Musiało minąć pół roku, żebyśmy dowiedzieli się, że nie zmieniło się nic. Starcie w Solnej przypominało marcowy baraż: niby co jakiś czas stwarzaliśmy sobie sytuacje, ale co z tego, skoro nasza gra obronna cały czas leży i kwiczy. Szwedzi bramki zdobywali z łatwością i na Strawberry Arena pokonali reprezentację Polski 3:1.
Jan Urban wrócił do gry na trójkę z tyłu i zagrał na trójkę z tyłu. Dwa stałe fragmenty gry i jedna świetna akcja Patrika Walemarka sprawiły, że Szwedzi gole strzelali jakby od niechcenia. Nie wyglądało, by musieli się napocić, by trafić do polskiej bramki.
I pół biedy, gdyby do wygranej potrzebowali wybitnego meczu choćby Viktora Gyokeresa. Nie, na Polaków dziś wystarczył skrzydłowy Lecha Poznań. Walemark najpierw bawił się z Tymoteuszem Puchaczem, a później z Przemysławem Frankowskim.
Niestety, grając w taki sposób nie da się wygrać z żadnym przyzwoitym rywalem. Szwedzi znów spokojnie byli do ugryzienia, nie zagrali niczego, co kazałoby sądzić, że są poza naszym zasięgiem.
Ale to oni znów wygrywają, a my po dwóch meczach Ligi Narodów mamy tylko jeden punkt w dywizji B. Nadchodzą mroczne czasy dla polskiej piłki reprezentacyjnej?
Szwecja – Polska. Żukowski błysnął i zgasł
A przecież zaczęło się nawet obiecująco – i nie mówimy tu wcale o kibicach, którzy ze Strawberry Areną przywitali się rzuceniem serpentyn. Gdy je uprzątnięto, Polacy wyczarowali całkiem składną i szybką akcję. Jakub Kiwior długim przerzutem uruchomił Matty’ego Casha, ten zagrał w pole karne do Mateusza Żukowskiego, który tyłem do bramki wycofał piłkę Piotrowi Zielińskiemu. Pomocnik Interu nadbiegał idealnie w tempo, ale jego strzał obronił szwedzki bramkarz.
Żukowski, który zastępował w wyjściowym składzie Roberta Lewandowskiego, radził sobie zresztą dziś w takiej grze naprawdę nieźle. Napastnik, którego głównymi atutami miały być szybkość i mocne uderzenie, regularnie stwarzał okazje do strzałów kolegom. Szkoda tylko, że po przerwie zupełnie zgasł.
Ale wcześniej – mógł zapisać na swoje konto asystę. Tak było choćby w 18. minucie, gdy świetnie wypatrzył w polu karnym Sebastiana Szymańskiego, ale ten oddał kiepskie uderzenie, tak było też dwadzieścia minut później, gdy wyłożył piłkę Wiktorowi Nowakowi. Ten huknął podobnie jak na Narodowym i, tak jak wtedy, nieznacznie się pomylił.
A skoro już przy Nowaku jesteśmy – ten, podobnie jak Żukowski, grał dziś w reprezentacji po raz drugi i znów stanął na wysokości zadania. Jest mobilny, gra bez kompleksów, nadaje akcjom tempo i odwagę. Takie wejście do reprezentacji Polski musi się podobać.
Obrona do luftu, do kitu, do bani
Ale co z tego, że z przodu znów, zupełnie jak w marcu na tym samym stadionie, wyglądaliśmy nieźle, skoro obrona ponownie przypominała dziurawy szwajcarski ser. Chwilę po pierwszej szansie Zielińskiego, Szwedzi mogli nas ukarać, gdy Jan Bednarek złamał linię spalonego, a Tymek Puchacz zupełnie zagapił się i nie kontrolował tego, co dzieje się za jego plecami.
Wówczas jeszcze nam się upiekło, ale gola i tak straciliśmy wyjątkowo szybko. Już w 8. minucie wynik brzmiał 1:0 dla gospodarzy. Ci wykorzystali fakt, że Polacy zupełnie pogubili się w kryciu po stałym fragmencie gry. Wybita z pola karnego piłka trafiła do Patrika Walemarka, ten dośrodkował, podanie przedłużył głową Lindelof, a futbolówkę z bliska do bramki wpakował Benjamin Nygren.
Nie tak wyobrażaliśmy sobie początek tego spotkania…
🔴📲 OGLĄDAJ 👉 https://t.co/rZd2n3MoiT pic.twitter.com/JY1TC0lc0i
— TVP SPORT (@sport_tvppl) September 28, 2026
W pierwszych minutach na boisku błyszczał wspomniany już gracz Ekstraklasy – problem w tym, że w szwedzkiej drużynie. Walemark, bo o nim mowa, świetnie radził sobie z Puchaczem, kręcił nim jak tylko chciał i choćby w 20. minucie mógł po takim dryblingu podwyższyć prowadzenie Trzech Koron. Polaków uratował Marcin Bułka.
