Dema Kovalenko to były ukraiński piłkarz, który spełnił swój amerykański sen. Urodził się w Kijowie i przeprowadził z rodzicami do Stanów Zjednoczonych, gdzie grał m.in. w Chicago Fire, New York Red Bulls i Los Angeles Galaxy. Jego kumplami z boiska zostali Christo Stoiczkow i David Beckham. W Major League Soccer rozegrał ponad 250 meczów i wygrał mistrzostwo z D.C. United w 2004 roku. W rozmowie z Weszło ocenił transfer Roberta Lewandowskiego do Chicago Fire, podzielił się wspomnieniami ze swojej kariery i wrażeniami z życia codziennego w stanie Illinois.
Gdyby zadzwonił do ciebie Robert Lewandowski przed transferem do Chicago Fire i poprosił cię o radę, co byś mu powiedział?
Powiedziałbym mu, że warto. Ale wiadomo, że w pierwszej kolejności to wielki transfer dla całego miasta, dla klubu. Tutaj w Chicago jest ogromna polska społeczność. Robert Lewandowski działa tu na wyobraźnię każdego. Zawodnik takiego kalibru to marzenie każdej drużyny. Każdy by go chciał podpisać. To naprawdę wielki sukces dla Chicago Fire. A biorąc pod uwagę, czego ten gość dokonał i w jakich zespołach grał – to po prostu wielki piłkarz. O Lewandowskim nie możesz powiedzieć po prostu “czołowy napastnik w historii piłki nożnej”. To ogólnie czołówka ludzi w historii tej dyscypliny sportu.
Wytłumacz naszym czytelnikom. Mieszkasz na przedmieściach Chicago.
Tak, osiedliłem się w Lake Forest. To około 40 minut jazdy samochodem od centrum. Tutaj Chicago Fire miało swoją bazę w czasach, gdy dla nich grałem. Lake Forest to eleganckie, północne przedmieście Chicago z North Shore.
Widziałem zdjęcia billboardów z Lewandowskim. Transfer wzbudził spore poruszenie w mieście.
Tutaj każdy jest nim podekscytowany. W samym mieście to widać i uwierz mi, że piłkarze w ekipie też są podjarani Lewandowskim. To taki pomnik ciężkiej pracy i to nie jest tylko ozdoba. On tutaj pomoże sportowo.
“Enjoy your visit, Robert Lewandowski” billboard close to Chicago’s Airport 👀🇵🇱 pic.twitter.com/tzAtbWlwNx
— 9️⃣ (@Pxxdwskiii) June 12, 2026
Właścicielem Chicago Fire jest amerykański miliarder Joe Mansueto. Czy jego klub to rzeczywiście jest taki potężny projekt, jak się o nim mówi?
Tak. Nie znam osobiście Mansueto, ale wiem, że facet kocha piłkę nożną i to widać po tym, ile pieniędzy wkłada w Chicago Fire. Przykłada dużą wagę do szkolenia młodzieży. Już wybudował piękną akademię, a nowy stadion jest w trakcie budowy. To będzie jeden z najlepszych obiektów w MLS. Mansueto ma wizję, którą każdy jest podekscytowany. Ściągnięcie Lewandowskiego do Chicago jest manifestem ambicji właściciela, który chce po prostu wygrywać. Chicago Fire od 20 lat nie osiągnął niczego znaczącego. Każdy tu jest tym zmęczony i Mansueto ma to zmienić. Teraz dzielą obiekt Soldiers Field z rugbystami z Chicago Bears. Samo dzielenie stadionu nie jest jakimś dużym problemem, ale on po prostu nie jest typowo piłkarski. Ten nowy będzie piękny. Robert Lewandowski jest potrzebny właścicielowi, żeby ludzie uwierzyli w wizję. Wiem, że Robert nie jest już młody, ale przy jego poziomie profesjonalizmu to żaden problem.
