej wielkie emocje nie tylko w Kraju Basków, ale i w całej Hiszpanii. – Espekulazionen aurka! Etxebizitza denoitzat! („Przeciw spekulacji! Mieszkania dla każdego!”) – głosiły dwa rozwinięte przez nich transparenty.

Kibice Realu prezentują baskijskie flagi
To nawiązanie do protestów przeciwko wysokim cenom mieszkań, które podczas mojego pobytu w Hiszpanii doprowadziły do prawdziwego trzęsienia ziemi na tamtejszej scenie politycznej. Całe zamieszanie zaczęło się od Maricarmen Abascal – 87-letniej Madrytki, która całe dorosłe życie spędziła w jednym mieszkaniu. Po zmianie właściciela budynku kwotę płaconego przez nią czynszu podniesiono z dotychczasowych 500 do 1650 euro, wartości przekraczającej jej miesięczną emeryturę.
Kobiety nie było stać na comiesięczne zbieranie takiej sumy i po trwającym przez kilka lat sporze właściciel budynku ją eksmitował. Nagrania, na których niepełnosprawna 87-latka jest wynoszona na noszach ze swojego rodzinnego domu wywołały falę oburzenia i wyzwoliły gniew w kraju, w którym ceny mieszkań rosną w zastraszającym tempie, a stawki czynszów osiągają rekordowy poziom (jak podaje El Diario Vasco, w 2016 roku średnia miesięczna opłata za wynajem mieszkania w San Sebastián wynosiła 810,9 euro; dziś szacuje się ją na 1122 euro).
An 87-year-old pensioner whose eviction sparked protests in Madrid is now being allowed to return home. Last week, police evicted Maricarmen Abascal on a stretcher from her home of more than 70 years. https://t.co/Kdz2eDwbSI
— Channel 4 News (@Channel4News) September 29, 2026
Wkrótce powstało namiotowe miasteczko na madryckim placu Puerta del Sol, a po kilku dniach podobne obozy protestujących zaczęły pojawiać się w centrach innych miast Hiszpanii. Premier Pedro Sánchez próbował zapanować nad sytuacją, przedstawiając parlamentowi ustawy, które m.in. ograniczały możliwość zakupu nieruchomości przez fundusze inwestycyjne, wzmacniały ochronę lokatorów przed eksmisjami oraz wprowadzały sztywne limity podwyżek czynszów.
Kongres Deputowanych je odrzucił, a wobec braku parlamentarnego poparcia niezbędnego dla rozwiązania kryzysu mieszkaniowego, premier zarządził przedterminowe wybory. To ryzykowne zagranie – Sánchez liczy na to, że mieszkalnictwo jako główny temat kampanii będzie sprzyjać dowodzonej przez niego lewicy, a wybory zmienią się w referendum nad proponowanym przez niego pakietem reform; sondaże dają jednak sporą szansę na przejęcie władzy prawicowej koalicji złożonej z Partii Ludowej i Vox.

Plakat zapowiadający demonstrację przeciwko wysokim cenom mieszkań w Zumai
Skubiąc słonecznik
Jedno jest pewne – aby poradzić sobie z politycznym kryzysem, Sánchez będzie musiał harować co najmniej tak intensywnie jak Álex Remiro w pierwszych minutach drugiej połowy. Golkiper Realu Sociedad uwijał się jak w ukropie, zatrzymując kolejne strzały wyraźnie rozzuchwalonej ofensywy Athleticu. W końcu, 13 minut po wznowieniu gry, skapitulował. Bramkę otwierającą wynik finału zdobył Maroan, który wykorzystał precyzyjne dośrodkowanie Roberta Navarro z rzutu wolnego oraz całkowitą bierność pilnujących go (choć to trochę za duże słowo) obrońców.
🔄 Más sustituciones en el Athletic ⌚️ 70′
➡️ Vivian, Yuri, Guruzeta
⬅️ Paredes, Johaneko, Maroan📲 https://t.co/767ji5rgLx
0-1 I #RealSociedadAthletic #AthleticClub 🦁 https://t.co/pv8ld79WUS
— Athletic Club (@AthleticClub) October 2, 2026
Real nie potrafił zareagować na ten cios i dał się zepchnąć do obrony. Mecz stał się powolny, nużący. Siedzący wokół mnie starsi kibice zajęli się skubaniem słonecznika, a ci młodsi – przeglądaniem baskijskiego TikToka. W tej części spotkania gra Txuri-Urdin wyglądała fatalnie. Ángel López z El Diario Vasco w dość kreatywny sposób znęcał się nad nimi w pomeczowej relacji, zestawiając ich boiskową bierność z prawidłami zaczerpniętymi z książki Etxerriego.
„W piłce nożnej chodzi o to, by najprostsze rzeczy wykonywać nadprzeciętnie dobrze”? A gdzie tam, tu żadnego dokładnego podania, żadnego dokładnego przyjęcia. „Ruch to piłkarski środek komunikacji”? Zero dynamiki, zero tempa, jak muchy w smole. „Pojawić się na meczu to nie to samo co być na nim obecnym”?
Może i dojechali na mecz, ale mentalnie nie wysiedli z autobusu! Nie ma co szukać prostych usprawiedliwień – piłkarze Matarazza zasłużyli na większość przygan baskijskiego dziennikarza. Na ich korzyść przemawiać może tylko postawa w ostatnim kwadransie gry, gdy wyraźnie ruszyli do ataku, próbując odwrócić wynik. Były to jednak raczej pojedyncze, nieskoordynowane zrywy, niż systematyczny, zmasowany napór na bramkę rywala.
W mistrzowskim berecie
Ostatecznie nie wyniknęło z nich zbyt wiele i po ostatnim gwizdku sędziego pamiątkowy puchar trafił w ręce piłkarzy Athleticu. Choć był to tylko mecz towarzyski, Txuri-Urdin kończyli go z nosami spuszczonymi na kwintę – nie tylko zawiedli niemal dziesięć tysięcy swoich kibiców i wyraźnie odstawali na tle odwiecznego rywala, ale też ponieśli szóstą już porażkę w swoim siódmym występie w finale Euskal Herria Txapela.
Mogli tylko przyglądać się temu jak kapitan gospodarzy, Iñaki Williams, z dumą przymierza na głowie pamiątkowy beret. I choć to, co działo się przez większość meczu na boisku raczej nie mogło przypaść Etxarriemu do gustu, to gdy obaj kapitanowie ustawili się u jego boku do pamiątkowego zdjęcia, a później kolejni zawodnicy podchodzili, by serdecznie go wyściskać, oczy taktycznego guru wyraźnie się zaszkliły.
🔴⚪🟢
Long live Basque football! 🤝
#RealSociedadAthletic #AthleticClub 🦁 https://t.co/wgdmRI23bm
— Athletic Club (@Athletic_en) October 3, 2026
MICHAŁ MARCHLEWSKI
Fot. autor