Przed meczem ostrzyliśmy sobie zęby na hit tego weekendu Ekstraklasy. Dwie drużyny walczące o mistrzostwo, preferujące raczej ofensywny styl, mające zawodników, o których doskonale wiemy, jakie mają możliwości. Niestety, obejrzeliśmy hit jak sprzed kilku lat i nie jest to komplement dla tego starcia. W Białymstoku mocno średnie 0:0.
Wszyscy doskonale pamiętamy te hitowe starcia – często Lecha z Legią – które zazwyczaj kończyły się kompletnie bezbarwnym remisem. W ostatnim czasie nieco o tym zapomnieliśmy. Najlepszy przykład to niedawne spotkanie Kolejorza z Rakowem, jednak w Białymstoku znów poczuliśmy się, jakbyśmy cofnęli się o dobre kilka lat. Oba zespoły wyglądały, jakby przede wszystkim nie chciały przegrać i ten cel osiągnąć im się udało.
Jagiellonia Białystok – Lech Poznań 0:0. Hit jak za dawnych lat
Jeśli ktoś spodziewał się fajerwerków przy Słonecznej już od pierwszego gwizdka sędziego, to mocno się rozczarował. Bardzo dobre uderzenie Patrika Walemarka zza pola karnego, skuteczna interwencja Abramowicza i to byłoby na tyle z ciekawszych akcji w pierwszych fragmentach hitu w Białymstoku. Do ostatnich chwil drugiego kwadransa musieliśmy czekać, by znów obejrzeć akcję godną jakiejkolwiek uwagi. Ponownie próbował Walemark. Tym razem bramkarz Jagi musiał się wysilić po strzale głową.
Jagiellonia była stroną, która częściej była przy piłce, nawet nieźle sobie radziła, gdy rywale próbowali podchodzić wyżej, ale gdy już udało się przetransportować piłkę na połowę Lecha, to robiły się ciężary. Bartosz Mrozek długo czekał, by dostać możliwość na sprawdzenie swojej aktualnej formy. Gospodarze przez całe 45 minut byli w stanie wykreować tylko jedną sytuację, przy której zrobiło się gorąco pod bramką reprezentanta Polski. Kajetan Szmyt ładnie zgubił Joela Pereirę, wychodząc na sam na sam z bramkarzem, ale jego strzał powinien być znacznie lepszy.
Oba zespoły, jakby zdając sobie sprawę z wagi spotkania, mocno pilnowały, by nie zrobić niczego głupiego w obronie. Przez to, mimo że nikt nie miał planu na bronienie się 11 zawodnikami w polu karnym, oglądaliśmy mocno zachowawczą pierwszą część rywalizacji. Znając potencjał na ofensywną i widowiskową grę obu drużyn, mieliśmy tylko nadzieje, że w końcu się rozkręci.
Trzy celne strzały przez 45 minut – liczyliśmy na znacznie więcej.
Spokojnie, może zaraz się rozkręci…
Po przerwie może i nieco – ale tylko nieco – się rozkręciło. Tylko działo się to bardzo, bardzo powoli. Lech miał niezłą szansę po groźnym wstrzeleniu przed bramkę Leo Bengtssona, jednak jednocześnie było ono na tyle trudne, że Ali Gholizadeh nie był w stanie dobrze przycelować. Jagiellonia odpowiedziała sprytnym strzałem Mazurka i próbą dobitki Imaza. Przy obu uderzeniach jednak nienagannie poradził sobie Mrozek.
Dopiero upływające minuty i cały czas nienaruszony wynik powodował, że zaczęliśmy odczuwać, że żadna ze stron nie jest w pełni zadowolona z jednego punktu. Tyle że same chęci okazały się za małe, żebyśmy rzeczywiście w końcu zaczęliśmy oglądać mecz na miarę tego, co pokazują miejsca w tabeli zajmowane przez oba zespoły. Był niezły strzał Ishaka, a poza tym coraz więcej fauli, pretensji i wygaszania zapędów przeciwnika.
Tak czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy aż może w końcu się rozkręci. Może padnie gol, który otworzy nam mecz. Ale nie, nic takiego się w tym spotkaniu nie wydarzyło. Presja straty bramki była silniejsza od chęci rozstrzygnięcia tego starcia, przez co po obu stronach uznano, że nie ma co specjalnie się odsłaniać. Najciekawszą akcję meczu oglądaliśmy już po końcowym gwizdku arbitra, gdy Afimico Pululu wdał się w przepychanki z Antonio Miliciem.
Status pomiędzy dwoma głównymi pretendentami do tytułu pozostał nienaruszony. Teraz czekamy na odpowiedź ze strony Zagłębia Lubin.
Zmiany:
Legenda
WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE:
- GieKSa postanowiła trzymać w napięciu do samego końca
- Widzew prowadził, grał w przewadze, a i tak nie wygrał
- Papiery Bukariego. Dlaczego piłkarz Widzewa musiał wyjechać?
Fot. Newspix