Możesz nie pamiętać, że gdy trafiłem do Chicago Fire z draftu w 1999 roku, to wszystko tutaj dopiero startowało. (Klub powstał w 1997 roku – red.) Na przestrzeni lat to utytułowana marka. Mieliśmy świetną ekipę. Grałem z trzema Polakami – “Peterem” Nowakiem, Jerzym Podbrożnym i Romanem Koseckim. Niby każdy wie, że w Illinois jest dużo Polaków, ale uwierz mi, że wtedy z “Peterem”, Jerzym i Romanem to było po prostu widać na naszych meczach. Teraz jest tak samo. Dzięki Lewandowskiemu ludzie rzucą się po bilety, będzie sprzedanych mnóstwo koszulek. To gamechanger dla klubu, miasta i całej ligi.
No właśnie. Jeśli mowa o sensie transferu Lewandowskiego, pierwsze skojarzenie to polska diaspora. Szacunki mówią, że w stanie Illinois mieszka prawie 800 tysięcy ludzi polskiego pochodzenia.
Kolego, myślę, że więcej. Może nawet półtora miliona. Zaufaj mi, że więcej. To ogromna społeczność i to widać na każdym kroku. Sam jestem podekscytowany Lewandowskim. Kupię bilet, żeby zobaczyć jak on gra. Jak grali tutaj Nowak, Podbrożny i Kosecki, mieliśmy dużo Polaków na trybunach, polskie flagi i czuć było zainteresowanie. Z Meksykanami i piłkarzami innych narodowości w Chicago Fire nigdy nie udało się powtórzyć tego fenomenu.

Jerzy Podbrożny w barwach Chicago Fire. Fot. Newspix
Jacy w Chicago Fire byli twoi polscy koledzy?
Byli zabawni. Lubili sobie trochę wypić, strzelić lufę. Wiesz jak to jest. Jak była impreza, to była impreza. W szatni byłem wtedy młodym chłopakiem i mówili mi, żebym poszedł po wódkę, zrobił to, zrobił tamto (śmiech). Takie czasy. Dziś to są już tylko wspomnienia, piękne wspomnienia. To świetni ludzie, ale też piłkarsko dużo się od nich nauczyłem. Polacy wtedy rządzili tym zespołem, przecież “Peter” Nowak był naszym kapitanem.
Zagrałeś prawie 300 meczów w MLS i miałeś kilku top kumpli. Na przykład Christo Stoiczkow w Chicago Fire. W 2009 roku trafiłeś do Los Angeles Galaxy z Davidem Beckhamem. Zapomnij na chwilę, że jestem Polakiem. Czy Robert Lewandowski to taka sama półka “rewolucyjnych” transferów dla MLS, co Beckham, Henry, czy Leo Messi?
Nie sądzę. Tutaj ma znaczenie czas, w którym oni trafili do Stanów Zjednoczonych. Beckham w 2007 roku, Henry w 2010 roku. Wtedy status MLS na świecie był jeszcze nieco inny. Ale na liście TOP 5, a może TOP 10 transferów MLS w historii Lewandowski na pewno jest już ze względu na same zasługi. Grał dla najlepszych klubów na świecie i strzelił mnóstwo goli. Wiesz, co jest najbardziej szalone? Jego długowieczność. To domena wyłącznie tych najlepszych – Messiego, Ronaldo, Lewandowskiego, żeby grać na wysokim poziomie tak długo. Jako były zawodowy piłkarz powiem ci, że utrzymanie formy na takim dystansie jest szalenie trudne. Po prostu wielki respekt za to, jak przesunęli granicę ludzkich możliwości.
