Michał Szubarczyk już po raz drugi gra w kwalifikacjach do snookerowych mistrzostw świata. Rok temu dostał do nich zaproszenie po tym, jak wywalczył kartę do World Touru. Teraz robi to jako pełnoprawny członek tej snookerowej elity. 15-latek już wygrał w tym turnieju dwa mecze, a teraz przed nim starcie z 32. w światowym rankingu i całkiem uznanym Hosseinem Vafaeiem. – On jest do ogrania – przekonuje sam Michał w rozmowie z Weszło. Jak więc wyglądają jego szanse?
Michał Szubarczyk w walce o MŚ. Czy młody Polak awansuje do Crucible Theatre?
Mistrzostwa świata w snookerze dzielą się na dwie fazy: kwalifikacje i turniej główny. W tym drugim zapewniony udział ma 16 najlepszych zawodników rankingu światowego. W tym pierwszym bierze udział… no w zasadzie cała reszta spośród 128 graczy w Main Tourze, do tego zaproszeni amatorzy.
Ci niżej notowani grają cztery rundy. Ci nieco wyżej – trzy. Zawodnicy z miejsc 17-48. w rankingu muszą z kolei wygrać dwa spotkania.
Michał Szubarczyk przystąpił do rywalizacji jako 96. gracz światowego zestawienia. I brał w niej udział od początku. Pierwszy mecz? Przeciwko Ng On Yee, reprezentantce Hongkongu, kilkukrotnej mistrzyni świata, ale kobiet. Wygrał 10:7, stając się najmłodszym w historii snookerowych MŚ (kwalifikacje wliczają się do tych statystyk) zawodnikiem, który wygrał w nich spotkanie. Miał dokładnie 15 lat, 2 miesiące i 25 dni.
CZYTAJ TEŻ: REKORD MICHAŁA SZUBARCZYKA! NAJMŁODSZY NA MŚ
A potem poprawił, pokonując 10:8 Sandersona Lama z Anglii. To był mecz pełen zwrotów akcji. Michał dobrze zaczął, ale Anglik gonił, a w pewnym momencie wyrównał nawet stan rywalizacji na 6:6. Polak wygrał jednak kolejne trzy frejmy i był o jedną partię od końcowego triumfu. Lam na swoim koncie zapisał dwa następne, a powinien i trzy – we frejmie 18. miał bowiem sporą przewagę i atakował czarną z jej punktu.
Pomylił się, a Michał podszedł do stołu. I to dobre miejsce, by się na moment zatrzymać.
Sezon nauki
Szubarczyk został w zeszłym roku najmłodszym w historii zawodnikiem, który wywalczył kartę zawodowca. Razem z ojcem i trenerem, Kamilem, zastanawiali się przez jakiś czas, czy w ogóle ją przyjąć. Analizowali sytuację: szkołę, wiek Michała, sponsorów. Wiele było tu zmiennych. Jeszcze zanim ostatecznie postanowili, że „młody” (jak mówi o nim Kamil) faktycznie w tourze pogra, starszy z Szubarczyków mówił Weszło:
– Wiesz, to nie tak, że my nie chcemy tam iść. Chcemy bardzo. Przecież ja wywróciłem swoje życie do góry nogami dla tego snookera, cała rodzina się pod to podporządkowała. Dla Michała to spełnienie jednego z marzeń, które pozwoli mu realizować kolejne marzenia. Pod tym kątem nawet tego nie rozważamy. Pytaniem pozostaje, czy będzie nas na to stać. Bo nie chcemy zdecydować, że wchodzimy do tego World Touru, a potem zatrzymać się po trzech turniejach.
CZYTAJ: MICHAŁ SZUBARCZYK. 14-LATEK CHCE BYĆ LEPSZY OD O’SULLIVANA
Okazało się, że ostatecznie udało się w tym World Tourze grać i zaistnieć. Jasne, Michał głównie przegrywał, płacił frycowe – ale taki jest właśnie ten świat. Natomiast bilans 12-15, jaki ma na ten moment (liczony już po dwóch meczach MŚ, do tego zanotował też jeden remis) w pierwszym zawodowym sezonie, jest całkiem solidny. Tym bardziej, że miał okazję grać z wieloma uznanymi postaciami, w tym byłymi mistrzami świata.
Na liście jego porażek odnajdziemy Neila Robertsona, Stuarta Binghama czy Shauna Murphy’ego. Przegrywać z takimi zawodnikami – żaden wstyd. Tym bardziej, gdy ma się 15 lat. Choć Michał miał do siebie nieco pretensji.
– W tym sezonie dużo takich meczów poprzegrywałem wyraźnie i to też jest kwestia bardziej głowy niż gry, że już zanim wyszedłem na mecz, to byłem zestresowany tym, z kim gram. Ale pod koniec sezonu jest z tym coraz lepiej, było to widać na przykład z Neilem Robertsonem. Coś tam powbijałem, nawet jeśli wynik nie był tak bliski – mówi nam.
Faktycznie, mecz z Robertsonem był fajny. Właściwie było widać, że jedyne, czego Szubarczykowi tam brakowało – to doświadczenia. Kilka razy mógł zagrać spokojniej, odstawić się, powalczyć trochę taktycznie. Zamiast tego decydował się na trudne rozwiązania, no i Australijczyk przejmował inicjatywę. Ale to było dobre spotkanie. Wygrał jednego frejma, w dwóch kolejnych Robertson nie dał mu pograć, a w jeszcze dwóch kolejnych było kilka zwrotów akcji i walki.
Skończyło się 1:4, ale to naturalne – w tym wieku i w pierwszym sezonie w tourze. Ale był też na przykład mecz z Jimmym White’em, wiekową legendą, wygrany pewnie, 6:2.
– Z Jimmym dobrze się grało, bo jest szybkim, agresywnym zawodnikiem, nie było „męczenia”. Mniej się tym stresowałem, bo mimo tego, że wygrywał te wielkie turnieje, był w finale mistrzostw świata, to lata świetności ma raczej za sobą, choć nadal potrafi ogrywać dobrych zawodników – mówił Michał.
Oglądając tamto spotkanie można było odnieść wrażenie, że Polak po prostu dobrze się bawi – na sześć wygranych przez siebie frejmów zaliczył cztery notowane podejścia (break na minimu 50 punktów) i spokojnie triumfował w całym meczu. Zresztą jeśli chodzi o to konstruowanie wysokich breaków, to to, jak robi to w tym wieku Szubarczyk… no wygląda to świetnie. W dwóch pierwszych meczach MŚ zaliczył ich 10, w tym jedną setkę.
I to naprawdę, ale to naprawdę zacny wynik.
Marzenia o Crucible
Kwalifikacje do mistrzostw świata odbywają się w Sheffield, czyli tam, gdzie i faza główna… ale w innej arenie. Co prawda rokrocznie dyskutuje się o tym, czy nie warto by mistrzostw świata wyprowadzić z legendarnego Crucible Theatre, ale na razie się to nie wydarzyło. A nazwa tej areny mistrzostw już dawno stała się tożsama z samą imprezą. Wielu zawodników mówi nie, że „walczy o mistrzostwa”, a „walczy o Crucible” właśnie.
Michał też.
Bo Crucible Theatre to obiekt już legendarny. Zagrać tam – to marzenie każdego młodego zawodnika. Format snookerowych MŚ jest z kolei taki, że występuje tam niemal tylko elita. 16 najlepszych i 16 tych, którzy chcą im rzucić wyzwanie. Wąskie gardło i to bardzo. Rok temu Szubarczyk przepadł w nim już w pierwszej rundzie… ale wtedy chodziło głównie o to, by w ogóle zobaczyć, z czym to się wszystko je, poczuć tę atmosferę. Zresztą Michał i tak rozegrał wtedy dobry mecz – przegrał 8:10 z Deanem Youngiem, powalczył.
W tym roku jednak przyjechał do Sheffield z myślą o tym, że faktycznie chce w Crucible zagrać. Na drodze do tego celu wykonał już dwa kroki… choć nie był z nich w pełni zadowolonym. Wróćmy bowiem do meczu z Sandersonem Lamem. I tej przewagi 9:6, niemalże roztrwonionej. Michał mówił:
– Myślę, że na poziomie, gdzie gramy o Crucible, nie powinno być sytuacji, że prowadzę 9:6 i doprowadzam do tego, że to się wszystko kończy 10:8 i decydującego frejma wygrywam jednym punktem. Ale też chodzi o to, że na przykład frejma wcześniej miałem bardzo dobrą szansę, żeby to zamknąć, a po prostu sobie z nią nie poradziłem. Ręka jest spięta, wszystko się trzęsie i tak to wygląda.
Z drugiej strony jednak: w ostatnim frejmie wykonał fantastyczne czyszczenie, gdy podszedł do stołu. Podszedł – jak już wspomniano – niespodziewanie. Lam miał w swoich rękach wszystko, by doprowadzić do wyniku 9:9, a z okazji nie skorzystał. Szubarczyk przejął więc inicjatywę, ale na stole wszystko stało na głowie. Bile żółta, czarna i różowa stały nie na swoich punktach. Po drodze do wbicia było kilka całkiem trudnych czerwonych.
No całkowite zaprzeczenie schematom, jakie gracze snookera mają w głowie. Układ do kombinowania, przeliczania punktów, szukania rozwiązań.
Układ, z którym Michał poradził sobie w sposób wyjątkowy.
– Ostatni frejm? Na pewno było pod strasznie dużą presją. Byłem po dwóch frejmach siedzenia na krzesełku bez przerwy. Nie wierzyłem za bardzo, że mogę coś z tego powbijać. Długo myślałem, właśnie dlatego, że bile były tak poustawiane. W końcu jakoś tak to wyliczyłem, że wygrałem jednym punktem. Wydaje mi się, że dobrze sobie z tym poradziłem – mówił.
To, jak dobrze sobie poradził, pokazuje fakt, że jego podejście do stołu wręcz viralem obiegło snookerowe social media, podawał je każdy, kto ogląda ten sport regularnie. Bo i faktycznie było co obejrzeć, kilka uderzeń można było tylko skwitować cmoknięciem z uznaniem, choćby fantastyczne (i dość niekonwencjonalne) wyjście z bili zielonej na żółtą, która stała na dole stołu. Zresztą – wyżej macie filmik, zobaczcie sobie to wszystko sami. Bo warto.
Najistotniejsze jest jednak to, że jakby to podejście nie wyglądało – dało Michałowi wygraną. Pozwoliło awansować do III rundy kwalifikacji i utrzymało przy życiu marzenia o Crucible.
Teraz pora na trzeci krok na tej drodze.
Wygrać z rywalem i nerwami
– Pracuję nad tym meczem. Na pewno będzie trzeba utrzymać koncentrację przez cały mecz i nie pudłować prostych bil – jak w pierwszych dwóch. Bo to będą trochę bardziej bolesne błędy – mówił Michał o dzisiejszym starciu. Jego przeciwnikiem będzie w nim Hossein Vafaei, uznany gracz… ale na pewno w tej fazie mistrzostw można było trafić gorzej.
Irańczyk nie notuje bowiem z pewnością najlepszego sezonu w karierze.
Właściwie jedyny jego mecz, o którym powiedzielibyśmy, że to wynik „ponad stan” to wygrana z Markiem Williamsem – całkiem niedawna, bo z marcowego World Open. Poza tym wygrywał mecze, w których mógł wygrać, a przegrywał wszystkie te, gdzie nie był faworytem. Niczym nie zaskoczył, ani razu nie wybił się ponad swój podstawowy poziom. Ot, sezon, przez który po prostu przeszedł – nic mniej, nic więcej.

Hossein Vafaei. Fot. Newspix
Na pewno gorszy od poprzednich – nawet tego 2024/25, gdzie też nie zrobił właściwie niczego godnego zapamiętania.
Nie dziwi więc, że Michał się tego spotkania nie boi.
– Hossein jest do ogrania, ale to już nie do takiego ogrania, że na spokojnie wyjdę, trochę pogram, trochę nie i wygram. Muszę być skupiony przez cały mecz – mówi młody Polak. Kluczem, poza koncentracją, może tu być też dobre otwarcie. Bo robił to w obu dotychczasowych meczach. W pierwszej rundzie zaczął od prowadzenia 3:0 (ale szybko je stracił i zrobiło się 3:3), z kolei w drugiej było 4:1 (potem 6:6, też więc doszło do remisu). Jak mówi – zapewniało mu to pewien komfort.
– To mi daje bardzo dużo spokoju, dzięki temu mogłem sobie pozwolić nawet na kilka pudeł. Z Sandersonem Lamem ani razu nie przegrywałem, przez cały mecz. Miałem spokój gry, bo cały czas był minimalny zapas.
Pomaga, jak stwierdził, również mecz z zeszłego roku, fakt że już wtedy zobaczył, jak to wszystko wygląda… choć o obycie z halą było trudno, tym bardziej, że akurat tak się składało, że i przed rokiem, i teraz grał wtedy, kiedy Jimmy White. A jak gra taka legenda, to wiadomo – więcej ludzi, są nieco głośniejsi, inaczej na wszystko na hali reagują.
A zresztą – z tym to ogółem jest problem. Ale tu, z perspektywy trybun, mówi nam o tym szerzej akurat Kamil Szubarczyk.
– Tam jest osiem stołów w jednym miejscu. Cztery po jednej stronie, cztery po drugiej – przedzielone kotarą, ułożone są trochę w taką „eLkę”. Na dobrą sprawę jeżeli ktoś gra głośniej, kibice się zaczną cieszyć, klaskać, schodzić z trybun, to będziesz słyszał to na wszystkich stołach. Wydaje się, że nie wszyscy, co tam przychodzą, wiedzą, jak się ogląda snookera. Wychodzą w losowych momentach, trybuny skrzypią, bo są starsze, drewniane. Nie tylko Michałowi to przeszkadzało, wielu zawodników zatrzymywało się z grą. To mocny dystraktor. Przy czym to nie tak, że to Michałowi rozwali grę, ale on lubi spokój.
Trzeba więc opanować nerwy, wyłączyć się na te wszystkie dźwięki i skupić na rywalu. Robić swoje, inaczej się nie da. Plusem dla młodego Polaka na pewno jest jednak liczba frejmów. Wydawałoby się, że mecze na dystansie nie powinny być jego atutem, bo nie miał za bardzo okazji ich rozgrywać. A jednak – jak mówi – lubi je, podobają mu się.
– Jest czas, żeby się rozgrzać, rozpędzić. Nawet jak się popełni błąd, to da się go potem nadrobić. Zmęczenie? Na razie jest okej. Myślę, że to może się zmienić, jak zagram jeszcze mecz, dwa czy siedem. (śmiech)
Pomaga też to, że na mistrzostwach byli i inni Polacy. Byli, bo odpadł już Mateusz Baranowski, ale w grze o Crucible wciąż pozostaje też Antoni Kowalski (który przy okazji broni swojej profesjonalnej karty i obecności w elicie na kolejny rok). Michał mówi, że po prostu fajnie jest mieć z kim pogadać, komu pokibicować.
Z Antkiem będą mogli dopingować się nawzajem – Szubarczyk gra bowiem dziś od 11 (druga sesja wieczorem, o 20), a Kowalski jutro, w takich samych godzinach. Obaj zagrają z wyżej notowanymi rywalami – Antek z 28. na świecie Joe O’Connorem. Ale obaj wierzą też w swoje możliwości.
I oby wspólnie awansowali do IV rundy kwalifikacji.
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix
Czytaj więcej o snookerze na Weszło:
- O’Sullivan pobił rekord. Najwyższy break w historii
- 50 lat Rakiety. Sceny z życia i kariery Ronniego O’Sullivana
- Antoni Kowalski: „Trump i Robertson? To już nie idole, a koledzy z pracy” [WYWIAD]