A skoro padło już nazwisko Puchacza: dostaliśmy dziś dokładnie takiego samego zawodnika, jakiego pamiętaliśmy w kadrze sprzed dwóch lat. Z przodu jeszcze to jakoś wyglądało, choć bardziej na zasadzie ambicjonalnego chaosu, ale z tyłu było widać, że nasz lewy wahadło zwyczajnie, niestety, nie dojeżdża.
Najlepsze podsumowanie? Żółta kartka za wślizg z 34. minuty. Wejście imienia Jacka Góralskiego. Nie dziwi, że Urban zdjął go z boiska jako pierwszego. Tuż po stracie drugiej bramki zastąpił go Przemysław Frankowski.
Tymoteusz Puchacz jeńców nie bierze 😅 pic.twitter.com/f8BEeoGR2V
— TVP SPORT (@sport_tvppl) September 28, 2026
Ładny gol dał nadzieję…
Postawa Puchacza była zresztą w pewien sposób dobrze charakteryzująca grę całej drużyny. Z przodu – obiecująco, z tyłu – strach się bać.
Ale, na nasze szczęście, Szwedzi po objęciu prowadzenia zamiast iść za ciosem, oddali nam pole, co Biało-Czerwoni wykorzystali tuż przed przerwą. Długimi fragmentami mecz znów przypominał to, co działo się w marcu: Polacy tworzyli sobie sytuacje, niezłą miał choćby Cash, ale nic nie chciało wpaść do szwedzkiej bramki.
Przełamanie przyszło tuż przed przerwą. I za akcję bramkową musimy podopiecznych Jana Urbana naprawdę pochwalić. Kiedy ostatnio Polacy zdobyli bramkę po równie ładnym ataku pozycyjnym? Na pewno dawno. A trafienie Sebastiana Szymańskiego poprzedziło aż 12 podań, z czego dwa ostatnie – naprawdę eleganckie.
To wtedy Zieliński zagrał w polu karnym do Zalewskiego, ten wszedł w drybling, zagrał wzdłuż bramki, tam gdzie nabiegał Szymański. Mocny strzał sprawił, że na przerwę schodziliśmy z remisem 1:1.
𝐓𝐀𝐀𝐀𝐊 𝐉𝐄𝐒𝐓 🇵🇱
Zaczęło się fatalnie, ale końcowe minuty pierwszej połowy należały już tylko do reprezentacji Polski!
🔴📲 OGLĄDAJ 👉 https://t.co/rZd2n3MoiT pic.twitter.com/IgDcNM3i1v
— TVP SPORT (@sport_tvppl) September 28, 2026
Poklepane. 12 podań przed bramką Szymańskiego. pic.twitter.com/f4M8osbayk
— Michał Borkowski (@mbork88) September 28, 2026
Szwedzi dobili nas po przerwie
Problem w tym, że w druga połowa chyba najdobitniej pokazała różnicę między Janem Urbanem a Grahamem Potterem. Szwedzi po zmianie stron zareagowali poprawieniem swoich błędów, wobec czego przestaliśmy stwarzać dogodne sytuacje. My zaś wciąż popełnialiśmy te same boiskowe głupstwa.
Gospodarze bramki zdobywali więc z dziecinną łatwością. Po godzinie gry rzut rożny rozegrał krótko wprowadzony chwilę wcześniej Sebastian Nanasi, a Yasin Ayari z dziecinną łatwością nawinął sobie Szymańskiego na rogu pola karnego. Wystarczyło uderzyć przy słupku, co też Szwed zrobił zupełnie jak na treningu.
Kilkanaście minut później Walemark zatańczył na skrzydle, zgubił Frankowskiego i dośrodkował w pole karne. Wiśniewski ruszył do przodu, Gyokeres do tyłu i możecie odpowiedzieć sobie, kto dopadł do piłki i co później się stało. Napastnik Arsenalu podwyższył wynik na 3:1 i, tak jak w marcu, zamknął nadzieje Biało-Czerwonych.
Podopieczni Urbana do końca pozostawali bezradni – a selekcjoner znów miał problem z zarządzeniem meczem. Na ostatni kwadrans zdjął z boiska i Zielińskiego, i Szymańskiego, a do końca trzymał na placu gry bezużytecznego po przerwie Żukowskiego. Lewandowski, który zmienił Wiśniewskiego, pojawił się na placu gry dopiero w 88. minucie.
Od marcowego barażu minęło już pół roku, a my niestety, nie zrobiliśmy ani jednego kroku w przód. Przykre.
Szwecja – Polska 3:1 (1:1)
- 1:0 – Nygren 8’
- 1:1 – Szymański 43’
- 2:1 – Ayari 63’
- 3:1 – Gyokeres 72’
Fot. Newspix