O fenomenie Davida Beckhama w MLS chciałbym pogadać. Przenieśmy się do 2007 roku. Ta liga była mi wtedy obca, kluby znałem z FIFY. Ale gdy Beckham przechodził z Realu Madryt do LA Galaxy, mnóstwo się dowiedziałem. Było o tym bardzo głośno i pamiętam te krzykliwe tytuły, że “Becks” w pięć lat w Los Angeles zarobi 250 milionów dolarów. Już wtedy był legendą piłki nożnej i ikoną popkultury. Transfer do miasta marzeń miał jeszcze ten hype nakręcić. Gdy to się działo, byłeś jeszcze piłkarzem New York Red Bulls. Czy z twojej perspektywy on rzeczywiście zmienił piłkę nożną w Stanach?
Kolego, w 100%. David Beckham w MLS zmienił zasady gry tak bardzo, że trudno to opisać. Zmienił się poziom zainteresowania. Na mecze przychodziły tłumy, w tym wiele gwiazd Hollywood. Też popatrz na to, że on przyszedł. Ile on mógł mieć wtedy lat?
32.
No widzisz. Mógł jeszcze pograć w Europie trzy, cztery lata, ale przyszedł tutaj. Dzięki niemu urosła cała liga, dyscyplina w USA. Dzięki Beckhamowi przyszli do MLS inni wielcy gracze i to właśnie miara tej rewolucji, którą on spowodował. Mam na myśli Thierry’ego Henry w New York Red Bulls, Davida Villę w New York City i wielu innych. Nawet jeśli wiekowi, ci ludzie pokazali potężną klasę. Ale też na tej fali zaczęli przychodzić do MLS młodsi piłkarze z Europy i ta liga przestała się kojarzyć z czymś dziwnym, egzotycznym. Z roku na rok jest coraz większe zainteresowanie, są coraz większe pieniądze, naturalnie wyższy poziom sportowy i Robert Lewandowski będzie tego częścią. Wiesz, w skali całej ligi to może nie jest tak, że wszystkich powaliło na kolana, bo jest już Lionel Messi, ale dla miasta Chicago transfer Lewandowskiego to jest rzecz historyczna.
W 2009 roku po twoim transferze do LA Galaxy Beckham stał się twoim kolegą z szatni. Jaki on był?
Świetny gość. Nie wywyższał się, był jednym z nas, choć miał gigantyczną charyzmę. Imponowała nam jego ambicja. Niektórzy złośliwi dziennikarze o nim pisali, że “Becks” sobie na wczasy do Los Angeles przyjechał. Totalna bzdura. On nam mówił “chłopaki, chcę wygrać, musimy wygrać”. Rywalizację miał we krwi. Jak powiedziałeś, wiadomo, to jest David, legenda. Grał w wielkich klubach, zarabiał potężne pieniądze, ale nie miało to wpływu na jego odnoszenie się do innych. Był naszym kumplem, jednym z nas. Miał taki zwyczaj, że gdy przyjeżdżał rano do klubu, witał się ze wszystkimi, z każdym pracownikiem. Choćby proste “hi” potrafiło zrobić każdemu dzień.

David Beckham w koszulce LA Galaxy. Fot. Newspix
Czy miał swoich ochroniarzy?
Cały czas. To były duże środki ostrożności. David poruszał się z ochroniarzami. Mówił o tym, że musi być ostrożny i uważać z kim oraz gdzie przebywa. W klubie totalny luz, ale na mieście musiał uważać. To samo jego żona Victoria, dzieci – wszyscy mieli ochronę, co jest zrozumiałe. Wszyscy wiedzieli, kim jest David. Zakończył karierę 13 lat temu i nadal jest światową ikoną, legendą rozpoznawalną wszędzie.
Szukałem porównania. Polski piłkarz Mateusz Klich grał dla D.C. United i Atlanty United. Powiedział (dla Foot Trucka), że Inter Miami to toksyczny klub i odradzałby go, dopóki gra tam Messi, bo jego ojciec tam rządzi i ludzie nie mogą tego wytrzymać. To było szeroko komentowane nie tylko w Polsce.
To prawda, ja też to słyszałem. Kojarzysz Serhija Krywcowa? To ukraiński stoper, który tam grał i też słyszałem tę historię. Jedna osoba powiedziała mi to samo, że trudno funkcjonować w Interze Miami, bo rządzą tam hiszpańskojęzyczni. Amerykanie muszą się uczyć hiszpańskiego, żeby móc funkcjonować w amerykańskim klubie. Ale z drugiej strony to jest Lionel Messi i trudno się dziwić, że wszystko kręci się wokół niego. Messi jest tylko jeden. On ma też udziały w tym klubie, przez co to jest inna sytuacja niż w przypadku zwykłych śmiertelników, niezależnie od tego, co powiemy. Ale Klich ma rację, że to specyficzne środowisko. Jak ktoś nie jest Hiszpanem, Argentyńczykiem i nie mówi po hiszpańsku, trudno się tam odnaleźć.
No właśnie. Wydawało mi się, że funkcjonowanie w jednej szatni z kimś takim jak Beckham oznaczało podobne jazdy.
To była kompletnie inna sytuacja. Też się obawiałem, gdy przychodziłem do LA Galaxy. Pomyślałem: rany, to jest “Becks”, jaki on będzie? Zabawne jest to, że w szatni miałem swoje stanowisko dosłownie obok Davida, przez co gadaliśmy sobie co rano o różnych rzeczach. Świetnie się dogadywaliśmy i on nie izolował się od nikogo. Nie miał problemu, żeby się zatrzymać, zrobić sobie zdjęcia z fanami, rozdawać autografy, taki to gość. Myślę, że on się nauczył funkcjonować ze swoim statusem. Wiedział kim jest, zdawał sobie sprawę ze skali swojej popularności i nie narzekał. Wiadomo, to też zajęło trochę czasu, żeby zburzyć dystans, ale niewiele. Potem mogłem powiedzieć o nim “mój kumpel Becks”.
David Beckham w Los Angeles Galaxy doczekał się pomnika.
On zapoczątkował coś takiego jak “Beckham rule”. Oficjalnie to się nazywa “Designated Player status”. Chodzi o to, że trzech piłkarzy w składzie może zarabiać praktycznie bez ograniczeń, nie obowiązuje ich limit. O to cię chciałem zapytać, bo miałem okazję rozmawiać z ludźmi ze środowiska MLS. Sean Howe – szef skautingu w D.C. United. Zoran Krneta – dyrektor sportowy Charlotte FC i Kurt Schmid – dyrektor sportowy Realu Salt Lake. Ich zdania są podzielone. Z jednej strony zdrowy rozwój, a z drugiej Arabia Saudyjska bierze kogo chce.
To świetne pytanie. Moje zdanie jest takie, że na koniec każdej dyskusji zawsze chcesz wygrać. Chicago Fire potrzebuje napastnika światowej klasy, OK, bierzemy Lewandowskiego. Dlaczego takich Lewandowskich nie miałoby tam być więcej, jeśli kogoś na to stać? Po prostu po to, żeby wygrać. Z drugiej strony, trzeba uważać, żeby nie przesadzić i nie rozwalić szatni liczbą gwiazd. Cały świat widział, co się stało w PSG. Mieli Messiego, Neymara, Mbappé i nigdy nie wygrali Ligi Mistrzów. Dzisiaj nawet Ousmane Dembele się ogarnął. Zatem to są dwie strony medalu i nawet bez salary cap nie ma gwarancji sukcesu.
A co, jeśli salary cap tej chemii szkodzi? Chodzi mi o to, że trzech ludzi w szatni zarabia kilka razy więcej od reszty. Tak z ręką na sercu – czy kiedykolwiek w twojej szatni pieniądze były problemem? Były z tym związane złe emocje?
Kolego, w 100%. Zawsze pieniądze były ważne i powiem ci dlaczego. Były sezony, że w 95% meczów wychodziłem w podstawowym składzie. W LA Galaxy zarabiałem – powiedzmy – pół miliona dolarów rocznie. A obok był David Beckham, który wykonywał tę samą robotę co ja i zarabiał czterdzieści razy więcej. Żeby było jasne, ja rozumiem ten mechanizm, bo to jest David, wielka gwiazda, ale to był problem tak szczerze mówiąc. Chociaż akurat o Davidzie w tym kontekście nie powinienem wspominać, bo oprócz gry w piłkę dochodzą kwestie poboczne – prawo do wizerunku, sprzedaż biletów, sprzedaż koszulek. On się wymyka poza skalę, lecz w innych przypadkach ta różnica jest krzywdząca. Mogę powiedzieć z całą stanowczością, że Robert Lewandowski zasługuje na komin płacowy przez swoje osiągnięcia. Ile on będzie zarabiał, 10 milionów dolarów rocznie?
Szacunki mówią o kwocie 17-20 milionów dolarów rocznie.
No to ten gość na to zasługuje. To cena nie tylko za jego zasługi, ale i profesjonalizm. Tutaj się oczekuje, że skoro Lewandowski w wieku 37 lat strzelał gole dla Barcelony, to później strzelanie w MLS nie będzie dla niego problemem i nadal będzie miał motywację. Piłkarzy jak Beckham, Messi i Lewandowski postawmy w innej kategorii, ale w innych przypadkach różnica między Designated Player a resztą nie powinna być tak duża. Każdy ma swoją rodzinę do wykarmienia. Krótko mówiąc: tak, to jest problem.
We wrześniu 2010 roku Dema Kovalenko strzelił bramkę dla LA Galaxy w meczu z Columbus Crew. To trafienie było nominowane do gola kolejki w MLS. Podawał legendarny Landon Donovan.
Rozmawiając z Krnetą, zapytałem go, czy chciałby sprowadzić do Charlotte jakiegoś znanego piłkarza. Mając w głowie wywiad z Howe’em, powiedziałem, że D.C. United ma Christiana Benteke. Reakcja Krnety bawi mnie do dzisiaj, bo trochę zwątpił. Z amerykańskim akcentem powiedział “Kamil, c’mon, ja mówię o kalibrze Messiego, Ibrahimovicia, a nie Benteke”. Skojarzyło mi się to z tym, co powiedziałeś.
No jasne. Możesz sobie porównać, bo pensje piłkarzy w MLS są ogólnodostępne. Benteke miał dobrą karierę, fajną, ale gdzie mu do Lewandowskiego, rany… Możesz porównać zarobki, ale nie ma sensu zestawiać ich obok siebie piłkarsko. Nie ma tutaj debaty. Wiadomo, że nie chodzi o to, żeby kogoś tu obrażać. Mówimy jedynie o poziomie sportowym. Ale wrócę do tego, bo twój wniosek jest interesujący. Pieniądze nie mogą poróżnić piłkarzy, drużyna musi się trzymać razem, tymczasem Designated Player prowokuje konflikty. Ale to problem klubu, a nie danego piłkarza. Przychodzisz, dają ci na stół kontrakt za miliony dolarów i co? Nie podpiszesz? Będziesz się czymś przejmował? Wiadomo, że podpiszesz. A z drugiej strony, jak podpiszesz zwykły kontrakt i zobaczysz, że gość obok nie jest lepszy od ciebie i zarabia trzysta razy więcej, to będziesz miał z tym problem. To jest szczera prawda.
Gdy pojawiły się pierwsze doniesienia o Lewandowskim w MLS, ludzie w Polsce naturalnie spekulowali, że fajnie byłoby pograć z Leo Messim w Miami. Może kojarzące się z gwiazdami i prestiżem Los Angeles. Może Nowy Jork, stolica biznesu i mody. Mówię to na zasadzie instynktu, że Chicago w tym porównaniu wygląda na nudne. Kojarzy mi się ze stereotypowym Johnem Kowalskim, który jedzie do pracy w biurze swoim fordem. Ty masz porównanie, bo mieszkałeś też w Nowym Jorku i Los Angeles. Jak to jest?
