Wielkie problemy Igi, a potem 10 gemów z rzędu. Świątek wygrała

Sebastian Warzecha

14 października 2026, 07:26 • 4 min czytania 3

Reklama
Wielkie problemy Igi, a potem 10 gemów z rzędu. Świątek wygrała

Choć wynik zupełnie na to nie wskazuje, to Magdalena Fręch długimi momentami stawiała się Idze Świątek. Ba, początek meczu sugerował, że Fręch może nawet urwać seta czy pokusić się – wzorem Magdy Linette z Miami – o wygraną z najlepszą polską tenisistką. Potem jednak Iga ograniczyła liczbę błędów własnych i wtedy w zasadzie nie było już dyskusji o tym, kto wyjdzie z tego starcia zwycięsko.

Reklama

Iga Świątek potrzebowała chwili. Potem grała swoje

Po raz drugi spotykały się ze sobą Iga Świątek i Magdalena Fręch. I w zasadzie skończyło się tak samo, jak przy pierwszej okazji. To poprzednie starcie, to turniej o mniejszej randze, bo WTA 250, ale szczególny dla polskich fanów – Iga i Magdalena grały wówczas bowiem w Warszawie. Teraz też było miasto na „W”, ale w zupełnie innym miejscu – dwie Polki zmierzyły się ze sobą w Wuhan. Magdalena po prawdzie mogła być zadowolona z samego faktu, że do tego spotkania doszło – przegrała bowiem w kwalifikacjach. Do turnieju weszła jako szczęśliwa przegrana i wygrała mecz pierwszej rundy.

W drugiej trafiła na Igę. Dla Świątek z kolei jest to niezwykle ważny turniej z tego powodu, że to ostatni dzwonek na walkę o finały WTA. Tylko dużo punktów – najlepiej 1000, za wygraną – popartych potem dobrymi występami w imprezach rangi WTA 500, może pozwolić jej na bezpośrednie wejście do kończącej sezony imprezy. Innymi słowy: trzeba wygrywać, wygrywać i jeszcze raz wygrywać.

Zaczynając od meczu z rodaczką.

Świetny początek Fręch. Iga nierówna

Ten, jak się szybko okazało, wcale nie był łatwy. Rozpoczęły bowiem obie od gema trwającego 12 minut! Serwowała Iga i ewidentnie było widać, że nie jest to Świątek w najlepszej dyspozycji. Iga grała trochę tak, jakby co odbicie piłki rzucała monetą. Jak orzeł, no to dane uderzenie wchodziło, akcja była dobra i przynosiła punkt. Jak reszka, to piłka leciała bez kontroli – tam, gdzie akurat chciała ona, a nie Świątek. Fręch za to akurat z dokładnością wielkich problemów nie miała – była też cierpliwa i staranna w swoich poczynaniach. Czekała na błędy i te błędy często przychodziły.

Reklama

Dlatego Igę przełamała. Za piątym razem, ale jednak.

Po dłuższej chwili wygrała też swojego gema serwisowego. Prowadziła 2:0, a mogła i trzy, bo miała jeszcze dwa break pointy w kolejnym gemie. Je jednak Iga obroniła i utrzymała serwis. I to w zasadzie był koniec meczu, choć jeszcze nikt o tym nie wiedział. Ten jeden wygrany gem pozwolił bowiem młodszej Polce ustabilizować własną grę. Najprostszy dowód? W pierwszym secie popełniła 14 niewymuszonych błędów. Sporo. Tyle że 11 (!) z nich przyszło w pierwszych dwóch gemach!

Potem w zasadzie przestała się mylić.

Reklama

Iga Świątek bez zawahania. Odmiana gry

A jak przestała się mylić, to i Magdalenie Fręch nieco brakowało pomysłu, co z tym fantem zrobić. Dlatego zaczęła przegrywać gema za gemem. Czy serwis Igi, czy jej własny – nie miało to żadnego znaczenia. W pierwszym secie już nie wygrała ani jednej małej partii. W drugiej udało jej się zgarnąć jedną… i to przy serwisie Igi. Było wtedy jednak już 0:4, więc niewiele to zmieniło, a gdy Świątek zamknęła na swoją korzyść kolejnego, długiego gema, to już w ogóle zakończyły się wszelkie dyskusje na temat tego, czy Fręch jeszcze powalczy.

To był ostatecznie ciekawy i nieco dziwny mecz.

Bo Fręch faktycznie grała długimi momentami bardzo dobrze, jednak po prostu nie ma w jej grze żadnej broni, która pozwoliłaby solidną i pewną swego Igę odeprzeć, podkopać jej grę. Niemniej: pierwszy set, właśnie ze względu na to, jak Magdalena walczyła, a Świątek początkowo psuła, trwał aż 64 minuty – średnio 8 minut na rozegranego gema! Drugi był szybszy, ale obie i tak nieco pobiegały, bo na korcie spędziły łącznie 104 minuty. Przy wyniku 6:2, 6:1 to dużo, naprawdę dużo.

Reklama

Iga Świątek może to spotkanie potraktować jako solidną rozgrzewkę, mecz na przetarcie i odnalezienie swojej gry. To wszystko się udało. Teraz czeka ją spotkanie albo z Amerykanką Ashlyn Krueger, albo z Tajką Lanlaną Tararudee. To III runda. Z kolei w potencjalnym ćwierćfinale możemy dostać – choć trudno w to uwierzyć – pierwszy w tym roku mecz Igi z Aryną Sabalenką.

Jest więc na co czekać.

Reklama

Iga Świątek – Magdalena Fręch 6:2, 6:1

Fot. Newspix

3 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama