Wypada docenić Huberta Hurkacza [KOMENTARZ]

Sebastian Warzecha

09 października 2026, 17:54 • 6 min czytania 2

Reklama
Wypada docenić Huberta Hurkacza [KOMENTARZ]

Hubert Hurkacz długo kazał czekać na moment, w którym będzie można powiedzieć, że gra bardzo dobrze nie tylko w pojedynczych meczach, ale i na dłuższym dystansie. Ten moment jednak w końcu nadszedł. Hubi, po wszystkich problemach z ostatnich lat, dziś na powrót jest tenisistą ze światowej (szerokiej) czołówki. Powoli zaczyna pokazywać to też ranking ATP, ale przede wszystkim gra Polak po prostu lepiej dla oka. To wreszcie Hubert, na którego czekaliśmy. Warto docenić, że wrócił.

Reklama

Hubert Hurkacz w świetnej formie. Doceńmy to

Zdarzyło mi się tu kilkukrotnie w ostatnich dwóch latach krytykować Huberta Hurkacza. Czasem po prostu za jego występy, za nieumiejętność wykorzystania szans, przejęcia inicjatywy, za – tak się zdawało – brak wiary. Wiosną przecież miał serię przegranych spotkań, fatalnie się prezentował na korcie. W czerwcu wypadł w efekcie z najlepszej setki rankingu, na moment, ale jednak, po kilku dobrych latach go tam zabrakło.

Krytyka była też wymierzona i w jego inne decyzje. Przyspieszane powroty wbrew opiniom lekarzy, niepotrzebne turnieje, obciążanie i tak poważnie nadwyrężonego organizmu. Hubert przecież w ostatnich dwóch latach kilkukrotnie miał problemy z urazami, częściowo wynikającymi właśnie z tego, że rehabilitacja nie wyglądała tak, jak powinna. Jasne, wszystko zaczęło się od pechowego wydarzenia na Wimbledonie w 2024 roku, ale potem sam Polak sobie nie pomagał.

Zdaje się jednak, że to już za nim.

Reklama

Można napisać, że mądry Hubert po szkodzie, że teraz potrafi słuchać swojego organizmu – skreczował przecież choćby niedawno, w starciu z Alexem De Minaurem, gdy problemy sprawiała mu pachwina – i w zasadzie byłoby to prawdą. Natomiast: ważne jest nie to, że dopiero teraz się tego nauczył. Ważne, że w ogóle. Bo są tenisiści, którzy tego nie potrafią, mimo że regularnie odwiedzają lekarzy. I utrudnia im to gromadzenie punktów, walkę o wygrane mecze, a czasem nawet i życie ogółem.

Hubert stał się w tym dbaniu o swoje ciało jeszcze dokładniejszy niż przedtem. I objawia się to w zasadzie też w jego tenisie – pod przywództwem Gillesa Cervary (którego zatrudnienie ewidentnie jest kolejną trafioną decyzją, brawo za nią) wreszcie stał się tenisistą potrafiącym zaatakować, zagrać odważnie, ale z głową. Nie ma w Hubercie już tego głosu, który podpowiada mu „spokojnie, trzeba grać pasywnie, uważnie, za wszelką cenę”, a równocześnie nie zmieniło się to w atakowanie bez głowy.

Ładnie to wszystko zostało wyśrodkowane. I są tego efekty.

Reklama

Hurkacz wraca na swoje miejsce

31. w rankingu ATP w wersji „na żywo”, a 29. jeśli liczyć tylko punkty z tego roku – to aktualne pozycje Huberta Hurkacza.

Powtórzmy: 14 czerwca, cztery miesiące temu, pierwszy raz od lat wypadł z najlepszej „100”. Teraz już jest na miejscu, które – jeśli je utrzyma – da mu rozstawienie w Australian Open i szansę, by w kolejnym sezonie łatwiej było mu pracować o dobre wyniki w większości turniejów. A Hubert w dodatku jest teraz zawodnikiem wolnym od trosk, w znaczeniu takim, że do końca roku punktów po prostu nie broni.

Każdy jeden punkcik, który wywalczy, jest dla niego dodatkiem. Inni zawodnicy muszą po pierwsze nie tracić, potem myśleć o zysku. On może tylko dodawać.

Tak więc – spora tu szansa na awans. Bo Hubert faktycznie się „obudził”, praca z Gillesem Cervarą daje efekty, efekty daje zmiana myślenia Hubiego na korcie. Widać, że to gość, który na powrót może marzyć o sukcesach. Nie, że tych największych – spokojnie, nie wpychajmy tam od razu Polaka – ale wygrany turniej rangi 250, dorzucono sporo punktów w 500 i 1000, do tego może wygrana jedna, druga i trzecia z kimś z TOP 10? Czemu nie.

Reklama

To wszystko coś, o czym jeszcze wiosną w ogóle by Hurkacz nie myślał.  A teraz ma pełne prawo.

Po US Open, gdzie pokonał go późniejszy finalista w osobie Bena Sheltona, ma Hubert na ten moment rozegranych 11 spotkań. Wygrał 9 z nich, a jedna z porażek nastąpiła przez krecz. Na rozkładzie w tym czasie znaleźli się na przykład 15. w światowym rankingu Learner Tien, 27. Karen Chaczanow, czy – dzisiaj – 11. Novak Djoković. Do tego Hurkacz niezmiennie w tym okresie pokonuje (a to niezwykle ważne!) tenisistów niżej od siebie notowanych. Z tym też miał w przeszłości wiele problemów.

Obecnie jakby zniknęły. Owszem, to mogą być mecze wymagające, mogą rywale stawiać opór, ale ostatecznie górą jest Hubert. I to nie test oka, statystyka to potwierdza – ostatnim spotkaniem, które Hubi oddał tenisiście notowanemu niżej od siebie, to mecz z Yannickiem Hanfmannem w Rzymie, w maju. Polak był wtedy 53., rywal 59.

Reklama

Od tamtego czasu Hubert rozegrał takich spotkań 13. Wszystkie wygrał. W siedmiu z nich triumfował do zera w setach. To regularność, której naprawdę długo szukał. I jasne, im będzie wyżej w rankingu, tym ta statystyka będzie trudniejsza do utrzymania. Jednak to właśnie między innymi jej zasługa, że w ogóle ten skok zanotował i notuje nadal.

A przy okazji trafiają się i inne powody do zadowolenia.

Wielka Trójka na rozkładzie. A nawet czwórka

Po pokonaniu Novaka Djokovicia Hubert Hurkacz może pochwalić się tym, że jest jednym z zaledwie 31 tenisistów, którzy wygrali w swojej karierze z każdym z tenisistów z Wielkiej Trójki. Ba, Hubert pokonywał nawet całą Wielką Czwórkę, bo na rozkładzie ma też – i to dwukrotnie – Andy’ego Murraya. Jasne, że i Federer, i Nadal, i Murray byli wtedy już pokiereszowani zdrowotnie. Djoković, wiadomo, też ma w tym sezonie sporo różnych problemów.

Fakt jest jednak faktem: Hubi ich ogrywał, korzystał z tego, że nie byli w najlepszej dyspozycji. Co więcej: każda taka wygrana to mecz do zera.

Reklama

Z Djokoviciem jako jedynym z nich, ma bilans paskudny, bo 1-8. Z Federerem na remis (1-1), z Rafą krótką rywalizację wygrał (1-0), z Andym też (2-1). Jednak jest tu też i inny wątek, który warto docenić. Rogera pokonywał bowiem Hubi na Wimbledonie, na trawie. Rafę w Rzymie, na mączce, a Novaka w Szanghaju, na kortach twardych. Dla każdego z nich to nawierzchnia, na której czują się najlepiej, z którą w pierwszej kolejności są – czy też byli – utożsamiani. A coś takiego było wcześniej udziałem ledwie trzech tenisistów!

I to generalnie elita: Andy Murray, Alexander Zverev i Dominic Thiem. Sami mistrzowie wielkoszlemowi.

Czy Hubert ma szczęście do znalezienia się w odpowiednim czasie i miejscu? Może i tak. Jednak szczęściu trzeba dopomóc. Bo przecież Hubi Federera pokonał w ćwierćfinale Wimbledonu, a rundę wcześniej odprawił ówczesną światową „2”, czyli Daniiła Miedwiediewa. Djoković dopiero co wygrał turniej w Pekinie i może, owszem, był nieco zmęczony, ale początkowo też stawiał mocny opór i był bardzo, ale to bardzo skuteczny na returnie. Jedynie mecz z Rafą był tym, w którym zwycięzca w zasadzie od pierwszych punktów był dość jasny.

Reklama

Niemniej: swoje Hubert wywalczył na korcie, po prostu. I w zasadzie zapisał się w ten sposób w historii tenisa, bo całkiem możliwe, że to on będzie ostatnim gościem, który dopisał sobie Wielką Trójkę do listy pokonanych.

Takie wątki to jednak tylko dodatki, pewien bonus za pracę, jaką wykonał od wiosny. Fakt, że zdołał tak odmienić swoją grę, że wrócił na oczekiwany przez siebie poziom – bo wrócił – trzeba, naprawdę trzeba docenić. I mieć nadzieję, że Hubert się tu nie zatrzyma. Bo jest w tej jego nowej twarzy – bardziej ofensywnej – potencjał na świetne wyniki.

Oby go w pełni wykorzystał.

Reklama

Fot. Newspix

2 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama
Inne sporty

Polacy przez własną głupotę giną w Tatrach. „Została z niego smuga krwi”

Jakub Radomski
48
Polacy przez własną głupotę giną w Tatrach. „Została z niego smuga krwi”