Czy Miami jest lepszym miejscem do życia niż Chicago? Możesz mieć rację. Generalnie to, co mówisz jest prawdą, bo popatrz na każdego spoza USA, kto chce tu przyjechać? Jakie miasta wybiera? Właśnie Nowy Jork, Los Angeles, Miami. Naturalnie te kierunki wybierają piłkarze, zgoda. Ale akurat w przypadku Lewandowskiego jest inaczej. Tu są polskie sklepy, będzie otoczony swoimi ludźmi. Ja tutaj trenuję dzieci, funkcjonuję w tym środowisku i ludzie mówią “Lewandowski będzie grał u nas, musimy kupić bilety, musimy go zobaczyć”. Ludzie autentycznie rozmawiają o Lewandowskim na co dzień. Nie wiem, czy bardzo chce tu być, czy ma wątpliwości, ale wierz mi, że dla Chicago to jest wielkie wydarzenie. To miasto jest duże, specyficzne. Nie wiem, czy Robert będzie mieszkał w samym Chicago, ale przeprowadzając się z rodziną, zapewne wybierze przedmieścia, bo tutaj są naprawdę ładne tereny do zamieszkania. Baza treningowa jest w mieście, więc nie wiem jak to będzie rozwiązane logistycznie, ale dla rodziny lepiej, żeby zamieszkali na przedmieściach.
Ostatnio jego żona Anna Lewandowska zamieściła wpis w mediach społecznościowych, który odbił się szerokim echem. Napisała, że cholernie się boi przeprowadzki do Chicago i źle się z tym czuje. Z twojego doświadczenia – czy jest coś, co może sprawiać szczególny dyskomfort?
Na 100%. Przede wszystkim to jest przeogromne miasto. Trzeba tu być, żeby zdać sobie sprawę, jak wielkie ono jest. Wybrałem życie w otoczeniu natury na przedmieściach Chicago i tak bym doradzał, ale to nie jest jednoznaczne. Są ludzie, którzy lubią życie w centrum miasta – wszystkie imprezy, bary, restauracje. Czy w Chicago jest bezpieczne? Już nie w takim stopniu jak kiedyś. Jak powiedziałem wcześniej, mam do centrum około 40 minut jazdy samochodem. Czasami dojadę w 30, czasami w 45, idę na jakiś obiad i to mi wystarczy. Jak mieszkasz w centrum i ogarniesz gdzie i co jest, to może być fajnie i to zależy od preferencji. Chicago to wielkie, ale piękne miasto, naprawdę piękne. Przyleć tutaj i przekonaj się. To jedno z najpiękniejszych i najczystszych miast w Stanach Zjednoczonych, ale ma miejsca, których trzeba unikać, bo są niebezpieczne. Mam w mieście dużo przyjaciół i wielu ludzi chce się wynieść z Chicago.
Dlaczego?
Pierwszy powód to względy ekonomiczne. Koszty życia rosną tak bardzo, że ludzi stać na coraz mniej. Poza tym boją się też strzelanin. Codziennie coś się dzieje. Znowu strzelanina w centrum, w najdroższej części miasta i co? Takie rzeczy po prostu się zdarzają. W każdym dużym mieście jest tak samo, nie? Chicago ma problem strukturalny z gangami, ubóstwem i nielegalną bronią. Większość incydentów to strzelaniny gangsterskie lub przypadkowe ofiary w zatłoczonych miejscach. Dlatego lubię naturę, lubię ciszę. Teraz mój pies śpi sobie obok mnie. To bym doradzał, ale każdy powinien przeanalizować wszystko i wybrać samemu.
ROZMAWIAŁ: KAMIL ROGÓLSKI